poniedziałek, 31 marca 2014

Weekendowe pomieszanie z poplątaniem...

Weekendy mają to do siebie, że zbyt szybko mijają.
Mimo, że ten ostatni do rewelacyjnych nie należał, to i tak szkoda, że już się skończył.
Pozakupowaliśmy, pospacerowaliśmy, wystawiliśmy się na słoneczko i wiaterek, odwiedziliśmy teściów (bez nerwów wielu tym razem), pogapiliśmy się w tv i pożarliśmy pizzę. Filip dzięki zmianie czasu znów wstaje po 7, a jak będzie zasypiał, to się jeszcze okaże.
Podjęliśmy też bardzo ważną decyzję, ale o tym później.
A ponieważ wszystkiego było po trochu, to ja też dziś piszę bez większego ładu i składu, tak o wszystkim po trochu.

A tak dokładniej, to odkryliśmy z mężem, że jedna z marek ma do zaoferowania piżamki dla dzieci na zamek. Na początku sceptycznie nastawiony małżonek, zakochał się w tym rozwiązaniu i chyba będę zmuszona znów jechać przez całe miasto po kolejne.
Kupiliśmy też Filipowi butki na normalniej podeszwie. Może nie takie, jak chciałam, ale zjechałam chyba całe miasto za odpowiednim rozmiarem i nic nie trafiłam więc na przeczekanie Fi dostał zwykłe trampki, a ja poszukuję dalej.

Mieliśmy ambitny plan, że w niedzielę zjemy sobie nad zalewem rybkę. Ale plan planem, a wykonanie nam nie wyszło. Były otwarte tylko dwie knajpki, a ludzi jak mrówek. Każdy poczuł wiosnę i postanowił posiedzieć na świeżym powietrzu. No i zostaliśmy po spacerze głodni ze znudzonym Filipem. Co było robić, pojechaliśmy do teściów. Po drodze Fi nam zasnął, a że wcześniej spał tylko pół godziny, to zależało mi na jego drzemce. Wsadziliśmy go w wózek i wręczyliśmy ciotce męża, potem przejął go teść i na tym spanie Filipa się skończyło. Bujał, poprawiał, przekładał, aż Fi się obudził. No i w nagrodę mieliśmy marudnego dzieciaka wieczorową porą;)

W wolnej chwili obejrzeliśmy sobie z małżonkiem film. Przyznam szczerze, że byłam nastawiona na nie, jeśli chodzi o wybór temetyki, ale wciągnął mnie bardzo, zainteresował i pozostawił z otwartą buzią i zapartym tchem.
Płyta DVD dodawana była do którejś z gazet więc się skusiliśmy i teraz nie żałuję. 
A oto ten film:
Opowiada on o rywalizacji Niki Laudy z Jamesem Huntem w Formule 1. Na recenzjach filmów się nie znam, nie jestem w tym dobra, ale zacytuję to, co przeczytałam o tym filmie i z czym zgadzam się w zupełności.
"To przeznaczona dla dorosłego widza rozrywka na wysokich obrotach, zrealizowana z taką wprawą, że wbije w fotel nawet tych, którzy nigdy w życiu nie obejrzeli wyścigu samochodowego"
Variety.
Dlatego drogie Panie, jeśli chcecie zrobić swoim mężczyznom przyjemność, nie kłócić się o to co będziecie oglądać, to ten film jest najlepszym rozwiązaniem. A przy okazji, Chris Hemsworth też jest wart tego, by na niego popatrzeć. Ale tego lepiej głośno nie mówić;) Dlatego zamawiajcie pizzę, otwierajcie wino, puszczajcie film, a miły wieczór z małżonkiem, chłopakiem bądź narzeczonym gwarantowany;)

A na koniec filmik Taty Filipa. Już go pokazywałam na FB, ale, że podoba mi się niesłychanie, to zamieszczam i tutaj;)

Miłego oglądania i miłego tygodnia.
Mnie czekają bardzo pracowite i zabiegane dni, ale o tym pewnie jeszcze napiszę.
 

piątek, 28 marca 2014

Jak ubierać 11-miesięczne dziecko??

Pamiętam, jak Filip miał jakieś 2-3 miesiące i moja teściowa przyniosła nam w prezencie dla niego malutkie jeansiki. Tak się zachwycała i tłumaczenie, że to niemowlak i ma mu być przede wszystkim wygodnie, nic nie dały. Przyniosła i oznajmiła, że ona i tak go ubierze. A, że nie ubierała go nigdy, Fi nigdy nie miał tych jeansów na sobie.
Przez bardzo długi czas królowała u nas moda niemowlęca. Sławetne rajstopki były na porządku dziennym. Jedyne "dorosłe" ubranka, to kupione na jesieni, jak już Filipiasty siadał, dresiki. Miało być wygodnie, czysto, schludnie.
Z zazdrością patrzyłam na blogi koleżanek, które mają nieco starsze dzieci, na ich stylizacje, takie typowo dorosłe. Ale obiecałam sobie, że zacznę szaleć dopiero, jak Fi zacznie chodzić.
No i stało się, Filip stawia pierwsze kroczki, a Mama szaleje odzieżowo.
Uwielbiam na Filipku sweterki, bluzy, spodenki i te malutkie buciki.
Ale nie mogę też zapomnieć, że to jest jeszcze malutkie dziecko, dlatego nie odpuszczam bobasowych ciuszków. Są takie słodkie, że pewnie jeszcze długo będę Filiputa w nie ubierać.

Bo przecież maluchowi powinno być przede wszystkim wygodnie. Jeżeli jesteśmy w domu, Fi biega na czworaka, wałkoni się na podłodze, szaleje u nas na rękach, to luźny strój u nas króluje. W gościach też staramy się Filipa ubierać wygodnie. Zwłaszcza, jak jedziemy do znajomych z małymi dziećmi. Przecież muszą mieć luz przy zabawie.
Ale, jak wybieramy się na spacer w wózeczku, wtedy nie mogę się powstrzymać;) Wtedy troszkę odpuszczam wygodę. Chociaż i jedno i drugie można połączyć. Znalazłam na przykład fajne jeansy, które są tak mięciutkie jak spodenki dresowe. 


Dziecko jest dziecko i powinno się je ubierać jak
dziecko, a nie jak małego dorosłego.
Są eleganckie ciuszki dziecięce, ale one nadal są dziecięce.
Poza tym, dziecko, tak jak każdy inny człowiek, powinno się ubierać stosownie do okazji.
Takie jest moje zdanie. A jakie jest wasze?





A powyżej, parę naszych wyjściowych ubranek.
Na ostatnim, świątecznym zdjęciu, Filip jest ubrany w spodenki, kamizelkę i bodziaczka, które miał na sobie tylko raz, właśnie na tą okazję. Wtedy jeszcze nawet nie raczkował więc niewygodne ubranka były tylko na pokaz, potem wylądowały w pudle.

czwartek, 27 marca 2014

Pierwsze kroczki Filipa...

Wczoraj nastał wielki dzień;)
Każdy rodzic na niego czeka, jak na każdy wielki dzień w życiu dziecka.
Jak na każdy pierwszy raz swojego największego skarbeczka.
Od jakiegoś czasu wszystko wskazywało na to, że ten dzień się zbliża, ale nikt nie spodziewał się, że nastąpi tak szybko.
Nawet wczoraj od rana Filip dawał mi wyraźne znaki, że to już tuż tuż.
Stawał, próbował, nawet nóżkę do przodu wyciągał, żeby za chwilkę pochylić się do przodu i oprzeć na rączkach. Za momencik stawał znowu i znowu, ale na tym się kończyło.
Ale potem przyjechał Tata, pobawił się troszkę z synkiem i poszedł zająć się swoimi sprawami. Filipowi się to nie spodobało i jak Tata stanął w drzwiach, Fi się wyrwał mamie i bach, bach, bach, pięcioma pewnymi kroczkami znalazł się u Tatusia w ramionach.
Matka oniemiała, a Tacie oczka się zaszkliły.
To był ten pierwszy krok i mieliśmy to szczęście, że byliśmy razem w domu. Scena wyglądała jak z filmu. Pierwsze tup tup od Mamusi do Tatusia.
Czy teraz ruszy w świat na własnych nóżkach jeszcze nie wiem. Podobnie było z wstawaniem. Wstawał, wstawał, a potem przestał, a teraz jak wstał, tak poszedł.
Może i kroczki były tylko na próbę i na troszkę znów przestanie, ale ważne jest, że te pierwsze człapy widzieliśmy;)
Tak jak Neil Armstrong zrobił pierwszy krok na Księżycu, tak 26 marca 2014 roku Filip K. zrobił pierwszy krok w naszym salonie;)
Teraz nie wiem na co czekam. Chyba na pierwsze świadome "mama", pierwszy buziaczek, a cała reszta, to jak na razie dla mnie kosmos.

środa, 26 marca 2014

Wizyta u Dziadka... i trudy z tym związane...

W poniedziałek, idąc za ciosem, postanowiłam znowu odwiedzić Dziadka Filipa.
W sumie, to zdecydował tak M., któremu nie chciało się kręcić po mieście i po moich badaniach odwozić mnie do domu. Po prostu pojechał dalej z nami na pokładzie.
Myślałam, że skoro w niedzielę było tak miło, to w poniedziałek też będzie, a zawsze to jakaś odskocznia od siedzenia w domu.
No, ale nie wzięłam pod uwagę jednej rzeczy.
Tamten dom nie jest zupełnie przygotowany na przybycie dziecka. Owszem, jak byliśmy we czwórkę, to było fajnie. Troszkę my, troszkę Dziadek i jego dziewczyna i jakoś daliśmy radę przypilnować i zabawić tego małego wiercipiętę.
W poniedziałek już nie było tak kolorowo.
Wszyscy powynosili się do pracy, nawet Dziadek Filipa dostał nagle przyśpieszenia, mimo że zazwyczaj wychodzi dopiero po obiedzie. No i zostałam sama z Filipem. A tam nie ma żadnych zabawek, schody jedne, drugie, nie da się ich niczym zastawić. Szafki, a w szafkach zastawa, alkohole, w szufladach noże. Musiałam cały czas mieć go na oku. Nawet do toalety ciężko było mi wyjść.
A Fi w nowym miejscu, wszystko go ciekawi, wszędzie wsadzi łapki.
U siebie w mieszkaniu też mam sporo szafek niezabezpieczonych, też są miejsca, gdzie Fi nie powinien włazić, ale w domu wiem co i jak, wiem czego się spodziewać. 
A tam, gdzie się nie obróciłam, coś było nie tak.
Do tego to wieczne sprzątanie. Nie chciałam, żeby robił bałagan, więc cały czas za nim chodziłam i poprawiałam. U siebie odpuszczam i sprzątam, jak Fifi pójdzie spać, ale oni nie są przyzwyczajeni do dziecka, nie wiedzą jak to jest, nie chciałam zbędnych komentarzy.

Z karmieniem też problem. Ten akurat mam zawsze, jak gdzieś pojedziemy. Filip je tylko w krzesełku albo czasem u mnie na kolanach, ale tylko jak jesteśmy sami. Tam nie mogłam sobie z nim dać rady. W końcu udało mi się go nakarmić, ale zajęło to pięć razy więcej czasu.
Na takie sytuacje chyba kupię turystyczne krzesełko do karmienia, bo przecież co weekend jesteśmy na przykład u dziadków. To co? Wtedy mam mu odpuścić jedzenie;)

Ale problem się zaczął, jak przyszedł czas drzemki. 
Nie miałam gdzie położyć małego.
Spróbowałam na kanapie, miałabym go cały czas na oku i jakby się przebudził, to by nie spadł.
Niestety plan padł, bo kanapa skórzana, zimna, a Fi był bez spodenek i rozbudził się, jak go odkładałam.
Pozostała nam podłoga, ale długo na niej nie pospał, bo jak się przekręcał, otworzył oczki, naokoło otwarta przestrzeń, przestraszył się i po spaniu.
Marudził potem strasznie, nawet w drodze powrotnej w samochodzie nie przysnął i mieliśmy problem wieczorem.



Po takim dniu byłam bardziej zmęczona niż w domu, gdzie oprócz opieki nad dzieckiem mam też inne obowiązki i zapowiedziałam, że nie przyjadę więcej, jak Dziadek nie kupi choćby zwykłego kojca i z jednej zabawki.

Ale byłam też miło zaskoczona.
Dziadek wlazł na strych w poszukiwaniu zabawek. Co prawda znalazł tylko flet i rozwalone cymbałki, bo resztę porozdawali dzieciom znajomych już dawno, ale liczą się chęci.
Nawet próbował naprawić cymbałki, ale się nie udało;)
Do tego chcieliśmy z M. wyskoczyć na pocztę i zostawiliśmy Filipa z Dziadkiem na chwilkę.
Myślałam, że jak się dziecina zorientuje, że mnie nie ma, to zacznie się płacz, ale jak wróciliśmy, już z podwórka usłyszałam śmiech Fifulca. 
Świetnie się z dziadkiem bawili włącznikiem światła.

Zobaczymy, zrobiło się ciepło, może Dziadek pomyśli i jakoś coś dostosuje do dziecka, bo szkoda, żeby przez to nie mieli częstego kontaktu. Mi też będzie ciężko siedzieć całą wiosnę i lato w mieszkaniu, jak tam jest podwórko, taras, świeże powietrze.
Niby obiecał, że coś pomyśli, ale wszystko wyjdzie w praniu.
A na razie siedzimy sobie sami w bloku i czekamy na wiosnę;)

wtorek, 25 marca 2014

Cotygodniowy Portret Dziecka: 12/52.

Nasz mały Filipek zaczyna nam tuptać na własnych nóżkach.
A jak tupta, to powinien elegancko wyglądać, dlatego Mamusia oszalała na punkcie odzieży dziecięcej.
A oto nasz elegancik.
Jak to mówi Dziadek Filipa, mały kibic.
Kibic, nie kibic, dla mnie wygląda słodko;)


Tutaj Filipek odpoczywa po wędrówkach po dziadkowym podwórku.

poniedziałek, 24 marca 2014

Dreptamy, dreptamy, dreptamy...

Weekend minął, a ja czuję niedosyt.
To był chyba jeden z przyjemniejszych weekendów tego roku.
Filip nam rośnie, zaczyna dreptać, cieszy go przebywanie na świeżym powietrzu.
Niestety pierwsze próby chodzenie zbiegają się w czasie z nienawiścią do wózka;) Filipek zdecydowanie woli przemierzać świat na własnych kopytkach lub na rękach u rodziców. A, że waży już chyba 10 kg, to jest nam troszkę ciężko go nosić na długie spacery.
Ale co tu będę dużo gadać, lepiej pokażę.

W sobotę dreptaliśmy u dziadków pod miastem.
Tutaj Fifi szuka robaczków z Tatusiem.

A tutaj biega za pieskiem z Mamusią.

Chciałam się tylko pochwalić, że na tej pięknej, zielonej działeczce prawdopodobnie w nieokreślonej jeszcze przyszłości stanie nasz dom;)
A w niedzielę dreptaliśmy u dziadka, który mieszka 50 km od naszego miasta.
Przyznam, że na to zaproszenie czekałam i tej wizyty się bałam. Nie było tak strasznie, nawet było miło. Nadzieja na poprawę rodzinnych relacji znów we mnie odżyła. Może to ta wiosna, a może urok Filipiastego. Kto to wie, ważne, że jest dobrze;)
Tutaj Fi spaceruje z Tatusiem u dziadka po podwórku.

A tutaj zażywa relaksu na foteliszczu na tarasisku.

 W drodze powrotnej nie mogliśmy się powstrzymać i zajechaliśmy znów do dziadków. Tam akcja spacery trwała dalej;)

Tutaj Fifi spaceruje ze mną przed domem dziadków.

Jak zwykle wizyta u teściów nie obyła się bez zwrócenia parę razy uwagi na to, że robienie nam na przekór może prowadzić jedynie do tego, że przestaniemy przyjeżdżać z Filipem. Moje cierpliwość może jest duża, ale kiedyś się kończy. Do tej pory poważnie poniosły mnie nerwy dwa razy. Dobrze, że wiosna łagodzi nastroje, to i ja mam lepszy humor i ciężej mnie wyprowadzić z równowagi.

Zapomniałam jeszcze dodać, że tak, Fi nie miał czapeczki i rajstopek. I owszem, nasłuchałam się z tego powodu. A do tego mało mnie to obeszło, bo według większości normalnych ludzi, ten weekend był iście letni i moje dziecko w czapce i rajstopkach by się ugotowało.
Miłego tygodnia i oby wiosna już nas nie opuszczała.

piątek, 21 marca 2014

Gazeta - doskonały pomysł na prezent!!!

Wielkimi krokami, a raczej kroczyskami zbliżają się do nas dwie bardzo ważne rocznice.
No dobra, tak naprawdę to jeszcze ponad miesiąc, ale już mi te okazje zaprzątają głowę.
2. maja minie pięć lat, jak wyszłam za Tatę Filipa, niby nic wielkiego, ale czas pędzi jak szalony. A dwa dni później, czyli 4. maja, nasz pierworodny skończy roczek.
Pewnie tak samo jak w tamtym roku, naszą rocznicę przyćmią urodziny Filipa.
Ale to nic. My i tak nie chcieliśmy dla siebie jakiejś fety, co nie zmienia faktu, że ja już nie odpuszczę. Rok temu rocznicę spędziłam na oddziale przedporodowym i nikt oprócz mojej babci nie pamiętał o naszym święcie. Więc w tym roku chciałam spędzić je tak, jak nie miałam okazji w zeszłym roku. W domciu, na kanapie, prawie we dwoje;)
Od dawna też zastanawiałam się nad prezentem dla męża. Chciałam, żeby było to coś wyjątkowego. Tylko właśnie co?
I tutaj jak z nieba spadła mi www.gazetomania.pl. Troszkę za wcześnie, ale co tam.
A czym to jest?
Nic prostszego. Gazeta z waszym zdjęciem i artykułem. Lub, jak ktoś woli, zdjęciem kogoś komu chce się zrobić prezent. Macie do wyboru ok. 70 gotowych artykułów, możecie je dowolnie edytować, wstawiać personalizacje, zdjęcia, daty, co tylko chcecie. Dostajecie taką gazetę oprawioną w ładną ramkę i wydanie nieoprawione. 
Przyznam szczerze, że z takim pomysłem się jeszcze nie spotkałam. Z Tatą Filipa od razu zgodziliśmy się, że będzie to dla nas piękny prezent na rocznicę ślubu. Wybraliśmy sobie śliczną mahoniową ramkę i, jak gazetka do nas dotarła, od razu znalazła miejsce u nas w przedpokoju, na widoku, jak tylko wejdzie się do mieszkania.
Mało tego, gazeta ma cztery strony, z czego pierwszą i ostatnią można edytować. Nie mogliśmy nie skorzystać z okazji i ostatnią stroną uczcić też urodziny naszego Bąbla. Przecież to bardzo ważny dzień. Najważniejszy w naszym życiu. Dlatego tam znalazło się zdjęcie naszego synka i artykuł na jego temat.
A ponieważ w pakiecie dostaliśmy jeszcze drugi egzemplarz gazety, będzie to dobry upominek na urodziny dla Filipa. A kiedyś na pewno genialna pamiątka.




W ten oto sposób, z gazety datowanej na 2. maja 2014, dowiadujemy się, że nasze małżeństwo zostało uznane za najlepiej dobrane małżeństwo w Polsce. Artykuł opatrzony jest życzeniami od redakcji z okazji 5. rocznicy ślubu. A na stronie 4. czytamy, że dzień pierwszych urodzin naszego syna został umieszczony w przepowiedni Nostradamusa;)
Pomysł oryginalny, zabawny i stylowy. Oprawiona gazeta pasuje do każdego wnętrza (można wybrać różne ramki). Na pewno każdemu spodoba się taki prezent.

czwartek, 20 marca 2014

Dni "niechcenia" i "bezuczucia"...

Nie wiem, czy to wina pogody, czy zmęczenia, czy znudzenia, czy jeszcze innego cholerstwa, ale mam ostatnio "dni niechcenia".
Nie bardzo wiem, jak je opisać, bo pozornie wszystko jest ok.
Może jestem trochę niewyspana, choć aż tak tragiczne noce nie są. Wierci się Filip, kopie, przekręca, chce z łóżka uciekać, ale udaje się też przespać chwilkę.
W dzień też radzę sobie całkiem nieźle. Szaleję troszkę w kuchni z dzieckiem przy nodze. Proste potrawy, a cieszą, bo wiem, że mimo takiej przeszkadzajki dałam sobie radę i wyrobiłam się ze wszystkim do powrotu Taty Filipa.
Filip też tak mnie nie męczy. Drzemki ma każdego dnia inaczej. Raz zaśnie koło 13 i śpi 2,5 godziny. Innym razem pośpi od 10.30 do 12.30 i już nie chce, a potem wieczorem mamy cyrki. A jeszcze innym razem upchnie dwie krótkie drzemki i pójdzie wieczorem normalnie spać.
Z jedzonkiem też bywa różnie, ale nie narzekam, bo obiadek i kolacja idą jak złoto. Nad resztą posiłków jeszcze pracujemy, ale jestem pełna nadziei.
Męczy troszkę to, że chce chodzić cały czas, a ja mam go prowadzać. Ale zazwyczaj dojdziemy do jakiegoś punktu w mieszkaniu, coś go zainteresuje i mam chwilkę na swoje sprawy.
Nawet radzę sobie z nerwami na męża. Ostatnio tylko raz go opieprzyłam, za brak rzepa na szufladzie z nożami, raz za wiszący kontakt w sypialni i raz za to, że tłukł się rano tak, że nas pobudził.
Irytuje mnie tylko, jak wróci do domu, a ja mam nadzieję, że będę miała chwilkę dla siebie, a Filip i tak ucieka do mnie i się na mnie wspina. No i że nigdy nie wie czego to dziecko chce, a efektem tego jest ciągłe marudzenie.
Ach, i wszystko tłumaczy sobie zębami. Faktycznie, coś tam się ruszyło w sprawie drugiej dolnej dwójki, ale nie aż tak, żeby zaraz marudzić.
Ale wszystko to przyjmuję z uśmiechem na ustach i nadzieją, że w weekend będzie piękna pogoda, że nadrobimy wszystkie zaległe sprawy, zakupy i spacery. Może nawet uda nam się przemeblować kuchnię, i może nawet pomoże w tym mój Tata. Musiałby wtedy tutaj przyjechać, a co za tym idzie, zobaczyć się ze mną. To ciekawa perspektywa;)
Jestem dobrej myśli i cały czas staram się uśmiechać.


Ale coś we mnie siedzi i nie wiem o co chodzi.
Jestem jakaś taka rozlazła. Siadam w fotelu i się zawieszam. 
Może to ta pogoda, a może coś mi dolega.
Bez powodu robią mi się siniaki, czasem kręci mi się w głowie. Robiłam analizy krwi, coś tam powychodziło poza normy, ale niewiele. Trzeba będzie to sprawdzić.
Ale to jeszcze nie to.
Mam takie nijakie uczucie, takie trochę "bezuczucie". 
Niby się uśmiecham, ale nie śmieję się w głos. Niby się wzruszam, ale nie do łez.
Jedynie Fifi mnie rozczula wiecznie.
Takie wszystko jest poprawnie nijakie.
Niech już przyjdzie ta wiosna, bo mam wrażenie, że bez niej rozpłynę się i zniknę, i nikt tego nie zauważy.
I nie pomogą tu nawet najbardziej wykwintne dania zostawione dla męża na blacie w kuchni.
Chcę słońca...


PS. Na liście naszych stron pojawił się nowy odnośnik >>TU<<. Zachęcam do zapoznania się z nim, zwłaszcza, że zbliża się czas rozliczenia PIT. Może, jeśli ktoś jest jeszcze niezdecydowany, zdecyduje się przekazać 1% właśnie na tą organizację.

http://pokojezyczliwosci.pl/

środa, 19 marca 2014

Filip pije z kubeczka..., ale tylko trochę;)

Ostatnio testowaliśmy niekapek firmy MAM, na co dzień używamy też Aventa. Cały czas próbujemy nauczyć Filipa pić coś innego niż mleko z piersi.
Zaczyna to być uciążliwe, bo Filip czasami nie ma humoru ciągnąć z niekapka i wisi na mnie co 15 minut.
Nie chcę go całkiem odstawić, ale bardzo chciałabym się ograniczyć już do karmień nocnych i wieczornych. No może sporadycznie też w dzień w ramach napicia się, ale nie karmienia.
Niestety Filip zamiast schodzić w dół z liczbą cycowań, zaczyna troszkę z tym przesadzać.
Niekapka nie chce prawie wcale, a czasem i posiłku stałego nie zje, bo wie, że jak zacznie marudzić, to dostanie cycka.
Na dworze czy w gościach potrafi sobie poradzić inaczej, a w domu włazi na mnie i żąda.
W nocy też jedynym uspokajaczem jest cycek.
Ostatnio Fi postanowił parę dni pod rząd odmawiać kolacji. Po kąpieli tylko wypił mleko, oczywiście cyckowe. Budził mi się wtedy co 1,5 godziny, bo był głodny.
Postanowiliśmy podać mleko modyfikowane w niekapku bez uszczelki. Histeria.
Na drugi dzień spróbowaliśmy z butelką. Ryk, histeria, wyrywanie się.
Filip nawet w dzień nie chciał już brać niekapka do buzi.
Z bezsilności i dla eksperymentu odkręciłam niekapek i został sam kubeczek.
I o dziwo Filip sobie chłepcze. Zalewa się cały, podgryza krawędź, ale pije.
Mleka nie próbowałam jeszcze mu tak podawać, bo nagle zaczął jeść kolacje, ale przecież, jak będę chciała odstawić go od piersi, to jakoś będę musiała mleko mu wciskać.
Skoro tak pije, to M. kupił, mimo moich sprzeciwów, Lovi 360. I tak jak myślałam, nic z tego. Z uszczelką pić nie chce. Znowu pieniądze wyrzucone w błoto. Filip jest zwyczajnie za leniwy, żeby z tego się napić.
Pani w sklepie powiedziała, że jak będzie mu się chciało pić, to się nauczy. A po co, jak wystarczy wleźć na matkę i zacząć jęczeć.


Przyznam szczerze, że jestem już w stanie się przemęczyć z zalewającym się Filipem, byle w ogóle chciał pić coś innego niż moje mleko.
Zamówiłam już nawet kubeczek Doidy Cup.
Czekamy i zobaczymy co z tego będzie.

PS. Doidy Cup przyszedł. Nawet na początku zdawał egzamin z herbatką. A potem Filip odkrył, że można w nim puszczać bąbelki;) No i cały mój misterny plan w ... poszedł na spacer;) Na szczęście Fi odgniewał się na niekapka troszkę;) Nawet sam sobie go weźmie, jak chce mu się mocno pić. No, ale mm pić nadal nie chce. Nie mam pojęcia co go tak odrzuca, że jak widzi białe, to zaciska buźkę.

wtorek, 18 marca 2014

Cotygodniowy Portret Dziecka: 11/52.

Wiem, że zdjęcie już było.
Wiem, że pogoda już nieaktualna.
Ale taki Filipek kojarzy mi się z minionym tygodniem.


Prześwietlony, ale radosny;)
Taki był mój synek przez ostatnie dni.
Mam nadzieję, że wiosna powróci, a my znów będziemy mogli wygrzewać się rodzinnie nad naszym lubelskim zalewem.

poniedziałek, 17 marca 2014

Spotkanie majowych dzieci czyli wycieczka do Sandomierza...

Jak pewnie niektórzy zauważyli, w piątek nie pojawiliśmy się na blogu.
A dlaczego?
Dlatego, że wykorzystywaliśmy ostatni dzień pogody i poniosło nas w świat.
A dokładniej, Filip z Leosiem odwiedzali Jasia.
Wszystkie dzieci są z maja i poznałam ich mamy na forum dla mam właśnie majowych dzieciaczków.
Dość długo rozmawiamy ze sobą w internecie, dodatkowo Fifi z Leosiem chodzą razem na basen więc postanowiłyśmy z jego mamą, wybrać się do mamy Jasia do Sandomierza.
Dla mnie osobiście było to zupełnie nowe doświadczenie. Oczywiście jeździmy z Filipem wszędzie, ale zawsze jesteśmy z Tatą Filipa razem. Tata Filipa nosi, pokonuje przeszkody, interweniuje w trudnych sytuacjach, jest zawsze moją deską ratunkową, jak coś się dzieje.
A tym razem miałam sobie poradzić sama i przyznam się, że miałam lekkiego stracha.
Zawsze uważałam, że takie wycieczki są lepsze własnym transportem, gdzie zawsze można odwrócić się na pięcie i wrócić do domu. No, ale co zrobić, jak M. ostatnio ciągle w rozjazdach i wiecznie muszę się pod niego dopasowywać. Nawet dawno obiecywany fryzjer jest odkładany wciąż i wciąż, a kłaki co raz dłuższe.
Ale w końcu siadłam i pomyślałam: "dam radę" i pojechałyśmy.
Przekonały mnie też koleżanki, bo przecież każda jedzie na tym samym wózku, każda ma małe dziecko, które nie zawsze jest obliczalne.
Nie obyło się bez problemów, bo już po przejechaniu 1/3 drogi, dzieci powłączały nam syreny i byłam zmuszona wcisnąć się między dwa foteliki na tylne siedzenie, ale potem już dzieci posnęły i dojechałyśmy w szczęściu i zdrowiu do miejsca przeznaczenia.

Co tu dużo na ten temat pisać. Z dziewczynami gadało się, jakbyśmy się znały wieki. I poniekąd tak jest, bo na forum przecież rozmawiamy o wszystkim. To im jako pierwszym wypłakuję się po nieprzespanych nocach, ich się radzę, jak nie mam pojęcia co począć z problemem, no i im się chwalę filipimi sukcesami.
A dzieci?
Filip zachwycony. On uwielbia takie atrakcje i towarzystwo innych dzieci. A Leoś i Jaś są po prostu boscy. Napatrzyłam się na takie stadko i smutno mi się zrobiło, że w rodzinie nie mamy więcej dzieci w podobnym wieku. Fifi miałby się z kim bawić. A tak zostają nam nieliczne spotkania ze znajomymi.


Ogromną frajdę sprawiły Filipowi też zabawki. Wreszcie dorwał coś innego niż ma w domu.




Nie obeszło się również bez obejrzenia miejsc, które ojciec Mateusz przemierza na swoim rowerku.
Sandomierska staróweczka jest malutka, ale można się w niej zakochać.
Żałuję, że tak późno się zebrałyśmy na ten spacerek i nie pozwiedzałyśmy więcej, ale będzie powód, żeby tam wrócić w niedługiej przyszłości.
Miałam obawy czy sobie poradzę z nowym wózkiem na sandomierskim bruku, ale jak nie ma się pod bokiem pomocy, to wcale nie jest to takie trudne;)


Małżonek dołączył do nas w połowie spaceru, bo przecież nie mógł sobie odpuścić takiej okazji i przyjechać po mnie. Ale to dobrze, bo w drodze powrotnej Fifi zapewnił nam atrakcje.
Nie, żeby od razu był dramat, ale raczej lepiej było, że siedziałam z nim z tyłu.
Na sam początek zgłodniał i trzeba było karmić go bananami całą drogę, potem zaczął marudzić, że nie chce siedzieć w foteliku, a na koniec z tego wszystkiego nawalił w pieluchę;)
Mieliśmy się w połowie drogi zatrzymać u mojego taty, ale nie odbierał telefonu, a ja nienawidzę niezapowiedzianych odwiedzin więc pognaliśmy prosto do domu, gdzie czekała na Filipka kolacja, kąpiel i spanie. I trzeba przyznać, że po takich atrakcjach Fi spał, jak "prawie" zabity. 
Reszta weekendu, mimo złej pogody też upłynęła nam pozytywnie i aktywnie. W szczególności dla Filipa.
Zobaczymy co przyniesie tydzień, który już nie będzie tak pełen wrażeń. Czy Fifi da mi żyć, bo przecież ta mała weszka nie wysiedzi nawet chwili w spokoju. 
Oby wiosna szybko wróciła, bo wszyscy oszalejemy w tym domu.

A Wam dziewczyny, jak to czytacie, dziękuję za spotkanie. Dało mi mega kopa, bo ostatnio zaczynałam łapać delikatnego dołka.
A do tego, wydaje mi się, że kopa dostał też Filip.
Zaczął mi ładniej spać, jest radosny, gada do siebie, a do tego z dnia na dzień nauczył się sam wstawać.
Ciężko się oprzeć wrażeniu, że jest to wynikiem piątkowego spotkania.
Dziękuję Wam bardzo.
No i oczywiście chłopaczkom;)

czwartek, 13 marca 2014

Na smutki najlepsza rodzina... i zakupy;)

Ostatnie dni dały mi mocno w kość.
Myślałam, że uwolniłam się od niektórych spraw, ale niektórzy ludzie nigdy nie dają o sobie zapomnieć. Choćbyśmy mocno chcieli się uwolnić i odciąć, zawsze potrafią nam dopiec.
Sporo nerwów mnie to kosztuje, łez wylanych, nocy nieprzespanych.
Zadręczam się, a nie mam z kim porozmawiać.
Nie wiem czy nie skończy się na kozetce u jakiegoś specjalisty.
Wczoraj już zrezygnowana opadłam z sił całkiem.
Musiałam się troszkę wyciszyć i zrelaksować więc ściągnęłam M. do domu, zebrałam Filipa i wybraliśmy się nad nasz zalew.
Na tygodniu to co innego co w niedzielę.
Ludzi niewiele, cisza, spokój, tego mi było trzeba.
Filipiasty ostatnio marudziasty, ale daliśmy radę.
Usiedliśmy sobie w trójkę w ogródeczku przy budce z jedzeniem i zamówiliśmy kawkę, herbatkę i frytki.
I przyznam się, że tak na nas zadziałał nastrój miejsca, że nawet Filipowi daliśmy do spróbowania.
Wiem, wiem, niezdrowo, ale mieliśmy taki niezdrowy dzień, że trzeba nam było troszkę luzu.

Spacerek i taka posiadówka troszkę mnie uspokoiła, ale wewnątrz cięgle jest niepokój i uczucie, którego nie mogę opisać. Coś na kształt żalu i poczucia winy? Sama nie wiem.
Dlaczego tak jest, że niby bliska osoba, a traktuje gorzej niż obcego.
Czemu, zamiast cieszyć się z nami naszym szczęściem, to potrafi tylko kopać pod nami dołki.
Myślałam, że narodziny Filipa coś zmienią. Myliłam się.


 W drodze powrotnej zahaczyliśmy o Biedronkę i Pepco.
Postanowiłam skorzystać z Waszych rad i tam się rozejrzeć za ubrankami dla Filipa.
I powiem Wam, że się zakochałam. 
Szkoda tylko, że u nas to Pepco takie ciasne, że M. musiał czekać na mnie z wózkiem przy wejściu, a ja mu z daleka tylko pokazywałam, co mi się podoba.
Za całe 50 złotych kupiliśmy dwie koszulki, kurteczkę i jeansy.
Ja jestem w szoku.
Lubię ładne, markowe ciuszki, ale serce mi pęka na widok ich cen, a tutaj śliczne ubranka za głupie pieniądze. Humor się od razu poprawia;)
Co do jakości się na razie nie wypowiem, ale miejmy nadzieję, że się nie zawiodę.

A Filipiasty ma na sobie bluzę z F&F, a czapeczkę i apaszkę z Coccodrillo.

środa, 12 marca 2014

Butelka treningowa "niekapek" MAM.

Jakiś czas temu dostaliśmy do przetestowania kubek niekapek firmy MAM.
Nie powiem, ucieszyliśmy się bardzo, bo nasz syn pił tylko z piersi i uznaliśmy, że czas go nauczyć czegoś innego.
Ponieważ odmawiał butelki ze smoczkiem postanowiliśmy pójść o krok dalej.
Zakupiliśmy nawet dwa kubki innej firmy, ale jeden od razu poszedł w odstawkę, bo miał sztywny, plastikowy ustnik. Drugi zostawiliśmy na wierzchu, żeby co jakiś czas małemu podtykać, a nóż się skusi i nauczy.
I wtedy przyszła do nas paczka z MAM z ich niekapkiem.
Pierwsze moje wrażenie było takie, że kubek jest zwyczajnie za wielki dla naszego syna, któremu miał służyć tylko do napicia się, nie do najedzenia.
Druga rzecz budząca moje wątpliwości to zbyt duży ustnik. Wydawało mi się, że dziecko nie będzie w stanie tak się zaciągnąć, żeby się napić.
Ogółem z wyglądu bardzo nam się spodobał, do tej pory niekapki kojarzyły mi się z małymi banieczkami, a tu dostaliśmy pełnowymiarową butlę w fajnym kształcie.
Do tego uchwyty nie za duże i nie odstające tak bardzo, jak przy innych niekapkach.

Z użytkowaniem było już trochę gorzej, bo Filip na początku zaczął traktować ją jako gryzak i zabawkę.
Z czasem coś mu zaczęło wychodzić, ale żeby zasysał się i pił, to nie powiem.
Troszkę mu jednak ciążyła taka duża butla i jak tak się z nią tarmosił, to potrafił się pozalewać.
Ćwiczyliśmy, próbowaliśmy i postanowiliśmy stosować niekapki zamiennie.
I tak do tej pory używamy MAM bardziej do zabawy. Jak Filip jest w nastroju, to się z nim przewraca przy okazji kosztując soczków i herbatek.
A gdy chodzi nam o szybkie napicie się, na przykład po jedzeniu, to używamy innego niekapka, z bardziej płaskim ustnikiem i mniejszego.
Nie jest to oczywiście miarodajna opinia, bo Filip w ogóle jest mało niekapkowy. Ciągle szukam jakiegoś rozwiązania, żeby zechciał coś pić innego niż mleko z piersi, ale nie za dobrze mi to idzie. Ostatnio odkryliśmy, że Fi woli pić jak dorosły;)


Podsumowując.
Ciężko mi ocenić, jakby kubek sprawdził się u dziecka nie cyckowego, a butelkowego. U nas sama nauka picia z kubeczka to przygoda, dla Filipa to tylko zabawa, przy okazji której coś tam poleci do pyszczka. Bardzo dobrze sprawdza się przy ząbkowaniu, bo ustnik jest miękki i nadaje się do żucia.
Z wyglądu jest bardzo ładny.
Ja osobiście bym poleciła, bo dla dziecka picie z tego kubka to mega frajda.

wtorek, 11 marca 2014

Cotygodniowy portret dziecka: 10/52.

Poprzedni tydzień Filipiasty przechodził z krechą na czole.
Krecha jest skutkiem wypadku, który mu się zdarzył w poniedziałek tydzień temu. Pisałam już o tym wcześniej.
Teraz strupek już zszedł i powoli znika ślad, ale nie pozostaje mi nic innego, jak do minionego tygodnia przypisać zdjęcie, na którym tą krechę widać.


Zdjęcie pod tytułem: Nie róbcie mi zdjęć, nie wyglądam dobrze.

poniedziałek, 10 marca 2014

Koniec tego dobrego...

Czy ja już pisałam, że uwielbiam weekendy??
Pisałam, na pewno.
Zwłaszcza wiosenne weekendy, a ten ostatni był jak najbardziej wiosenny.
Szkoda tylko, że tak szybko się skończył i trzeba było przywitać się z szarą codziennością. 
Troszkę naładowałam akumulatorki, ale już dziś w nocy część tej energii uleciała. Rano nie było lepiej, ale mam nadzieję, że w szczęściu i zdrowiu doczekam kolejnych fajnych dni.
Nie, żeby wszystkie inne, nieweekendowe dni były złe. Są po prostu inne, bardziej męczące, muszę sobie wtedy sama radzić.
W weekendy troszkę odpoczywam.

W sobotę, jak zwykle pojechaliśmy pochlapać Filipa w basenie. I jak zwykle, Filip szalał, szalał, żeby na koniec ogłosić end of współpraca i zażądać wyjścia natychmiast.

Maruda wstała o 6 więc o 9.30, jak kończył się basen, był już śpiący. A ponieważ zasnął nam w samochodzie, to skorzystaliśmy i pojechaliśmy na zakupy.
Myśl o tym, że trzeba już w końcu kupić Fifulowi nowy fotelik samochodowy, zaprząta mi głowę od miesiąca i w końcu trzeba coś zdecydować. No i chyba zdecydowałam. Myślimy jaszcze czy zamawiać go w internecie czy kupić w sklepie stacjonarnym, ale chyba skusimy się tym razem na internet. I cena niższa i możliwości zwrotu czy wymiany większe.
Filip spał cierpliwie więc zakupy prozaiczne, domowe też zdążyliśmy zrobić i wróciliśmy do domu z kebabem na obiad. 
Ale na kebabie obiad się nie skończył. Popołudniem pojechaliśmy jeszcze do rodziców. Tam zawsze dostaniemy coś do jedzenia. A i czasem coś na wynos. I tym razem się udało. Na kolację mieliśmy naleśniki teściowej;)
Sobota skończyła się bardzo miło. Filip obudził się dopiero o 1.30, a my mieliśmy czas w końcu coś obejrzeć. Co prawda był to tylko jakiś TVN-owski hit, ale zawsze razem od początku do końca.

Niedziela minęła nam pod znakiem spacerów, spacerów i zakupów.
Słoneczko od rana świeciło jak szalone więc żal było siedzieć w domu.
Już o 9.30 wybyliśmy na spacerek. Jak już pisałam, mieszkamy koło cmentarza, cmentarz stary, ładny, zarośnięty drzewami. A w dodatku na tym cmentarzu mam swoich bliskich, to poczłapaliśmy tam.
Odwiedziliśmy grób mojej Mamy, spotkaliśmy babcię, która co niedzielę tam chodzi i nie mogłam nie skorzystać z okazji, że zaraz za cmentarzem jest galeria;)
Zaszaleliśmy w tym tygodniu. Chyba każdy po równo.
Rodzice zaopatrzyli się w jeansy. Każde po jednych. Tatuś odwiedził Empik i wyszedł z książką. A Filip, jak zwykle obłowił się najbardziej, ale niestety kurteczki, której szukaliśmy, nie znaleźliśmy.
Za to Fi dostał swoje pierwsze butki. Na razie z miękką podeszwą, ale niech się przygotowuje na prawdziwe, dorosłe buty. Kupiliśmy też wiosenną czapeczkę i spodenki, a do tego dwa bodziaki.
Na kurteczkę jaszcze będziemy polować, bo kombinezonik już jest passe;)

A ponieważ żal nam było słoneczka marnować, zjedliśmy obiadek, spakowaliśmy torbę i pojechaliśmy nad zalew. Ludzi multum, każdy chciał poczuć wiosnę. 
Spacerowaliśmy dwie godzinki, pogadaliśmy, pooglądaliśmy widoczki, a Fi skorzystał tylko tyle, że się wyspał na świeżym powietrzu.



Było baaardzo miło.
W drodze powrotnej zahaczyliśmy znów o rodziców, bo wiosenna aura sprawiła, że zgłodnieliśmy, a potem już do domciu.
Wieczór bardzo fajny, ale szkoda, że już o 23 poczułam przedsmak tego, co mnie czeka w tym tygodniu.

Noc jakaś histeryczna, mało spania, dużo płakania. Rano spinka z małżonkiem. Potem niepokojące wieści z pracy. Do tego Filip marudny, jak przed weekendem. Ech, znowu się zaczęło.
Nie wiem co jest w tych weekendach, że się troszkę uspokaja, żeby mi, jak akurat nie mam pomocy, pokazać ile uwagi naprawdę potrzebuje.

sobota, 8 marca 2014

Takie sobie rozmowy domowe...

Mama Filipa: Fifciu, co ty zrobiłeś ze smokiem? Gdzie jest smok?
Tata Filipa: To jest Houdini!!! Specjalista od znikania smoków!!!

*

Mama Filipa: Idź się leczyć!!!
Tata Filipa: Leczyć to nie, ale mogę pójść się lenić!!!

*

Tata Filipa śpiewa: My Borsuki wiemy jak mleko na nas działa!!!

*

Mama Filipa: Ja powinnam prowadzić bloga pod tytułem: Coraz większy brzuszek...
Tata Filipa: A myślałem, że coraz większy bajzel;)

*

Mama Filipa: Zobacz mężu, tutaj jest taki długi weekend. 15, 16, 17 i w końcu poniedziałek 18. Wiesz co wtedy jest?
Tata Filipa: No co?
MF: No moje urodziny.
TF: Aaaaa. A chcesz jakiś specjalny prezent materialny?
MF: Eeeee...
TF: No wiesz, coś wyjątkowego. Nowa patelnia?

*

Właśnie skończyliśmy oglądać 4. sezon Gry o Tron.
Filip wiecznie gdzieś powsadza smoczki i potem nie można ich znaleźć.
Mama Filipa: Kochanie, a gdzie są wszystkie smoki, gdzie one się podziały?
Tata Filipa: Jeden uciekł, a dwa siedzą w piwnicy...




piątek, 7 marca 2014

Zabezpieczać mieszkanie czy nie zabezpieczać?

Ostatnio moje kochanie dziecko doznało mocnej kontuzji. A w zasadzie dwóch.
To znaczy, wcale nie takiej mocnej, ale mocno widocznej.
Przy pierwszej nie do końca wiem co się stało, bo mimo, że byłam w tym samym pokoju, to nie zauważyłam ani nie usłyszałam nic niepokojącego. Tylko zakwilenie Filipa i rysę na czole. Jak się potem okazało, nie była to zwykła rysa, tylko Fi zdarł sobie skórkę na długości ok. 5 centymetrów. Zrobił się strupek i za pięknie to nie wygląda, a ja się boję z nim wybrać do kogokolwiek z rodziny.
Po tym, jak usłyszałam, jak to źle się opiekuję dzieckiem, bo się uderzyło o szafkę (zaznaczę, że tylko się puknął o płaskie, ale na oczach niewłaściwych ludzi), wolę sobie oszczędzić takich komentarzy.

Na drugi dzień robiłam coś w kuchni, jak usłyszałam huk z salonu.
Co się okazało?
Na Filipa przewróciła się ogromna figurka kota, prezent ślubny od naszych świadków.
Wyglądało strasznie, Fi darł się w niebo głosy, a skończyło się tylko strachem i siniakiem.
I tutaj też siniak nie jest za piękny. Umiejscowił się dokładnie po drugiej stronie od pięknego strupka.
Dziecię wygląda nie ciekawie.

Ale najważniejsze, że nic poważnego się nie stało.
A przyznam się Wam, że mam czasami dość chodzenia za dzieckiem i pilnowania, żeby nic sobie nie zrobił.
Większość zabezpieczeń, jakie kupiliśmy do domu, nie zdała egzaminu. A te które zostały, trzeba często wymieniać, bo są przyklejane do szafek, a klej się szybko zużywa.
Obecnie wszystkie szuflady w kuchni otwierają się bez przeszkód, a ja tracę cierpliwość i wyżywam się na Tacie Filipa, który od tygodnia obiecuje, że podjedzie po nowe rzepy i haczyki.
Nie mam w planie zamykać przed dzieckiem wszystkiego, ale niektóre szafki i szuflady powinny być zamknięte choćby dla mojego zdrowia psychicznego i bezpieczeństwa samego zainteresowanego.
Oprócz siedzenia i patrzenia na dziecko, w domu trzeba zrobić masę innych rzeczy, a naprawdę jest ciężko w trzypokojowym mieszkaniu mieć brzdąca cały czas na oku.
No, chyba że przywiążę go sobie do nogi.
Druga sprawa, to to, co w tych szafkach jest.
Wolę nie ryzykować, że Filipowi spadnie na głowę słoik z marynatą, że pozna jak ostry jest nóż, albo w końcu posmakuje moje dokumenty. A niestety nie mam tyle miejsca, żeby wszystko poprzestawiać wyżej.

Tutaj Filip sobie dłubie bez ograniczeń.
Dlatego podziwiam te mamusie, które piszą, że w domu nic nie zabezpieczają i tylko dziecku tłumaczą czego nie wolno.
Ja też oczywiście tłumaczę, ale czasem mam wrażenie, że Filip za najlepszą zabawę uważa tą, która się nazywa "nie wolno".
Marzy mi się taka sytuacja, że mogę się czymś zająć i nie zaglądać do Filipa co dwie minuty. A niech robi bałagan, byleby tylko sobie nie zrobił krzywdy. Ale tak się chyba nie da. Dlatego, nie mówię nie zabezpieczeniom. To nie tylko nasza wygoda, ale też bezpieczeństwo dla naszych dzieci.

czwartek, 6 marca 2014

Wiosno przybywaj!!!

Od jakiegoś tygodnia ciągle śledzę prognozy pogody.
Cały czas słyszę, jaka to piękna wiosna, a będzie jeszcze piękniejsza.
Wczoraj zapowiadano 10 stopni, a na weekend około 18.
Żyć nie umierać. 
Już oczami wyobraźni widziałam sobotę w Kazimierzu albo Nałęczowie, a niedzielę w Botaniku albo skansenie. 
No i co?
Od dwóch dni nie wychodzimy z domu.
Szaro, buro, ciemno i ponuro.
Do tego zimno strasznie.
Wczoraj rano wstałam nie w humorze, bo Fi obudził mnie o 5 rano. Ledwo zipiąc doczołgałam się do łazienki, umyłam, ubrałam i odsłoniłam żaluzje. A tam śnieg!!!
No gdzie ta wiosna??
W poprzednią sobotę kupiliśmy Filipowi nową spacerówkę, w niedziele wybraliśmy się na długi spacer. Ja w rozpiętej kurteczce, nic mi nie zmarzło, nie skostniało, nie przewiało. Fifi spał jak aniołek, tylko słoneczko świeciło mu po oczkach.
A teraz zapowiada się już drugi weekend w domu.
Bo co to za przyjemność chodzić po dworze, jak cierpnie się z zimna, jak pada na głowę.
Chyba trzeba będzie się do kogoś wprosić albo zaprosić do siebie, bo w taką pogodę smutki murowane.

A swoją drogą, mogła by w końcu przyjść ta wiosna.
W domu już troszkę nudno, a na spacerach żadna frajda. Ja marznę, a Fi siedzi opatulony, nawet się ruszyć nie może.
Tęskno mi już za ciepłem, za słońcem, za spacerami z mężem. Teraz rzadko ze sobą wychodzimy, jak M. wraca, jest już ciemno. Pozostają nam tylko weekendy.
A w weekendy niejednokrotnie jest coś do załatwienia i na takie leniwe spacerowanie nie ma już czasu.
Brakuje mi wspomnianego wyżej Kazimierza, spacerów nad naszym lubelskim zalewem, wizyt w skansenie.
No i mam misterny plan;)
Chcemy popodziwiać okolice Lublina. A jak już zapoznamy się ze swoimi rejonami, to może zaczniemy wypuszczać się coraz dalej.
Mężowi marzą się góry, mówi też, że nigdy nie był nad morzem.
Dzięki Filipowi wstąpiło w nas nowe życie.
Przed Filipem byliśmy, jakby to powiedzieć, zramolali;) A teraz mamy nową energię (mimo nieprzespanych nocy).
Dlatego niech wiosna szybciej przychodzi, bo my chcemy się bawić;)
WIOSNO PRZYBYWAJ!!!!

środa, 5 marca 2014

Rozmowy domowe...

Oto dowód na to, że u nas w domu nie zawsze jest szaro, buro i ponuro.
 Mój Drogi Małżonek dostarcza mi takich oto rozrywek:


Perfekcyjna Pani Domu: Co zrobić ze śpiworem po sezonie letnim?
Tata Filipa: Używać cały czas, żeby mu nie było przykro.

Tata Filipa: Elton John należał do Beatelsów, ale dowiedzieli się, że jest gejem i go wyrzucili, nawet w Wikipedii o nim nie ma, bo się wstydzili.

Tata Filipa: Ja mam takie marzenie, jak Filip troszkę podrośnie, to wypożyczyć sobie kampera i wyruszyć do Grecji. Chociaż nie, bo ludzie patrzyliby na nas jak na Rumunów. Ja tak czasem patrzę na tych z kamperów, tak w samochodzie mieszkają. Mam ochotę zanieść im czerstwe pieczywo i powiesić na klamce. Pojedziemy, ale normalnie, all inclusive.

Mama Filipa: Zrobię ci takie zdjęcie i na bloga wrzucę.
Tata Filipa: To wtedy dowiesz się co to szariat.

Mama Filipa (przeglądając siatkę z zakupami przyniesioną przez Tatę Filipa): myślałam, że kupiłeś mi kiełbasę, a to tylko marchewka.
Tata Filipa: Miałem kupić kiełbasę, ale przypomniałem sobie, że kazałaś sobie nagrać Chodakowską więc kupiłem marchewkę. Trzeba być konsekwentnym.

W telewizji leci reklama Orange: coś tam, coś tam, archiwizacja danych i dostęp do nich z dowolnego urządzenie...
Tata Filipa: z odkurzacza też??

Takich cudów jest dużo więcej. Jeśli wam się spodobały, to postaram się je wychwytywać i zapisywać choć nie będzie to łatwe, bo Tata Filipa się kamufluje ze swoim poczuciem humoru.

wtorek, 4 marca 2014

Cotygodniowy Portret Dziecka: 9/52.

Ostatnio zbyt wiele smutku było w moich wpisach.
Ale żeby nie było, że nic dobrego mnie nie spotyka, mam dziś dowód na to, że tak nie jest.
Jest wiele dobrych rzeczy w moim otoczeniu, co ten smutek rozwiewają, ale najlepszym lekiem na całe zło jest uśmiech Filipiastego.
Za ten uśmiech oddałabym wszystko, dla tego uśmiechu zrobiłabym wszystko;)
Sami zobaczcie: