sobota, 4 marca 2017

Umiesz liczyć? Licz na siebie. Czyli nasza podróż, nasze zmartwienie.

Gdy ma się rodzinę, dzieci, zwierzęta, pracę, a nawet kwiatki na balkonie, wyjazdy zaczynają się robić większym przedsięwzięciem. Z czasem, gdy zdobywamy to wszystko, każdy urlop, weekend za miastem czy wyjazd do znajomych zaczyna się robić coraz bardziej problematyczny i przychodzi taki czas, że bez pomocy osób z zewnątrz nie jesteśmy sobie w stanie w miarę gładko poradzić. Ktoś przecież musi doglądać tego wszystkiego, karmić kota, podlewać kwiaty, a w wyjątkowych sytuacjach zająć się dziećmi.
Naturalnym jest, że najczęściej w takich przypadkach liczy się na rodzinę, o ile jest warta zaufania i nie rozmyśli się w trakcie. Czasem zdarzają się bliscy znajomi a niekiedy ktoś odpłatnie zajmujący się takimi sprawami. Niemniej jednak bywa tak, że nawet najbardziej zaufani zawodzą i zostajemy z przysłowiową ręką w nocniku, zmartwieniem i nadszarpniętymi nerwami. A jeśli chodzi o wyjazdy wakacyjno-urlopowe, potrafi to mocno zepsuć nam wypoczynek.

Temat wypłyną u mnie na fali trochę innych doświadczeń, nie koniecznie wyjazdowych, ale też problematycznych, a mianowicie, umawialiśmy się, planowaliśmy sobie, a w ostatniej niemal chwili ktoś nam się wycofał i zostawił nas na lodzie bez możliwości wymyślenia czegokolwiek w zamian. Nic się wielkiego nie stało, musieliśmy zmienić terminy, troszkę się wkurzyliśmy, troszkę zmarnowaliśmy czasu, ale jakoś to ogarnęliśmy. Ale od razu zaświtała mi wtedy w głowie wizja, że za trochę mamy samolot, lecimy na nasze ukochane wyspy greckie, wszystko już spakowane, dzieci wyszykowane, ładujemy się do samochodu, jedziemy jeszcze podrzucić komuś "zaufanemu" klucze i możemy ruszać w drogę. Niestety, ten ktoś "zaufany" powiadamia nas sms'em, że w zasadzie to on też wyjeżdża i nasz kot przez najbliższy tydzień musi żywić się powietrzem albo my zostaniemy tutaj i cały wyjazd nam przepadnie... Lipa, lipa, lipa...
Na szczęście taka sytuacja nigdy nam się nie zdarzyła, ale mieliśmy już niedźwiedzie przysługi, przemeblowywanie nam mieszkania pod naszą obecność i wyzywanie od niewdzięczników, gdy nie okazywaliśmy radości... 
Zdarzyło się nam również czekanie na lotnisku kilka godzin, bo ktoś, kto miał nas odebrać jednak miał inne sprawy, a przecież i tak powinniśmy się cieszyć, bo wyświadcza nam przysługę... O drodze powrotnej z miliardem postojów na papierosa już nawet nie wspomnę, bo moje zmęczenie całonocnym lotem i oczekiwaniem na lotnisku nie dało mi się nawet skupić na ich liczbie. 
O pracowych zawodach też pisać nie będę, bo było tego tyle, że "nie martwcie się niczym, wypoczywajcie", a potem telefony z pretensjami od klientów nas zasypywały przez dwa tygodnie po powrocie... Bywa.


Jeśli chodzi o dom czy pracę, przeskoczyć się tego nie da. Z całego stada osób "zaufanych" wybieramy kogoś, kto jest naprawdę zaufany i wyjeżdżamy będąc w kontakcie i kontrolując całość sytuacji. Co do dojazdów, podjazdów, podwózek... Nic prostszego, jak pojechać własnym autem. Oduczyłam się jakiś czas temu od wycieczek łączonych. Owszem, fajnie pojechać z przyjaciółmi, ale każdy własnym samochodem. 
Co do lotniskowych przygód, też nic prostszego. Jedziemy własnym autem i zostawiamy je na parkingu nieopodal lotniska (http://modlinparking.pl/). Nie raz już korzystaliśmy z takiego rozwiązania. Jest najwygodniejsze i najbardziej komfortowe. Zwłaszcza jeśli w grę wchodzi podróż z dziećmi. Możemy zabrać co nam się podoba na czas dojazdu. My akurat dojeżdżamy z Lublina do Warszawy więc droga trochę trwa, w międzyczasie dzieci się bawią, coś jedzą, czasem naśmiecą. Możemy to wszystko zostawić w aucie na parkingu i niczym się nie przejmować. Możemy spakować dwie torby, jedną na tą stronę, drugą na drugą. Mamy wszystko, wszystko na nas czeka, zmęczeni po locie nie musimy nigdzie zajeżdżać, nawet jakieś drobne przegryzki się tam mogą znaleźć. Bezpiecznie i na czas dojedziemy pod sam terminal taksówką zamówioną na koszt parkingu, a potem, w drodze powrotnej również możemy wziąć taksówkę, a nie czekać na kogoś, kto utknie gdzieś po drodze. Nie musimy się martwić o samochód, nie musimy sobie wyobrażać naszego auta stojącego z wybitymi szybami pod blokiem, bo ten zostaje na strzeżonym całą dobę parkingu. Ba, kiedyś wydawało mi się, że taki parking kosztuje majątek... Przekonałam się, że "wdzięczność" wobec kogoś, kto nas dowiezie, odbierze, popilnuje naszego auta, kosztuje niejednokrotnie dużo więcej. 

Nie jesteśmy podróżniczymi alfami i omegami. Nie zjeździliśmy dalekich krain, nie podróżowaliśmy ekstremalnie. Wręcz przeciwnie, w tej dziedzinie jesteśmy raczej wygodniccy i ciągle szukamy nowych rozwiązań. Wszelkie ułatwienia i udogodnienia są dla nas na wagę złota, a wszelkie gwarancje bezpieczeństwa i pewności, że wszystko pójdzie gładko i przyjemnie, że urlop nie zamieni się w pełną płaczu udrękę przyjmujemy z pocałowaniem ręki. Gdy po raz kolejny czyjeś widzi mi się wpływa na nasze plany, kombinujemy, jak następnym razem do tego nie dopuścić. A gdy kilka lat temu pani w naszym zaprzyjaźnionym biurze podróży podsunęła nam pomysł z parkingiem, spróbowaliśmy i od tej pory nie bierzemy nawet pod uwagę innej możliwości.

PS. Oczywiście, w każdym aspekcie życia najlepiej jest, gdy ma się bliskich, którzy staną na głowie, by nam pomóc, ale nie oszukujmy się, nie zawsze tak się da. I nie z powodu złych chęci. Nie zawsze potrafimy się zgrać, nie zawsze mamy podobne zdanie, nie zawsze w tym czasie coś, a w tamtym jeszcze coś innego. Jeśli możemy, powinniśmy liczyć na siebie, nie wymagać od innych, że to oni będą się podporządkowywać pod nasze plany. Tym bardziej, nie możemy planować swoich wakacji i żądać od kogoś, że rzuci wszystko, by nam je umożliwić.

3 komentarze: