poniedziałek, 31 sierpnia 2015

Karmienie piersią - kryzys...

Wydawać by się mogło, że po takim czasie karmienie piersią będzie już tylko czymś naturalnym, trwającym, bezproblemowym. Że powoli będziemy sobie z Zosią wprowadzać nowe pokarmy, ale cały czas będziemy się karmić i będzie nam to sprawiało przyjemność. Niestety po raz kolejny okazało się, że macierzyństwo to nie bułka z masłem, nie same przyjemności. Macierzyństwo pełne jest kryzysów, tych małych i tych większych i u mnie przyszedł właśnie taki kryzys. W zasadzie przyszły dwa i zlały się w jeden, ale dziś chcę powiedzieć o tym związanym właśnie z karmieniem piersią.

Wiecie, że na karmieniu zależało mi bardzo. Bałam się, jak to będzie po cesarce, jak to będzie po ropniu, jak to będzie z Zosią. Na początku było boleśnie, ale daliśmy radę i wszystko szło dobrze. Nie chciałam kończyć, nawet gdy zachorowałam na tarczycę, zmieniłam lekarza na takiego, który ustawił mi dawki leków tak, bym mogła dalej karmić. A przecież mogłam spokojnie przestać karmić, miałam usprawiedliwienie, a dodatkowo leczyć się większymi dawkami i szybciej dochodzić do siebie. Ale ja nie chciałam, bardzo chciałam nadal karmić. Ale teraz karmienie piersią mnie wkurza, działa mi na nerwy, drażni, nudzi, a w końcu boli.

Zaczęło się od tego, że Zosi wyrosły ząbki. Na początku ugryzła raz i drugi. Jeden raz tak mocno, że poleciała mi całkiem spora stróżka krwi. Ale to szybko minęło i była chwila spokoju. Ale zaraz potem Zosia weszła w okres jakiegoś skoku, przylepstwa, pobudki w nocy już nie były tylko pobudkami tylko wiszeniami na piersi, miałam naprawdę problem, żeby ją odłożyć tak, żeby nie pobudziła reszty domowników. 
Usypianie panienki też ciągnęło się jak flaki z olejem, bo do tej pory karmiłam ją przed kąpielą, a po kąpieli dostawała tylko pierś na dopicie, uspokojenie, uśpienie. Teraz Zosia nie chce jeść wcześniej, bo Fifi, bo Tata, bo wszystko inne, co odwraca uwagę. Łapie pierś, puszcza, odwraca głowę, ostatnio nawet nie puszcza, trzyma ząbkami i ciągnie głowę w stronę tego co ją interesuje. A je dopiero potem, w sypialni, przed snem, a ja już zmęczona, denerwuję się tym, bo to się wlecze, wlecze i wlecze, a najczęściej w pokoju obok, już wykąpany i przebrany Fifi woła mamę. Siedzę z nią na kolanach, a ona trochę je, trochę leży z piersią w buzi, odłożyć się nie da, zaciska ząbki na piersi, żebym się nie wymknęła, jak straci czujność, ja zaczynam być już myślami gdzieś indziej, a to się ciągnie, ciągnie i ciągnie.
A żeby tego wszystkiego było mało, to ostatnio nabawiłam się zastoju w piersi, zatkanego kanalika, zapalenia, a co za tym idzie bólu, bólu i jeszcze raz bólu. Jako, że odporna jestem na tego typu wrażenia, to szybko sobie z tym poradziliśmy, ale pierś i brodawka pozostały mocno bolesne. Wkurza mnie to samo w sobie, a już wygibasy Zośki przy piersi doprowadzają mnie do szału. Zaciśnięte ząbki na zapuchniętej, jeszcze nie wygojonej brodawce... nic przyjemnego. Dodatkowo, tak jak pisałam, Zosia zaciska i trzyma, jakby bała się, że ją wykiwam i ucieknę. Muszę wkładać jej palca do buzi, żeby się oswobodzić, ona się wybudza, wkurza i zaczynamy przygodę od nowa.
Poza domem też marudzi. Nie chce jeść, odwraca się, nakarmienie w miejscu publicznym nie wchodzi w grę, bo zaraz odwraca buźkę, a ja zostaję z piersią na wierzchu. Na osobności też jest źle, bo przecież gdzieś tam zostały ciekawsze rzeczy więc wyrywa się, ucieka i pozostaje nam słoiczek lub chrupek, a ja zostaję z paranoją, że znów coś mi się zrobi albo, że przez te wygibasy stracę pokarm.
Ja wiem, że to jest taki okres, i mój, i Zosi, że musimy go przetrwać. I pewnie przetrwamy, bo mimo tego, że tak mnie to wszystko denerwuje, no i nie oszukujmy się, zwyczajnie boli, nadal bardzo zależy mi na karmieniu. Ale dokładając do tego moje problemy ze zdrowiem plus drugi kryzys Zosiowo-mój, kryzys ze spaniem, to zaczynam mieć myśli typu: "kiedy to się w końcu skończy". Zaczynam żałować, że nie skorzystałam z okazji, nie zamknęłam kramiku wtedy, gdy kazał mi to zrobić lekarz. Za chwilę pukam się w głowę, bo wiem ile płaczu mnie by to kosztowało i ile wyrzutów w późniejszym naszym życiu. A poza tym, przecież ja sobie nie wyobrażam innego sposobu na karmienie niż karmienie piersią...
No i przecież to jest naprawdę przyjemne, tylko teraz tak troszkę nam nie wychodzi...

A na dowód tego, że z Zosią, mimo zgrzytów, dobrze się dogadujemy, mamy zdjęcie:


Fajne my, przyjaciółki, nikt między nami nie stanie... Mam nadzieję ;)

środa, 26 sierpnia 2015

Zosia i Filip 2015: 34/52, 35/52.

Upały troszkę odpuściły, Matka poczuła się lepiej więc i dzieciaki szaleją z radości. Może nie mamy czasu i siły, żeby wycieczkować troszkę dalej, na to przyjdzie czas jesienią, ale bawimy się świetnie w domu, na działce pod miastem i na króciutkich eskapadach. Fakt, że i Zosia i Fifi weszli w taki wiek, że można się pogubić, raz Jekyll, raz Hyde, ale gdy już się cieszą to tak, że aż za serce ściska. Dlatego warto się starać, i my się staramy zapewniać im jak najwięcej rozrywek, bo potrafią się za o odwdzięczyć.

34. tydzień...


35. tydzień...

Dzieciaki szaleją prawie codziennie na działce, a tam zabaw i rozrywek co nie miara. Co prawda Zosia musi się pilnować, bo Fi czasem się złości za używanie niektórych jego zabawek, ale myślę, że z czasem dojdą do porozumienia i razem będą się bawić bez zazdrości.  Na szczęście w basenie bawią się grzecznie bez niesnasek i potrafią tak naprawdę długo.


Gdy już musimy zostać w domu lub mamy troszkę wolnego czasu dzieciaki też się nie nudzą. Rzadko zdarza się tak, że nie potrafią sobie znaleźć zajęcia. Zosia gania już sama po domu, sama sięga po zabawki, a gdy jej troszkę smutno świetnie bawi się z Mamą. Filip już bardziej samodzielny, ale nadal trzeba na niego zwracać uwagę, bo pomysły ma znakomite. Ostatnio pralka była do połowy załadowana wszystkim, co tylko znalazł pod ręką, a od czasu do czasu w swoim telefonie znajduję takie kwiatki, jak ten powyżej.

poniedziałek, 24 sierpnia 2015

Tarczyca - atakuje znienacka...

Nie raz żaliłam się Wam, że nie daję rady, że jest mi ciężko i z tego powodu jestem zła i smutna. Nie raz też dostało mi się od Was po uszach, że narzekam, marudzę, że przecież dwójka dzieci to nie zadanie nie do wykonania, że inni mają ciężej, a dają sobie radę, że jak w ogóle śmiem... Ogółem mam optymistyczne nastawienie do wszystkiego. Nawet, gdy jednego dnia jest mi ciężko, to planuję, kombinuję i zasypiam z nadzieją na lepsze jutro. Nie rezygnuję i się nie poddaję. Ale tym razem naprawdę nie dawałam rady, nie wiedziałam, co jest ze mną nie tak, nie przyznawałam się Wam, bo zwyczajnie się wstydziłam, wbijałam uśmiech na twarz i dalej robiłam swoje choć kosztowało mnie to bardzo wiele wysiłku.

A wszystko zaczęło się nagle i niezauważenie, a ja zwaliłam to na upał. Do tej pory potrafiłam cały dzień  być w ruchu, zajmować się dziećmi, domem, pracą, dorzucić do tego jeszcze parę spraw i cały dzień miałam zapełniony. Popołudniami spacery po 13 km, potem szybkie oporządzenie dzieci i zasłużony, przyjemny odpoczynek. A z dnia na dzień przestałam mieć na cokolwiek siły. Spacer, nawet króciutki kończył się moim padnięciem na fotel i piekielnym bólem mięśni. Nawet mówiłam Mężowi, że coś jest nie tak, że mięśnie powinny się ćwiczyć, a ja jestem coraz bardziej obolała, ale zwaliliśmy to na przemęczenie przy dzieciach.

Zrobiłam się nerwowa, drażniło mnie wszystko, na końcu zaczęły trząść mi się ręce i kołatać serce. Najbardziej dokuczało mi to w nocy, nie mogłam spać. Na to też znalazłam wytłumaczenie. Zbliżające się chrzciny, problemy rodzinne, dużo pracy. Stąd ta nerwowość. A do tego niewyspanie i mamy rozedrganie.
Mało tego, nagle odkryłam, że w domu mamy strasznie duszno. Otwierałam wszystkie okna, ale nic to nie dawało. Pociłam się jak mops, po nocach spać nie mogłam. Nawet byłam już bliska wywalenia z sypialni szafy, bo ubzdurałam sobie, że zabiera mi powietrze.

Po pewnym czasie zaczęłam mieć problemy z podnoszeniem Zosi. Podnosiłam, ale z ogromnym wysiłkiem i nie mogłam jej utrzymać na rękach. Czasem z bezsilności siadałam na podłodze i płakałam. Domem zajmowałam się z musu, nie sprawiało mi to ani krzty przyjemności i odliczałam minuty do wieczora. A wieczór ulgi nie przynosił. Miałam wrażenie, że nawet siedzenie i nic nierobienie nie daje mi odpoczynku. Byłam zmęczona, ale nie potrafiłam w spokoju wysiedzieć, bolały mnie mięśnie i głowa. Nie dawało się tak funkcjonować.
A do tego ta nerwowość i drażliwość. Krzyczałam częściej, opędzałam się od dzieci, wkurzałam się na nie, chciałam świętego spokoju. I nie miałam siły. Do bólu  nie miałam siły. Byłam innym człowiekiem, zupełnie nie podobnym do siebie.

Aż pewnego razu coś mnie tknęło. Bo o ile do tej pory większość objawów tłumaczyłam upałem i zmęczeniem, to gdy upał zelżał, a ja nadal pociłam się jak pies, to coś we mnie drgnęło. Wlazłam na internet i pierwsze co mi się rzuciło w oczy - tarczyca. Na drugi dzień pognałam na badania i bach... Gdy lekarz zobaczył wyniki, to zdziwił się, że jeszcze funkcjonuję, że gdybym była starsza, to już dawno byłabym na oddziale. Ogółem zdołował mnie strasznie, ale o tym później. I w ten sposób zaczęła się moja przygoda z nadczynnością tarczycy, a dokładniej z chorobą Gravesa-Basedowa.

A podsumowując.
U mnie choroba przyszła znienacka. Kładę ją na karb dwóch ciąż, zmęczenia i stresu. Ale powodów jej wystąpienia może być wiele, więc gdy zobaczycie u siebie podobne objawy, badajcie się. Ja doprowadziłam się do stanu, gdy nie mogłam ruszyć ręką i nogą, mija miesiąc leczenia, a ja dalej nie jestem sobą. Jestem dobrej myśli, ale nie oszukujmy się, terapia trwa lata i nie zawsze przynosi efekty. Lepiej wcześnie reagować niż później naprawiać błędy.

Najczęstsze objawy nadczynności tarczycy:
- nerwowość, 
- nietolerancja wysokiej temperaturu,
- potliwość, 
- kłopoty ze snem,
- kołatanie serca,
- utrata masy ciała,
- duszności,
- ogólne osłabienie. 
U mnie wystąpiły wszystkie z nasileniem takim, że ciężko byłoby je przeoczyć, ale ja przeoczyłam. Mało tego, poszczególne zauważałam, ale nie łączyłam je w całość. Nawet umawiałam się już do neurologa czy kardiologa. Do żadnego nie dotarłam, za to wylądowałam u endokrynologa.

środa, 19 sierpnia 2015

Smaczna i zdrowa sałatka rzodkiewkowa.

Dziś mam dla Was szybciutki przepis na super sałatkę.


Potrzebne będą:
  • dwie małe kalarepki, 
  • pęczek rzodkiewki,
  • ogórek sałatkowy,
  • opakowanie kiełków rzodkiewki,
  • jogurt naturalny

Ogórka obieramy i kroimy w plasterki. Kalarepę i rzodkiewkę ścieramy na tarce z dużymi oczkami. Wszystko mieszamy z kiełkami rzodkiewki, doprawiamy do smaku. Podajemy z jogurtem naturalnym. 


I w ten prosty i szybki sposób mamy zdrową sałatkę. 

Kiełki rzodkiewki są źródłem wielu witamin (A, C, B, E, H), składników mineralnych, kwasów omega-3 i błonnika. Mają działanie przeciwzapalne, odkażające, oczyszczające i moczopędne. Łagodzą dolegliwości wątroby i infekcje górnych dróg oddechowych.

Rzodkiewka, podobnie zresztą jak kiełki, zawiera wiele potasu dlatego polecana jest szczególnie nadciśnieniowcom. Ze względu na dużą zawartość siarki dobrze działa też na paznokcie i włosy. Pobudza również apetyt.

Kalarepa zawiera niemal wszystkie witaminy i składniki mineralne. Posiada również chroniącą oczy luteinę. Ma właściwości przeciwnowotworowe.

Ogórek to w większości woda dlatego w szczególności polecany jest w upały.  Posiada jednak substancje, które są odpowiedzialne za zahamowanie rozwoju komórek rakowych.

Widzicie więc jak zdrowa, a zapewniam, że również smaczna jest ta sałatka. Zwłaszcza teraz, gdy lato już odchodzi, warto sobie je od czasu do czasu przypomnieć.

Smacznego!!!
Specyficzny smak zawdzięczają olejkom gorczycowym. Zawierają witaminy A, C, B, E, H, składniki mineralne, kwasy omega-3 i błonnik. Mają właściwości przeciwzapalne, odkażające, oczyszczające i moczopędne. Hamują rozwój bakterii i drożdży. Łagodzą dolegliwości wątroby i pęcherzyka żółciowego oraz infekcje górnych dróg oddechowych. Już kilka kiełków rzodkiewki nadaje potrawie ostry smak i aromat. Moczenie: 4 godz., kiełkowanie: 2–3 dni (zbiór, gdy mają 3 cm).

http://www.poradnikzdrowie.pl/zywienie/co-jesz/kielki-docen-zdrowotne-i-smakowe-walory-kielkow-roslinnych_35878.html
Specyficzny smak zawdzięczają olejkom gorczycowym. Zawierają witaminy A, C, B, E, H, składniki mineralne, kwasy omega-3 i błonnik. Mają właściwości przeciwzapalne, odkażające, oczyszczające i moczopędne. Hamują rozwój bakterii i drożdży. Łagodzą dolegliwości wątroby i pęcherzyka żółciowego oraz infekcje górnych dróg oddechowych. Już kilka kiełków rzodkiewki nadaje potrawie ostry smak i aromat. Moczenie: 4 godz., kiełkowanie: 2–3 dni (zbiór, gdy mają 3 cm).

http://www.poradnikzdrowie.pl/zywienie/co-jesz/kielki-docen-zdrowotne-i-smakowe-walory-kielkow-roslinnych_35878.html
Specyficzny smak zawdzięczają olejkom gorczycowym. Zawierają witaminy A, C, B, E, H, składniki mineralne, kwasy omega-3 i błonnik. Mają właściwości przeciwzapalne, odkażające, oczyszczające i moczopędne. Hamują rozwój bakterii i drożdży. Łagodzą dolegliwości wątroby i pęcherzyka żółciowego oraz infekcje górnych dróg oddechowych. Już kilka kiełków rzodkiewki nadaje potrawie ostry smak i aromat. Moczenie: 4 godz., kiełkowanie: 2–3 dni (zbiór, gdy mają 3 cm).

http://www.poradnikzdrowie.pl/zywienie/co-jesz/kielki-docen-zdrowotne-i-smakowe-walory-kielkow-roslinnych_35878.html
Specyficzny smak zawdzięczają olejkom gorczycowym. Zawierają witaminy A, C, B, E, H, składniki mineralne, kwasy omega-3 i błonnik. Mają właściwości przeciwzapalne, odkażające, oczyszczające i moczopędne. Hamują rozwój bakterii i drożdży. Łagodzą dolegliwości wątroby i pęcherzyka żółciowego oraz infekcje górnych dróg oddechowych. Już kilka kiełków rzodkiewki nadaje potrawie ostry smak i aromat. Moczenie: 4 godz., kiełkowanie: 2–3 dni (zbiór, gdy mają 3 cm).

http://www.poradnikzdrowie.pl/zywienie/co-jesz/kielki-docen-zdrowotne-i-smakowe-walory-kielkow-roslinnych_35878.html
Specyficzny smak zawdzięczają olejkom gorczycowym. Zawierają witaminy A, C, B, E, H, składniki mineralne, kwasy omega-3 i błonnik. Mają właściwości przeciwzapalne, odkażające, oczyszczające i moczopędne. Hamują rozwój bakterii i drożdży. Łagodzą dolegliwości wątroby i pęcherzyka żółciowego oraz infekcje górnych dróg oddechowych. Już kilka kiełków rzodkiewki nadaje potrawie ostry smak i aromat. Moczenie: 4 godz., kiełkowanie: 2–3 dni (zbiór, gdy mają 3 cm).

http://www.poradnikzdrowie.pl/zywienie/co-jesz/kielki-docen-zdrowotne-i-smakowe-walory-kielkow-roslinnych_35878.html
Specyficzny smak zawdzięczają olejkom gorczycowym. Zawierają witaminy A, C, B, E, H, składniki mineralne, kwasy omega-3 i błonnik. Mają właściwości przeciwzapalne, odkażające, oczyszczające i moczopędne. Hamują rozwój bakterii i drożdży. Łagodzą dolegliwości wątroby i pęcherzyka żółciowego oraz infekcje górnych dróg oddechowych. Już kilka kiełków rzodkiewki nadaje potrawie ostry smak i aromat. Moczenie: 4 godz., kiełkowanie: 2–3 dni (zbiór, gdy mają 3 cm).

http://www.poradnikzdrowie.pl/zywienie/co-jesz/kielki-docen-zdrowotne-i-smakowe-walory-kielkow-roslinnych_35878.html

Specyficzny smak zawdzięczają olejkom gorczycowym. Zawierają witaminy A, C, B, E, H, składniki mineralne, kwasy omega-3 i błonnik. Mają właściwości przeciwzapalne, odkażające, oczyszczające i moczopędne. Hamują rozwój bakterii i drożdży. Łagodzą dolegliwości wątroby i pęcherzyka żółciowego oraz infekcje górnych dróg oddechowych. Już kilka kiełków rzodkiewki nadaje potrawie ostry smak i aromat. Moczenie: 4 godz., kiełkowanie: 2–3 dni (zbiór, gdy mają 3 cm).

http://www.poradnikzdrowie.pl/zywienie/co-jesz/kielki-docen-zdrowotne-i-smakowe-walory-kielkow-roslinnych_35878.html

poniedziałek, 17 sierpnia 2015

Swojskie wakacje: jezioro Piaseczno.

Pisałam Wam już o tym, że na wakacjach mogą nas spotkać różne niespodzianki. Możemy trafić na uciążliwych sąsiadów, głośną okolicę, nieuczciwego właściciela czy wiele innych. Nie musimy toczyć się na zagraniczne wojaże, żeby zamiast w czterogwiazdkowym hotelu wylądować w norze. 

My właśnie wróciliśmy z takich wakacji, na których nie wszystko było idealne. Ale też, żeby było jasne, nie było bardzo źle. Było parę sytuacji, które już teraz wspominam z uśmiechem na ustach, ale w momencie, w którym się działy, do śmiechu nam nie było. Jak tak przyjrzeć się teraz temu wszystkiemu, to był to bardzo udany, rodzinny tydzień, który przyniósł nam sporo oddechu od miasta i spraw z nim związanych.


A wybraliśmy się nad okoliczne jezioro Piaseczno. Niby żadna wielka wyprawa, ale zawsze oderwanie się od miasta, pracy, rodziny. Wynajęliśmy sobie skromny domek z łazienką i kuchnią. Na piętro nawet nie zachodziliśmy, wszyscy pomieściliśmy się w saloniku na dole. Wygód zbyt wielu nie było, ale narzekać też nie możemy. Jedyne co nam dokuczało to nocne upały. W dzień mieliśmy basen, jezioro i klimatyzację w samochodzie, gdy przemierzaliśmy okolicę.
Całe dnie bawiliśmy się z dziećmi, pluskaliśmy się w jeziorze i w basenie, jedliśmy nie do końca zdrowe rzeczy i nie zwracaliśmy uwagi na czas. Wieczorami z M. robiliśmy grilla i siedzieliśmy na tarasie nadrabiając zaległości czytelnicze. Czerni nieba i ciszy, która zapadała, gdy już wszyscy wczasowicze poszli spać będzie mi brakowało do czasu, gdy znów wybierzemy się w takie miejsce. I mimo, że tarczyca daje mi się we znaki, mimo, że upał jest nie do zniesienia, mimo, że czasu na spokojny odpoczynek mieliśmy naprawdę niewiele, to my odpoczęliśmy. Odsapnęliśmy od dnia codziennego, a tego nam trzeba było najbardziej.
I pozostały nam piękne wspomnienia i fotografie...


Takie wakacje pamiętam z dzieciństwa. Wspominam je zawsze z łezką w oku, z sentymentem. Wakacje na działce nad jeziorem Zagłębocze. Bez prądu, bez wody, z toaletą na dworze. Z mamą i siostrą. Z mlekiem prosto od krowy i młodymi ziemniakami na obiad. Wiem, że teraz to nie to samo, ale mam nadzieję, że kiedyś, za x lat, moje dzieci będą tak miło wspominały te i inne, które nastaną, nasze wakacje. Bo wiecie, ja uwielbiam wczasy zagraniczne, kocham Grecję i podróże samolotem, ale takich swojskich wakacji na naszym pojezierzu nie oddałabym za nic. Załadować po brzegi samochód i uciec od miasta...


Nie wiem, czy wrócimy konkretnie w to miejsce, nie wiem czy nad to samo jezioro, ale M. już coś przebąkiwał, że może we wrześniu... Kto wie...

czwartek, 13 sierpnia 2015

Łykend nad jeziorem czyli wszystko mi wolno...

Polak na wakacjach jest od dawna świetnym tematem żartów. Śmiejemy się ze skarpet do sandałów czy z siatki z Biedronki pod piramidami w Egipcie. Ostatnio internety i telewizory opanowały zdjęcia plażowiczów nad morzem okalanych swoimi parawanami. Śmieszne..., może i śmieszne, ale są sytuacje, gdy taki wczasowicz swoim zachowaniem zakłóca spokój innych, uniemożliwia wypoczynek reszcie czy zwyczajnie razi wyglądem. Najwięcej opowieści i żartów dotyczy turystów "dużych", ale tak naprawdę najwięcej takich "niewychowańców" jest u nas, w naszych okolicach, nad najbliższymi jeziorami i bajorami.

My właśnie wróciliśmy z wakacji nad naszym, swojskim, okolicznym i dobrze znanym Piasecznem i też przywieźliśmy ze sobą pewne smaczki.

Pan wynajmujący nam domek, żeby zapewne zaoszczędzić, nie miał podpisanej umowy z gminą na wywóz śmieci i ładnie poprosił, żebyśmy sobie jakoś z tym poradzili. Jako, że oznajmił nam to, gdy już spakowani odbieraliśmy od niego klucze, to zgodziliśmy się i pojechaliśmy. My się zgodziliśmy, ale nasi poprzednicy już nie i śmieci składowali za domkiem...

Ze śmieciami sobie poradziliśmy, z nieładem w domku również, ale to nie koniec oszczędności właściciela. Dbanie o opłaty za energię to też ponad tego pana. Prądu nie odłączono nam tylko dlatego, że wynajmowaliśmy tam domek, że pojęczeliśmy trochę i, że pan z zakładu okazał się rozumnym człowiekiem i nie chciał nam psuć wakacji. Jak wygląda sytuacja pani, która wynajęła domek po nas, ciężko powiedzieć,

Jeśli chodzi o pana właściciela, to chyba tyle..., ale są jeszcze sąsiedzi.
Sąsiedzi na szczęście dojechali tylko na dwa ostatnie dni, ale i tak dali nam nieźle popalić. Ostatnia noc upłynęła nam przy akompaniamencie głośnej muzyki i hucznych toastów. Ranek, gdy ludzkie odgłosy ucichły, uprzyjemnił nam ich ogromny szczekający pies oraz okrzyki dzieci. Aż dziw bierze, że im to nie przeszkadzało, bo biorąc pod uwagę noc, główki pobolewać musiały. Nie długo jednak, bo już o 9, na kładzie dojechało zaopatrzenie i uzdrowienie w jednym... Gdy odjeżdżaliśmy w niedzielę koło 14 część towarzystwa już spała... Ale cóż, ich działka, mogą robić co chcą...

Działkowicze, działkowiczami, ale dużą grupę turystów stanowią jednodniowi jeziorowicze. Jeziorowicze z grillami, piwkami, całymi tymi majdanami. Okupuje taki plażę, okupuje wodę, jest panem życia i może robić co chce. Co tam regulaminy, co tam inni użytkownicy, on ma łykend i mu wolno. Bluzgi, krzyki, śmieci... Co chwilę można zauważyć jakiś wynalazek...
Tutaj, gdzie byliśmy, nie jest jeszcze tak najgorzej, ale pojedyncze przypadki się zdarzały. No bo co można powiedzieć na kupę, ludzką kupę na środku ścieżki dochodzącej do jeziora... Mi brak na to słów...

Przypadków tego, co wyczyniają urlopowicze można mnożyć. Ja staram się być tolerancyjna, nie czepiam się o byle "gówno" (o to konkretne jednak ciężko się nie przyczepić), ale wydaje mi się, że nie urlop ludzie jadą odpocząć... Dlaczego więc nie dać odpocząć innym? My odpoczęliśmy, dostosowaliśmy się trochę do panujących warunków, ale gdybym jeszcze dzień miała sąsiadować z imprezowiczami, to pewnie bym nie wytrzymała. Swoją drogą, ja sobie nie wyobrażam ochlaj party na działce pełnej małych dzieci, ale może ja się nie znam.

Ja zazwyczaj bardzo szybko zapominam ciemniejsze strony wczasów i wakacji. Pozłoszczę się na miejscu, poklnę pod nosem, wrócę do domu i będę się cieszyć tylko cudnymi wspomnieniami. Ale podejrzewam, że nie każdy taki jest, że nasze "zachowanie" może zostać komuś na długo w pamięci, a za razem i my ze swoimi "skarpetkami do sandałów".

PS. Właśnie skreśliłam wszystko co złe... Mieliśmy super wakacje z dziećmi, znajomymi, właścicielem, który dotrzymywał nam towarzystwa jednego wieczoru reperując bramę, sąsiadami dającymi pokazy akrobatyczne i wesołymi plażowiczami. Było fajnie...

wtorek, 11 sierpnia 2015

Zosia i Filip 2015: 31/52, 32/52, 33/52.

Ostatnie dni i tygodnie zdominowało lato, upał i wakacje. Zdjęcia się zbierały, zbierały i zbierały, a ja zupełnie zapomniałam wybrać te najistotniejsze i podzielić się nimi z Wami na blogu. 

31. tydzień roku, to tydzień jeszcze umiarkowanych upałów. W Lublinie odbywał się Carnaval Sztukmistrzów i mimo mojego kiepskiego samopoczucia wybraliśmy się pospacerować po mieście. Troszkę w piątek, troszkę w sobotę, troszkę w niedzielę... Starówka, deptak, murek z kwiatami... Fi stanął na wysokości zadania i jak prawdziwy mężczyzna wręczył Mamusi kwiatucha. 


Zosia w temacie spacerów też nie pozostała dłużna. Opanowała turlanie do perfekcji i znikała nam z oczu w sekundę. Żaden zakątek mieszkania nie pozostał bez odwiedzin.

32. tydzień to oczywiście wakacje, wakacje, wakacje. Najpierw szykowanie, pakowanie, planowanie, a potem już istne szaleństwo czyli jezioro, woda, koło i dzieci..., całe mnóstwo dzieci.


Fifi od początku oszalał na punkcie kąpieli i pływania, ale z czasem troszkę mu się to nudziło. Głównie nudziła mu się Mama i okupował wszystkiego rodzaju ciocie i wujków. Zosia wodę kocha i każdy kontakt z nią wywołuje niekontrolowane wybuchy radości. Niestety, upał troszkę odstraszał, ale i tak skorzystaliśmy, że hej.

Ostatni tydzień, to taki tydzień mieszany. Troszkę jeszcze wczasów, troszkę powrotów, mnóstwo emocji, sporo zmęczenia i zmiany... 
Nad jeziorem było więcej luzu, nie zwracaliśmy uwagi na niektóre szczegóły, ale po powrocie widać, jak bardzo nasze dzieci się rozwijają. Jak szybko zdobywają nowe umiejętności, jak rozwija się ich wzajemna relacja, jak kształtują się ich malutkie charaktery.

Fifi niesamowicie wydoroślał w stosunku do Zosi. Mówi do niej, buja w wózku, głaszcze, gdy płacze. Przynosi jej jedzenie, niekapka czy próbuje się dzielić zabawkami. Gdy jej dłużej nie ma, bo śpi w sypialni, to tęskni. Ale potrafi też zabrać siostrzyczce zabawkę. Mały cwaniaczek.


Zosia natomiast, gdy przywieźliśmy ją do domu, położyliśmy na podłodze w salonie, zostawiliśmy na chwilkę... Zosia stanęła na czterech i poszła. Może jeszcze niesprawnie, chwiejnie, może jeszcze upadała na pupcię, ale z dnia na dzień było coraz lepiej. Jak już opanowała raczkowanie, klapnęła na tyłek i usiadła. I tym sposobem mamy w domu raczkującą i siedzącą pannicę. Zaczęło się...


Takie były nasze ostatnie trzy tygodnie... 
Mam nadzieję, że to nie ostatnie takie ciekawe dni, że jeszcze w tym roku poszalejemy...
A jak u Was mijają wakacje?

niedziela, 2 sierpnia 2015

Borsuczkowa Mama poleca - pielęgnacja twarzy.

Przez bardzo długi czas nie bardzo przykładałam wagę do różnych zabiegów pielęgnacyjnych. Miałam to szczęście, że w wieku nastu lat nie miałam specjalnych problemów z cerą, z trądzikiem. Do tego byłam szczupła, a jedynym kompleksem jaki mogłabym mieć, to cienkie włosy. Niestety, jak to zwykle bywa, mimo braku powodów do kompleksów, miałam ich od groma, a moim największym problemem był brak pewności siebie. Z tego powodu wiele czasu poświęcałam na makijaż i dobieranie ubioru, ale niewiele na pielęgnację. Troszkę to wszystko zaniedbałam, a późniejsze, dorosłe życie sprawiło, że przestałam się też interesować nowościami makijażowymi. Najpierw praca, potem starania o dzieci, w końcu dzieci i czasu na siebie jakoś brakowało. Ale przyszedł czas, że trzeba w tym wszystkim odnaleźć odrobinę siebie, zadbać o siebie, o dobre samopoczucie.  

Od jakiegoś czasu więcej czasu poświęcam kosmetykom. Może nie znam się na nich za bardzo, ale testuję i swoje zdanie mam więc od czasu do czasu mogę się z Wami podzielić moimi spostrzeżeniami, moimi nowościami, odkryciami, tym co ostatnio używam. 

Dziś zacznę od tego, co w chwili obecnej znajduje się w mojej łazience i co, moim zdaniem, jest godne polecenia.


Mixa Baby Lipidowy krem nawilżający do twarzy i ciała - krem w założeniu dla dzieci, do skóry suchej i wrażliwej, regeneruje i odżywia, opracowany tak, by minimalizować wystąpienie alergii, bez parabenów i alkoholu. Tyle od producenta. I owszem, dla dzieci fajny, łatwo się rozsmarowuje, super się wchłania i dobrze nawilża. Używam. A dla mnie fajny krem do twarzy. Może nie jako podkład pod makijaż w ciepłe dni, bo zawiera glicerynę i może powodować świecenie, ale na noc, gdy skóra wysuszona - idealny. Nadaje miękkości i elastyczności.

POSE Natural Undereye Cream - luksusowy, delikatny krem pod oczy. Odżywia, nawilża i ochrania skórę. Ja używam go pod makijaż, pod korektor. Jest lekki, może nie sprawia wrażenia przeciwzmarszczkowego, ale faktycznie wygładza fałdki, rozświetla, redukuje cienie. 

Biolaven Organic Żel Myjący do Twarzy - delikatny, aksamitny żel. Pozostawia twarz gładką, jedwabistą, miłą w dotyku. Dla mnie rewelacja. Odkrycie, które na pewno zostanie ze mną na dłużej. Zawiera olej z pestek winogron i olejek eteryczny z lawendy, który nadaje mu obłędny zapach. Polecam z ręką na sercu.

Sylveco Oczyszczający Peeling do Twarzy - kolejne moje odkrycie godne polecenia. Peeling co prawda przeznaczony do skóry ze skłonnościami do przetłuszczania się, z rozszerzonymi porami, ale ja się w nim zakochałam. Ma konsystencję glinki z drobnymi aczkolwiek mocnymi ziarenkami. Masuje, wygładza i pozostawia na skórze coś jakby aksamitną warstwę. Twarz jest po nim bardzo fajna w dotyku. Stosuję go raz w tygodniu.

Nivea Care Lekki Krem Odżywczy - tego kremu chyba nikomu nie muszę przedstawiać. Dostałam do przetestowania i już u mnie został. Uniwersalny, lekki, super się wchłania. Na noc, na dzień, pod makijaż, bez makijażu.

Oczywiście to nie wszystkie kosmetyki, które przewijają się przez moje ręce, ale te zdecydowanie mnie zaskoczyły i mogę je polecić.
A jakie Wy macie kosmetyki, które do Was trafiły przypadkiem i już zostały? Jakie Was zaskoczyły tak, że spokojnie możecie wystawić im pozytywną opinię i polecić dalej?