środa, 29 lipca 2015

Siedem miesięcy Zofii...

Nasza jubilatka wstała dziś o 5.40. To i tak późno, bo lubuje się ostatnio we wcześniejszych godzinach pobudek. Najczęściej są to okolice godziny 5, czasem przed, czasem po, ale górną granicą i tak jest godzina 6. Ranny ptaszek z panny Zofii, ale niestety nie na długo, bo już po 7 zaczyna marudzić, że jest śpiąca. Taka to z niej księżniczka.


Oprócz tych porannych pobudek i chwil, gdy panienka jest śpiąca, to Zosia jest pogodną dziewczynką. Ciekawska robi się coraz bardziej. Interesuje ją wszystko, do wszystkiego wyciąga rączki, nawet Filipowi zabiera zabawki. Do tej pory się za nim czołga i atakuje małymi łapkami aż Fi odda jej to co trzyma, albo sama mu to wyszarpie. My też już musimy uważać, gdy trzymamy ją na rękach, bo sięga do wszystkiego. Żeby coś zjeść, napić się czy porozmawiać przez telefon, trzeba Małpeczkę odkładać, bo jej rączki na pewno dosięgnął tego, co akurat trzymamy. 

Zosiaczek nadal udoskonala swoje zdolności w przemieszczaniu się. Czołga się, turla, obraca wokół własnej osi, odpycha się od wszystkiego co znajdzie na swojej drodze. Odwrócić się na chwilkę nie można, bo już jest w innym miejscu. Powoli trzeba znów chować kable, pilnować się i nie zostawiać drobnych przedmiotów w zasięgu jej łapek, nie stawiać na jej drodze niczego, co może się na nią przewrócić. Ale poziome akrobacje to jeszcze nie wszystko. Zosia nauczyła się i doskonali sztukę stania na czworaka. Mało tego, powoli próbuje już stawiać łapki do przodu, ale jeszcze jej nie wychodzi. Gdy podnosi rączkę, zaraz traci równowagę, tyłeczek ciąży i bum na boczek. Zofiaczek się jednak nie poddaje i pewnie za miesiąc będzie już nam biegała po całym domu na kolankach.

Fizycznie Zofia też się zmienia. Rośnie jak na drożdżach. Nie wiem, ile teraz ma wzrostu, ale bodziaki już kupuję w rozmiarze 80, bo wszystkie inne są za krótkie. Wagowo, według naszych domowych pomiarów, przekroczyła już 8 kilogramów i stała się sporym obciążeniem dla mojego kręgosłupa. Na szczęście Zosia nauczyła się też, że ja jej za dużo nie noszę i mi nie marudzi. Ale gdy tylko wróci M..., nie ma przeproś, ma nosić i już.
Ząbków ma już sztuk cztery, górne i dolne jedyneczki, ale nadal gryzie i gryzie więc kto wie, może coś się jeszcze czai. 

No i jeszcze jeden ważny postęp. Zosia, już całkiem na poważnie, zaczęła rozszerzanie swojej diety. Pięknie zjada już obiadki, próbuje owocki, a na spacerach podjada chrupki albo wafelki. Na razie bazuję na słoiczkach, bo tak mi wygodniej, ale już za chwilkę, już za momencik będziemy próbować z domowymi zupkami, takimi, jakie je Fi, ale rozdrobnionymi. Zofia na wszystko reaguje dobrze, nic jej nie uczula, nic nie szkodzi więc i ja jestem bardziej pewna i bardziej zdecydowanie rozszerzam jej jadłospis. 

Tak to nam się zmienia nasza córeczka. Dziś kończy 7 miesięcy, a ja mam wrażenie, że wczoraj wychodziłam z nią ze szpitala....

poniedziałek, 27 lipca 2015

Plany wakacyjne...

Wakacje, znów będą wakacje, na pewno mam rację, wakacje będą znów.
Co roku, gdy tylko zbliża się wiosna, we mnie wstępuje nowa energie, nowa nadzieja. Zaczynam planować, co to tym razem zrobię, gdzie pojadę, co zobaczę. Wymyślam, kombinuję, usiedzieć nie mogę. Jak co roku, nie zawsze wszystko wychodzi tak, jak sobie wyobrażałam. A to wypadnie coś innego, a to coś się posypie, to dzieci dokazują, to M. nie ma czasu, a to w pracy wszystko się sypie, a to zwyczajnie nam się nie chce, bo jesteśmy zmęczeni. Ale, gdy tylko pojawiły się dzieci, postanowiłam sobie, że nie odpuszczę, raz na jakiś czas trzeba tyłek ruszyć. Nie ważne, co gada otoczenie, czy im się to podoba czy nie, ale wakacje nam się należą. 
A powiem Wam, że gadają i to sporo. Czasem prosto w twarz, czasem za plecami. "Po co to się tak włóczyć, z dziećmi to trzeba w domu siedzieć". "Za dużo macie pieniędzy, przecież możecie do dziadków pod miasto pojechać i też będą wakacje".  "Po co ciągniecie ze sobą dzieci i tak nie będą tego pamiętały". To tylko niektóre z testów, które słyszę czasem od bliskich. Żeby uniknąć takich wymówek i marudzenia, rok temu w czwartek powiedziałam rodzinie, że planujemy wyjazd, a w sobotę bladym świtem lecieliśmy już w stronę greckiej wyspy Kos.  Mało tego, całą wyprawę wykupiliśmy w środę co by było taniej.  I nie żałuję... to były najlepsze wczasy do tej pory.
Przyznam, że troszkę nie rozumiem tego jęczenia. Zamiast się cieszyć, że z dziećmi nie kisimy się w domu, że chcemy coś robić, że nie podrzucamy, że dajemy radę, to jakieś dogadywania. Ale przywykłam i staram się nie przejmować.

Ale do rzeczy. 
Czasem nie wyrabiam na zakrętach. Całymi dniami sama z Zosią, czasem z dwójką, dom, praca, nuda. Codziennie to samo. Staram się wymyślać różne aktywności, biorę udział w różnych projektach i akcjach, ale to dalej to samo miejsce, ci sami ludzie, ten sam plan dnia. Z niecierpliwością czekam na weekendy, bo może wtedy coś... Raz się udaje, raz nie. I dlatego, raz na jakiś czas trzeba się gdzieś ruszyć. W tamtym roku więcej kręciliśmy się jednodniowo. Teraz też, ale z dwójką czasem się nie chce. Lepiej pojechać, posiedzieć parę dni i wrócić z nowym spojrzeniem.

Tydzień nad jeziorem w sierpniu.
Wczasy zagraniczne pod koniec września lub na początku października.
Taki mamy plan...

Mazury miały być próbą, jak damy sobie radę we czwórkę. Udało się. Mało tego, wypatrzyliśmy sobie parę miejsc, które warto odwiedzić w przyszłości.

Jeziorko, to ma być raczej byczenie. Domek, ogródek, niedaleko kąpielisko. Mam nadzieję na sielankę. 

Wczasy zagraniczne? Wielki znak zapytania. Czy uda nam się znaleźć coś w atrakcyjnej cenie, ale w dobrych warunkach? Czy M. znajdzie czas? I w końcu, czy się odważymy z dwójką, bo to jednak wyzwanie. Bardzo bym chciała, ale i boję się.


Jak urodził się Fifi, zostaliśmy zakrzyczani, że teraz to już nigdzie się nie ruszymy, że z dzieckiem w domu do 18, że tylko nuda, nuda, nuda. Żałuję do tej pory, że nigdzie się nie ruszyliśmy, jak był malutki. Potem zaczęłam bardziej obracać się w internecie, czytałam, obserwowałam i stwierdziłam dlaczego nie? Przecież w czym ten bobas przeszkadza. Wybraliśmy się na Kos, daliśmy radę, odpoczęliśmy, może nie fizycznie, ale psychicznie na pewno, mało tego, pozwiedzaliśmy. Można? Można. A potem wszystko już poszło z górki. Do 7. miesiąca ciąży nie mogłam na tyłku usiedzieć. Tyle nie najeździłam się chyba nigdy w życiu. Mam wrażenie, że dzieci właśnie mobilizują, a nie przytłaczają. A swoją drogę... mam rezygnować z takiego cudnego widoku?

piątek, 24 lipca 2015

Kiszone ogórki, prosto, krok po kroku.

Sezon ogórkowy w pełni, u rodziny M. ogórków zatrzęsienie, babcia kisi sama, ale rozdziela też po rodzinie. Do tamtego roku bałam się sama robić, myślałam, że to strasznie trudne, że mi nie wyjdzie. No, ale zostałam zasypana plonami i coś zrobić musiałam. Poinstruowana przez mężową babcię, zmodyfikowałam troszkę przepis i zabrałam się za robotę. I co? I wyszły mi super. Ani jeden słoik się nie zepsuł, twardziutkie, kwaśniutkie, po prostu idealne. 

Jeśli ktoś z Was ma takie same wątpliwości, jak ja miałam rok temu, to dziś przedstawię Wam swój sposób na kiszone ogórki krok po kroku. Nie podaję na ile ogórków jest przepis, bo zwyczajnie nie wiem, robię tyle ile mam.

Potrzebujemy:
  • słoiki litrowe,
  • pokrywki (najlepiej nowe, tyle co słoików),
  • ogórki gruntowe,
  • czosnek (dużo),
  • korzeń chrzanu (sporo),
  • cały, rozkwitnięty koper (sporo),
  • sól (najlepiej niejodowana, do przetworów)
  • woda.
Słoiki i pokrywki wyparzamy, czekamy aż ostygną.
Ogórki wrzucamy do miski z zimną wodą i płuczemy dokładnie.


Obieramy czosnek, skrobiemy chrzan, kroimy go w niewielkie słupki.
Do słoika ładujemy cały koper, łodygę i kwiat. Ugniatamy ładnie na dnie.
Na koper wrzucamy pokrojony na kawałki duży (nawet bardzo duży) ząbek czosnku).
Na to wszystko ustawiamy pionowo ogórki. Naokoło słoika, a potem dopychamy jeden na środek.
Pomiędzy ogórki wkładamy 3-4 paski chrzanu (może być więcej, jak ktoś lubi) i znów pocięty czosnek.
Układamy kolejny raz koper.
I teraz wolna amerykanka, w zależności od tego ile mamy miejsca, możemy ułożyć jeszcze jeden rząd ogórków w pionie lub walimy, jak się zmieści w poziomie. Dorzucamy w szczeliny parę pasków chrzanu i pokrojony ząbek czosnku.


Czosnek kroję, bo wydaje mi się, że lepiej przechodzi smak, ale też dlatego, że ładniej wchodzi w szczeliny między ogórkami.
Zalewamy gotowaną wodą z solą. Oczywiście ostudzoną. Dwie płaskie łyżki na litr wody. Można dać jedną czubatą, kwestia gustu.
Słoiki zakręcamy. Nie koniecznie mega mocno, normalnie. Odstawiamy na parę dni, najlepiej na czymś, bo mogą przeciekać. Mogą też syczeć, to normalne. Ale po paru dniach nie powinny puszczać wody po przechyleniu. Gdy już troszkę nabiorą koloru i przestaną wydawać dźwięki, wynosimy je do piwnicy.
I voila, mamy kiszone ogórachy na zupkę, do sałatki czy do czego tam jeszcze nam się podoba.


środa, 22 lipca 2015

Zosia i Filip 2015: 29/52 i 30/52.

Ostatnie tygodnie zdecydowanie upływają pod znakiem upałów. Dzieci roznosi energia, a nas trochę mniej. Na szczęście stosunki z rodziną męża uległy wielkiej poprawie i mamy gdzie się podziać popołudniami, bo temperatura powyżej 30 stopni nie sprzyja spacerom. Przynajmniej my przy takim upale opadamy z sił.


Może troszkę mniej ostatnio wycieczkujemy, ale dzieciom popołudnia pod miastem zdecydowanie służą. Fifi pomaga jak może. Podlewa, dogląda, skubie porzeczki, segreguje ogórki i bawi się przy tym znakomicie. A Zosia na świeżym powietrzu zasypia w dwie minuty. Nie wiele dłużej śpi, ale cóż... ;)


30 tydzień roku, to dla Filipa wielka zmiana. Zmiana starego, wysłużonego, troszkę naddartego łóżeczka turystycznego na prawdziwie dorosły tapczanik. M. składał go aż trzy wieczory, a gdy w końcu postawiliśmy go w pokoiku, Fi nie czekał ani chwili i się na nim rozgościł. Nie zważał nawet na to, że nie zdążyliśmy pościelić i szybciutko poznosił swoje skarby. Ostatni tydzień to zdecydowanie przeboje związane ze spaniem Filipa w nowym wyrku.

Zosia natomiast nadal psotkuje. Próbuje stawać na czworaka, przewraca się, marudzi, ale gdy spojrzy tymi swoimi wielkimi oczyskami, nie można się na nią gniewać.

wtorek, 21 lipca 2015

Mała Wiercipupka Zofia...

Malutka, słodziutka, niewinniutka Zosia. Zosia bobasek, maleństwo becikowe, niemowlaczek.

Nasza drobniutka Zosia weszła w okres wiercenia się non stop. Cały dzień i całą noc. Wierci się, kręci, wygina, wykręca, odpycha się, przyciąga i tak w kółko i tak bez przerwy. Zosia nie chce siedzieć, nawet jej do tego nie ciągnie, ale nie chce też leżeć. Mała ciekawska istotka położona na podłodze przemierza salon z prędkością błyskawicy. Sekundy starczają jej, by zniknąć z miejsca, gdzie została położona. Turla się, kręci na brzuszkuu, pełza. Wszystko dozwolone, byle tylko dosięgnąć ulubionej zabawki, Filipa, kota czy kabla od tatowego laptopa. Pięć tysięcy razy dziennie trzeba ją sprowadzać na właściwe tory, żeby nie weszła w szkodę.

Zosiaczek nie ogranicza się tylko do podłogi. Wierci się i przekręca także w łóżeczku. Zarywa główką w szczebelki, wbija się w róg i nie może się wyczołgać i trzeba ją ratować. Pozycje jakie przyjmuje przez sen zawstydziłyby nawet jogina. Zosia otrzymuje tytuł Super Śpiącego Akrobaty, a Matce usychają ręce.

Zofia lubi także tańce wygibańce na rękach i kolanach u Mamy czy Taty. Trzeba wiele siły i wyobraźni, żeby utrzymać Zosię, gdy ona ma inny plan. Podobnie jest z wszelkiego rodzaju fotelikami. Pasy niby trzymają, ale nie uchronią Zośki przed powyginaniem się w pałąk. Do tej pory kręci tyłkiem, aż zwinie się w kłębek i potem ciężko ją rozplątać. Uwielbia pozycję na brzuszku i wszystkie jej działania prowadzą do tego, by w tej pozycji wylądować. Nie ważne czy to na rękach, kolanach, czy w foteliku samochodowym.

Ale największą wprawą trzeba się wykazać, żeby Zosię przewinąć, rozebrać czy przebrać. Położona na łóżku czy podłodze w sekundę ląduje na brzuszku i kontynuuje ucieczką. Trzeba się mocno nagimnastykować, żeby opanować tego owsika. A Zosia wbrew pozorom, to bardzo silna kobietka. Mięśnie ramion po takich wygibasach dają się czasem we znaki, a czynności pielęgnacyjne trwają, trwają i trwają. Dla porównania, Fifi takim wiercidupką stał się dopiero koło 18 miesiąca.


Zośka z rozwojem ruchowym gna do przodu. Powoli próbuje już stawać do raczkowania, ale główka jej ciąży. Wiem, że nie powinno się porównywać dzieci, ale Fi i Zo rozwijają się w tej kwestii zupełnie inaczej. Filip w wieku Zosi nie przemieszczał się wcale, nie interesowało go leżenie na brzuszku, ale za to siedział ładnie, a w późniejszym czasie przesuwał się na tyłeczku pomijając całkowicie czworakowanie. Zosia turla się po całym mieszkaniu, próbuje czołgać, podnosi się na czworaka, ale siedzenie wcale jej nie interesuje. Jest zdecydowanie bardziej ruchliwa i już mam obawy co to będzie, jak wstanie i pójdzie. Filip nadal daje nam w kość w tej kwestii, wszędzie, gdzie idzie, tam biegnie, nie można za nim nadążyć, a przecież jak był niemowlakiem, to sobie tylko leżał i marudził, dopiero potem wystrzelił jak z procy. A Zofia już zaczęła nam uciekać... co będzie potem...

Swoją drogą, niesamowicie patrzy się na rozwój dwójki dzieci. Niby obydwoje nasze, z tych samych rodziców, a każde inne. I z wyglądu, i z zachowania. Nie można się nudzić, bo wszystko przebiega zupełnie inaczej.
To kolejny powód, dla którego warto mieć więcej niż jedno dziecko.

piątek, 17 lipca 2015

Rodzeństwo - więź, której nie można zepsuć...

Od samego początku, gdy miała się pojawić Zosia, bałam się strasznie, jak Fifi zareaguje na małą siostrzyczkę, jak poradzi sobie z tym, że nie ma już mamy i taty tylko dla siebie, jak zniesie tą nagłą zmianę sytuacji. Czułam się winna, że skazuję Filipka na takie rewolucje, że mój syneczek na tym ucierpi, miałam wątpliwości czy dobrze zrobiliśmy. Oczywiście, gdy tylko pojawiła się Zofia, wszelkie wątpliwości zniknęły, ale obawy co do Fifula pozostały.

Na samym początku Fi był Zosią mocno zainteresowany. Podchodził, wyciągał rączki, próbował głaskać. Wszystko nieśmiało i z obawą. Zazdrość pojawiła się, gdy zostaliśmy w domu we trójkę. Złościł się, jak karmiłam Zosię, próbował się wpychać mi na kolana, odpychał Małą. Szybko jednak odkrył, że ten moment, gdy jestem zajęta karmienie, on może wykorzystać po swojemu. I wykorzystywał. Wtedy znikał mi z oczu i broił. Broił, a ja się denerwowałam, co on tam robi. Niejednokrotnie musiałam odkładać Zofię, bo niepokojące odgłosy skłaniały mnie do sprawdzenia co się dzieje.
No i usypianie. Gdy tylko znikałam gdzieś z Zośką, Fi albo musiał leźć za nami i dokazywać, albo zaszyć się gdzieś w mieszkaniu w tajemniczych celach.

Gdy podjęliśmy decyzję o wysłaniu Bobasa do żłobka, znów zaczęłam się bać, że odbierze to jako odepchnięcie go od siebie. Miałam obawy, że objawi się to agresją wobec Zosi. Tyle się nasłuchałam po znajomych, że starsze rodzeństwo szczypie, bije, rzuca zabawkami w młodsze. Że strach zostawić malucha ze starszakiem w jednym pomieszczeniu na sekundę. Ale o dziwo, wtedy Fi stracił na trochę zainteresowanie siostrą. Gdy tata przyprowadzał go ze żłobka, Zosia szła na troszkę w odstawkę, a Fifi miał mamę tylko dla siebie. Nic nikomu nie wadziło, nie było zazdrości. Gdy tylko zdejmowałam Zośkę z kolan, Filip ładował się na podmiankę.

Aż nastał czas wzajemnej interakcji. Zosi włączyło się wręcz uwielbienie dla starszego brata. Na sam jego widok śmiała się w głos. Fi raz zwracał na nią uwagę, raz nie, czasem się koło niej pokładał, a ona go szarpała za włosy, czasem siedziały u mnie na kolanach w zgodzie i przyjaźni. Fifi pokochał Zofię. Głaskał, przytulał, dawał buzi, przynosił smoczek i wpychał jej do buzi mimo jej protestów, podawał zabawki i niekapek. I to słodkie "Zosia, daj" (Fi tak mówi, jak chce komuś coś dać). Widać na pierwszy rzut oka, że dzieci się lubią.
A zazdrość?
Owszem, pojawia się, ale rzadko. Fifi czasem zabiera coś Zosi, ale zaraz jej oddaje, nigdy się nie obraża, gdy zwróci się mu uwagi. Wiadomo, ma swoje ulubione zabawki czy przedmioty, o które jest bardziej zazdrosny, denerwuje się, gdy Zosia je rusza, ale też nie okazuje tego z agresją. Można nawet powiedzieć, że raczej całe te sytuacje są słodkie niż budzące niepokój. Częściej zdarza się, że Fi się zezłości, gdy chce coś mi pokazać, a ja mam na rękach Zofię i chwilowo nie mogę, ale albo złości się krótko, albo idzie do taty i jego ciągnie za rękę. Parę razy zdarzyło się nocne przyczłapanie do mnie do łóżka czy kategoryczne zażądanie wzięcia na ręce na spacerze, ale to raczej wyjątki. Poza tym sielanka, sama słodycz i braterska miłość.


Teraz wiem jedno, drugie dziecko, to był bardzo dobry pomysł. Mimo, że Zosia mam dopiero pół roku, dzieciaki bawią się razem, można je zostawić na chwilę i wiadomo, że nic sobie nie zrobią. Uwielbiam na nie patrzeć. Niesamowite jest to, jak z dnia na dzień rodzi się między nimi więź, jak się do siebie uśmiechają, jak się przytulają. Nie jestem sobie w tej chwili wyobrazić, jak to by było z samym Filipem, jaki on byłby samotny. I mam nadzieję, że nawet, gdy kiedyś nas zabraknie, to one będą miały siebie, będą miały w sobie oparcie.

PS.
Nieskromnie powiem, że mam wrażenie, że to, jaki stosunek ma do siebie rodzeństwo, to w dużej mierze nasza zasługa. To jak podchodzimy do dzieci, jak je traktujemy, czy żadnego nie faworyzujemy, to musi mieć wpływ na ich wzajemne relacje.
Zdaję sobie sprawę z tego, że z dziećmi nic nie jest pewne, że jeszcze wiele może się zmienić, że za chwilkę Zosia zacznie się bardziej interesować Filipa zabawkami, że jak zacznie chodzić, zaczepiać i dokuczać, to czasem może być różnie. Ale ciągle mam nadzieję, że te dwie słodkie istotki pozostaną dalej w takich dobrych stosunkach i nigdy nie będzie między nimi nieporozumień i bójek.

A jak u Was jest między rodzeństwem? Kochają się, biją czy jedno i drugie?

środa, 15 lipca 2015

Każda złotówka się liczy... Pomagajmy!!!

Czasami narzekamy, jesteśmy źli, niewyspani, zmęczeni. Wkurzają nas dzieci, bo to czy tamto. Denerwujemy się, bo rozlane mleko, wyciśnięta na dywan cała tubka pasty do zębów, wysypana w kuchni karma dla kota. Licytujemy się ze znajomymi, kogo dziecko bardziej daje w kość, kogo dziecko mniej śpi w nocy czy bardziej rozrabia. Marudzimy i nie doceniamy tego co mamy. A mamy naprawdę wiele. Mamy zdrowe dzieci.

Odkąd siedzę w internecie cały czas przewijają mi się przed oczami ludzkie nieszczęścia. A choroba dziecka, to chyba najgorsze co może spotkać rodzica. Non stop natykam się na akcje pomocowe, zbiórki pieniędzy. Dokładam się ile mogę, ale nóż mi się w kieszeni otwiera, bo przecież tak być nie powinno. Przecież większość z nas jest ubezpieczonych, co miesiąc płacimy duże pieniądze na to, by w przypadku choroby mieć pomoc. Ale gdy przychodzi co do czego, to radź sobie człowieku sam. Bo za poważna choroba, bo specjalistów brak, bo u nas się tego nie leczy albo najzwyczajniej w świecie gdzieś maluszek miałby większe szanse. Ale czy to wina dziecka, że zachorowało na rzadką chorobę, że leczy się ją tylko za granicą. Przecież to nie powinno mieć znaczenia. Przecież po to jest ubezpieczenie, by w takim przypadku nas ubezpieczało.

Kochani, pomagajmy!!! Po troszku, tyle ile możemy. Nawet złotówka potrafi zdziałać cuda. Ja gdy czytam historie tych dzieci, mam łzy w oczach i ogromny żal, że rodzice muszą prosić o pomoc, że nie otrzymują jej od razu, że muszą zbierać pieniądze na leczenie, które może dać ich dzieciom normalne życie. Niesprawiedliwe jest to, że takie malutkie istotki tak ciepią, ale jeszcze bardziej niesprawiedliwe jest to, że nie jest oczywistym, że leczenie im się należy, że niejednokrotnie trzeba na nie wyłożyć ogromne pieniądze, na które nie stać zwykłego, szarego obywatela.


Dziś chciałabym zwrócić Waszą uwagę na dwa maluszki, które poruszyły moje serce i, za które trzymam bardzo mocno kciuki. Mam nadzieję, że poruszą także Was i pomożecie.

Jaś.
Jeszcze siedzi u mamusi w brzuszku choć zaczyna mu się mocno śpieszyć. Jaś ma wadę serduszka, którą trzeba zaraz po urodzeniu operować. Rodzice zdecydowali o operacji w Niemczech, ale NFZ jej nie pokryje. Liczy się każdy grosz i każda chwila, bo maluszek nie zostanie przyjęty do szpitala bez wpłacenia pieniążków. 


Kajtek
Kajtuś jest chory na pęcherzowe oddzielanie się naskórka. Nieuleczalna odmiana tej choroby, z którą polscy lekarze nie potrafią sobie poradzić. Na operację w USA potrzeba 6 milionów złotych. Kwota ogromna i niewyobrażalna dla zwykłego śmiertelnika dlatego potrzeba pomocy wielu osób by Kajtek miał szansę na normalne życie.


Te dzieci powinny mieć szansę na normalne życie i tylko dzięki ludziom dobrej woli będzie to możliwe.
Nie bądźmy obojętni...
Każdy grosz się liczy, każde udostępnienie, nagłośnienie...
Pomóżmy!!!

wtorek, 14 lipca 2015

Chrzciny Zosi - zdjęcia.

Tydzień temu w niedzielę nasza Zosieńka miała swój wielki dzień. Chrzciny. 

Stresowaliśmy się tym dniem strasznie, baliśmy się, że standardowo ktoś nam wywinie jakiś numer, że coś wyjdzie nie tak, jak miało być. Niepotrzebnie. Było cudnie. Zosia wyglądała jak księżniczka, zachowywała się również, jak na księżniczkę przystało. Rozdawała uśmiech na lewo i prawo, w kościele zaznaczała swoją obecność śpiewami, ale gdy miała już dość, też potrafiła dać o tym znać.  

Fifi troszeczkę zagubiony, ale szybko się odnalazł w sytuacji i również bawił się dobrze.

Rodzina dopisała, chrzestni na medal, Zosia dostała całą masę pamiątek, o Filipku też nie zapomniano, było miło i radośnie.

A oto nasz mały Aniołeczek:





A tak prezentowała się suknia Zosi:


A to my w komplecie. To chyba pierwsze zdjęcie, na którym jesteśmy wszyscy razem. Chyba musimy to nadrobić i zrobić sobie specjalną sesję.


No i oczywiście nasz Fifinio. Idealny starszy braciszek próbował skraść Zosi imprezę. 



W kościele, w którym chrzciliśmy Zosię, jest zwyczaj, że ksiądz wychodzi po dziecko, rodziców i chrzestnych i dopiero z nim, przez środek, wszyscy przechodzą pod ołtarz, gdzie są przygotowane ławeczki. Tym sposobem, już trzeci raz przeszliśmy tą samą drogą. Pierwszy raz tylko we dwoje, drugi raz z Filipem i teraz z Zosią. To samo z miejscem, gdzie świętowaliśmy po uroczystości. Najpierw wesele, potem chrzciny Filipka, a teraz Zosi. Już do końca życia będziemy mieli ogromny sentyment do tych miejsc.

Podsumowując. To był nasz dzień. 

A pamiętacie, jak to było z Fifim. Jak się cieszyliśmy, że wszystko poszło dobrze i jak chwaliłam się zdjęciami?

środa, 8 lipca 2015

Zosia i Filip 2015: 27/52, 28/52.

Dziś króciutko i treściwie, bo lato, wakacje i czasu brak na siedzenie przy komputerze, a i proza życia ściga nieubłaganie...

27. tydzień roku minął nam po znakiem spacerów, wycieczek i lodów...


28. tydzień to przede wszystkim chrzciny Zosieńki. Bardzo ważny dzień dla niej, ale i dla Filipa i dla nas. No i wielka próba na wytrzymałość i cierpliwość. Bo to nie lada wyzwanie wytrzymać tyle czasu. Zosia zmęczona, Fifi zmęczony, my również już pod koniec imprezy zmęczeni, ale było pięknie i jestem z nas wszystkich dumna.


Dla wyjaśnienia dodam, że tak wygląda Zosia, gdy ktoś na siłę chce ją uszczęśliwić... 



wtorek, 7 lipca 2015

Słodko - gorzki 6. miesiąc...

Wiadomo, że dzieci mają w życiu różne okresy. Jak już zdążymy się do czegoś przyzwyczaić, nagle bach i znów jakaś rewolucja. Sławetne skoki rozwojowe, kryzysy tego czy tamtego miesiąca. Jedni w nie wierzą, inni nie. U Filipa coś tam się pokrywało, ale nie przykładaliśmy do tego zbyt wielkiej wagi, bo on z reguły był marudny, jak coś nie szło po jego myśli. Z okresu na okres były jakieś poprawy, nowe umiejętności, które wszystkim ułatwiały życie. Rozwijał się w swoim tempie, stawał się bardziej kontaktowy, w końcu zaczął przesypiać noce. Spokojnie, wszystko w swoim czasie, bez spektakularnych, nagłych zmian. Dopiero teraz, gdy Fi skończył dwa lata, mamy typowy bunt dwulatka, ale też raczej łagodny, patrząc po choćby dzieciach znajomych.

Z Zosią jest inaczej. Od początku szła jak burza z rozwojem. Szybko opanowywała nowe umiejętności, ale jednocześnie bardziej przechodziła tzw. skoki rozwojowe. Były one nieco przesunięte w stosunku do tabelek dostępnych w poradnikach, ale były. Dawały nam się we znaki raz bardziej, raz mniej, ale zawsze przynosiły dużo nowego. Przeważnie były to postępy, ale zdarzały się też regresy. 

Pierwszym takim skokiem, który zostawił po sobie niemiłe wspomnienie, był skok po 3. miesiącu. Wtedy to Zosia przestała przesypiać noce. Do 3. miesiąca spała przeważnie od 21 do 7 rano, a potem zdarzało jej się jeszcze dosypiać. Po tym skoku zaczęła budzić się już koło 24, a potem już tak średnio co 1,5-2 godziny i wstawać zaraz po godzinie 6. Dodatkowo skróciła sobie, i to bardzo, dzienne spanie. Postanowiła drzemać 3-4 razy, ale tylko po jakieś 15 minut. Dało się to znieść, bo w dzień nadal była słodką i układną dziewuszką. Można było wszystko przy niej zrobić, a ona grzecznie się bawiła. Ubolewałam nad tym spaniem, ale do zmiany jakoś przywykłam i zapomniałam, że ten okres miał miejsce. Aż do 6. miesiąca.

Zosia galopowała przez 6. miesiąc życia, a ja przechodziłam kryzys. Mimo pozytywnego nastawienia, mimo szczerych chęci czasami czułam się bardzo zmęczona. Zofia zapewniła nam okropnie intensywne i niezwykle męczące trzy tygodnie. Na szczęście (odpukać) powoli wszystko się unormowało, ale było momentami nie do zniesienia. Poszperałam, pogrzebałam i znalazłam. Skok rozwojowy w 6. miesiącu życia dziecka. Jakbym czytała o mojej Zosi.

Po pierwsze spanie. Zosia nadal się budziła często, ale zaczęłam mieć problemy z ponownym jej uśpieniem i odłożeniem do łóżka. Zaczęłam zabierać ją do siebie i karmić na śpiąco, ale po pewnym czasie i to zaczęło być mało skuteczne. Zośka, jak już spała, to wierciła się okropnie, nie dawała nam spać i sama w końcu się wybudzała. Jak zdarzała się noc z mniejszą ilością pobudek, to ja już z przyzwyczajenia budziłam się co godzinę i nie mogłam spać.

Po drugie, Zofia zrobiła się strasznie nieśmiała do obcych. Nigdy nie było wiadomo, jak zareaguje na nową twarz. Czasem zerkała na mnie, gdy ktoś zaglądał do wózka i do niej gadał. Czasem buzia układała jej się w podkówkę i była bliska płaczu. Musiał jej się ktoś naprawdę opatrzeć lub zwyczajnie spodobać, żeby nie zareagowała niepokojem. Tak w zasadzie oprócz mnie i M. nikt nie był pewny jej dobrej reakcji.

Po trzecie, Zośkę dopadł lęk separacyjny. Coś, na co czekałam, jak Fi miał około pół roku, dopadło nas dopiero przy Zosi. Zrobiła się straszną maminą córeczką. Nie mogłam odejść nawet na dwa kroki. Wymagała wiecznej uwagi, zabawiania, trajkotania nad główką. Na szczęście zdarzały się lepsze dni, ale z reguły zrobienie czegokolwiek innego niż zajmowanie się Zofią, było niezmiernie trudne.

Na szczęście minął 6. miesiąc i chyba apogeum mamy już za sobą. Powoli Zośkowe zachowanie zaczyna się normować, a ona sama zaczyna się robić ciekawska, wszystko chce dostać do łapek, ogląda, dotyka, podziwia. Coraz lepiej śpi choć ja nadal się budzę tryliard razy. Nie boi się już za bardzo ludzi choć rezerwę zachowuje i nadal najpierw zerka na mnie upewniając się czy wszystko w porządku. Lęk przed stratą mnie z oczu niestety lub stety został z nami do tej pory. Zosia najlepiej czuje się, jak mnie widzi w najbliższym otoczeniu. Nawet na spacerze, gdy M. pcha wózek, ja muszę iść tak, żeby mnie widziała.

Niesamowitą radość sprawiają mi te zmiany zachodzące w tym malutkim człowieczku choć przyznam szczerze, że tamte tygodnie mnie wykończyły i chyba trochę czasu zajmie nim dojdę do siebie. Bo tak to już jest z tymi naszymi dzieciakami, raz burza, raz słoneczko. Sinusoida. Nie ma nic pewnego. Gdy już do jednego się przyzwyczaimy, nagle bach i rewolucja.

czwartek, 2 lipca 2015

Kosmetyki dla dzieci - Ciało Plus Baby Solutions

Ostatnio miałam niewątpliwą przyjemność zapoznać się z kosmetykami serii Ciało + Baby Solutions  marki Plus dla Skóry. Jest to marka młoda, ponieważ pojawiła się na naszym rynku w 2013 roku. Jej kosmetyko są dostępne jedynie w aptekach, a ja osobiście zetknęłam się z nią po raz pierwszy. Zaskoczyła mnie mnogość produktów jakie oferuje marka. Dla każdego znajdzie się coś odpowiedniego.

Plus dla skóry to:
  • Cera + Antianging - kompleksowa pielęgnacja przeciwzmarszczkowa,
  • Cera + Solutions - odpowiedź na najczęstsze problemy dermatologiczne,
  • Ciało + Solutions - pielęgnacja skóry ciała wymagającej: poprawy jędrności, odbudowy bariery hydrolipidowej, ograniczenia potliwości, ochrony przeciwsłonecznej,
  • Ciało + Solutions Baby - pielęgnacja delikatnej skóry dziecka już od pierwszego dnia życia,
  • Włosy + Solutions - pielęgnacja włosów i skóry głowy, odpowiadająca na cztery problemy: łupież, przetłuszczanie się, wypadanie i zniszczenie włosów,
  • Ciało + Solutions Men - pielęgnacja męskiej skóry.
 Dziś będzie o kosmetykach dla dzieci.

Ciało + Baby Solutions to linia specjalistycznych kosmetyków dla dzieci i niemowląt. W jej skład wchodzą produkty przeznaczone do delikatnej pielęgnacji ciała i włosów. Nie zawierają parafiny, parabenów i oleju parafinowego.

Krem Ochronny na Słońce z Filtrami UVA/UVB SPF 50.



Składniki aktywne: alantolina, witamina E, panthenol.

Służy do codziennej ochrony przeciwsłonecznej normalnej i wrażliwej skóry twarzy i ciała.

Przeznaczony dla niemowląt od pierwszego miesiąca życia i dla dzieci.

Osobiście nie przepadam za kremami pogodowymi dla dzieci. Szczególnie te z filtrami są gęste, zbite i ciężko się rozsmarowują. Ten jednak jest zbliżony konsystencją bardziej do kremów do buzi. Jest delikatny, ładnie się rozprowadza i szybko się wchłania. A do tego fajnie pachnie.

Krem Pielęgnacyjny do Buzi i Ciała dla Dzieci


Składniki aktywne: biolin, olej ze słodkich migdałów, alantolina.

Służy do codziennej pielęgnacji skóry twarzy i całego ciała.

Przeznaczony dla noworodków od pierwszych dni życia, niemowląt i dzieci.

Producent pisze na opakowaniu, że krem długotrwale nawilża i natłuszcza skórę. I trudno się z nim nie zgodzić. Ja od siebie dodam, że jest delikatny, rozsmarowuje i wchłania się jeszcze łatwiej niż krem z filtrami. Używam go głównie u Zosi, której robią się od czasu do czasu plamy wysuszonej skóry na nóżkach rączkach i koło usteczek. Bardzo szybko przywraca gładkość i łagodzi podrażnienie.
Ale używam go także dla siebie. Idealnie odświeża twarz po całym dniu w makijażu.

Emulsja Natłuszczająca do Kąpieli dla Dzieci


Składniki aktywne: olej z nasion bawełny (pomaga odbudować barierę lipidową skóry), olej macadamia (tworzy ochronny film zapobiegający nadmiernemu odparowywaniu wody).

Służy jako dodatek do kąpieli w wannie. Polecana do skóry normalnej i wrażliwej. Można ją stosować codziennie.

Przeznaczony dla noworodków od pierwszych dni życia, niemowląt i dzieci.

Najlepszą rekomendacją będzie opinia naszego domowego kąpacza dzieci czyli mojego Szanownego Małżonka. Po paru dniach stosowania zapytał mnie, gdzie takie coś można kupić, bo według niego, to najlepsza mikstura do kąpieli ze wszystkich jakie do tej pory kupowałam. A przyznam się szczerze, że troszkę tego było. Ja ze swojej strony dodam, że rzeczywiście, skóra obu bobasów jest bardziej nawilżona, natłuszczona i mniej się podrażnia. Fifi nie drapie się już tak strasznie po nogach, a i u Zosi plamki suchej skóry stopniowo się zmniejszają. A co również ważne, nie zostawia trudnego do usunięcia osadu na wannie.


W skład serii wchodzą również

Krem Ochronny dla Dzieci na Każdą Pogodę z Filtrami UVA/UVB, SPF 20

Składniki aktywne: biolin, panthenol, masło Shea.

Przeznaczony dla dzieci od 1. dnia życia.


Krem do Codziennej Pielęgnacji Pupy

Składniki aktywne: tlenek cynku (wytwarza warstwę izolującą skórę dziecka od szkodliwych czynników), biolin, panthenol.

Przeznaczony dla dzieci od 1. dnia życia.


Szampon do Włosów dla Dzieci

Składniki aktywne: aquaxyl (poprawia równowagę płynów w skórze, optymalizując zapasy i zapobiegając
stratom wody; zapobiega wysychaniu), ekstrakt z rumianku, ekstrakt z nasion lnu, panthenol.

Przeznaczony dla dzieci od 1. dnia życia.


Żel do Mycia Ciała i Włosów dla Dzieci

Składniki aktywne: ekstrakt z rumianku (działa regenerująco i ochronnie), olej sojowy, panthenol (doskonała odżywka do włosów), witamina PP (poprawia ukrwienie głowy).

Przeznaczony dla dzieci od 1. dnia życia.


Podsumowując: moim zdaniem seria godna polecenia. Ja na pewno skuszę się na zakup produktów, które już przetestowałam i na wypróbowanie tych, których nie miałam okazji.