środa, 2 października 2013

Filipie narodziny...

Na sali przedporodowej pod kroplówką spędziłam ok 4 godzin. Raz na jakiś czas przychodziła położna z pytaniem czy chcę coś przeciwbólowego. Nie chciałam, bo bałam się, że jak wezmę za wcześnie to potem nie będzie działać. A i tak na prawdę nie było tak źle. Sama już nie wiedziałam czy to skurcze czy wszystko mnie boli od leżenia.
Koło południa kazano mi przejść na parter na USG. Jak wstałam, aż zgięło mnie w pół, ale powiedziałam, że pójdę sama. Miałam nadzieję, że spotkam gdzieś na dole Małżonka. On dalej nie wiedział co się dzieje. Tak po prawdzie to ja też. Poszurałam do windy.
Na dole Małżonka brak, za to przed gabinetem całe stado koleżanek z sali. Jak ja lubię takie aktywistki. Każdym się interesują, każdemu pomogą. Jedna poleciała po M., druga przyniosła mi krzesełko. Na górze też podobno chciały do mnie wejść, ale ich nie wpuszczono.
Wchodzę na to USG. Doktor ten sam. Nic się nie odzywa, tylko odsyła na górę dalej pod kroplówkę. Mąż mnie odprowadza, ale zostaje przed wejściem na oddział. Już nawet nie próbuje wejść, żeby mnie nie narażać na docinki.
Na sali przedporodowej znów dwie położne. Po chwili jedna sobie przypomina o Małżonku i się nad nami lituje. I tak nikogo innego nie ma, to czemu miałby do mnie nie przyjść. Przychodzi. Przestraszony siada na stołeczku i siedzi jak na szpilkach. Też nie wie co będzie, nikt nic nie mówi, ja się nie czuje jakbym miała zaraz urodzić. Jedna wielka niepewność.
W końcu przychodzi lekarz i od tej pory wszystko idzie szybciutko.
Badanie, dużo krwi, kiepskie rozwarcie, cesarka.
Przygotowują mnie, przebieram się i z cewnikiem człapię na salę operacyjną.
Idę na własnych nogach, ale już ledwo. Nie wiem czy ze strachu czy z bólu.
Pamiętam, że strasznie bałam się, że spadnę ze stołu. Pani anestezjolog bardzo miła, zagaduje mnie, widzi, że jestem zdenerwowana. Asystentka taka obojętna, młoda, ładna. Lekarzy którzy robią samo cięcie jest dwóch. A w zasadzie chyba dwie kobiety. Nie pamiętam. Anestezjolog pyta jakie chcę znieczulenie. Ja nie wiem, chyba ogólne, bo się boję, że zemdleję jak będę świadoma. Przekonuje mnie do podpajęczynówkowego. Przecież chcę zobaczyć Malucha przed M. Znieczulają mnie w końcu, nic a nic nie boli. No i zaczyna się.
I w końcu jest. Mój synek. Nawet nie wiem co czuję. Maluch leży ja patrzę. Płaczę. Kładą mi go na piersi. Przytulam i zaraz zabierają. Serce bije mi tak, że mam wrażenie, że zemdleję. Zawijają Małego w beciki i zabierają pokazać Małżonkowi. Już go nie przynoszą na salę. Pani anestezjolog próbuje jeszcze coś zagadać, ale ja odpowiadam tylko imię synka. Filip. A potem już tylko płaczę.


I w taki sposób na świecie pojawił się Fifi. 4 maja 2013 roku. Zdrowy, duży chłopak. Ważył 4070g., a mierzył 60 cm.

2 komentarze:

  1. ja też opisałam swój poród całkiem niedawno, ale był siłami natury dlatego aż w dwóch częściach a jak czytam takie historie od razu mi łzy się cisną do oczu pozdrawiam
    mama Antosia

    OdpowiedzUsuń
  2. Dali Ci popalić tak ogółem... Straszne, że M. nie mógł Ci ciągle towarzyszyć, boję się tego samego jeśli będzie CC :( Bez M. nie wiem czy podołam, z nim było tak fajnie rodzić Zosię...

    OdpowiedzUsuń