czwartek, 26 września 2013

Jak trafiłam na porodówkę czyli dalej nic nie wiadomo.

O tym jak trafiłam do szpitala już było. Na trakcie porodowym spędziłam tylko dwa dni, a wydaje się jakby to były tygodnie.
Pierwszego dnia, tak jak przepowiedziała położna, nie działo się nic. Mąż dotarł do mnie po około godzinie, bo jakaś pani doktor schodząca z dyżuru zlitowała się nad nim i powiedziała mu, że ja już na oddziale jestem podłączona pod aparaturę. Przyniósł mi torby, a że na salach nie ma odwiedzin, pojechał do domu.
Na sali oprócz mnie były dwie dziewczyny, ale do wieczora był już komplet. W rozmowach jakieś czarnowidztwo. Zamiast opowiadać sobie przyjemne historie, pocieszać, to uskuteczniają jakieś opowieści z krypty. Zwłaszcza te, które nie rodzą pierwszy raz. Leżę na tym łóżku i puchnę. Jak całą ciążę nie puchłam, tak po paru godzinach w szpitalu wyglądam jak Buli. Nie dzieje się nic, nikt nie zagląda, nikt o nic nie pyta. Tylko znajoma położna przyszła, pokręciła głową i poszła.
Popołudniem przyjechał Małżonek, posiedzieliśmy na korytarzu, bo warunki do odwiedzin żadne. Szpital Przyjazny Rodzinie. Mąż według nich do rodziny nie należy, ale udało nam się w kąciku posiedzieć. Porozmawiał z naszą położną. Usłyszał, że nikt palcem nie kiwnie, bo długi weekend, a jak zacznę rodzić to pomęczę się, pomęczę się, a skończy się cesarką. Można próbować komuś w łapę dać, ona nie wie komu, ale jeden jej na takiego wygląda. Pogadamy jutro, ona będzie na nocce, on też, może coś się ruszy. Trochę się uspokoiłam, że ktoś się mną zajmie i poczłapałam na salę.
Noc była koszmarna. Łóżko skrzypiało, materac się zapadał, a pościel zjeżdżała. Do tego na dworze burza. Przepłakałam pół nocy, że zamiast być z mężem w domu czekam na skurcze sama. Nad ranem na chwilę przysnęłam.
Rano coś się zaczęło dziać. Obudziłam się i miałam wrażenie, że sączą mi się wody, na KTG wyskoczyły straszne skurcze, ale ja czuje tylko delikatny ucisk na kręgosłup. Do tego ręce i nogi przypominają serdelki. Dobrze, że dzień wcześniej oddałam obrączkę Mężowi, bo teraz by mi ją z palcem ucinali.
Przybyło coś co miało chyba być obchodem. Jakaś pani doktor, jakiś pan, pewnie doktor, a wyglądał jak techniczny i pielęgniarka. Pani doktor stwierdziła: no to rodzimy i wyszła. Tyle jej widziałam. Skoro tak, to zadzwoniłam do męża, że się zaczyna, śpieszyć się nie musi, ale niech przyjeżdża. Za jakiś czas przyszła do mnie już inna ekipa. Zaprosili mnie do gabinetu, pobadali, obmacali, nic nie powiedzieli i kazali dalej leżeć. Przyjechał Mąż, ja spłakana, że już nie rodzę, że wszyscy mnie olewają, a ja już tydzień po terminie. Mam się nie martwić będzie dobrze.
Znowu siedzimy sobie cały dzień na korytarzu. Jest 3 maja więc święto. Nie dzieje się nic. Wieczorem na dyżur przychodzi nasza położna. Pana doktora jednak dziś nie ma, będzie jutro rano. Ona na niego poczeka i z nim porozmawia. A mnie czeka kolejna niepewna noc. Wszystko mnie boli, puchnę coraz bardziej, ale ze zmęczenia troszkę przysypiam.
Rano zaczyna się znowu od KTG, coś im tam nie pasuje, każą przekręcić się na drugi bok, coś znowu nie bardzo. I tak sobie leżę raz tak, raz tak, a nikt mi nic nie mówi. KTG szaleje. Wreszcie przychodzi obchód. Mam nie jeść śniadania i przyjść do gabinetu.
Przychodzę, badają, patrzą na wyniki i pada decyzja – mam się spakować i zgłosić na salę przedporodową. Dzwonię do Małżonka, przyjeżdża szybko. Znowu zostaje wyproszony, ale tym razem się nie daje. Zbieramy moje rzeczy i idziemy. Ale tam już go nie wpuszczają. Znowu zostaję sama z torbą spakowaną do porodu. Jest sobota, długi majowy weekend, żadna kobieta nie rodzi. Na sali są dwie położne, nawet się do mnie nie odzywają, tylko podłączają mnie pod kroplówkę i wychodzą. Kroplówka kapie, KTG pika, a ja jestem sama i nadal nie wiem co się dzieje.

1 komentarz:

  1. Matko, toż to jakaś masakra... Co to za szpital...? Rodzić po ludzku...? Jak dla mnie informowanie pacjentki co i jak na każdym etapie porodu powinno być obowiązkiem na takich oddziałach... Czekam na dalszy ciąg!

    OdpowiedzUsuń