czwartek, 31 października 2013

Łóżkowe dylematy...

Na początku, jak z Filipem wróciliśmy do domu, mieliśmy go cały czas przy sobie.
Kołyska stała koło mojego fotela w salonie i jak szliśmy spać zabieraliśmy Maluszka ze sobą do łóżka. Spał sobie na niedużej poduszce między nami.
Po jakimś czasie chcieliśmy mieć troszkę czasu dla siebie i zakupiliśmy nianię elektroniczną z kamerą. Kołyska zaczęła jeździć pomiędzy salonem a sypialnią. Wieczorem jechała do sypialni, a Fifi po kąpieli był wynoszony tam. Rano wracała z powrotem na miejsce koło mojego fotela i stała tam cały dzień. W czasie drzemek trzeba więc było chodzić na paluszkach.
Po dwóch, może trzech tygodniach przestaliśmy tak jeździć i kołyska zagościła w sypialni na stałe. Wszystkie drzemki też już się tam odbywały. Kładłam się z pierwszym przebudzeniem Malucha i zostawaliśmy już razem w łóżku.
Teraz, jak się dziecko przebudza, to usypiam je i dalej odkładam do kołyski. Czasem zabiorę do siebie zanim zasnę, a czasem dopiero potem się budzę, karmię i już nie odkładam.
I tak było dobrze, przywykłam do tego, choć czasem było mi smutno, jak zasypiałam, a Borsunia nie było w zasięgu ręki. Ale zawsze mogłam się na niego popatrzeć.
No i teraz znów nadchodzi czas na zmiany. Filipiasty wyrasta nam z kołyski. Ma oczywiście duże dziecięce łóżeczko, ale stoi w jego pokoju, a do sypialni naszej się nie zmieści. A nie muszę chyba mówić, że wyrzucenia Syna do spania do oddzielnego pokoju na razie sobie nie wyobrażam. Nawet jeśli, to przecież on nie wyśpi tam całej nocy, trzeba będzie wstać i go przynieść do nas do łóżka, a logistycznie też tego nie widzę. Serce mi się kraje na myśl, że miałby spać całą noc w kołysce, a co dopiero, że miałby spać w innym pokoju, z daleka ode mnie.

Nie wiem, jak to zaplanować, żeby jak najmniej odczuć te zmiany, które jednak kiedyś będą musiały nastąpić. Ciężko jest podejmować takie decyzje, że od jutra coś się zmienia. Ja wiem, że dzieci rosną, zmieniają się i nasze zwyczaje też muszą się zmieniać, ale nikt nie powiedział, że to będzie aż tak trudne. No cóż, trzeba sobie jakoś z tym poradzić.

wtorek, 29 października 2013

Chrzciny - zdjęcia.

No i kolega fotograf przesłał nam zdjęcia.
Troszkę się pochwalimy.

 Z tatusiem.

 Z mamusią.

 Kazali założyć czapeczkę.

 Znudziło mi się czekanie.

 Cudowny śpioch.
 Butki pogubione już na początku.
 Och...

 Z rodzicami chrzestnymi...

Zbieramy prezenty;)

No i jedzonko...

poniedziałek, 28 października 2013

Udało się...

Chrzciny, chrzciny i po chrzcinach.
Udało się wszystko.
Mamusia uśmiechnięta, Tatuś uśmiechnięty, rodzina chyba też zadowolona.
Nawet skwaszona mina teścia nie popsuła mi humoru.
Fifi o mało nie przyprawił nas o zawał, bo na początku mszy zaczynał swoje koncerty, ale już w połowie spał jak zabity. Nawet polewanie wodą i przekładanie go sobie z rąk go nie ruszyło. Obudził się jak wyszliśmy z kościoła.
Za długo też nie prezentował się w eleganckim garniturku, bo już na wejściu pogubił buciki, a potem tak się wiercił, że wszystko się pomemłało, ale i tak wyglądał uroczo. W hotelu został przebrany w strój codzienny czyli dres.
Moja Siostra tak przejęła się rolą chrzestnej, że prawie nam zemdlała na mszy, ale wytrwała i jest z siebie zadowolona. A ma z czego, bo ksiądz nas nie oszczędzał i przeciągnął nabożeństwo do półtorej godziny.
Przyjęcie też było świetne. Jedzenie dobre, obsługa miła. Goście byli zachwyceni.
No, ja, jak zwykle, coś bym zmieniła, ale ja to ja. Dla mnie musi być lepiej niż idealnie.
Nawet mój tatuś był pozytywny, ale jak zwykle z dystansem.
Przyjechał sam, specjalnie się do nikogo nie odzywał. Nie na rękę mu to wszystko było, ale starał się zachować pozory.
Zdjęcia oczywiście będziemy mieli i się nimi pochwalimy, jak tylko kolega fotograf nam je podeśle. 
Jestem szczęśliwa, że M. pomyślał, żeby go zamówić, bo będziemy mieli śliczną pamiątkę.
A jak na razie mam tylko zdjęcie tortu zrobione przez M., jak odbierał z cukierni.
To jest właśnie ten tort, z którego byłam niezadowolona.
I nadal utrzymuję, że miał być inny, ale gościom się podobał. Wszyscy rzucili się robić mu zdjęcia.

No i jeszcze jedno. 
Ja od bardzo dawna nie czułam się tak piękna, jak wczoraj.
Wszystko miałam zapięte na ostatni guzik.
Sukienka, buty, opaska na włosach. Wszystko było, tak jak chciałam. To dla mnie bardzo ważne, bo ostatnio zaczęłam popadać w kompleksy.

Dziękuję ogromnie M. za to, że wszystko tak cudownie zorganizował.

sobota, 26 października 2013

Przygotowania...

Co mnie pokarało.
Wczoraj M. odebrał torcik. Nie taki jak miał być. Zrobiło mi się smutno.
M. ściągnął mi do domu szwagra.
Nie zdążyłam umalować włosów, przymierzyć sukienki, poszukać butów.
Dziś. M. uważa, że nic się nie stało, pojedziemy na zakupy i dokupimy co trzeba.
Ale ja nie wiem co trzeba, bo wczoraj nie miałam kiedy sprawdzić.
Mierzymy ubranko Filipa.
Czapeczka za mała.
W trzech sklepach nie możemy dobrać odpowiedniej. Będzie bez czapeczki.
Kupuję troszkę biżuterii, parę ozdób do włosów, będzie dobrze, coś się dobierze.
W domu okazuje się, że nie mam butów.
Fifi śpi, czekamy aż się obudzi i jedziemy kupić.
W trzecim sklepie znajduje pantofle na w miarę normalnym obcasie, ale tylko czarne.
Pada moja koncepcja stroju, ale nic, staram się nie denerwować.
Maluję sobie włosy, kąpiemy dzieciaka, usypiam, a M. jedzie na myjnię.
Zasiadam przed telewizorem i maluję paznokcie.
Już jestem nawet spokojniejsza o Filipa. Mam przeczucie, że zachowa się cudownie.
Dzwoni M.
Jego babka i ciotka z mężem nie przyjadą.
Bo nie.
Szlag mnie trafia.
Jutro o 11 chrzest. Oni dzwonią o 21. 
Nie rozumiem co oni sobie myśleli.
Zostałam z trzema wolnymi miejscami. A może i czwartym, jak mój tata postanowi nie zabierać ze sobą swojej kobiety.
Zaprosiliśmy 27 osób, wydawało się, że najbliższej rodziny. Czy naprawdę tak ciężko na to jedno wydarzenie się zebrać i przyjechać. A jak nie, to dać znać odpowiednio wcześniej. Tak zrobiły dwie osoby. Zadzwoniły dwa tygodnie temu. Tak nakazuje dobre wychowanie. 
Nie chce mi się nawet takiego zachowania komentować. Jutro będą stały przy stole trzy puste krzesła, bo nawet o tej porze nie zadzwonimy do hotelu, żeby sprzątnęli zbędne nakrycia.
Szkoda gadać.

Za to M. jak wrócił przyniósł ciasteczka.

Troszkę mi się humor poprawił.
Fifi słodziutko śpi. Tak spokojnie, jak nigdy.
My oglądamy film.
A jutro od rana adrenalina i szał szykowania się.
Mam nadzieję, że mimo wszystko będzie to piękny dzień.
Trzymajcie kciuki.

piątek, 25 października 2013

Proboszcz...

Dziś już mi zeszło zdenerwowanie, ale jeszcze wczoraj ten wpis byłby nacechowany bardzo emocjonalnie i pewnie mocno negatywny.
Wkurzył mnie proboszcz naszej parafii.
W sumie to już nie wiem czy naszej, bo po tym co usłyszałam, to ja nie wiem czy ja nadal chcę należeć do parafii kierowanej przez kogoś takiego.
W niedzielę chrzcimy Filipa. W parafii, w której braliśmy ślub, bo mamy sentyment, bo teściowie tam mieszkają, bo po prostu chcemy.
Potrzebujemy podobno zgody od naszego proboszcza.
Zebraliśmy Małego, ładna pogoda, zrobimy sobie miły spacer i przy okazji zajdziemy do kancelarii porozmawiać z księdzem. Zawsze wydawał mi się miły i sympatyczny, więc nie miałam żadnych obaw.
Zachodzimy, mówimy o co chodzi, no i się zaczyna.
Że tak się nie robi.
Że wyrzekamy się parafii.
Że chrzest, to nie nasza prywatna uroczystość, tylko wprowadzenie do parafii.
Na delikatne zapytanie M, czy to przypadkiem nie wprowadzenie do Kościoła jako jedności, usłyszeliśmy, że to motłoch, a nie jedność, że liczy się jego wspólnota.
Że on zbiera na budowę kościoła, a my ostatnio odmówiliśmy datku. A owszem, bo byłam sama w domu jak panie wolontariuszki przyszły i nie miałam przy sobie pieniędzy. Powiedziałam jak jest, a one wpisały to w zeszycik jako odmowę.
Że nie przyjęliśmy księdza. Też racja, ale chcieliśmy. Specjalnie jechałam z pracy na 15, bo od 15 miał ksiądz chodzić. W drzwiach zastałam kartkę z numerem konta i wizualizacją planowanego nowego kościoła.
Nawet nie próbowałam tłumaczyć, bo ton jakim uświadamiał nam, że jesteśmy nieprzydatni parafii, zbił mnie już zupełnie z tropu.
Wypisał nam zgodę, pisząc dodatkowo notkę, że jest to niezgodne z prawem kanonicznym i, że robi to z bolącym sercem. A na koniec jeszcze dodał, że powinien nas wykreślić z listy wiernych, bo nic sobą nie wnosimy do parafii, a on jeszcze od nas płaci podatek.
Zagotowałam się.
Przez całą wizytę nie zwrócił uwagi na to czy faktycznie jesteśmy wierzący, czy praktykujący, czy wychowamy Malucha w wierze katolickiej. Nie. Nic. Tylko wymieniał kiedy to nie daliśmy na kościół, a kiedy to daliśmy mało.
Oberwało nam się jeszcze za cały nasz blok. Podobno panie zbierające datki wróciły ostatnio oburzone, że u nas nikt nie daje na kościół i jeszcze ludzie są niemili. Może w końcu ktoś im coś powiedział, bo zbierają co dwa miesiące, a ludzie też mają swoją cierpliwość. Odkąd tu mieszkam, 16 lat zbierają i zbierają, a kościoła nawet budować nie zaczęli. 
Wzięłam kwitek, wyszłam i powiem szczerze, że nie wiem czy tam jeszcze wrócę. Nie wiem też, czy mi nerwy nie puszczą jak znów zapukają do mnie te miłe panie.
Takie zachowanie rzeczywiście jest na miejscu w czasie skandali związanych z klerem. Zamiast walczyć o wiernych to Ksiądz Proboszcz traci parafian. Brawo.

czwartek, 24 października 2013

Fifi komputerowiec...

Filip jest ostatnio bardzo wymagający.
Ciągle domaga się uwagi i nowych atrakcji.
Razem z M. stajemy na głowie, żeby nasz Syn się nie nudził, bo jak się nudzi daje nam o tym znać głośnym buczeniem, od którego strasznie boli głowa;)
Takie zwykłe zabawki nie są specjalną atrakcją.
Najlepsze są przedmioty używane przez rodziców. Telefon komórkowy, zwłaszcza jak Tatuś rozmawia, aparat fotograficzny, jak Mamusia próbuje zrobić Fifisiowi zdjęcie, pilot od telewizora, no i oczywiście laptop.
Filipa strasznie interesuje laptop. Szczególnie laptop Mamusi. Siedzi, patrzy, uderza. Próbuje naśladować rodziców. Bo, jak im to sprawia tyle radości, to czemu by samemu nie spróbować.

Jak siedzi i grzecznie ogląda, to pół biedy.

Gorzej, jak postanowi troszkę popracować.

Po takich zabiegach filipich prawie zawsze konieczny jest twardy reset laptopa;)

wtorek, 22 października 2013

Warsztaty Mamo To Ja.

Wybraliśmy się z Małżonkiem i Filipem na warsztaty Mamo To Ja.
Muszę uznać wyjście za udane, z malutkimi zgrzytami tylko.
Wykłady były interesujące, zwłaszcza o rozszerzaniu diety i żywności BIO, prowadzony przez panią z Hippa i o znaczeniu snu, prowadzony przez panią z Pampersa. Zainteresował mnie jeszcze pokaz pierwszej pomocy połączony z odpowiedziami na pytania związane tematem oraz pokaz wiązania chusty.
Mniej udany był wykład o bezpiecznym przewożeniu niemowlaka, ale to dlatego, że był już poza czasem i wszyscy byli zmęczeni i wykład o ekologicznych produktach.
Ogółem tematy były dobrze dobrane.
Organizacyjnie troszkę im się posypało, bo jak na początku wszystko było z zegarkiem w ręku, to potem coś się opóźniło o 30 minut. Akurat tych 30 minut zabrakło naszym dzieciom i cierpliwość im się skończyła.
Konkursy też były, a jak.
Nawet wygraliśmy zestaw kosmetyków Biały Jeleń.
Fifi spisał się na medal. Najpierw ciekawiło go wszystko, śmiał się do dzieci, był przeszczęśliwy. Potem pomarudził. Spróbowaliśmy się nakarmić piersią, ale za dużo go rozpraszała i odpuściłam. Trochę krępujące jest siedzenie z gołym biustem, jak Maluch wybrzydza i się wierci. Skończyło się na zupce marchewkowej ze słoiczka. Po pożarciu całego obiadku, Filipa zmógł sen. Spał ok 1,5 godziny. Dopiero w tym doliczonym czasie zaczął marudzić, ale wszystkie dzieci już wtedy były zmęczone.
Na koniec dostaliśmy jeszcze paczuszki promocyjne od sponsorów. Od Hippa, VITIS Pharma i organizatora.
Było fajnie, spędziliśmy dzień razem, ale i w tłumie. Zawsze to coś innego niż przekazywanie sobie opieki nad dzieckiem w domu. Szkoda, że w naszym mieście takich wydarzeń jest tak mało.

Najpierw Fifi słuchał uważnie.

 A potem zasnął kamiennym snem.

poniedziałek, 21 października 2013

I znów to samo...

Mamusia znów staje się kobietą. 
W sensie czysto fizjologicznym staje się kobietą, bo w każdym innym, nigdy nią nie przestała być.
Nie wiem czy się smucić czy cieszyć.
Jest to pewnego rodzaju dyskomfort, od którego Mamusia odwykła przez ostatnich 15 miesięcy.
Ale z drugiej strony, jest to konieczne, by móc myśleć o dalszym powiększaniu rodziny, a już się Mamusia niepokoiła, co się dzieje.
No nic. Trzeba się pogodzić z faktem, że od teraz przy okazji kupowania pieluch dla Filipa, Mamusia będzie też musiała pomyśleć o sobie.
Jak na razie sprawdza się to, co wyczytałam w mądrych książkach. Jest lepiej niż przed ciążą. Brzuszek tak bardzo nie boli, zmęczenie tak jakby mniejsze, tylko ten smutek taki sam.
No i mam jakieś takie dziwnie uczucie, że jednak jakiś etap się skończył.

źródło

sobota, 19 października 2013

Prezent od Pregna 250 DHA.

Od jakiegoś czasu kupuję i łykam suplementy diety dla kobiet w ciąży i karmiących piersią.
Jednym z nich jest Pregna 250 DHA, zawierający kwas omega-3 DHA.
Jakiś czas temu do opakowania dołączona była ankieta z prośbą o jej wypełnienie i odesłanie. A co mi szkodzi, pomyślałam. Odesłałam i zapomniałam.
A tu, pewnego popołudnia, do drzwi zapukał kurier i przyniósł paczuszkę.
A w środku:


oraz liścik:

Szanowna Pani
Bardzo dziękujemy za wypełnienie ankiety, znajdującej się w opakowaniu suplementu diety Pregna250 DHA. Każda opinia jest dla nas bardzo cenna, dlatego miło nam jest zrewanżować się drobnym upominkiem.

Życzymy Pani i Pani dziecku Wszystkiego Dobrego!
Zespół Verco.

Miłe to bardzo. Również dziękujemy za prezent niespodziankę.


czwartek, 17 października 2013

Rodzina w plenerze...

Jesień od czasu do czasu potrafi zaskoczyć piękną pogodą.
Taką niespodziankę sprawiła nam w niedzielę.
Akurat byliśmy wtedy u teściów, jak wyszło słoneczko, postanowiliśmy więc pospacerować po działeczce, gdzie już wkrótce zaczniemy budowę naszego domu.






Filipkowi bardzo podobało się noszenie na rękach przez tatusia, kolorowe listki i las, który kiedyś będzie rósł za jego domem.

środa, 16 października 2013

Kochany Tatuś...

Tatuś zapytał ostatnio Mamusię dlaczego częściej na niego narzeka niż go chwali.
A no dlatego, że jest zmęczona i często zrezygnowana, a to powoduje rozdrażnienie.
Dlatego, że Tatuś też mógłby czasem pochwalić, przytulić, pomóc.
Dlatego, że Mamusię drażni, że ona siedzi w domu a Tatuś nie rezygnuje ze swoich przed dzieciowych aktywności i nie istnieje u Tatusia opcji zmiany planów.
Ale Mamusia widzi, że Tatuś się stara. Czasem się zmusza do tego starania, ale zawsze.
Przyciśnięty wstanie nawet o 5 rano.
Jak Mamusia zaśpi, albo nie ma siły wstać, to nawet kaszkę zrobi i poda Maluchowi.
Potem Tatuś udaje się do pracy. Aż 50 km od domu. 
Co do zasadności tych wycieczek codziennie, to Mamusia ma wątpliwości, ale Tatuś jest szefem, musi doglądać.
W pracy musi się niejednokrotnie użerać z humorami Szanownego Teścia, czyli mojego Tatusia i Szwagierki, czyli mojej Siostry. Za to to akurat należy mu się ogromny szacunek. Mamusia docenia.
Po pracy pędzi do domu, bo chcemy na zakupy, na spacer, albo po prostu chcemy towarzystwa.
Mamusia jest do tego ofiarą losu, bo nie umie jeździć samochodem. Ma oczywiście prawo jazdy i od paru tygodni nawet drugie auto do dyspozycji, ale jakoś się boi.
Tatuś jest więc również naszym kierowcą.
Wieczorem, kiedy Mamusia idzie się troszkę porelaksować w wannie, Tatuś zajmuje się Filipem, który już po 18 bywa mega marudą.
Potem Tatuś kąpie i na tym się zazwyczaj jego rola kończy.
Ale Mamusia dostrzega bezradny wzrok Tatusia jak Fifi płacze. Widzi, jak bardzo chciałby pomóc, ale po prostu nie wie jak. 
Z tych wszystkich powodów mogę powiedzieć, choć czasem nie może mi to przejść przez gardło, że:
Tatusia bardzo kochamy.

A to właśnie jest nasz Tatuś.
 

poniedziałek, 14 października 2013

I po porodzie...

Po porodzie też nie było lekko.
Zawieźli mnie na położnictwo i sobie leżałam pod kroplówką w towarzystwie M. Nie wiem po jakim czasie przynieśli mi Filipa. W ogóle jakoś niewiele pamiętam z tego dnia. M. siedział ze mną do północy, ja nie mogłam się ruszać, a Fifi spał, albo jadł. Nie wiem czy dużo jadł, chyba nie, bo nikt nam nie pokazał, jak mamy się karmić. 
Koło 12 w nocy przyszła jakaś pani doktor, zapewniła M., że będziemy pod dobrą opieką i że może jechać do domu. M. pojechał, a pani doktor wyszła i zgasiła światło. Zostałam sama, nie mogłam się ruszać, ale jakoś nie było źle. Spać i tak nie mogłam, tylko odbierałam gratulację. M. jak doszurał do domu, to pochwalił się na internecie i wtedy zaczęły się tony SMS'ów. 
Nad ranem przyszła inna pani, popatrzyła, ofuknęła mnie za gaszenie światła i wyszła. Ciekawe jak miałam zgasić światło, jak włącznik przy drzwiach, a ja unieruchomiona od pasa w dół. 
Noc jakoś minęła. Maluch nie płakał. Tylko sobie leżał.
Rano zostałam umyta i postawiona do pionu. To dopiero był ból. Mimo kroplówki przeciwbólowej. Według zapowiedzi pani położna miała pomóc mi się przebrać, stanąć i pójść pod prysznic. Chyba jej się nie chciało, bo podprowadziła mnie pod zlew, który był na sali i pozwoliła umyć ręce. 
Potem to już było jedno wielkie szarpanie się z personelem. Najlepiej, żeby odwiedzin wcale nie było, bo po co ktoś ma im na ręce patrzeć. Ja póki co miałam dobrze, bo byłam sama na sali, to i do M. się nie czepiali. Koło 13 przywieźli jeszcze jedną dziewczynę po cesarce i byłyśmy już we dwie. Popołudniem jeszcze odwiedziny teściów, potem siostry z chłopakiem i więcej nic ciekawego. Małżonkowie byli z nami na sali do 21. Była miła pani doktor na dyżurze i nie robiła problemu.
W nocy na salę trafiają dwie kolejne dziewczyny po cesarkach. 
W poniedziałek koło 9 przyszła babcia. Ledwo chodzi, a doczłapała do szpitala zobaczyć swojego prawnuka. Na to napatoczyła się pani ordynator położnictwa, która babcię wyrzuciła. Nie poprosiła, żeby wyszła, a wyrzuciła. Zanim babcia się odwróciła, żeby wziąć laskę, usłyszała jeszcze, że chyba jest jakaś głucha i że ma wychodzić w tej chwili. Nawet nie chcę pisać jak się wtedy czułam.
Jak babcia wyszła, pani ordynator dopadła do mnie. Dopiero wróciła do pracy po długim weekendzie i dowiedziała się o mojej cesarce. Pyta się mnie dlaczego lekarz zdecydował o cesarce. Ręce mi opadają. Całe oglądanie mojej osoby, to zapytanie jak się czuję i spojrzenie z odległości na brzuch. O lekach przeciwbólowych decyduje położna, która przychodzi przemywać ranę.
Obchody neonatologiczne są jakieś bardziej szczegółowe. Najpierw przychodzą praktykanci z ogromem pytań dopiero potem pani ordynator z obstawą. Pani ordynator jest dziwna, śpiewa sobie pod nosem, układa rymowanki z naszych nazwisk. Zachwyca się moim Filipkiem więc jestem zadowolona. Pewnie jutro wyjdziemy do domu.
Dzień jakoś mija. Jest ciężko. M. kursuje szpital - dom. Wyrzucają go z oddziału, ale wraca. Jak każdy z mężów koleżanek z sali. Trochę płaczę, trochę się śmieję, jakoś mija czas. Popołudniem przyjeżdża tata. Widać, że nie wie jak się zachować. Dziś mężowie zostają wyproszeni wcześniej.
W nocy Fifi zaczyna strasznie płakać. Przybiega położna z butelką i każe go nakarmić. Jestem zmęczona i nie zastanawiam się o co chodzi. Maluch zjada i śpi w końcu długo. Jak nad ranem się przebudza, to dostaje jeszcze troszkę i poprawia piersią i jest ok.
Rano dopiero na obchodzie dowiaduję się, że moje dziecko traci na wadze, a do tego miało gorączkę i do domu nas nie puszczą. Nie wiem jak wytrzymam jeszcze jeden dzień. Przyjeżdża M. Próbuje się coś od kogoś dowiedzieć, ale to wcale nie takie łatwe. Nikt nie wie gdzie jest pani ordynator. Pani ordynator, w końcu odnaleziona, upiera się, że mi wszystko wytłumaczyła i nie będzie się powtarzać. M. się wkurza i znajduje na patologii ciąży swoją koleżankę. Okazuje się, że nic złego się nie dzieje, tylko Maluch bardzo traci na wadze. Obiecuje zrobić wszystko, żeby nas na drugi dzień wypuścili. Wieczorem przychodzi do mnie, ogląda biust, chwali laktację i w końcu pokazuje jak mam karmić. Przy kąpieli Filipa dostaję butelkę, w nocy drugą, obie nie są wpisane w kartę. Rano się okazuje, że mój syn rekordowo przybiera na wadze. Wypisują nas.


Podsumowując. Osoby, na które liczyłam, zawiodły mnie po całości. Pani doktor prowadząca nawet się u mnie nie pojawiła. Położne na noworodkach niechętne do pomocy, nie odpowiadają na pytania, najlepiej jakby nikt im nie przeszkadzał. Lekarze dziwni, niemili, każdy chce udowodnić, że jest ważniejszy od innych co skutkuje totalnym chaosem. Sam szpital obskurny, w łazienkach wypatrzyłam pajęczyny z dobrze sobie żyjącymi pająkami. Syf straszny.
Pomogły mi osoby, po których się tego nie spodziewałam. Położna na trakcie porodowym, która po porodzie jeszcze nie raz do mnie przychodziła porozmawiać. Pan doktor, który się mną zajął w dniu porodu. Pani anestezjolog, która dodawała mi odwagi w trakcie cesarki. Położna ze szkoły rodzenia. No, i koleżanka M., dzięki której wypuszczono nas w końcu z tego strasznego miejsca i dzięki której nie przeszłam od razu na butelkę.
Tym wszystkim osobom bardzo, bardzo dziękuję.

Planujemy z M. drugie dziecko, ale do pani doktor i do tego szpitala już nie mam w planie zaglądać. Problemy z piersią leczyłam w prywatnym szpitalu i się w nim zakochałam. Troszkę to kosztuje, ale podejrzewam, że warto. A szpitala, w którym ja rodziłam nie polecam nikomu.


niedziela, 13 października 2013

Zębol numer jeden...

Już niedługo zdjęcia z bezzębnym Filipkiem staną się nieaktualne.
Wszystko na to wskazywało, że ta chwila nadchodzi, ale dopiero wczoraj okazało się faktem, że:
Filipowi wyrżnął się pierwszy ząbek.
Mamusia jest strasznie szczęśliwa, ale ma też żal w serduchu, że to tak szybko leci.
Jeszcze niedawno trzymała na kolanach malutki tobołeczek, który dopiero uczył się ssać cycusia, a już niedługo będzie mamusię niewdzięcznie gryzł.
Jak ten czas szybko leci.
Cieszymy się, ale wiem, że będziemy tęsknić za naszym jamochłonem.


piątek, 11 października 2013

Basenowe hocki-klocki...

Jako, że dziś już piątek, to jutro wybieramy się po raz kolejny na basen.
Jak już pisałam, Tatuś się z Filipem chlapie w wodzie, a Mamusia robi zdjęcia.
Średnio jej to fotografowanie wychodzi, a i aparacik ma nie z tych najnowszych, ale na pamiątkę będzie.
No to chwalimy się.

Chwila odpoczynku i zadumy.


Tatuś ciąga po wodzie;)


Czego ten Tata ode mnie chce??


Już mi się trochę nudzi.


Ale i tak jest fajnie.

wtorek, 8 października 2013

Fifi widzi Ktosia...

Moje dziecię zupełnie przypadkiem odkryło lustro.
Już wcześniej bawił się takim dodawanym do maty edukacyjnej, ale nie wzbudzało ono w nim jakiegoś specjalnego zachwytu. A dziś po porannym makijażu zostawiłam lustereczko na stole i Filipek je dojrzał. Najpierw zobaczył siebie, a potem dojrzał mnie.
Śmiechów nie było końca. Do mnie na żywo poważna mina, do mnie w lustrze dzikie śmiechy.
Aż żal, że M. tego nie widział, bo jemu się wydaje, że tylko on go tak rozśmiesza.

Niestety, jak już wrócił M i postanowił całość sfotografować, Fifuś zmienił się w skałę i śmiać mu się odechciało.

poniedziałek, 7 października 2013

Trzecia miłość: Grecja

Jedyna rzecz jakiej mi brakuje teraz, jak pojawił się Fifi, to wakacje. No, może jeszcze przespana noc, ale chyba wakacji bardziej. Dlatego postanowiłam sobie troszkę powspominać w ten ponury dzień październikowy.

Dziś troszkę mojej trzeciej miłości.
Grecja







Pierwsze małżeńskie wakacje. 
Korfu.

piątek, 4 października 2013

5 miesięcy...

Fifiś kończy 5 miesięcy.
Tak szybko to zleciało.
Szybko zleciały dwa ostatnie miesiące. Jak wczoraj pamiętam niedzielę u teściów, jak mijało 3 miesiące od narodzin.
Potem były 4 miesiące.
A teraz już 5 miesięcy.
M. mówi, że czuje się tak, jakby Fifi był z nami zawsze.
I faktycznie. Wszystkie te pokręcone nasze dzieje poszły w niepamięć, jak on pojawił się w naszym życiu.
Teraz jesteśmy prawdziwą rodziną: mama, tata, dziecko.
Czasem tylko łezka się zakręci za tym Maluchem, którego nie ma, a miał być. Ale szybko odpędzam od siebie te myśli.
Patrzę na Filipa i pamiętam tylko to co jest teraz.
Nasze szczęście.

środa, 2 października 2013

Filipie narodziny...

Na sali przedporodowej pod kroplówką spędziłam ok 4 godzin. Raz na jakiś czas przychodziła położna z pytaniem czy chcę coś przeciwbólowego. Nie chciałam, bo bałam się, że jak wezmę za wcześnie to potem nie będzie działać. A i tak na prawdę nie było tak źle. Sama już nie wiedziałam czy to skurcze czy wszystko mnie boli od leżenia.
Koło południa kazano mi przejść na parter na USG. Jak wstałam, aż zgięło mnie w pół, ale powiedziałam, że pójdę sama. Miałam nadzieję, że spotkam gdzieś na dole Małżonka. On dalej nie wiedział co się dzieje. Tak po prawdzie to ja też. Poszurałam do windy.
Na dole Małżonka brak, za to przed gabinetem całe stado koleżanek z sali. Jak ja lubię takie aktywistki. Każdym się interesują, każdemu pomogą. Jedna poleciała po M., druga przyniosła mi krzesełko. Na górze też podobno chciały do mnie wejść, ale ich nie wpuszczono.
Wchodzę na to USG. Doktor ten sam. Nic się nie odzywa, tylko odsyła na górę dalej pod kroplówkę. Mąż mnie odprowadza, ale zostaje przed wejściem na oddział. Już nawet nie próbuje wejść, żeby mnie nie narażać na docinki.
Na sali przedporodowej znów dwie położne. Po chwili jedna sobie przypomina o Małżonku i się nad nami lituje. I tak nikogo innego nie ma, to czemu miałby do mnie nie przyjść. Przychodzi. Przestraszony siada na stołeczku i siedzi jak na szpilkach. Też nie wie co będzie, nikt nic nie mówi, ja się nie czuje jakbym miała zaraz urodzić. Jedna wielka niepewność.
W końcu przychodzi lekarz i od tej pory wszystko idzie szybciutko.
Badanie, dużo krwi, kiepskie rozwarcie, cesarka.
Przygotowują mnie, przebieram się i z cewnikiem człapię na salę operacyjną.
Idę na własnych nogach, ale już ledwo. Nie wiem czy ze strachu czy z bólu.
Pamiętam, że strasznie bałam się, że spadnę ze stołu. Pani anestezjolog bardzo miła, zagaduje mnie, widzi, że jestem zdenerwowana. Asystentka taka obojętna, młoda, ładna. Lekarzy którzy robią samo cięcie jest dwóch. A w zasadzie chyba dwie kobiety. Nie pamiętam. Anestezjolog pyta jakie chcę znieczulenie. Ja nie wiem, chyba ogólne, bo się boję, że zemdleję jak będę świadoma. Przekonuje mnie do podpajęczynówkowego. Przecież chcę zobaczyć Malucha przed M. Znieczulają mnie w końcu, nic a nic nie boli. No i zaczyna się.
I w końcu jest. Mój synek. Nawet nie wiem co czuję. Maluch leży ja patrzę. Płaczę. Kładą mi go na piersi. Przytulam i zaraz zabierają. Serce bije mi tak, że mam wrażenie, że zemdleję. Zawijają Małego w beciki i zabierają pokazać Małżonkowi. Już go nie przynoszą na salę. Pani anestezjolog próbuje jeszcze coś zagadać, ale ja odpowiadam tylko imię synka. Filip. A potem już tylko płaczę.


I w taki sposób na świecie pojawił się Fifi. 4 maja 2013 roku. Zdrowy, duży chłopak. Ważył 4070g., a mierzył 60 cm.