poniedziałek, 11 maja 2015

Odwiedziny rodziny czyli coś, co nerwy nam psuje...

Każdego z nas czasem odwiedza rodzina, by zobaczyć dzieci. Gdy tych dzieci nie było, jakoś i tych odwiedzin było mniej, a niektórzy nie odwiedzali nas wcale. Może to i byłoby lepsze, bo niektóre z tych odwiedzin kosztują nas wiele nerwów i czasem nie mam pojęcia czemu one mają służyć.

Oto niektóre z typów:

Odwiedziny u Filipka.
To takie odwiedziny, które najchętniej odwiedzający odbyłby pod naszą nieobecność w domu. To znaczy pod nieobecność głównie mnie, ale gdyby M. również wybył byłoby już całkiem super. Jak pewnie niektórzy z Was wiedzą, od jakiegoś czasu nie odwiedzamy rodziny z dziećmi. Sami zresztą też nie więc jedynym sposobem, żeby z naszymi dziećmi pobyć, są odwiedziny u nas. To jednak przysparza pewne trudności. Nie można na przykład paść dzieciaków czekoladkami w ilości nieograniczonej, nie można prowadzać po schodach, nie można wielu rzeczy, na które odwiedzający mają ochotę, a które są sprzeczne z naszymi zasadami. Jak najlepiej okazać niezadowolenie z tego faktu? A no, olać nas totalnie. Nie odzywać się do nas, udawać, że się nie słyszy pytań, traktować nas, jak podstawki do dzieci, trajgolić dzieciakom nad uszami i klepać im zdjęcia wcale nie zwracając na nas uwagi.
Po takich odwiedzinach mam wrażenie, że jestem opiekunką zwierzątek w zoo, która najlepiej, żeby usunęła się z widoku, gdy przychodzą zwiedzający. Nie muszę chyba mówić, jak mnie to wkurza i mam ochotę powiedzieć, że Filip będzie przyjmował gości, jak będzie miał własny dom, a póki co mieszka u mnie i ja sobie takich odwiedzin nie życzę. Wiem, wiem, też mnie wkurzały kiedyś takie gadki rodziców, ale nie mogę się powstrzymać.

Odwiedziny "przy okazji"
Jak sama nazwa wskazuje, odbębnione przy okazji czegoś. Na szybko, na odwal się, żeby mieć z głowy. Takie odwiedziny są po to, żeby rodzina się nie czepiała, tak na sztukę. A przejeżdżamy, to zajedźmy, będziemy mieli miesiąc spokoju. Bo przecież jest obowiązek od czasu do czasu zobaczyć dzieciaki i nas.
Zawsze, gdy takie odwiedziny mają miejsce, mam nadzieję, że będzie to miłe spotkanie i miła pogawędka. Niestety, zazwyczaj kończy się na koniecznych uprzejmościach i bezpiecznych tematach. Pogoda, nowa fryzura pani z telewizji, ale dzieci szybko rosną, już musimy jechać, do zobaczenia.
Takie odwiedziny też mnie wkurzają, ale nie mam absolutnie pomysłu, co z nimi zrobić.

Rodzinne przechwałki.
Może to nie są typowe odwiedziny, ale podchodzi pod spotkania rodzinne, które wyprowadzają mnie z równowagi. Na takim spotkaniu wyciągane są fakty, które są powszechnie wiadome, ciężkie do zaprzeczenia, znane z facebooka, z opowieści innych, ale w odpowiedni sposób przedstawione dają wrażenie, że osoba, która o tym opowiada, ma na nasz temat najlepsze, najświeższe wiadomości i, że widuje nas i dzieci co najmniej co drugi dzień. Tym faktom nawet nie można się sprzeciwić więc tylko można mocno zaciskać pięści i przemilczeć fakt, że ostatni raz rozmawialiśmy trzy miesiące temu. Takie przechwałki pod publiczkę, że jesteśmy zgranym stadkiem.
W tym wypadku również nie mam pojęcia co zrobić, wkurza mnie to, ale na dłuższą metę jest nieszkodliwe i w zasadzie ja też daję się nabrać na takie zainteresowanie.

Odwiedziny, których nie było.
Chyba dużo pisać nie muszę... Niektórzy uważają, że to my powinniśmy im dostarczać dzieci na okazanie. Niestety, jakiś czas temu sobie zapowiedzieliśmy, że to nie jest cyrk objazdowy. Mogę tylko z tego miejsca pogratulować niektórym klasy i powiadomić, że ponad 4 miesiące temu urodziła się Zosia, bo może do tej pory o tym nie wiedzą.

To tak w skrócie, w celu wylania z siebie odrobiny żalu.
Oczywiście nie wszystkie rodzinne spotkania są be i okropne. Zdecydowana większość sprawia nam wiele przyjemności i zazwyczaj nie możemy się ich doczekać, ale, jak to mówią, wyjątek potwierdza regułę.
A jak jest u Was? Zawsze słodko i przyjemnie czy niektórzy działają Wam na nerwy i wolelibyście nie wpuszczać ich za próg swojego domu?

13 komentarzy:

  1. Mnie najbardziej denerwują odwiedziny tylko po to gdy coś chcą abym im zrobiła, pomogła, napisała, narysowała, wydrukowała, itp. Gdy niczego nie potrzebują to nie pamiętają a jak jest problem to ja jestem najlepsza oh i ah :/
    A gdy odmówię, bo np czegoś "nie potrafię" na horyzoncie widzę fochaaaaa długości muru berlińskiego.
    Jednym słowem masakra....

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj tak... Albo, żeby coś pożyczyć... Przeważnie pieniądze...

      Usuń
  2. Ja mam to szczęście, że mieszkam z daleka od swojej rodziny. Z jednej strony ciężko, bo nie ma kto pomóc. Na ale z drugiej strony mam spokój z takimi wizytami.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Widzisz, my mamy rodzinę blisko a pomocy brak, za to wizyty w gratisie;)

      Usuń
  3. Ja uwielbiam takie to późnych godzin wieczornych...gdzie chyba nie wiedza ze dzieci powinny isc spac i miec cisze, czasem wybucham i wychodzą :))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja kocham stwierdzenie "nie przeszkadzajcie sobie, my poczekamy"...

      Usuń
  4. Ja mam wręcz tragiczne wspomnienia z pierwszych odwiedzin zaraz po powrocie ze szpitala po porodzie. :/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pierwsze odwiedziny, to historie na oddzielne posty... Nauczeni doświadczeniem, przy Zosi zabroniliśmy odwiedzin w szpitalu, ale w domu już się za bardzo wymigać nie mogliśmy... Choć postawiliśmy swoje warunki, bo pierwsze odwiedziny, jak się Fi urodził, to był dramat...

      Usuń
  5. Heh no. Ja przeważnie zapraszam tylko tych, których chcę widzieć i z którymi mam dobry kontakt. Nie interesuje mnie robienie dobrej miny do złego gry- za stara na to jestem :P
    Ale fakt, bywają jedne odwiedziny, które musiałam "zdzierżyć", ale do czasu. W końcu powiedziałam sobie 'dość' i teraz również i te odwiedziny odbywają się tak, jak chcę ja.
    Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja właśnie jeszcze jedne znosiłam. Zaciskałam zęby i gryzłam się w język, żeby czegoś nie powiedzieć. Ale w końcu dość tego... Tak jak piszesz, jestem za stara, jestem u siebie i tutaj panują moje zasady...

      Usuń
  6. Ja od niektórych z chęcią bym się odgoniła, a czuje że cieżkie czasy przede mna...

    OdpowiedzUsuń
  7. Dasz sobie radę, trzymam kciuki!!! Ja, gdy kiedyś jeszcze zdecyduję się na dziecko, to już nie pójdę na żadne ustępstwa. Teraz dałam się przekonać i wleźli mi na głowę...

    OdpowiedzUsuń
  8. Ja mam teraz spokój w tym temacie :)

    OdpowiedzUsuń