poniedziałek, 14 października 2013

I po porodzie...

Po porodzie też nie było lekko.
Zawieźli mnie na położnictwo i sobie leżałam pod kroplówką w towarzystwie M. Nie wiem po jakim czasie przynieśli mi Filipa. W ogóle jakoś niewiele pamiętam z tego dnia. M. siedział ze mną do północy, ja nie mogłam się ruszać, a Fifi spał, albo jadł. Nie wiem czy dużo jadł, chyba nie, bo nikt nam nie pokazał, jak mamy się karmić. 
Koło 12 w nocy przyszła jakaś pani doktor, zapewniła M., że będziemy pod dobrą opieką i że może jechać do domu. M. pojechał, a pani doktor wyszła i zgasiła światło. Zostałam sama, nie mogłam się ruszać, ale jakoś nie było źle. Spać i tak nie mogłam, tylko odbierałam gratulację. M. jak doszurał do domu, to pochwalił się na internecie i wtedy zaczęły się tony SMS'ów. 
Nad ranem przyszła inna pani, popatrzyła, ofuknęła mnie za gaszenie światła i wyszła. Ciekawe jak miałam zgasić światło, jak włącznik przy drzwiach, a ja unieruchomiona od pasa w dół. 
Noc jakoś minęła. Maluch nie płakał. Tylko sobie leżał.
Rano zostałam umyta i postawiona do pionu. To dopiero był ból. Mimo kroplówki przeciwbólowej. Według zapowiedzi pani położna miała pomóc mi się przebrać, stanąć i pójść pod prysznic. Chyba jej się nie chciało, bo podprowadziła mnie pod zlew, który był na sali i pozwoliła umyć ręce. 
Potem to już było jedno wielkie szarpanie się z personelem. Najlepiej, żeby odwiedzin wcale nie było, bo po co ktoś ma im na ręce patrzeć. Ja póki co miałam dobrze, bo byłam sama na sali, to i do M. się nie czepiali. Koło 13 przywieźli jeszcze jedną dziewczynę po cesarce i byłyśmy już we dwie. Popołudniem jeszcze odwiedziny teściów, potem siostry z chłopakiem i więcej nic ciekawego. Małżonkowie byli z nami na sali do 21. Była miła pani doktor na dyżurze i nie robiła problemu.
W nocy na salę trafiają dwie kolejne dziewczyny po cesarkach. 
W poniedziałek koło 9 przyszła babcia. Ledwo chodzi, a doczłapała do szpitala zobaczyć swojego prawnuka. Na to napatoczyła się pani ordynator położnictwa, która babcię wyrzuciła. Nie poprosiła, żeby wyszła, a wyrzuciła. Zanim babcia się odwróciła, żeby wziąć laskę, usłyszała jeszcze, że chyba jest jakaś głucha i że ma wychodzić w tej chwili. Nawet nie chcę pisać jak się wtedy czułam.
Jak babcia wyszła, pani ordynator dopadła do mnie. Dopiero wróciła do pracy po długim weekendzie i dowiedziała się o mojej cesarce. Pyta się mnie dlaczego lekarz zdecydował o cesarce. Ręce mi opadają. Całe oglądanie mojej osoby, to zapytanie jak się czuję i spojrzenie z odległości na brzuch. O lekach przeciwbólowych decyduje położna, która przychodzi przemywać ranę.
Obchody neonatologiczne są jakieś bardziej szczegółowe. Najpierw przychodzą praktykanci z ogromem pytań dopiero potem pani ordynator z obstawą. Pani ordynator jest dziwna, śpiewa sobie pod nosem, układa rymowanki z naszych nazwisk. Zachwyca się moim Filipkiem więc jestem zadowolona. Pewnie jutro wyjdziemy do domu.
Dzień jakoś mija. Jest ciężko. M. kursuje szpital - dom. Wyrzucają go z oddziału, ale wraca. Jak każdy z mężów koleżanek z sali. Trochę płaczę, trochę się śmieję, jakoś mija czas. Popołudniem przyjeżdża tata. Widać, że nie wie jak się zachować. Dziś mężowie zostają wyproszeni wcześniej.
W nocy Fifi zaczyna strasznie płakać. Przybiega położna z butelką i każe go nakarmić. Jestem zmęczona i nie zastanawiam się o co chodzi. Maluch zjada i śpi w końcu długo. Jak nad ranem się przebudza, to dostaje jeszcze troszkę i poprawia piersią i jest ok.
Rano dopiero na obchodzie dowiaduję się, że moje dziecko traci na wadze, a do tego miało gorączkę i do domu nas nie puszczą. Nie wiem jak wytrzymam jeszcze jeden dzień. Przyjeżdża M. Próbuje się coś od kogoś dowiedzieć, ale to wcale nie takie łatwe. Nikt nie wie gdzie jest pani ordynator. Pani ordynator, w końcu odnaleziona, upiera się, że mi wszystko wytłumaczyła i nie będzie się powtarzać. M. się wkurza i znajduje na patologii ciąży swoją koleżankę. Okazuje się, że nic złego się nie dzieje, tylko Maluch bardzo traci na wadze. Obiecuje zrobić wszystko, żeby nas na drugi dzień wypuścili. Wieczorem przychodzi do mnie, ogląda biust, chwali laktację i w końcu pokazuje jak mam karmić. Przy kąpieli Filipa dostaję butelkę, w nocy drugą, obie nie są wpisane w kartę. Rano się okazuje, że mój syn rekordowo przybiera na wadze. Wypisują nas.


Podsumowując. Osoby, na które liczyłam, zawiodły mnie po całości. Pani doktor prowadząca nawet się u mnie nie pojawiła. Położne na noworodkach niechętne do pomocy, nie odpowiadają na pytania, najlepiej jakby nikt im nie przeszkadzał. Lekarze dziwni, niemili, każdy chce udowodnić, że jest ważniejszy od innych co skutkuje totalnym chaosem. Sam szpital obskurny, w łazienkach wypatrzyłam pajęczyny z dobrze sobie żyjącymi pająkami. Syf straszny.
Pomogły mi osoby, po których się tego nie spodziewałam. Położna na trakcie porodowym, która po porodzie jeszcze nie raz do mnie przychodziła porozmawiać. Pan doktor, który się mną zajął w dniu porodu. Pani anestezjolog, która dodawała mi odwagi w trakcie cesarki. Położna ze szkoły rodzenia. No, i koleżanka M., dzięki której wypuszczono nas w końcu z tego strasznego miejsca i dzięki której nie przeszłam od razu na butelkę.
Tym wszystkim osobom bardzo, bardzo dziękuję.

Planujemy z M. drugie dziecko, ale do pani doktor i do tego szpitala już nie mam w planie zaglądać. Problemy z piersią leczyłam w prywatnym szpitalu i się w nim zakochałam. Troszkę to kosztuje, ale podejrzewam, że warto. A szpitala, w którym ja rodziłam nie polecam nikomu.


13 komentarzy:

  1. Jak to czytałam to przypominałam sobie moje 6 dni spędzonych po cesarce w szpitalu. Tak - 6 dni, chociaż niektóre dziewczyny bez problemu po 3 wychodziły. Mój prowadzący nawet chciał mnie wcześniej wypuścić, ale władze zadecydowały inaczej. Dlaczego? Bo za każdą pacjentkę która spędza na oddziale tydzień dostają dodatkowe pieniądze. Za mnie nie dostali bo byłam 6 dni - przez dwa ostatnie juz tak płakałam, że chyba mieli mnie dość ;) Ale jak tu nie płakać, jak nie powiedzą człowiekowi czemu do domu nie puszczają tylko bez przerwy jest: jutro, jutro, jutro! A drugiego malucha to już planujecie, czy narazie się przymierzacie do planowania? :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Drugiego planujemy za jakiś rok, ale jak będzie to się jeszcze okaże. Na razie chcę się nacieszyć jednym, małym szczęściem.

      Usuń
    2. Z dwoma małymi szczęściami to już urwanie głowy ;D A jeszcze odnoście położnych i pań noworodkowych u nas to też katastrofa, chociaż przyniosły dziecię chyba godzinę po cięciu i przystawiały nam do cyców :)

      Usuń
  2. Całe szczęście, że już macie to za sobą.

    OdpowiedzUsuń
  3. Ja rodziłam SN i po porodzie czułam się koszmarnie, ale widzę, że u Ciebie było gorzej, bo u mnie chociaż mąż mógł siedzieć od 8 do 21 non-stop i opierdzielać wredne położne.
    Nie jeden szpital na tym świecie przy kolejnej ciąży może będzie lepiej.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. U nas w mieście jest prywatny szpital położniczy, którego kampania reklamowa polega na wytykaniu państwowej służbie zdrowia ich "niedoskonałości";)

      Usuń
  4. Ja o swoim szpitalu na blogu już się wyżaliłam (leżąc po 3 doby 2 razy) a jeszcze nie urodziłam... Szkoda gadać i nerwy psuć. Teraz tylko marzę, aby jakoś urodzić i żeby dziecko było zdrowe. Tylko i aż tyle... pozdrawiam i zazdroszczę, że masz już wszystko za sobą :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja mam nadzieję, że po porodzie i późniejszych problemach z piersią, moje problemy ze służbą zdrowia się skończyły. A jak, odpukać, coś by się działo, istnieją prywatne przychodnie i szpitale.

      Trzymam kciuki. To nie są bajki, że dziecko wynagradza wszystkie trudy ciąży i porodu. Pozdrawiam.

      Usuń
  5. Jak ja rodziłam w liestopadzie 2012...byłam jedyna "naturalna"..na oddziale były same cesarki..Połozna zajrzała do mnie raz z pytaniem "da sobie pani rade? bo musiły katac do ciętych"...co miałam zrobic...w ich oczach bylam już wieloródka..bo to moje drugie dziecko...mimo że karmiłam juz piersią mała bardzo mi spadła na wadze i tez nie chcieli nas puścic do domu...w dodatku pojawiło sie w moim moczu białku, więc przechlapane...
    Co do samej opieki, dużo zalezy od cżłowieka...u mnie , po porodzie, najmilsze były...panie które roznosiły obiady :-)...żaaal....

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. U mnie tak samo, panie roznoszące jedzenie były najmilsze;)

      Usuń
    2. W moim szpitalu też... Panie roznoszące jedzenie na ordynatorów! ;)

      Usuń
  6. Jak tu u Ciebie miło! Jak pozwolisz rozgoszczę się na dłużej. Śliczny Twój synuś;) Też miałam cc, też karmię piersią;) pozdrawiam ciepło.

    OdpowiedzUsuń
  7. Ostre przejścia... Na szczęście u mnie po cesarce i pobycie w szpitalu wrażenia duuużo lepsze, ale przykre jest to, że w XXI wieku, kiedy tak dużo mówi się o akcji "Rodzić po ludzku" zdarzają się takie sytuacje jak Twoja...

    OdpowiedzUsuń