środa, 30 kwietnia 2014

Doktor doktorowi nie równy...

Jakiś czas temu, jak mąż zaczął wspominać, że może jednak nie czekać do jesieni z decyzją o dziecku, że może prędzej, postanowiłam poszukać sobie lekarza.
Po doświadczeniach z panią doktor prowadzącą moją ciążę z Filipem, postawiłam warunek. Wszystko ma być jak należy, nie tak na "odwal się", jak to było w poprzednim przypadku.
Dopiero teraz widzę, że miałam wiele szczęścia, że nic się nie stało, że wszystko przebiegło bez problemów. I na pewno nie była to zasługa mojej pani doktor. Badania rutynowe, brak USG, nie zrobiona cytologia, to tylko niektóre sprawy, które powinny zwrócić moją uwagę. Potem przyjęcie mnie na oddział, jak ona wyjeżdżała na weekend majowy. Przez tydzień po porodzie nawet do mnie nie zajrzała. Nawet doktor, który był na dyżurze, gdy wszystko się zaczęło, który zlecił cesarkę i w sumie tyle go powinnam obchodzić, nawet on przyszedł spytać czy wszystko ze mną dobrze. Panią doktor zobaczyłam dopiero w jej prywatnym gabinecie, jak poszłam na kontrolę 6 tygodni po. A poszłam przekonać się, że pani doktor nie ma sobie nic do zarzucenia.

No, ale wracając do tematu.
Zaczęliśmy szukać lekarza, który po pierwsze, zajmie się mną tak ogólnie i, po drugie, w razie czego poprowadzi moją ciążę. Zupełnie przypadkiem okazało się, że mąż naszej Pani Pediatry jest ginekologiem. Długo się zastanawiałam czy iść czy nie, ale jak podjęliśmy decyzję, że się staramy, to postanowiliśmy się kogoś zapytać o zdanie. Zrobiłam badania i pojechaliśmy na drugi koniec miasta.
Pierwsze wrażenie?
Pan Doktor wyszedł po nas na recepcję, przedstawił się, zaprowadził do gabinetu, usiedliśmy i zaczęliśmy rozmowę. Ja byłam mile zaskoczona, że rozmawia z naszą dwójką. Pani doktor raczej nie była zadowolona, jak do gabinetu wchodziłam z mężem.
Wiele razy spotkałam się u lekarzy, że pytają mnie o wykształcenie i zawód, ale tutaj pierwszy raz Pan Doktor wytłumaczył mi, że on tego nigdzie dalej nie przekazuje. Wiadomość taka jest mu potrzebna, żeby wiedzieć, jak z pacjentem rozmawiać. No i rozmowa się zaczęło. Pani doktor raczej nie rozmawiała, coś tylko notowała, wpisywała, nic nie mówiła,a ja przestraszone nie pytałam. Nic nie mówi, znaczy wszystko jest w porządku.
W trakcie wywiadu wyszło, że karygodnym zaniedbaniem było całkowicie olanie moich nawracających infekcji dróg moczowych. Pan Doktor wytłumaczył mi, że takie infekcje są bardzo niebezpieczne dla dziecka i dziwi się, że pani doktor tak je zbagatelizowała.
Całość rozmowy na temat mojego stanu zdrowia, zagrożeń, zaleceń i wszystkiego co związane z ciążą, ale nie tylko trwała ok.45 minut. Pan Doktor jako jedyny do tej pory wykazał zainteresowanie tym, że moja mama zmarła na raka piersi i zaproponował badanie w tym kierunku. Wcześniej, mimo tego, że podawałam tą informację zawsze, nikt nie zwrócił na to uwagi. Mało tego, nikt nie proponował mi badania piersi, nie tłumaczył, jak samej się badać i jakie badania robić.

Potem przyszedł czas na sedno sprawy czyli badanie. 
Sam wygląd gabinetu to niebo a ziemia w porównaniu z gabinetem pani doktor. Pani doktor, jako że starsza i z renomą, tylko na tej renomie jechała. Teraz się zastanawiam, jak starsze pacjentki, których pani doktor ma większość, wspinały się na ten fotel rodem z I Wojny Światowej. Zresztą fotelem tego bym nie nazwała, leżanka z dospawanymi metalowymi pałąkami na nóżki.
A u Pana Doktora fotel full wypas. Zastanawiałam się, jak mam na niego wleźć, przecież nie ma podnóżka, a już za chwilę fotel był na wysokości mojego tyłka. O innych jego funkcjach nie będę pisała, bo się nie znam, mi było wygodnie i Pan Doktor też chyba miał komfort pracy.
Dostałam do rączek jednorazowe kapcie, fartuszek i zostałam skierowana do łazienki. Byłam w szoku.
Mąż nie został wyproszony. Wręcz przeciwnie, Pan Doktor skrupulatnie tłumaczył wszystko i mi i jemu. Na sam koniec zbadał mi piersi, pokazał na co mam zwrócić uwagę i po bólu.

Na koniec znów zasiedliśmy w fotelach.
Tym razem już rozmowa zeszła na luźne tematy. Nasza firma, Doktora wakacje. Było miło.
Całość trwała ok 1,5 godziny. Jaki inny lekarz ma tyle czasu dla pacjenta.
Ja wiem, że prywatnie, wiem, że łowi pacjenta na dłużej więc się stara, ale pani doktor też mnie przyjmowała prywatnie. Czekałam na wizytę czasami 2 godziny, a sama wizyta trwała 10 minut.
Ja jestem pod wrażeniem i pewnie zdecyduję się na pozostanie z tym Panem Doktorem na dłużej.
 

wtorek, 29 kwietnia 2014

Cotygodniowy Portret Dziecka: 17/52.

Jestem zachwycona tym, jak Filip ostatnio na mnie reaguje.
Zawsze był maminsynkiem, uwielbiał się przytulać, ale teraz robi to w pełni świadomie.
Jak mnie usłyszy, biegnie przez mieszkanie, żeby się przytulić i dać mi jeszcze nieudolnego buziaka otwartą paszczą.


Biegnie tak szybko, ze ciężko go uchwycić na zdjęciu;)
Uwielbiam go takiego. Cieszy się całym sobą.

poniedziałek, 28 kwietnia 2014

Popołudniowa drzemka...

Mój Małżonek, a co za tym idzie, Tata Filipa, zawsze płacze, jak ogląda w internecie zdjęcie tatusiów śpiących z dziećmi. On sobie tak marzył, że tak sobie będzie wypoczywał z pierworodnym w różnych konfiguracjach. Rzeczywistość jednak okazała się inna.
Filip z reguły nie usiedzi na kolanach u nikogo dłużej niż minutę. No chyba, że jestem to ja.
Zasypiać też zasypia ze mną, ostatnie próby usypiania przez Tatusia skończyły się histerią, jakiej jeszcze nie widziałam i nie słyszałam.
Nasz syn, owszem jest sprzedajny, ale do momentu, kiedy nie chodzi o przytulanie i spanie.
Ale zdarzył się cud pewnego razu.
W niedzielę pogoda była popołudniem taka sobie. Wcześniej udało nam się pospacerować i odwiedzić dziadków, ale koło 15 przyjechaliśmy do domu ze śpiącym już Filipem. Odłożyłam dziecię do łóżeczka i zasiedliśmy przy herbatce co by zażyć troszkę spokoju.
Sielanka trwała do 16, wtedy Fi się przebudził i siedział w wyrku z miną dziwną.
Wyciągnęłam dziecia, a ten w ryk. Uwaliliśmy się więc na naszym łożu małżeńskim i zaczęła się akcja uspokajania młodego. Po chwili dołączył Tatuś i tak udało się Filipa uśpić. Nie taki był mój cel, bo ja chciałam go tylko uspokoić, ale jak zasnął, to trudno. Próba obudzenia skończyłaby się kolejnym koncertem. Pozostawiłam więc ich samych.
Po 10 minutach zaglądam i ujrzałam widok niespotykany:


Prawie rok czasu Tatuś musiał czekać na pierwszą popołudniową drzemkę z synem;)
A ja nie miałam pojęcia co zrobić z czasem. Sytuacja, że nie ma koło mnie żadnego z moich chłopaków, a do tego nie bardzo mam coś do roboty, zdarza się niezwykle rzadko;)

Dobre wrażenie jednak dziś prysło, jak Tata Filipa obudził nas ryczącym budzikiem o 5.30, ale to już inna historia... A Wasze dzieci sypiają z tatusiami??

piątek, 25 kwietnia 2014

Tu mieszka dziecko...

Chcecie obejrzeć, jak zagnieździło się nasze dziecię w naszym trzypokojowym mieszkaniu? Bo zagnieździło się wszędzie. Jedynym pomieszczeniem, gdzie jeszcze nie ma akcesoriów związanych z dzieckiem,to kibelek. Podejrzewam, że też już niedługo.
Pamiętam, jak byłam w ciąży i robiliśmy remont. Nowe meble do salonu, urządzanie pokoju Filipa, wstawienie do sypialni kołyski. Wszystko było takie poukładane i poważne. A teraz? Teraz wolna amerykanka. Filip jest wszędzie;)

















To oczywiście jeszcze nie wszystko, bo jak robiłam te zdjęcia, to salon przedstawiał sobą obraz nędzy i rozpaczy. Można tam znaleźć oprócz zabawek i zdjęć, fotelik do karmienia, kojec, akcesoria do przewijania, bo czasem nie chce mi się nosić małego do niego do pokoju i wiele, wiele innych.
Teraz w planie mamy zagospodarowanie balkonu. Zawsze marzył mi się kącik, w którym przycupniemy z M. w letni wieczór przy piwku czy winie i posłuchamy odgłosów miasta. Teraz raczej będziemy mogli pomoczyć sobie nogi w piaskownicy;) A i o piwku czy winku raczej będę mogła zapomnieć.

A u Was gdzie zagnieździły się Wasze dzieci? Mają swoje pokoiki i tam są ich rzeczy czy tak jak u nas, są w całym mieszkaniu. Czy Wam to przeszkadza czy się przyzwyczailiście i uważacie to za urocze?

czwartek, 24 kwietnia 2014

Moja super przytulanka...

Mam ostatnio wrażenie, że Filip wyczuwa, że dzieją się u nas bardzo ważne rzeczy. 
Zrobił się strasznym przytulasem, najchętniej spędzał by pół dnia u mnie na kolanach albo przytulony do mnie. Zawsze, jak ładował mi się na kolana i wtulał, oznaczało, że chce spać. Teraz nie. Teraz on chce się przytulać. W końcu oczywiście zasypia, ale najpierw musi z godzinkę na mnie poleżeć.
Najpierw pokłada się na kocyku, przytula się do misia, a na koniec przychodzi do mnie i układa główkę u mnie na kolanach, tak, jakby się nadstawiał do głaskania.
Ostatnio tak się zachowywał, jak wychodziła mu ta nieszczęsna jedynka, ta, która dała nam się najbardziej we znaki. Ale wtedy były też inne oznaki, że coś jest nie tak. Teraz tylko się tuli i śpi tak jakby więcej niż zwykle. To znaczy, jakby cofnął się jakieś dwa miesiące z tym spaniem.
Rano zasypia bardzo wcześnie na drzemkę, budzi się koło 11-12 i nie ma siły, żeby wytrzymał do wieczora. Potem ani się obejrzę, a znów zasypia. Warunek jest jeden, musimy być sami w domu, bo jak jest tata albo tak jak wczoraj, pan od napraw, to nie ma siły na spanie. Jest leżenie i tarmoszenie Mamusi, ale o zaśnięciu mogę pomarzyć.
Ale skończył ze świątecznymi histeriami więc jest dobrze;) Niech sobie śpi ile chce, ale w granicach rozsądku, bo w nocy spanie jest bardziej wskazane niż w dzień;) A jak mi wyśpi limit w dzień, to potem ja się nie wyśpię w nocy;)

A tak mniej więcej wygląda sporą część naszego dnia:


Mój małżonek mówi, że on też by tak chciał, że mi zazdrości, ale chyba nie do końca zdaje sobie sprawę z tego, że taki klocuszek przyczepiony do nogi 24 godziny na dobę czasami może zmęczyć. Słodko zmęczyć, ale zawsze zmęczyć.
A wczoraj nawet stwierdził, że jego praca to pikuś w porównaniu z tym co ja robię. Bo on może siąść, odpocząć, ba, może nawet się przespać, jak poczuje się mocno zmęczony. Nic go w tej kwestii nie ogranicza, a ja jednak takiej wolności nie mam.
Gada, gada..., mógłby czasem pomóc, a nie tylko gada, ale ja mam ciągle nadzieję, że czegoś się w końcu nauczy;)

środa, 23 kwietnia 2014

Cotygodniowy Portret Dziecka:16/52.

Troszkę spóźnione, ale jest, moje największe szczęście;)


Wyszło słoneczki i na buźce naszego synka zagościł uśmiech. Tak pogodny dawno nie był, nawet mimo kataru, który nie chce odpuścić.
Zwiedza, przenosi, wynosi i kombinuje, kombinuje, kombinuje.
Nudzić się przy nim nie można.

Miłego tygodnia. Oby szybko przyszedł weekend;)
I słońca, słońca, słońca.
A my czekamy na uroczysty weekend majowy;)

wtorek, 22 kwietnia 2014

Święta, Święta i po Świętach...

Witam,witam się poświątecznie;)
Pogoda dopisuje, humor też, troszkę samopoczucie szwankuje, ale to mało istotne w zaistniałej sytuacji.
A jak nam minęły Święta.
Różnie.
Pierwszy dzień rodzinnie. Śmiejemy się, że odbębniliśmy wszystkich i na drugi dzień mieliśmy luz. Przyznaję, że to inni za nas o tym zadecydowali, ale ich sprawa, dla nas to wyszło na dobre.
No więc na śniadanku byliśmy u mojej babci. Były siostry mojej mamy z rodzinami czyli wujek i dwie cioteczne siostry. Była też moja osobista siostra i mój tata. Atmosfera rodzinna z niewielkimi wyjątkami, a Fi był atrakcją dla wszystkich ciotek i ciotko-babć;)
Pogoda niestety pokrzyżowała nam dalsze plany, bo z powodu deszczu musieliśmy wrócić z drogi na cmentarz. Do tego Fifi był strasznie zmęczony i na koniec urządził nam mini koncert. Zasnął w drodze do teściów i żeby mógł się wyspać dojechaliśmy prawie do Nałęczowa i z powrotem.
U teściów okazało się, że też jakoś tak ubogo w gości. W zasadzie była tylko stała obsada czyli rodzice, ciotka i babcia. Ale podjedliśmy, posiedzieliśmy i do domku. 
Po powrocie Fi w prezencie dał nam pierwszą porządną histerię i padł po 1,5 godziny ryków i wrzasków, ale co tam, czasem trzeba pokrzyczeć. Tylko żebym jeszcze wiedziała dlaczego;)

Drugi dzień był tylko nasz.
Ponieważ teściowie w ostatniej chwili odwołali obiad musiałam improwizować. Wyszło super. Łosoś z młodymi ziemniaczkami z surówką z selera naciowego z czosnkiem. Pycha.
A poza obiadem, to spacerowaliśmy. Przed obiadem nad zalewem, a po obiedzie po naszym niedalekim parku. Drugi spacer Fi przespał.
W ogóle coś dziwnego się dzieje. Fi znów śpi dwa razy dziennie i to porządnie, a i w nocy nie jest źle.

Ale nie będę Was więcej zanudzać. Oto foto skrót:









A dziś u Mamy Laury, na blogu Świat w oczach mamy, rusza urodzinowy konkurs, w którym jesteśmy jednym ze sponsorów.
Zachęcam serdecznie do udziału, bo warto.
KONKURS




piątek, 18 kwietnia 2014

Wesołych Świąt!!!

No i ogarnął mnie przedświąteczny szał.
Nawet Fi dziś ubrany na żółto, żeby bardziej wiosennie było.
A ja szaleję i tylko zapisuję czego nam brak, żeby wybrać się na zakupy z pełnym orężem w postaci listy zakupów.
Ktoś powie, że po co ja to robię, jak i tak jesteśmy w gościach, a w domu tylko we trójkę.
A właśnie dla naszej trójki. Przecież są Święta. A może jednak ktoś do nas wpadnie.
Cieszę się na te dni choćby z tego powodu, że jutro będzie pierwszy dzień chyba od miesiąca, kiedy będziemy mogli obudzić się wszyscy razem. Ostatnio było z tym ciężko, bo Tata Filipa do pracy wybierał się albo w nocy albo bladym świtem. Wszystko po to, żeby wcześniej wracać, co nie zawsze mu wychodziło. 
A poza tym właśnie mogę poszaleć w kuchni. Lubię to strasznie.
No i świąteczne dekoracje.
Będzie to pierwsza Wielkanoc Filipa. Potem już szybciutko pierwszy majowy weekend i urodziny. A potem już wszystko będzie drugie;)

No ale do rzeczy;)
Ponieważ pochłania mnie świąteczna gorączka chciałabym już teraz życzyć Wam.

Zdrowych, pogodnych, rodzinnych i spokojnych Świąt!!!
 
Do zobaczenia, jak wszystko wróci do szarej rzeczywistości.
Albo i nie wróci;)

czwartek, 17 kwietnia 2014

Post pozytywny, o optymistycznym zabarwieniu...

Żeby nie było, że u mnie tylko smutno, ponuro i pesymistycznie, to dziś będzie pozytywnie i z nadzieją.
Bo ja tak naprawdę jestem bardzo szczęśliwa z moimi dwoma chłopakami. Czasami boli, że tylko z nimi, bo reszta rodziny, jak już nie raz pisałam, jest troszkę "rozlazła", każdy myśli tylko o sobie i nie patrzy, że rani innych. Albo po prostu myśli, że inni się tym nie przejmują.
Ale koniec.
Teraz będzie pozytywnie.
Wiecie, że na ten miesiąc etap starań się zakończył, teraz jest etap oczekiwania. Jestem dobrej myśli, ale też troszkę się boję. Decyzja o drugim dziecku, kiedy nie mamy wsparcia w rodzinie, była trudną decyzją. Ale ją podjęliśmy i się jej trzymamy.
Ale póki co, najważniejszy jest Filip.
Wkurza mnie, marudzi, nie chce jeść i spać, ale to złote dziecko. Sam chodzi po całym mieszkaniu, bawi się, grzebie w szafkach, robi bałagan, większość czasu jest radosnym maleństwem. Uwielbiam z nim tarzać się po łóżku lub kocu. Śmieje się wtedy tak, że serce mnie ściska. Nawet jak już byłam w ciąży, nie zdawałam sobie sprawy z tego, że można tak bardzo kochać tą malutką istotkę. Jest moim największym szczęściem.
Na początku bałam się, że jak zdecydujemy się na drugie dziecko, to Fi pójdzie troszkę w odstawkę, będę się musiała podzielić na pół. Ale teraz wiem, że tak to nie działa. Zawsze będzie dla mnie tak samo ważny, a jak pojawi się brat lub siostra, to moje serducho się po prostu powiększy.

Czasem narzekam na męża, kłócimy się. Wiele z tych kłótni jest spowodowana moją trudną sytuacją w rodzinie. Mąż czasami tego nie rozumie, bo nigdy tak nie miał. Ma dziwną rodzinę, ma swoje "jazdy", ale zawsze jest, a u mnie bywa różnie.
Mimo to, kocham go bardzo. W tym roku mija 5 lat od naszego ślubu. Wiele się przez te lata działo. Czasami było niełatwo, ale my walczyliśmy o ten związek i, gdy w ciąży usłyszałam, że on ma już wszystko, co mu do szczęścia potrzebne i ja poczułam się naprawdę szczęśliwa. W końcu miałam przekonanie, że staliśmy się rodziną.

Mamy własne mieszkanie, odziedziczone, ale staramy się je urządzić tak, by było miło i przytulnie. Co jakiś czas coś zmieniamy, uprzytulniamy, udoskonalamy. Może nie jest idealnie, ale gdyby było, to co byśmy robili.  Właśnie wczoraj przyszedł nam dywanik do salonu, a że salon duży, to mąż miał problem z przywiezieniem go ze sklepu. Jeszcze nie mogę się przyzwyczaić, jeszcze nie leży na swoim miejscu, ale teraz jest to w końcu nasz dywan, a nie 30-letni po moich rodzicach, którego nikt nie chciał, a my w dobie kryzysu braliśmy wszystko. Radochę mam straszną z faktu, że sama. Sama wybrałam, zamówiłam, zapłaciłam, do swojego mieszkania. Niby wcześniej też coś urządzałam, ale zawsze ktoś musiał wtrącić swoje trzy grosze. Teraz jest to tylko nasza decyzja.
Czekamy jeszcze na telefon ze studia firan. Mam nadzieję, że przed Świętami się odezwą, bo zostanę z nieupranymi starymi firankami. Przyznam szczerze, że nie chciało mi się ich zdejmować, prać, prasować, zakładać i wieszać, jak w perspektywie mam całkiem nowe, tym razem na haczyki, a nie te koszmarne żabki.

A o przygotowaniach świątecznych dopiero myślę. Podzielę się z Wami swoimi postanowieniami, jak coś ustalę. Może nawet będziemy mieli gości więc trzeba będzie coś zrobić. Lubię szykować różne smakołyki, tylko czasem Filipiasty przy nodze zadanie mi utrudnia.

Tak więc, mam nadzieję, że przekonałam wszystkich niedowiarków, że u nas też jest miło i przyjemnie. A że czasem marudzę? Ja po prostu nie mam nikogo, komu mogłabym się wyżalić i czasem przesadzam z tym na blogu. Wyżalę się, wyżalę i potem humor wraca na swoje miejsce. A jak na dworze ładne słoneczko, to już całkiem radośnie się robi.

A na koniec nasz uśmiechnięty skarb. Rozmazany, rozchełstany, ale kochany;)


No i zaczęłam myśleć o świątecznych przygotowaniach. Mam tyle pomysłów, a nie chcę przesadzić. Przecież jesteśmy tylko we trójkę i może szwagier wpadnie z kolegą na kolację w niedzielę.
A dziś pędzę na poszukiwania koszyczka dla Filipa. Sami nigdy nie święciliśmy jajek, bo na Święta nie jesteśmy w domu, ale to pierwsza Wielkanoc Fi i trzeba dopełnić tradycji.
 I pomyśleć, że w tamte Święta byłam wielką słonicą z tym małym urwisem w środku;)

środa, 16 kwietnia 2014

Luźna gadka...

Nie wiem o czym pisać.
Dopadł mnie marazm.
Zbliżają się Święta, a mi się nic nie chce.
Niby cały czas coś robię, ale jakoś bez entuzjazmu.
Plany mam, ale najpierw trzeba się wybrać na zakupy, a to mnie przeraża. Ludzie przed Świętami dostają wścieku. To przecież tylko dwa wolne dni, nie klęska jakaś. Mam nadzieję, że M. wróci wcześniej i jakoś nam się uda to ogarnąć.
W ogóle, to nie wiem co robić z tymi Świętami. 
W niedzielę poczłapiemy do mojej babci. Zawsze potem jeździliśmy do teściów, ale ostatnio wizyty tam pogłębiają jeszcze moje poczucie  "nijakizmu". Takie to wszystko bezbarwne, nawet nie ma tam o czym porozmawiać, bo u niech się kompletnie nic nie dzieje.
W poniedziałek, jak co roku, pewnie pojedziemy do mojego taty, ale jak będzie, to się jeszcze okaże. Z nimi też nic ostatnio nie wiadomo.
W każdym razie, plany kulinarne mam, niekulinarne też więc nie jest źle. Oby tylko jeszcze M. raczył mi pomagać, to by było dobrze.

A Filip?
Za Filipem też ostatnio dojść nie można.
Nie wiem kiedy będzie spał, kiedy jadł, o ile w ogóle. Raz zjada całą miskę, a raz nawet paszczy nie rozdziawi. Spać wieczorem chodzi późno, żeby po godzinie już się wiercić. Drugi już dzień o trzeciej robi sobie plac zabaw z naszego łóżka. Dobrze, że chociaż da się w wyrku dotrzymać do 7-7.30.
A w dzień zachowuje się jak z rozdwojeniem jaźni. Wesoło biega, zajmuje się sam zabawkami, żeby za chwilę wybuchnąć histerycznym płaczem.
Ustępuję mu ile mogę, ale bez przesady. Nie będę latała z gołym biustem na każde jego kwęknięcie. A przecież już w dzień nie potrzebował. Ale za to w nocy nauczył się popijać herbatkę z niekapka. Nie zastąpi mu to posiłku cyckowego, ale przynajmniej jak chce mu się pić, to poradzi sobie w ten sposób.
Humor wszystkim poprawia noszeniem wszystkiego po domu. Nawet nie wiem, jak jest w stanie niektóre rzeczy upchnąć w takich miejscach. Poniżej macie przykład (ta szuflada jest ponad jego główką):
 

O mężu tym razem nie chce mi się pisać. Momentami nie mam do niego siły. Niby się stara, ale czasem dowali coś tak, że ręce opadają.

I nawet nie chodzi mi o to, że nie mam humoru, bo mam, ale taki przytłumiony. 
Przyszłaby w końcu ta wiosna prawdziwa, bo mi się chce spacerów długich, kwiatów na balkonie, placów zabaw, wycieczek i wszystkiego wiosennego.
Niechże w końcu przyjdzie mi dywan do salonu i firanki, żebym mogła poczuć, że naprawdę się coś zmienia.
Niech coś się dzieje...

PS. No i się dzieje. Właśnie się dowiedziałam, że poniedziałek jednak nie będzie taki jak co roku. Tatuś ma inne plany i dziwi się, że jesteśmy niezadowoleni. Olać rodzinę, liczy się tylko on.
Idę się zrelaksować na przedświąteczne zakupy, bo nerw mnie ponosi.

wtorek, 15 kwietnia 2014

Cotygodniowy Portret Dziecka: 15/52.

Może jakość zdjęcia nie zachwyca, ale jak tu uchwycić Strusia Pędziwiatra;)
Filip cały czas biega, biega i biega. Czasem mam wrażenie, że i przez sen biega.


Jak wstanie rano, to biega podwójnie. Roznosi go wtedy energia.

poniedziałek, 14 kwietnia 2014

Weekend nieidealny...

Jejku, co to był za weekend. Jakiś koszmar, nie weekend. Człowiek czeka cały tydzień na odrobinę atrakcji, odpoczynku i odmienności, a dostaje beznadziejną pogodę, kłótnie z mężem i katar syna.
Masakra zaczęła się już w piątek późnym wieczorem. Zamówiliśmy z M. pizzę i włączyliśmy film na dvd, a tutaj taka niespodzianka. Godzina 22.30 pobudka. Myślałam, że to chwilowe, ale Filip dostał takiej histerii, że nie wiedziałam, jak go uspokoić. Dostał cycka, ale jak tylko chciałam mu dać smoczka, zaczynał się ryk, jakby go ze skóry obdzierali. Nie wiedziałam co mu jest. W końcu uśpiłam go na naszym łóżku i jakoś udało nam się skończyć film. 
Co z tego, jak już pół godziny po północy Fi wylądował u nas w łóżku i wtedy zauważyłam, że ma straszny katar. No i okazało się, że ja w domu nie mam czym walczyć z jego katarem. W jedynych kropelkach nie działa atomizer, pozostała woda morska i gruszka. Nic nam więcej nie było potrzebne, bo Fi do tej pory nie chorował na nic. Skończyło się na przekładaniu go z boku na bok całą noc, ale chyba się wyspał, bo rano obudził się radosny jak skowronek i pojechaliśmy na basen. Wydawało się, że były to chwilowe dolegliwości.
Niestety popołudniem objawy wróciły, a noc była znów nieciekawa. Tym razem zaopatrzyliśmy się już w kropelki, maści i inne specyfiki i zaczęliśmy walkę z katarem. A nie było łatwo, bo najpierw trzeba było stoczyć walkę z Filipem.
Niedziela, moja ukochana niedziela, na którą czekam cały tydzień, bo to jedyny dzień, kiedy mogę pospać bez wyrzutów sumienia, przyniosła rozczarowanie. Po nieciekawej nocy obudziliśmy się koło 7. Filip po mnie skacze, męża w łóżku nie ma więc myślałam, że jest w salonie i zaraz przyjdzie po Filipa, ale niestety. Mój małżonek miał plan pojechać nad ranem do pracy. I owszem, pochwalam to, ale o tym planie nie powiedział nikomu. Beztrosko oznajmił mi, że przecież nic się nie stało, a wyśpię się, jak on wróci. 10 lat razem, a on nie wie, że ja spać na zawołanie nie potrafię. Awantura z tego wynikła straszna, nie pamiętam czy kiedykolwiek pokłóciliśmy się w ten sposób. Dzień po tym wszystkim do cudownych nie należał mimo, że się przeprosiliśmy nawzajem. Do teraz jestem rozbita i nie mam pojęcia ile jeszcze będę czuła żal po tym co usłyszałam.

Ale spojrzałam trzeźwym okiem na minione dni i można się w nich doszukać też paru pozytywów.
No i na przykład w sobotę zamówiliśmy sobie firanki do salonu, bo te co mamy wyglądają strasznie. W planach mamy również zasłony, ale te musimy dobrać pod dywan, a na ten czekamy do końca tygodnia.
No i wybraliśmy się na zakupy. Średnio udane, bo zawsze robimy je o 9 w niedzielę, a o tej porze, to my się kłóciliśmy i wybraliśmy się koło 15. Dzikie tłumy mnie przybiły i zakupy skończyły się dla mnie z jedną koszulką i to nie do końca tanią, bo akurat w tym sklepie nie było ludzi. Ale Fi dostał 3 bodziaczki, spodenki i kapelusik. Jak nie pojedziemy na wczasy, to przyda się na lato;)
Dzisiejsza noc była już o wiele lepsza więc i ja jestem jakoś bardziej przytomna. Chociaż główka i gardziołko pobolewa i nie wiem czy nie przyplącze się do mnie jakieś choróbsko.
A Fifi od rana odmawia jedzenia, na drzemkę poszedł po kromce chlebka i połowie serka, obiadku odmówił. No i tak jak ostatnio, po 30 minutach się obudził i musiałam go usypiać z powrotem, bo był niedospany. Kładę go spać w dzień w jego pokoiku i może to nie daje mu dłużej pospać. Budzi się, widzi że nie jest u siebie i nie może zasnąć z powrotem. Nie wiem co z tm zrobić, bo myślałam, że już powoli będę go przenosić do jego własnego pokoju na nocki. Najwyraźniej na wszystko trzeba czasu.
Ale jak na razie śpi, już w sumie drugą godzinę, troszkę się wierci, a ja piję zimną herbatkę i nadrabiam różne zaległości.

A na koniec akcent humorystyczny;)
Filip zaparkował swoje dwie bryki w garażu. Jedna sportowa, druga terenowa.
Terenowa swoje miejsce parkingowe ma na co dzień w samochodzie, ale akurat Tacie Filipa potrzebny był pusty bagażnik i odholował nam wózek do domu;)

PS. Zmieniłam swoją nazwę z Mama Filipa na Filipia Mama, bo tej nazwy używam już od dłuższego czasu na forum i taki jest adres bloga. Mam nadzieję, że Wam to nie przeszkadza;)

niedziela, 13 kwietnia 2014

Wielkanocne KO KO KO!!! - wyniki.


Choć mało Was się zgłosiło, to słowo się rzekło i dla kurek zostały wylosowane nowe domki.
Mój podpadnięty dziś małżonek wybrał dwa numerki, które przypisane były dwóm zwyciężczyniom.
Są to:
Anna z bloga ...marny puch!
i
Sylwia czyli Mama Laury z bloga Świat w oczach mamy.

Serdecznie Wam gratuluję i proszę o dane do wysyłki w wiadomości na FB lub na adres mailowy filipiamama@op.pl


czwartek, 10 kwietnia 2014

Ważne decyzje...

Żeby nie było, że u nas tak różowo i kolorowo, że chodzimy wyspani i cali w skowronkach, to dziś sobie troszkę pomarudzę. A co? Filip może to i ja mogę;)
Jesteśmy z małżonkiem w trakcie starania się o drugie dziecko, a mnie dopadają wątpliwości. Nie takie czy chcę czy nie chcę, bo to jest pewne. Bardziej zastanawiam się czy dam radę. I nie czy dam radę opiekować się dwójką nielatów, ale czy wytrzymam kolejne dwa lata zanim rodzeństwo Filipa podrośnie choćby do takiego stanu, jak Fi jest teraz.
Właśnie teraz Fifi robi się na tyle kontaktowy, że można z nim gdzieś pójść, pojechać czy nawet zostawić go na dwie godzinki z opiekunką i wyskoczyć do kina. A ja się znów zamknę z oseskiem w domu.
W sumie mam jeszcze powiedzmy 9 miesięcy ciąży, całe lato i jesień przede mną, ale ograniczenia są. Planowaliśmy wakacje w Grecji, a w takiej sytuacji nie wiem, czy nie trzeba będzie tego odłożyć. A jak odłożę, to potem ciężko będzie mi się zebrać z dwójką dzieci. Chciałam najpierw przetestować z jednym.
W ogóle, chciałam się gdzieś ruszyć, bo od prawie dwóch lat jestem cały czas w tym samym miejscu i przyprawia mnie to czasami o mdłości.
Do tego wszystkiego dopadła mnie rutyna. Każdy dzień wygląda tak samo. Zabrałam się co prawda za zmiany w mieszkaniu, ale do większości potrzebuję jednak małżonka, a jego jak na złość ostatnio ciągle nie ma.  Żyrandola w pokoju Filipa niestety sama nie powieszę.
Wiem, że to takie egoistyczne myślenie, ale mój komfort psychiczny też jest ważny. Sfrustrowana matka nie da szczęścia dzieciom. A ja chcę być dobrą matką.
Kolejne wątpliwości dotyczą tego, jak to będzie choćby z karmieniem piersią Filipa, który jak na złość znów się do mnie przykleił. A już potrafiliśmy się ograniczyć do cycka przed snem i w nocy. Tłumaczę sobie to zębami, ale nie oszukujmy się, te zęby będą jeszcze długo wyrastały, bo przecież Fi ma dopiero 7. 
To samo ze spaniem z nami i u nas w sypialni. Chociaż ostatnio z tym coraz lepiej.

No i tak sobie siedzę w domu i rozmyślam. Kłębią mi się myśli czy aby dobrze robimy. Ale z drugiej strony, jak nie teraz to kiedy. Niecałe dwa lata różnicy, to chyba dobra różnica. Filip jeszcze nie będzie odczuwał zazdrości, a i z podkarmiania go piersią też nie muszę rezygnować.
Do tego przecież mogę całkiem aktywnie spędzić czas w ciąży i z Filipem. Troszeczkę sobie nadrobić zaległości rozrywkowe, pobawić, się pohasać, a potem znów do małego ssaka.
Więcej jest tego za niż przeciw. Tylko jeszcze dobrze by było, żeby małżonek rozumiał te moje rozważania i obawy, a mi się wydaje, że on bardziej beztrosko do tego podchodzi.

No ale klamka zapadła i ja się cieszę. No i moja w tym głowa, żeby tą przyszłą ciążę wspominać lepiej niż poprzednią. Wtedy do 9 miesiąca pracowałam. Chciałam komuś coś udowodnić. Teraz wiem, że to była głupota i tego błędu nie popełnię. Czas pomyśleć o sobie, a nie wiecznie o innych.
 Trzymajcie za mnie kciuki!!!

A na weekend zostawiam Was i siebie ze wspomnieniem jednych z naszych ostatnich wakacji.
Uwielbiam Grecję, a w tej wyspie zakochałam się bez pamięci;)



Zmiany, zmiany, zmiany... w końcu się wyspałam;)

U Filipa nastąpiła kolejna rewolucja. I w zachowaniu, i, co najważniejsze w spaniu.
Nasz mały wędrowniczek jest ostatnio senny i marudny. Powróciły dwie drzemki i wiszenie na mojej nogawce non stop. Mało tego, gdyby tylko wisiał, pal sześć, już przywykłam. On czegoś cięgle chce, a ja nie do końca wiem czego.
Pojawiają się również dziwne płacze i histeria. Wrzaski straszne są już przy zmianie pieluchy lub przy przebieraniu. Ale nie jest to zwykły szloch, to raczej ryk i czarna rozpacz. W ogóle to nasze dziecko źle znosi porażki. Jak gdzieś nie może wleźć czy czegoś zrobić, to najlepszym sposobem jest płacz. 
Wydaje mi się, że bierze się to z ząbkowania. Co prawda wyłazi mu tylko jeden ząbek, ale mam przeczucie, że niedługo zaczną się pojawiać i czwórki. Oprócz marudzenia i pchania w buzię wszystkiego, a zwłaszcza rączek, Maluch ślini się jak mops. No i problemy z jedzeniem. Po weekendowym napadzie apetytu, Filip zrobił się jedzący mniej. Dużo mniej. Jedyny posiłek, który zjada w miarę porządnie to kolacja.

No i ta dziwna senność i przytulowatość. 
Fi ma ulubionego dużego misia, do którego tuli się, jak chce mu się spać. Teraz, jak wstanie, to za pół godziny już wisi na maskotce. Nie wiem czy coś mu dolega, czy po prostu pogoda i ząbki tak na niego działają. Gorączki i innych objawów nie ma więc na razie nie panikuję.

Ale żeby nie było, że ciągle narzekam, to mam też bardzo dobrą wiadomość;) To jest najważniejsza rewolucja w ostatnim życiu Filipiastego. Mam nadzieję, że pisząc to nie zapeszę, bo idzie ku lepszemu.
Filip śpi prawie całą noc. Już trzy noce się to powtórzyło więc jestem dobrej myśli. 
Do tego śpi jak zabity. Nie tak łatwo jest go obudzić. Spokojnie mogę go popoprawiać i poprzykrywać, a on się nie obudzi.
Chodzi spać troszkę później, bo koło 20.40 zasypia. Kolację je koło 19.30, koło 20.30 dostaje cyca i zasypia przy, albo po. Śpi różnie, ale ciągiem do ok. 1.30-3.30. Wtedy się budzi znów na cycka i odłożony do łóżeczka zasypia dalej. Budzi się ok. 5.30-6.30 i zabieram go do mnie do wyrka. Tam albo dosypia z godzinkę, albo się wałkoni i wybudza.
Nareszcie jestem względnie wyspana. Dziś troszkę mniej, ale z winy chrapiącego małżonka, a nie z winy Filipa.
Oby to nie był tylko chwilowy zryw spaniowy. Mam też nadzieję, że nie ma to nic wspólnego z tym, że Tata Filipa ostatnio w nocy wyjeżdża do pracy i nam nie przeszkadza chrapaniem. Mam plany związane z tym jego spaniem i może mi ich nie pokrzyżuje.
Chciałabym w końcu wyprowadzić Filipa od nas z sypialni. No ale, żeby Fi mógł spać w pokoju obok, to ja muszę być w 100% pewna, że będzie mu tam dobrze. Jak na razie w dzień chodzi na drzemki do swojego pokoju, do drewnianego łóżeczka, żeby się przyzwyczajać do nowego otoczenia po przebudzeniu. Kiepskie są ostatnio te drzemki i nie wiem czy to właśnie nie zmiana tak na nie wpływa. Nie wiem też czy mu nie podmienię na turystyczne, jakby miał tam i w nocy spać, bo akrobacje, jakie wykonuje, mnie przerażają i nie chciałabym, żeby uderzanie w szczebelki go rozbudzało.
No i żeby spał sam, potrzebuję mu sprawić lampkę nocną a sobie jakieś foteliszcze co by w nocy mieć gdzie przycupnąć na karmienie;)
Czyżby bez żadnego uczenia i przestawiania udało mi się pozbyć dziecia z łóżka??



PS. Co Was tak malutko chętnych na moje Wielkanocne kurki?? Nie podobają się Wam?? Zapraszam na rozdanie TU.

środa, 9 kwietnia 2014

WIELKANOCNE KO KO KO!!! czyli Matka się wyżywa...

Ostatnio miałam mało czasu na swoje przyjemności.
To Filipowi wychodziły ząbki, nie spał po nocach i byłam potem padnięta cały dzień. To marudził strasznie i wymagał ciągłej uwagi. To uczył się chodzić na dwóch nóżkach i biegałam za nim non stop. No a wieczorami trochę internetu, trochę telewizji i spać.
No, ale w końcu przyszła wiosna i przypomniała mi, że Święta zbliżają się w zastraszającym tempie, a ja nie ma żadnych dekoracji. Pewnie udam się w weekend na zakupy i coś kupię, ale przydałoby się mieć coś wykonanego przez siebie.
Przegrzebałam szafę, znalazłam resztki poduszek, które dostałam od teściowej, wyciągnęłam maszynę i wzięłam się za pracę.
Oczywiście z Filipem pod nogami.
A oto co mi z tego wyszło.





A że wyszło mi tych kurek całe stadko, to mam dla Was do oddania dwie parki. W każdej parce jedna kurka mała, a jedna duża.

Co trzeba zrobić, żeby wziąć udział w rozdaniu?
1. Dołączyć do obserwatorów mojego bloga (jeśli to możliwe).
2. Polubić Mamusiowo na FB.
3. Umieścić podlinkowany banerek do tego posta na swoim blogu lub udostępnić na FB.


4. Zostawić komentarz ze swoimi namiarami (jako kto obserwuję lub lubię na FB, gdzie udostępnienie lub baner).

Zabawa trwa od dziś do 13.04.2014.
Ogłoszenie wyników jeśli mi się uda, to tego samego dnia po 20. Jak nie, to na dzień następny (14.04.2014).

Wysyłka nagrody tylko na terenie Polski.

Zwycięzca ma 3 dni na podanie mailowo danych do wysyłki, inaczej nagroda przepada. Ale wiadomo, Święta już 20 więc im szybciej będę miała dane, tym większa szansa, że dotrą na czas

wtorek, 8 kwietnia 2014

Cotygodniowy Portret Dziecka: 14/52.

Ponieważ zbliża się roczek Filipa, coraz częściej zastanawiam się kiedy to powinno się rozpoczynać pewne rzeczy.
Zastanawiam się, kiedy najlepiej zacząć odstawiać Fi od cycka, kiedy wygonić go z naszego łóżka, a kiedy z sypialni;) No i ostatnio zastanawiam się kiedy i jak nauczyć Filipiastego samodzielnego jedzenia.
Jak na razie to po kolacji daję mu miseczkę z niedokończoną kaszką i łyżeczkę, ale prowadzi to tylko do rozciapania wszystkiego dookoła. Nawet jedna malutka porcyjka nie trafia do buźki.
Może Wy macie jakieś doświadczenia i porady?