piątek, 29 maja 2015

Mazurskie Spotkania Blogerów - relacja.

Jak wiecie, ostatnio pokusiliśmy się na nie lada wyzwanie i wybraliśmy się na przedłużony weekend na Mazury. Powodem, który skłonił nas do przejechania 400 km z dwójką dzieci były organizowane już po raz czwarty Mazurskie Spotkania Blogerów. Pamiętając, jak bardzo zazdrościłam uczestnikom poprzednich edycji, gdy pojawiła się wiadomość o czwartej, bez wahania napisałam maila. Niestety, potem do mnie dotarło co zrobiłam i nawet trochę ucieszyłam się na wiadomość, że nie załapałam się na listę. Niedługo potem jednak dotarła do mnie wiadomość, że mogę wziąć udział w spotkaniu z listy rezerwowej, a że M. podłapał pomysł trzeba było wziąć byka za rogi i jakoś się zebrać.

Spotkanie odbywało się w Gościńcu u Kalicha w Węgorzewie, a zorganizowały je trzy blogerki: Natalia, Roksana i Ania.
Forma spotkania miała być na luzie dlatego program nie był przeładowany. W zasadzie były tylko dwa wykłady, obiad i tort, a cała reszta to totalna improwizacja.
Pierwsza zabawiała nas prelekcją Roksana, która przedstawiła nam markę Mary Kay. Ja byłam zachwycona, bo nie mam zbyt wielu okazji bywać na prezentacji kosmetyków.



W międzyczasie, gdy my robiłyśmy sobie peeling dłoni, dzieciakami zajmował się M. przy niesamowitej pomocy grupy animacyjnej Animosfera. To właśnie Animosfera zapewniała atrakcje dzieciom podczas spotkania. Starsze dzieci mogły skorzystać z konkursów, malowania twarzy, waty cukrowej... Fi, mimo, że jeszcze za malutki, też znalazł coś dla siebie. Zdecydowanie najbardziej podobały mu się bańki mydlane i biegowy motorek.



W przerwie zjedliśmy obiadek. Był tak dobry, że nawet nasz niejadek Filip skusił się na zupkę pomidorową.


A po obiadku na wykład zaprosiła nas Klaudyna (Tulanki), która opowiedziała nam o swoich prywatnych spostrzeżeniach i przemyśleniach na temat współpracy firma - bloger.  Wytknęła blogerom błędy, ale też podpowiedziała, co robić by taka współpraca przebiegała miło i przyjemnie oraz z korzyściami dla obu stron.


Na koniec zjadłyśmy pyszny tort z cukierni Lukrecja



oraz odebrałyśmy całą masę prezentów. Nawet się nie spodziewałam takiej ilości, bo organizatorki od samego początku  podkreślały, że przecież nie po prezenty się spotykamy i, że nie będzie ich za wiele. A skoro było ich tak dużo, to ich sponsorom należy się też odpowiednia uwaga, dlatego wszystkie przedstawię Wam w oddzielnym poście.



Najważniejsze ze wszystkiego było oczywiście towarzystwo. Niestety nie skorzystałam z niego w stopniu, w jakim bym chciała, bo Fifi akurat tego dnia miał gorszy dzień, ale tyle uśmiechniętych twarzy, tyle przerywanych rozmów, tyle serdeczności, to wszystko pozwoliło mi naładować troszkę już rozładowane akumulatorki podwójnej matki.


Uczestniczki spotkania:


oraz http://mamailusia.blogspot.com, która nie mogła dotrzeć na spotkanie.


Cała impreza odbyła się pod patronatem pięknego miasta Węgorzewo, które tak mnie zauroczyło, że już myślę o kolejnej wizycie. Ogólnie Mazury zrobiły na mnie ogromne wrażenie i właśnie za to chciałabym najbardziej podziękować organizatorkom spotkania, za pretekst, żeby pierwszy raz w życiu zobaczyć Mazury. No i oczywiście za super zabawę, towarzystwo, świetną organizację i ekstra pomysły.
Mam nadzieję, że mimo zapewnień, że to ostatnie takie spotkanie, dziewczyny się jednak złamią i coś jeszcze zorganizują, bo byłabym chętna na powtórkę.

W poście wykorzystuję zdjęcia autorstwa Natalii i Ani, ale również swoje.




środa, 27 maja 2015

Zosia i Filip 2015: 21/52.

Poprzedni tydzień upłyną nam pod znakiem wycieczki na Mazury. Atrakcji tam mieliśmy ogrom więc nic dziwnego, że dzieci od czasu do czasu były zmęczone. 


Aż mnie zdziwiło, że mimo zmiany miejsca i ogólnego chaosu,  Fifi bez problemu zasypia i przesypia całe noce, a nawet dwa razy padł jak muszka w dzień. Zosia natomiast w nocy budziła się tak jak w domu czyli niestety wyspać się nie dawała za bardzo, ale za to w dzień zasypiała znienacka i nic nie było w stanie jej obudzić.
Dzieciarnia szybko regenerowała siły i była gotowa na dalsze atrakcje.

wtorek, 26 maja 2015

Matka też człowiek, też kobieta...

Odkąd stałam się zwierzęciem internetowym wiele czytam, odwiedzam blogi, przeglądam zdjęcia. Oczywiście, najwięcej obserwowanych przeze mnie blogów, to blogi parentingowe. Ich tematyka kręci się wokół dzieci. Ale przecież matki, to też kobiety, też gospodynie domowe, też ludzie z różnymi zainteresowaniami, z pracą i pasją. Na tych blogach często przewijają się przepisy, z których i ja korzystam. Pojawiają się recenzje książek, filmów, spektakli, wystaw godnych polecenia. Pojawiają się porady kosmetyczne, opinie na temat kremów, szamponów i ogromu innych specyfików, o których istnieniu nawet nie miałam pojęcia. Pojawiają się opisy różnych wycieczek, wojaży, wakacji, czasu spędzanego aktywnie z rodziną. To wszystko pokazało mi, że mając lat 30 plus, dwójkę dzieci, męża, stałą pracę, nie koniecznie trzeba się interesować tylko tym, co zdarzyło się w najnowszym odcinku serialu i tym co będzie jutro na obiad.

Takie małe przyjemności, chwile sam na sam ze sobą, ciekawy film obejrzany z mężem, maseczka wieczorem, nowy kolor na paznokciach, wypróbowany nowy przepis, spacer z rodziną, czasem szybka kawa na mieście. Raz na jakiś czas większe wow w postaci wakacji czy czegoś ekstra. To wszystko sprawia, że potem nawet cięższe chwile łatwiej jest przeżyć, że szybko zapomina się o nieprzespanych nocach. Warto czasem pomyśleć o sobie, nie tylko od święta, ale bez okazji.

Wydawać by się mogło, że życie mamuśki na macierzyńskim toczy się od jednego ząbka do drugiego, od jednego skoku rozwojowego do drugiego. Obiadek, kupka, zupka. Matka Polka powinna mieć przetłuszczone włosy, brak makijażu, worek zamiast ubrania i pachnieć pawikiem niemowlaka. Taki obraz matki ma przed oczami spora część moich bezdzietnych znajomych i rodziny. A tu takie zdziwienie. Ja mam wrażenie, że odkąd jestem matką, mam więcej wymagań co do siebie, co do swojego wyglądu, ale i tego, czym się interesuję. Stałam się bardziej ambitna, chcę więcej i więcej. Tutaj czasem trochę narzekam, ale na co dzień, w życiu prywatnym się nie żalę, staram się być zawsze uśmiechnięta, nie daję po sobie poznać zmęczenia. Może to mój błąd, ale tak już mam. Chcę udowodnić wszystkim niedowiarkom, że się da. Że dzieci, praca, rozrywki i atrakcje, że to można pogodzić. Taka moja osobista misja. Chcę pokazać innym, że się da. Owszem, wymaga to troszkę gimnastyki i wysiłku, ale się da. No i chyba będzie fajnie, jak kiedyś nasze dzieci będą mogły o mamach powiedzieć coś ciekawego, a nie to, że tylko siedziała w domu. Bo wiecie, dzieci to moja największa pasja, one zawsze są na pierwszym miejscu. Ja dla dzieci teraz też jestem numerem jeden, ale kiedyś i one znajdą swoją drogę... co wtedy z moim wolnym czasem? Już teraz staram się nie zaniedbywać niczego by potem móc zapełnić sobie czymś czas.

Widzę czasem przerażenie w oczach naszych gości. Jak my to wszystko ogarniamy, skąd przy dwójce dzieci u nas pojawia się jedzenie, jak się robią zakupy, skąd wiemy o czym jest ten czy tamten film albo najnowsza książka Cobena. Słucham opowieści, jak to z dziećmi nic się nie da zrobić, o tym, jak na kilka lat mogę zapomnieć o wakacjach, bo przecież co to za odpoczynek z dziećmi. Wkurzam się, jak ktoś mi mówi, że chyba nie potrzebuję nowych spodni, bo przecież i tak siedzą w domu. Wkurzam się, gdy ktoś z litością kiwa głową, gdy opowiada o kolejnej imprezie, na której nas nie było. Wkurzam się, bo przecież my nic nie tracimy. Ba, my wiele zyskujemy. Przez te dwa lata, jak jesteśmy rodzicami, dowiedziałam się więcej niż przez całe swoje życie, odwiedziłam miejsca, których pewnie normalnie bym nie odwiedziła, obejrzałam całą masę filmów, przeczytałam wiele książek. Przecież jakoś musieliśmy sobie zapełnić ten czas, który inni spędzają na imprezach. I nie, nie potrzebuję litości, że nie spędzam wieczorów w klubie, bo ja swój klub mam tutaj, ja mam swoją własną imprezę, codziennie, w stałym gronie. I bawię się na niej świetnie, i na pewno się nie nudzę. A wakacje? Z jednym Filipem się dało więc i z dwójką się da... Mam nadzieję, że przekonamy się na jesieni. A już teraz mamy za sobą super weekend na Mazurach i nie padliśmy ze zmęczenia. Mało tego, jesteśmy zadowoleni, także chyba się można...

A jak jest u Was?
Nudzicie się z dziećmi czy to dla Was też jedna wielka impreza?
Spełniacie się na wszystkich płaszczyznach czy poświęciłyście się bez reszty dzieciom?

środa, 20 maja 2015

Zosia i Filip 2015: 20/52.

Ciężkie dni za nami i pewnie jeszcze trochę ciężkich dni przed nami. Zosiaczek z przytupem rozpoczął ząbkowanie, a co za tym idzie, wszystko ląduje w buzi. Najlepiej to, co aktualnie jest pod ręką i pod buzią. A co jest dostępne 24 godziny na dobę? Oczywiście stópki... Akrobacjom nie ma końca. Na leżąco, na siedząco, w łóżeczku, na rękach, w wannie, a nawet na basenie.


Żeby jakoś przetrwać marudzenia i różne pomysły naszej dzieciarni, staramy się im zapewniać wiele atrakcji. Dwoimy się i troimy, robimy kilometry spacerując, wymyślamy zabawy i wycieczki. Ciągle w ruchu i ciągle aktywnie. Na szczęście wiosna przyszła i pogoda pozwala na takie fanaberie.


Czasami zdarza się jednak tak, że pomysłów nam brak albo tak, jak w ostatnią niedzielę, pogoda jednak nie rozpieszcza. Wtedy posiłkujemy się odwiedzinami u kogoś, na przykład u prababci. Tam zawsze jest dużo ciekawych rzeczy do odkrywania. Matrioszki tak zachwyciły Filipa, że nie mogliśmy go wyciągnąć do domu.

wtorek, 19 maja 2015

Krótki tekst o Anonimie...

Moi Drodzy, już nie raz pisałam o tym, jak wiele daje mi pisanie bloga, jak wiele dają mi znajomości tutaj zawarte, jak wiele daje mi możliwość porozmawiania za jego pośrednictwem z Wami, z innymi matkami, ojcami, ale nie tylko, po prostu z innymi ludźmi.  Bardzo wiele daje mi kontakt z innym człowiekiem, bo tego kontaktu nie mam zbyt wiele w życiu codziennym. Nie raz pisałam o tym, że w zasadzie jesteśmy z mężem zdani tylko na siebie. Dajemy sobie radę najlepiej jak umiemy, wspieramy się pomocą niani i żłobka, staramy się cieszyć z tego co mamy, spędzamy miło czas, szukamy nowych atrakcji, jesteśmy zgraną, czteroosobową rodziną.

Ale Kochani, my jesteśmy też ludźmi i czasem mamy gorsze dni, czasem mamy dość, czasem coś nas irytuje, denerwuje, wkurza. Czasem jest nam smutno i zwyczajnie Wam zazdrościmy. Mi na przykład żal ściska gardło, jak czytam o wielopokoleniowych, trzymających się razem rodzinach, o dziadkach, ciotkach, wujkach. Mąż z rozrzewnieniem ogląda Wasze zdjęcia z domków, ogrodów czy działek. Ale to jest zazdrość, która mobilizuje, która skłania do działania. Wiadomo, rodziny sobie nie dosztukujemy, ale możemy się starać, żeby nasze dzieci miały taką, jaka nam się zawsze marzyła, możemy też stawać na głowie, żeby za x lat nasze dzieci miały ten dom rodzinny, do którego będą wracały, gdzie będzie na nich zawsze czekało miejsce i rodzice, którzy przytulą, pocieszą, pochwalą. I staramy się, i chcemy się z Wami dzielić tymi staraniami, sukcesami, ale i porażkami. Lubię Wam się chwalić tym co mi się uda, ale też lubię się Wam pożalić i czasem ponarzekać. Cenię sobie wszystkie komentarze i rady, cenię sobie Wasze zdanie na temat tego co robimy i niejednokrotnie korzystam z porad, bo sama sobie nie daję rady. Lubię prowadzić dyskusje, nie tylko o dzieciach, ale o wszystkim, lubię słuchać co u Was i jakie jest Wasze zdanie na poruszane przeze mnie tematy.

Ale litości, nawet krytyka przestaje być konstruktywną krytyką, gdy się kogoś obraża. Umówmy się, to jest mój blog, moje miejsce w sieci, po coś powstał, czemuś ma służyć. Jeśli komuś się to nie podoba na tyle, że musi wyrażać to w niewybredny sposób, to jest jedno rozwiązanie. Niech zapomni ten adres, nie wchodzi, nie czyta i się nie irytuje tym o czym piszę, co robię. Szanujmy się nawzajem, wszyscy mamy swoje problemy i swoje radości. Dla każdego z nas co innego jest ważne. Każdy ma swoje zasady.
A Ty drogi Anonimie? Co tobą kieruje? Jakie wyznajesz zasady, że innym życzysz jak najgorzej? Zazdrość, frustracja, a może poczucie wyższości? Zawsze mnie zastanawiało, co siedzi w głowie kogoś, kto siedzi i bezinteresownie, anonimowo obraża innych.

Ps.
To by było na tyle w temacie.
Tobie drogi Anonimie już podziękujemy, a Wam, Kochani Czytelnicy, którzy jesteście ze mną na dobre i na złe, serdecznie dziękuję. To Wy niejednokrotnie utrzymujecie mnie w jako takiej równowadze psychicznej.

poniedziałek, 18 maja 2015

Proste ciasto z rabarbarem - smak mojego dzieciństwa.

Wiosna się u nas rozgościła i choć kapryśna, to widać ją wszędzie i czuć ją wszędzie. My też zmieniliśmy nasze przyzwyczajenia i do planu dnia dodaliśmy codzienne, popołudniowe, długie spacery. Gdyby nie te spacery, to pewnie znów bym przegapiła sezon na rabarbar. Już nie pamiętam, kiedy ostatnio go jadłam pod jakąkolwiek postacią. Na pewno w dzieciństwie. Bo to rabarbar właśnie jest jednym z najbardziej zapamiętanych smaków dzieciństwa. U nas  na podwórku go nie było, ale za to u sąsiadów owszem. Dostępny na wyciągnięcie ręki tylko czekał, żeby go zjeść z cukrem, co też czyniliśmy namiętnie.

Ale nie tylko z cukrem smakował znakomicie. Kompot z rabarbaru był u nas na porządku dziennym. I właśnie teraz, na jednym ze spacerów, gdy zobaczyłam na straganie laski rabarbaru, taki kompot mi się zamarzył. No i co tu dużo mówić, na drugi dzień mieliśmy do popicia pyszny kompocik.


Ale co tam kompocik. Choć pyszny, to jeszcze nie to, co przyszło mi na myśl na samo wspomnienie wakacji z babcią. Ciasto z rabarbarem. Najprostsze w wykonaniu, a w smaku... niebo w gębie. Połączenie słodkiego z kwaśnym. A do tego szybkie i łatwe. Coś, co przy permanentnym braku czasu ceni się szczególnie.

Potrzebne nam będą:
  • 4 jajka,
  • 1 szklanka cukru,
  • 1 łyżka cukru wanilinowego,
  • 1,5 szklanki mąki, 
  • 0,5 szklanki oleju
  • 1 łyżeczka proszku do pieczenia
  • rabarbar (ciasto super wychodzi też z brzoskwiniami z puszki, pewnie z innymi owocami też, ale ja próbowałam na razie tylko brzoskwinie i rabarbar).
Co robimy?
Miksujemy (ucieramy) jajka z cukrem i cukrem wanilinowym.
Dodajemy mąkę, proszek i olej i dalej miksujemy.
Jednolitą masę wylewamy na blachę (20x20 cm.) wyłożoną papierem (można wysmarować masłem i posypać bułką, ale ja nigdy tak nie robię, wolę dla bezpieczeństwa wyłożyć papierem).
Rabarbar obrać, pokroić i poukładać na cieście dość blisko siebie.
Piec w 180 stopniach około 30-40 minut (najlepiej sprawdzić patyczkiem).
Posypać obficie cukrem pudrem.


U nas to cisto zniknęło w parę minut, bo jest miękkie, puszyste, słodkie, ale nie za słodkie. W sam raz do kawy czy herbatki.


Smacznego!!!

piątek, 15 maja 2015

Zosia i Filip 2015: 19/52.

Jak to mówią, w czasie deszczu dzieci się nudzą. Jak pokazuje ostatni tydzień, nie tylko w czasie deszczu. Dzieci nudzą się zawsze. To nasze zadanie, żeby im znajdywać coraz to nowsze, ciekawsze zajęcia, żeby zajmować im czas i wymyślać nowe atrakcje. Już nie raz pisałam tutaj o aktywnościach jakie ma Fifi, a że Fifi jest dzieckiem ruchliwym stajemy na głowie, żeby jakoś sprostać zadaniu. A że przyszła wiosna, to wiele czasu spędzamy na świeżym powietrzu. Niestety pogoda nie zawsze pozwala na zabawy na dworze albo zwyczajnie my jesteśmy czymś zajęci chwilowo i wyjść nie możemy. Wtedy z pomocą idzie nam balkon. Jak widać, Fifulowi się tam podoba.


Jako, że Fifi od skończenia 4. miesiąca życia chodzi na basen, Zosia nie może być stratna. Już dawno obiecaliśmy sobie, że  skoro Fi coś miał, będziemy dokładać starań, żeby i Zosia to miała. Tyczy się to też różnych zajęć tzw. poza lekcyjnych, w tym i basenu. Jak postanowiliśmy, tak zrobiliśmy i w tym tygodniu Zosia pierwszy raz była na basenie. Trochę nas to kosztowało akrobacji, ale jej zachwyt wynagrodził wszelkie trudy. Było warto i kontynuować będziemy.


Za czas jakiś, pewnie Zosia zacznie też chodzić na piłeczkę, a my już szukamy nowych atrakcji dla Filipa.


środa, 13 maja 2015

Słońce świeci, przybyli kosiarze...

Przyszła wiosna i zaczęło się koszenie... Koszą tu, koszą tam, a mi głowa pęka... Nienawidzę głośnych sąsiadów, remontów za ścianą, rozdartych studentów wracających po nocach z imprez pod moimi oknami, głośnych imprez, które wraz z wiosną rozpoczynają się w naszej okolicy i trwają do późnej jesieni. I nienawidzę koszenia.
O ile na większość z tych przypadłości w zasadzie nikt nie ma wpływu, bo przecież sąsiedzi do remontów prawo mają... fakt, że mogliby się streszczać, a nie pultać wiertareczką po dwie dziurki na godzinę. Studentów też nie uciszę, a i juwenalia, kozienalia i inne takie są i pewnie być będą, to z koszeniem można by było, przy odrobinie dobrej woli mieszkańcom ulżyć. Wystarczyłoby się umówić na jeden dzień, a nie codziennie i wciąż...

Przyszła wiosna i zaczęło się koszenie. Aż się dziwiłam, że tak późno..., ale nic straconego, jak już się zaczęło, to trwać będzie...
Wyszłam z Zosieńką na spacer, żal w domu siedzieć, przewietrzyć się trzeba. Centrum miasta nie sprzyja ciszy, ale zaraz obok mamy dość spore osiedle domków jednorodzinnych, tam się często wybieram na popołudniowe odreagowanie. Ale dziś wyszłam przedpołudniem, wszyscy w pracy, powinno być jeszcze spokojniej. Ale nie... wysyp kosiarek przeogromny... feria różnorodnych dźwięków, ryk, huk, co tych ludzi opętało. Ale to dobrze, wszyscy rzucili się na prace porządkowe jednego dnia, to potem będzie troszkę oddechu... Gorzej u nas pod blokiem...
U nas jak się zacznie, tak ciągnie się przez całą wiosnę, lato i jesień. Czasem nawet, gdy deszcz pada. Nieważne, ważne, że hałasuje. U nas każdy blok to inna wspólnota, inna spółdzielnia, inna jednostka zarządzająca. Każdy sobie rzepkę skrobie, a co za tym idzie, każdy kosi, remontuje, sprząta w innym terminie. Podobnie było z ocieplaniem bloków... Po co na raz, jak można każdy oddzielnie, miesiąc po miesiącu wbijać, docinać, piłować, rozkładać i składać rusztowania. A robotnicy też skoczną muzyczkę lubią także i przygrywanie do roboty było...

Ja wiem, że narzekam, ale w naszym domu panuje wieczny deficyt ciszy. Nie jest ważne czy to noc czy dzień, zawsze coś się musi odzywać. Jak dzieci śpią, to mąż chrapie, jak mąż wyjątkowo nie hałasuje, to kot się drze, jak kot się zamknie, to Filip się obudzi, jak Fi zaśnie, to Zosiak się przebudzi. I tak ciągle i tak w koło... Jedyne chwile ciszy na jakie mogłam sobie pozwolić, to te w dzień, gdy Zo udaje się na drzemkę. O ile można powiedzieć o ciszy w centrum miasta..., ale powiedzmy. No i wtedy przychodzi wiosna i się zaczyna... w dzień koszenie, w nocy studenci i tak aż nie spadnie pierwszy śnieg...

Siedzę właśnie, piszę dla Was ten post, za oknem piękne słońce, na balkonie nowe meble i kolorowe kwiaty, a ja siedzę przy zamkniętych oknach i drzwiach balkonowych i pęka mi głowa... Koszą... Coraz częściej marzy mi się ranczo na wsi, taka chatka dwu- trzyizbowa, kawałek stodółki, kawałek obórki, ogródek i wieś jak malowane... Nawet coś takiego znaleźliśmy, nawet już widzę to oczami wyobraźni, ale odwagi brak... Zostać takim zaocznym wieśniakiem... To byłoby coś!!!

poniedziałek, 11 maja 2015

Odwiedziny rodziny czyli coś, co nerwy nam psuje...

Każdego z nas czasem odwiedza rodzina, by zobaczyć dzieci. Gdy tych dzieci nie było, jakoś i tych odwiedzin było mniej, a niektórzy nie odwiedzali nas wcale. Może to i byłoby lepsze, bo niektóre z tych odwiedzin kosztują nas wiele nerwów i czasem nie mam pojęcia czemu one mają służyć.

Oto niektóre z typów:

Odwiedziny u Filipka.
To takie odwiedziny, które najchętniej odwiedzający odbyłby pod naszą nieobecność w domu. To znaczy pod nieobecność głównie mnie, ale gdyby M. również wybył byłoby już całkiem super. Jak pewnie niektórzy z Was wiedzą, od jakiegoś czasu nie odwiedzamy rodziny z dziećmi. Sami zresztą też nie więc jedynym sposobem, żeby z naszymi dziećmi pobyć, są odwiedziny u nas. To jednak przysparza pewne trudności. Nie można na przykład paść dzieciaków czekoladkami w ilości nieograniczonej, nie można prowadzać po schodach, nie można wielu rzeczy, na które odwiedzający mają ochotę, a które są sprzeczne z naszymi zasadami. Jak najlepiej okazać niezadowolenie z tego faktu? A no, olać nas totalnie. Nie odzywać się do nas, udawać, że się nie słyszy pytań, traktować nas, jak podstawki do dzieci, trajgolić dzieciakom nad uszami i klepać im zdjęcia wcale nie zwracając na nas uwagi.
Po takich odwiedzinach mam wrażenie, że jestem opiekunką zwierzątek w zoo, która najlepiej, żeby usunęła się z widoku, gdy przychodzą zwiedzający. Nie muszę chyba mówić, jak mnie to wkurza i mam ochotę powiedzieć, że Filip będzie przyjmował gości, jak będzie miał własny dom, a póki co mieszka u mnie i ja sobie takich odwiedzin nie życzę. Wiem, wiem, też mnie wkurzały kiedyś takie gadki rodziców, ale nie mogę się powstrzymać.

Odwiedziny "przy okazji"
Jak sama nazwa wskazuje, odbębnione przy okazji czegoś. Na szybko, na odwal się, żeby mieć z głowy. Takie odwiedziny są po to, żeby rodzina się nie czepiała, tak na sztukę. A przejeżdżamy, to zajedźmy, będziemy mieli miesiąc spokoju. Bo przecież jest obowiązek od czasu do czasu zobaczyć dzieciaki i nas.
Zawsze, gdy takie odwiedziny mają miejsce, mam nadzieję, że będzie to miłe spotkanie i miła pogawędka. Niestety, zazwyczaj kończy się na koniecznych uprzejmościach i bezpiecznych tematach. Pogoda, nowa fryzura pani z telewizji, ale dzieci szybko rosną, już musimy jechać, do zobaczenia.
Takie odwiedziny też mnie wkurzają, ale nie mam absolutnie pomysłu, co z nimi zrobić.

Rodzinne przechwałki.
Może to nie są typowe odwiedziny, ale podchodzi pod spotkania rodzinne, które wyprowadzają mnie z równowagi. Na takim spotkaniu wyciągane są fakty, które są powszechnie wiadome, ciężkie do zaprzeczenia, znane z facebooka, z opowieści innych, ale w odpowiedni sposób przedstawione dają wrażenie, że osoba, która o tym opowiada, ma na nasz temat najlepsze, najświeższe wiadomości i, że widuje nas i dzieci co najmniej co drugi dzień. Tym faktom nawet nie można się sprzeciwić więc tylko można mocno zaciskać pięści i przemilczeć fakt, że ostatni raz rozmawialiśmy trzy miesiące temu. Takie przechwałki pod publiczkę, że jesteśmy zgranym stadkiem.
W tym wypadku również nie mam pojęcia co zrobić, wkurza mnie to, ale na dłuższą metę jest nieszkodliwe i w zasadzie ja też daję się nabrać na takie zainteresowanie.

Odwiedziny, których nie było.
Chyba dużo pisać nie muszę... Niektórzy uważają, że to my powinniśmy im dostarczać dzieci na okazanie. Niestety, jakiś czas temu sobie zapowiedzieliśmy, że to nie jest cyrk objazdowy. Mogę tylko z tego miejsca pogratulować niektórym klasy i powiadomić, że ponad 4 miesiące temu urodziła się Zosia, bo może do tej pory o tym nie wiedzą.

To tak w skrócie, w celu wylania z siebie odrobiny żalu.
Oczywiście nie wszystkie rodzinne spotkania są be i okropne. Zdecydowana większość sprawia nam wiele przyjemności i zazwyczaj nie możemy się ich doczekać, ale, jak to mówią, wyjątek potwierdza regułę.
A jak jest u Was? Zawsze słodko i przyjemnie czy niektórzy działają Wam na nerwy i wolelibyście nie wpuszczać ich za próg swojego domu?

środa, 6 maja 2015

Zosia i Filip 2015: 18/52.

Bunt dwulatka, bunt dwulatka wszędzie się o tym słyszy. Nie wiem, czy to już było, czy jeszcze przyjdzie, ale od tego tygodnia mam w domu dwulatka i powiem Wam jedno: mimo chwilowych złości, to najsłodsze dwuletnie dziecko na świecie;) Wiem, wiem, każda matka tak mówi, ale dla mnie tak właśnie jest;) Syneczek mamusi...


A Zosia?
Zosia to mamina córeczka. Gdy tylko znikam jej z oczu, to zaczynają się niepokoje. Oczywiście oddaję ją czasem Tatusiowi, ale on też zauważa, że Zosiak jest u mnie spokojniejszy i często to wykorzystuje, żeby się wykpić od opieki ;) Oczywiście żartuję... Zosia coraz bardziej przekonuje się do Taty, pięknie się do niego uśmiecha na powitanie, jest już pewniejsza w jego obecności, co nie zmienia faktu, że nadal numerem jeden jest mamusia;)


Mamusia i jej najlepsze pod słońcem paluchy...

wtorek, 5 maja 2015

2 urodziny Filipka...

Kolejny weekend majowy, już w sumie trzeci, upłynął nam pod znakiem urodzin Fifilkowych. Nieważne, że 2 maja stuknęło nam 6 lat małżeństwa, ważne było to, że 4 maja nasz bobasek skończył 2 latka.

Imprezę oczywiście zorganizowaliśmy, troszkę w innej formule niż w zeszłym roku, w tym miało być na luzie, bez spinki, na słodko, kubusiowo, podłogowo... I jak można się było tego spodziewać, przy dmuchaniu świeczek nie było nikogo z najbliższej rodziny... Nie będę się zagłębiać w te sprawy, bo jest mi okropnie z tego powodu przykro, ale ani dziadkowie, ani chrzestni nie poczuwali się do obecności... No cóż... My staraliśmy się, żeby mimo wszystko było to Filipkowe święto i żeby bawił się dobrze. I chyba nam się udało. Oczywiście reszta rodziny, która została zaproszona stawiła się w komplecie i zapewniła jubilatowi super kinder bal z super prezentami...

Był tort z Kubusiem, było dmuchanie świeczek, były baloniki, były kubeczki i talerzyki, ciasta, ciastka i ciasteczka. No i mnóstwo zabawek, o które zadbali goście... Zosia też zachowała się jak przystało na kochającą siostrę i nie ukradła braciszkowi całej imprezy. Była grzeczna, nie bała się tłumów, kimała słodko, nie marudziła. A wieczorem dzieciaczki zmęczone wrażeniami padły w dwie minuty...


Nasz żłobek też zadbał o to, by Borsuczek czuł się wyjątkowo. Gdy tylko w poniedziałek jubilat stawił się na sali, panie ogłosiły, że to święto Filipka, że ma urodziny i, że będzie zabawa. Dostał od pań laurkę, a my ze swojej strony zapewniliśmy torcik, który zniknął podobno co do okruszka.


I tym sposobem, wczoraj o 13.20 staliśmy się rodzicami dwulatka.

Chyba nie muszę pisać, jak strasznie się wzruszyłam na wspomnienie tego co było dwa lata temu. Pamiętam, że było gorąco, stresująco, ekscytująco i tak... inaczej. Wtedy nasze życie wywróciło się o 180 stopni. Od tamtej pory już nic nie było takie samo. To były najcudowniejsze dwa lata mojego życia i nie oddałabym za nic nawet jednej sekundy tego czasu. A czasem jeszcze to  wszystko do mnie nie dociera....

Mój DWULATEK....


PS. 
Wszystkim, którzy pamiętali o naszym Bobasku i składali mu życzenia, czy to na Instagramie, czy na FB, czy osobiście, czy telefonicznie, czy jakkolwiek inaczej, dziękujemy serdecznie, a Fifi śle dużego buziaka....