czwartek, 17 kwietnia 2014

Post pozytywny, o optymistycznym zabarwieniu...

Żeby nie było, że u mnie tylko smutno, ponuro i pesymistycznie, to dziś będzie pozytywnie i z nadzieją.
Bo ja tak naprawdę jestem bardzo szczęśliwa z moimi dwoma chłopakami. Czasami boli, że tylko z nimi, bo reszta rodziny, jak już nie raz pisałam, jest troszkę "rozlazła", każdy myśli tylko o sobie i nie patrzy, że rani innych. Albo po prostu myśli, że inni się tym nie przejmują.
Ale koniec.
Teraz będzie pozytywnie.
Wiecie, że na ten miesiąc etap starań się zakończył, teraz jest etap oczekiwania. Jestem dobrej myśli, ale też troszkę się boję. Decyzja o drugim dziecku, kiedy nie mamy wsparcia w rodzinie, była trudną decyzją. Ale ją podjęliśmy i się jej trzymamy.
Ale póki co, najważniejszy jest Filip.
Wkurza mnie, marudzi, nie chce jeść i spać, ale to złote dziecko. Sam chodzi po całym mieszkaniu, bawi się, grzebie w szafkach, robi bałagan, większość czasu jest radosnym maleństwem. Uwielbiam z nim tarzać się po łóżku lub kocu. Śmieje się wtedy tak, że serce mnie ściska. Nawet jak już byłam w ciąży, nie zdawałam sobie sprawy z tego, że można tak bardzo kochać tą malutką istotkę. Jest moim największym szczęściem.
Na początku bałam się, że jak zdecydujemy się na drugie dziecko, to Fi pójdzie troszkę w odstawkę, będę się musiała podzielić na pół. Ale teraz wiem, że tak to nie działa. Zawsze będzie dla mnie tak samo ważny, a jak pojawi się brat lub siostra, to moje serducho się po prostu powiększy.

Czasem narzekam na męża, kłócimy się. Wiele z tych kłótni jest spowodowana moją trudną sytuacją w rodzinie. Mąż czasami tego nie rozumie, bo nigdy tak nie miał. Ma dziwną rodzinę, ma swoje "jazdy", ale zawsze jest, a u mnie bywa różnie.
Mimo to, kocham go bardzo. W tym roku mija 5 lat od naszego ślubu. Wiele się przez te lata działo. Czasami było niełatwo, ale my walczyliśmy o ten związek i, gdy w ciąży usłyszałam, że on ma już wszystko, co mu do szczęścia potrzebne i ja poczułam się naprawdę szczęśliwa. W końcu miałam przekonanie, że staliśmy się rodziną.

Mamy własne mieszkanie, odziedziczone, ale staramy się je urządzić tak, by było miło i przytulnie. Co jakiś czas coś zmieniamy, uprzytulniamy, udoskonalamy. Może nie jest idealnie, ale gdyby było, to co byśmy robili.  Właśnie wczoraj przyszedł nam dywanik do salonu, a że salon duży, to mąż miał problem z przywiezieniem go ze sklepu. Jeszcze nie mogę się przyzwyczaić, jeszcze nie leży na swoim miejscu, ale teraz jest to w końcu nasz dywan, a nie 30-letni po moich rodzicach, którego nikt nie chciał, a my w dobie kryzysu braliśmy wszystko. Radochę mam straszną z faktu, że sama. Sama wybrałam, zamówiłam, zapłaciłam, do swojego mieszkania. Niby wcześniej też coś urządzałam, ale zawsze ktoś musiał wtrącić swoje trzy grosze. Teraz jest to tylko nasza decyzja.
Czekamy jeszcze na telefon ze studia firan. Mam nadzieję, że przed Świętami się odezwą, bo zostanę z nieupranymi starymi firankami. Przyznam szczerze, że nie chciało mi się ich zdejmować, prać, prasować, zakładać i wieszać, jak w perspektywie mam całkiem nowe, tym razem na haczyki, a nie te koszmarne żabki.

A o przygotowaniach świątecznych dopiero myślę. Podzielę się z Wami swoimi postanowieniami, jak coś ustalę. Może nawet będziemy mieli gości więc trzeba będzie coś zrobić. Lubię szykować różne smakołyki, tylko czasem Filipiasty przy nodze zadanie mi utrudnia.

Tak więc, mam nadzieję, że przekonałam wszystkich niedowiarków, że u nas też jest miło i przyjemnie. A że czasem marudzę? Ja po prostu nie mam nikogo, komu mogłabym się wyżalić i czasem przesadzam z tym na blogu. Wyżalę się, wyżalę i potem humor wraca na swoje miejsce. A jak na dworze ładne słoneczko, to już całkiem radośnie się robi.

A na koniec nasz uśmiechnięty skarb. Rozmazany, rozchełstany, ale kochany;)


No i zaczęłam myśleć o świątecznych przygotowaniach. Mam tyle pomysłów, a nie chcę przesadzić. Przecież jesteśmy tylko we trójkę i może szwagier wpadnie z kolegą na kolację w niedzielę.
A dziś pędzę na poszukiwania koszyczka dla Filipa. Sami nigdy nie święciliśmy jajek, bo na Święta nie jesteśmy w domu, ale to pierwsza Wielkanoc Fi i trzeba dopełnić tradycji.
 I pomyśleć, że w tamte Święta byłam wielką słonicą z tym małym urwisem w środku;)

17 komentarzy:

  1. Trzymam kciuki za szybki sukces operacji rodzeństwo :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Przeważnie brak "parcia na szkło" daje dobry efekt ;) Mimo wszystko, niema lepszego prezentu dla ukochanego malucha jak rodzeństwo, mówi to w pełni świadoma wszystkich minusów najstarsza z trójki :) Powodzenia :*

    OdpowiedzUsuń
  3. Oby zajączek przyniósł upragnioną niespodziankę :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Zazdroszcze Wam staran-znaczy nie samych staran a tego z taka decyzje mogliscie jednak podjac.Trzymam kciuki :) Filip cudny :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Nogi na ścianie były? Jeśli tak to musi się udać ;-)
    Trzymam z Kruszynką kciuki.

    OdpowiedzUsuń
  6. A bo życie jest jak sinusoida, generalnie dążymy do constans, ale nie zawsze mamy na to wpływ...nie ma co się tłumaczyć. . też mam gorsze dni, a prowadzenie bloga to zajebista autoterapia...pzdr świątecznie Gosia

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Właśnie o to w tym wszystkim chodzi. Wesołych Świąt!!!

      Usuń
  7. Oj tak sinusoida to chyba jedyny właściwy wykres wszystkiego: życia, miłości, cierpliwości, pracy... Dobrze, że czasem jest trochę gorzej, łatwiej wtedy docenić, gdy jest lepiej :)

    OdpowiedzUsuń