poniedziałek, 23 września 2013

Jak trafiłam do szpitala czyli nie wiadomo o co chodzi...

Ostatnio czytam dużo na temat trudnych porodów, błędnych decyzji lekarzy i nieuprzejmości personelu na oddziałach położniczych. Za każdym razem przypominają mi się moje przejścia okołoporodowe. Wszystko w efekcie przebiegło dobrze, ale czy komfortowo? Tego powiedzieć nie mogę.

Cała sytuacja zaczęła mnie niepokoić już na ostatniej prywatnej wizycie u mojej pani doktor prowadzącej. Było to ok 1,5 miesiąca przed terminem porodu. Kazała wtedy zgłosić się 17 kwietnia do niej do szpitala (termin miałam na 27), powiedziała tylko, że 26 kwietnia to ona wyjeżdża na urlop. Pierwsza myśl jaka nam przyszła do głowy, to, że chce przyśpieszyć poród, żeby być na miejscu. Nie bardzo nam się to podobało, ale to ona jest lekarzem i wie lepiej.

17 zjawiliśmy się w szpitalu. Zrobili KTG, pani doktor przebadała. Skurczów brak, szyjka skrócona, ale porodu nic jeszcze nie zapowiada, mamy jechać do domu i zgłosić się za tydzień. Za tydzień skurcze już były, ale tylko przepowiadające. Pani doktor na razie się rozmyśliła z wyjazdu, mam się zgłosić w poniedziałek 29, albo jak zacznie się coś dziać. Nic się do poniedziałku nie dzieje oprócz wieczornych skurczów, które przechodzą po położeniu się do łóżka. Stawiamy się w szpitalu. Znów KTG, znów badanie. Skurcze niby są, ale słabe i w sumie to nikt nic nie wie. Pani doktor oznajmia, że jednak wyjeżdża i przekazuje mnie koleżance, pani ordynator położnictwa więc będę w dobrych rękach, mam na drugi dzień stawić się na pierwszym piętrze na trakcie porodowym.

Ze strachem, że już mnie położą na oddział, a przecież zaczyna się długi weekend, pojechałam na drugi dzień do szpitala. I tutaj najpierw KTG na izbie przyjęć a potem na pierwsze piętro. Tam już miałam mega stracha. Na Męża patrzą na oddziale jak na intruza, ja czekam, a za drzwiami gabinetu zabiegowego pani ordynator wydziera się na jakąś pacjentkę. Nie mówi podniesionym głosem, nie krzyczy, tylko się wydziera. W między czasie napatoczyła się jakaś dziewczyna, która okazała się znajomą Małżonka. Ja już wkurzona strasznie, bo stres, zmęczenie i strach, a tu się kręcą jakieś wypacykowane panny, ale czekamy dalej. Wreszcie z gabinetu wychodzi wystraszona nastolatka i zapraszają mnie. Męża wypraszają już nawet nie nieuprzejmie, ale zwyczajnie po chamsku. Badanie do delikatnych nie należy. Potem USG, pan doktor nie odzywa się wcale, za to okropnie trzęsą mu się ręce. Nie wiem czy wszystko dobrze, bo z jego twarzy ciężko cokolwiek wyczytać. Każą czekać.

Czekam, czekam i czekam. Przychodzi ten sam pan doktor i pyta czemu ja właściwie chcę się już kłaść do szpitala. Mówię, że wcale nie chcę, kazali to przyjechałam. Ok. Mam jechać do domu, jakby coś się działo od razu wracać, a jak nie to w czwartek 2 maja o 8 rano zgłosić się już z tobołkami i będziemy przyjęci na oddział. Mam jeszcze 1,5 dnia wolności.

No to przyjeżdżamy w czwartek. Na izbie przyjęć wszyscy mili. Przebrałam się i jedziemy na górę. A tam niespodzianka, przyjmuje mnie na oddział znajoma położna, która jest recepcjonistką u mojej pani doktor. Od razu mówi, że nawet jakby coś się zaczęło dziać, to będą mnie trzymali do poniedziałku, bo jest długi weekend, a i tak skończy się cesarką. Dziecko duże, ja drobna i ona tego inaczej nie widzi. Ale nic, lekarze zdecydowali położyć, to wypełniamy papiery i podłączamy do KTG. Nagle wpada pani ordynator, krzyczy, rzuca wszystkim, mnie ciągnie z tymi kablami na fotel na badanie. Nie wiadomo o co chodzi. Mam się położyć na sali, tam podpiąć KTG i leżeć. Męża nie ma, nie mam nic do powiedzenia. Leże.

Ten czwartek, to 2 maj, nasza czwarta rocznica, a ja jestem sama, przestraszona i nie wiem co mnie czeka.

3 komentarze: