piątek, 28 lutego 2014

Filip i koty...

Jakiś czas temu zostałam zapytana, jak to jest z niemowlakiem i kotami w domu.
Tak naprawdę, to ja nie wiem. Wiem, jak to jest z tymi dwoma konkretnymi kotami i Filipem.
Wiem również, że przy kotach, tak samo, jak i przy innych zwierzętach, trzeba bardzo uważać.
Niby kotek jest łagodny, niby cierpliwy, ale każdy przestraszyć się może i zachować nie tak, jakbyśmy się tego spodziewali.
Kot, to żywa istota i potrafi nas czasem też zaskoczyć.

Od początku wysłuchiwałam od każdego, że będę się musiała pozbyć kotów.
Ja się zaparłam i koty zostały.
Wkurzają mnie, są szkudne, przysparzają mi dodatkowych zajęć i zmartwień, czasem mam ochotę je oddać.
Ale są i trzeba jakoś z nimi żyć.

A oto one w foto skrócie:

To nasz kocur - Kebab.

To nasza kocica - Bestia.

To Kebab, który czasem pozwala sobie na za wiele.

A to oba kotki, przyłapane przez Filipa na złym.



Filipek lubi ganiać kotki, ale one są szybsze.
Śmieje się, jak je widzi, ale nie jest zbyt pewny w podchodzeniu do nich. To dobrze.
Zobaczymy, jak to będzie, jak Filipiasty podrośnie. Na razie żyją sobie w zgodzie.

A jak Wam się podobają dzicy lokatorzy naszego mieszkania??
Też macie jakieś zwierzątka??
Dogadują się z dziećmi??

czwartek, 27 lutego 2014

Troszkę zapomnianego hobby;)

Przez ostatnie smutki i zmęczenia troszkę zaniedbałam swoje przyjemności.
Jeśli już coś mi się udało podłubać, to zapomniałam się wam pochwalić.
Ale teraz nadrabiam zaległości i się chwalę.


Dalszy ciąg serduszek, tym razem powalentynkowych.
Przyznam, że spodobało mi się takie dłubanie, najpierw wyrysowanie, potem wycięcie, zszycie, wypchanie.
Fajne i relaksujące zajęcie;)


Kilaka jasieczków na akcję Uszyj Jasia.
Też już troszkę czekały, ale w końcu wysłałam.

A teraz coś z zupełnie innej beczki;)
Mało ostatnio robię kolczyków, bo przy dziecku ciężko, ale czasem się trafi.
I oto są:


Teraz muszę się zmobilizować i dalej coś podłubać.
Idzie powoli Wielkanoc więc może coś w tym kierunku.
Takie rękodzieło poprawia mi humor, a tego mi ostatnio trzeba strasznie.

środa, 26 lutego 2014

W dzień aniołek, a w nocy potwór...

Dziękuję Wam Kochani za te wszystkie słowa wsparcia i otuchy w ostatnich dniach.
Nawet nie przypuszczałam, że Fifi może aż tak kiepsko przechodzić ząbkowanie.
Senność, brak apetytu, ślinienie, marudzenie, apatia, w końcu płacz, a nawet gorączka.
Tak wyglądał u nas ubiegły tydzień.
Ale z przyjściem weekendu było już coraz lepiej i wczoraj Fi zjadł już pięknie wszystkie posiłki i urządził sobie tylko jedną, 2,5-godzinną, drzemkę.
Szkoda tylko, że pogoda nie dopisała, bo spacerek dopełniłby wczorajszą idyllę. 
Wiadomo, że jak Filip lepiej się czuje, to i Mamusia ma więcej roboty. Wszystkie szafki i szuflady są wtedy jego. W niektórych pochowane są przedmioty nie przeznaczone dla małych rączek, dlatego biegam i tłumaczę, że nie wolno, a potem wyżywam się na M., że przecież miał założyć zabezpieczenia.
I tak nam mija też i dzisiejszy dzień.

Ale, jak na jednym polu się polepszy, to na drugim się posypie.
Spanie nam kuleje strasznie, a ja już tracę resztkę sił.
Staram się być pogodna przy dziecku, ale jak to zrobić, jak ma się ochotę krzyczeć.
Dziś w nocy siadłam przy łóżeczku i się rozpłakałam z bezsilności.
Filip nie chce spać w łóżeczku i tyle.
A u nas w łóżku, z kolei, mi nie daje spać.
Czyli na jedno wychodzi.
Położony wieczorem po kąpieli śpi do (tutaj różnie) 22.30-00.30, w łóżeczku udaje się go przetrzymać do ok.1. Potem nie ma przeproś. Nie da się położyć, wstaje, krzyczy, płacze.
Odpuściłabym może, gdybym po zabraniu go do siebie, mogła się wyspać, ale nie mogę.
Boję się, że nie wybudzę się i mi przeleci za oparcie łóżka prosto na kaloryfer.
Poza tym wierci się i wybudza co 1,5 godziny, a ja jestem poobijana i pognieciona po takim spaniu.
Wiecie, że od jakiegoś pół roku zdarzyła mi się tylko jedna noc z dwoma pobudkami i wstaniem po 7.
Normalnie tracę już siły.
W dzień człowiek się jakoś ogarnie, ale gdy nadchodzi wieczór zaczyna mnie cisnąć w klatce piersiowej z niepokoju, co przyniesie kolejna noc i kolejny poranek.
Nie pamiętam już, jakie to uczucie, po ciężkim dniu przytulić się do podusi i po prostu zasnąć.
Do tego wszystkiego dochodzą kłótnie z M., który nie jest mi w stanie pomóc.
Cała ta sprawa staje się coraz większą rysą na naszym rodzicielstwie.
Nie mam pojęcia, co jeszcze mogę zrobić, by sytuacja się polepszyła.

http://www.poradnikniemowlaka.pl/someecards-macierzynstwo/ 

Ktoś, kto stworzył ten obrazek, pewnie myślał, że jest zabawny.
Dla mnie w tej chwili jest tragiczny.

wtorek, 25 lutego 2014

Cotygodniowy Portret Dziecka: 8/52.

Większą część mijającego tygodnia Filip spędził na moich kolanach.
Biedactwo ciężko znosiło wychodzące na raz dwa ząbki.
Szukał pocieszenia u Mamusi i nie odstępował mnie na krok.
To zdjęcie idealnie obrazuje to, jak Fi się czuł.
Smutny i zawieszony.
Jeśli nie płakał, to właśnie tak spędzał czas.


poniedziałek, 24 lutego 2014

Weekendzik, było minęło...

Weekend, weekendzik, weekendunio.
Było, a nie ma.
A ja nie odpoczęłam.
Owszem, było miło i przyjemnie, ale odpocząć, nie odpoczęłam.
Nie chciałam się kłócić znowu z M. więc go nie goniłam do żadnej roboty i zostałam sama, niedospana, z całym bałaganem poweekendowym.
Czemu tak jest, że on ma weekend od odpoczywania, a ja nie?
Dlaczego on siedzi przed telewizorem, a ja sprzątam, gotuję, ogarniam?
Czekałam na niedzielę z nadzieją, że troszkę odeśpię z rana, ale gdzie tam.
W co ubrać Filipa? Co mu dać jeść? Do tego parę wrzasków, a na koniec płacz dziecka.
Idealne warunki do spania, nie ma co.

Ale nic to.
Minęło.
Trzeba jakoś dać sobie radę do następnego weekendu.
A ten weekend minął nam aktywnie i z atrakcjami.
Z miłych rzeczy jakie nas spotkały, to basen, nowy wózek, spacerki i niedzielny seans filmowy.
Z mniej miłych, wizyta u teściów. 

Zacznijmy od tych teściów.
Mam dość, oni są niereformowalni. Nie słuchają nic, co się do nich mówi. Nie liczą się ani ze mną, ani z M.
Dlatego jeszcze bardziej ugruntowali mnie w przekonaniu, że wizyty u nich są bez sensu.
Chcą, mogą przyjechać do nas. U nas jakoś się zachowują, a u siebie robią co chcą.
Najgorsze jest jednak to, że oni sobie nie zdają sprawy z zagrożenia.
Zastałam sytuację, gdzie oni stoją i patrzą, co się stanie, jak Fi zbliży się do psa. Pies właśnie je. W takich okolicznościach, ten pies jest nieobliczalny, już niejednego ugryzł. A oni stoją i się śmieją. Serce mi stanęło. Jak można być tak nieodpowiedzialnym. 
Co z tego, że to tylko jamnik.
No i już się zdenerwowałam, to wróćmy do tych milszych wspomnień.

W sobotę, jak zwykle basen.
Jak mi się nie chciało, byłam taka zmęczona, nie miałam siły, spać mi się chciało.
Bałam się co będzie z Filipem, nie wiedziałam, czy już mu przeszły nastroje negatywne, czy nam nie zacznie płakać. Od razu zapowiedziałam M., że, jak tylko Filipek zacznie marudzić, to ma wyłazić z tego basenu.
Na szczęście Fi był wesolutki. Co prawda, nie przeliczył sobie sił i pierwsze 15 minut szalał, żeby kolejne 15 minut troszkę powybrzydzać. Ale było miło.
A i opłaciła się wyprawa na basen.
Siedziały koło mnie dwie panie i aż rozpływały się w komplementach na temat mojego syna;)
Że taki odważny, że taki dobry pływak, że wesoły, pewny siebie, no i śliczny chłopczyk.
Siedziałam, słuchałam, a serducho mi rosło.
Bo to mój synek taki zdolny.
Chyba nie muszę tu pisać, co wtedy czułam, bo każda matka czułaby to samo.
No, dumna byłam.
I jestem cały czas.
Jak M. usłyszał w szatni od pań, że Filipek, to nasz złoty medalista, to nie do końca wiedział o co chodzi, ale ja mu potem opowiedziałam, nie mogłam sobie tego odmówić.
A oto nasz wesoły gwiazdor basenu:


 Kolejnym punktem programu był zakup wózka.
Nareszcie zdecydowaliśmy się na lżejszą spacerówkę.
Lżejszą, to mało powiedziane. Różnica w wadze między starym wózkiem a nowym, to aż 10 kilo. Robi wrażenie, prawda?
Zdecydowaliśmy się na Quinny Zapp Xtra.
Już pędziliśmy do kasy z innym wózkiem, jak wypatrzyłam ten. No i się zakochałam.
Fifi chyba też, bo od razu się w nim umościł.
W sobotę, po filipkowej drzemce było już ciemno, ale w niedzielę, zaraz po 10 rano, zebraliśmy się i popędziliśmy w świat.
Plan był taki. Przetrzymać Filipa dłużej bez drzemki i wyskoczyć tylko na chwilkę do sklepu po ziemniaczki.
No, ale, że pogoda była boska, to na tym się nie skończyło.
Podreptaliśmy na cmentarz. Postanowiłam odwiedzić grób mamy, bo przyznam, że już jakiś czas nie byłam.
Fi zaraz po wejściu na bruk cmentarny po prostu zasnął.
Na cmentarzu spotkaliśmy babcię, która co niedzielę odwiedza grób. Przyczłapała siostra zaalarmowana, że odbywa się spotkanie rodzinne;) Postaliśmy, porozmawialiśmy, bo mamy mało okazji spotkać się tak na spokojnie.
A, że już byliśmy po drugiej stronie cmentarza, a obok jest duża galeria handlowa, do tego Filip spał jak zabity, to ruszyliśmy na zakupy.
Skorzystał, jak zwykle, Filip. Dwa bodziaki, spodenki i emulsja do kąpieli.
Wróciliśmy okrężną drogą z wyspanym Filipem.
Zmęczyłam się strasznie, ale pozytywnie.
Wózek sprawdza się znakomicie Co prawda na wertepach nie jest taki stabilny jak poprzedni, ale wszystkie podjazdy były moje. Nie dawałam mężowi sobie pomóc, bo musiałam się przekonać czy dam radę. Dałam i teraz mogę częściej wypuszczać się na spacery.
Wiosna się zbliża wielkimi krokami, a ja nie będę już taka uwiązana w mieszkaniu.
Swoją drogą, należy się nagroda architektowi, co projektował nasz blok.
Winda na półpiętrze jest mistrzostwem.

A oto nasz nowy pojazd w całe okazałości:

A tutaj Mamusia, Filip, wózek i uroki naszego osiedla;)


A niedzielny wieczór spędziliśmy przy babcinych pierogach i filmie.
Obejrzeliśmy "Ambasadę"
Nie jestem dobra w recenzowaniu filmów, ale na mój gust film jest do obejrzenia.
Nie jest to kino wysokich lotów, wręcz przeciwnie, głupawa komedia, ale jeśli ktoś chce się pośmiać, to polecam, żeby się wyluzować.

A jak Wam minął weekend?
Odpoczęliście?
Skorzystaliście ze słońca?

piątek, 21 lutego 2014

Zdrowy Filip... wizyta u lekarza...

Miałam dziś się chwalić swoimi ostatnimi dokonaniami.
Albo poopowiadać Wam, jak u nas bywa czasem wesoło.
Ale dziś mi wyjątkowo do śmiechu.
Po pierwsze, mijający weekend dał mi się mocno we znaki.
Poniedziałek i wtorek były standardowe. Takie jak ostatnie parę miesięcy. Dało się wytrzymać noc, a w dzień udawało się wyszarpać troszkę spokoju.
W środę Tata Filipa wyjeżdżał koło 1.30 w nocy i wtedy obudził się Fi, zjadł i zasnął. Spał do 6, zjadł i zasnął. Wstaliśmy o 7.30.
Ja byłam zachwycona, wyspana, odpoczęta.
Ale sielanka nie trwała długo.
Kolejna noc nie wróżyła niczego dobrego.
No i w czwartek dopadło nas to, o czym pisałam Wam wczoraj. 
A w piątek dziwne zachowanie Filipa przybrało na sile.
Wstaliśmy ok. 6 i niby wszystko było ok, do godziny 7.30.
Wtedy zaczął się lament, płacz taki żałosny, że nie wiedziałam co z nim robić. Wiercił się i narzekał ok. 20 minut, w końcu się ułożył na moim ramieniu i tak został na pół godziny. Myślałam, że zaśnie, ale on poleżał i wrócił do zabawy.
Przespał się od 10 do 11, a potem znów zaczął lamentować.
Przez cały dzień nic nie chciał jeść, nawet mleko go nie kręciło. 
 
 
Zdecydowaliśmy o wizycie u pani doktor, bo nas nastraszyła telefonicznie, że przy ząbkach często zdarzają się infekcje uszne. No i pojechaliśmy.
I przynajmniej jesteśmy spokojniejsi.
Są to ewidentnie ząbki, bo oprócz tego nic absolutnie mu nie dolega.
Waży 9100, a mierzy według pomiarów pielęgniarki 72 centymetry.
Akurat z tym pomiarem nie bardzo się zgodzę, bo Fi nie mieści się już w rozmiar 74, a poza tym, jego histeria uniemożliwiała dobre zmierzenie delikwenta.
Na odznakę dzielnego pacjenta Filip dziś nie zasłużył. Wzięty przeze mnie na ręce nie chciał puścić, przyczepił się do mnie jak małpka, a w końcu odczepiony, darł się jak opętany.
Jedynka, tak jak podejrzewała, już wyszła dawno, ale dziąsło przy niej spuchło i się jeszcze kaleczy o ząbka. Do tego wyżyna się górna dwójka.
Mamy się ratować wszystkim, co się da, a w razie kataru podawać jeszcze wapno i kropelki.
Tyle.
Pozostaje nam uzbroić się w cierpliwość i czekać.

Przy okazji podpytaliśmy o szczepienia, o męża naszej Pani Doktor, który jest ginekologiem położnikiem, o paznokietki Filipa i USG piersi.
Dobrze jest mieć takiego pediatrę, co nie śpieszy się za każdym razem i interesuje się nie tylko pacjentem, ale też całą jego rodziną.
Na lekarzy w naszej przychodni na NFZ też nie mogę narzekać, ale zawsze im się śpieszy, zawsze się coś obsuwa, zawsze trzeba czekać. Zdarza się, że podczas naszej wizyty Pani Doktor wypełnia karty innych pacjentów. Dlatego, gdy coś się dzieje jedziemy prywatnie. Zawsze mam obawy, że zalatany personel naszej przychodni coś przeoczy. 

czwartek, 20 lutego 2014

Pierwsza gorączka i dziwne zachowania...

Fifi ostatnio zachowuje się dziwnie.
Nie mam innego określenia na to, co on wyczynia.
Ogółem jest wesoły i na pierwszy rzut oka nic mu nie dolega, ale jak posiedzieć z nim dłużej, to można się zacząć niepokoić.
Niby biega, niby się bawi, ale już pierwszą innością jest to, że potrafi się zatrzymać na dłużej przy zabawce.
Niby fajnie, ale nigdy tak nie robił. Bawi się, bawi, potem się zawiesza i siedzi.
Na kolanach to samo. Siedzi spokojnie, przytula się, pojękuje w swoim języku.
Słodkie, ale też na taką skalę nigdy tego nie robił.
 
 
 
Kolejną sprawą, która mnie zaniepokoiła, to powrót do dwóch drzemek.
Od poniedziałku Fi już koło 10 pada mi na rękach nieprzytomny. I to naprawdę, przytula się i zasypia.
Po drzemce jest troszkę radosny i chętny do zabawy, a potem znów zawieszanie się, marudzenie, wtulanie. Ale spać się nie da sam położyć. 
Wałkonimy się tak do 15-16 i jakoś znów zasypia mi na rękach.
W sumie w dwóch drzemkach nie byłoby nic nadzwyczajnego, nie był jeszcze gotowy na jedną i wrócił do nawyku, ale niepokoi mnie ta markotność i przytulactwo.
Do przytulactwa dochodzi jeszcze maminsyństwo.
Łazi za mną jak pies po mieszkaniu, a jak gdzieś nie nadąża, to siada i płacze.
Wieczorem, jak M. chce go troszkę zabrać, a co za tym idzie, troszkę mnie odciążyć, też nie ma lekko, bo Fifi z uporem dąży, żeby wleźć mi na kolana.
 
 
Do tego mamy problem z karmieniem dziecięcia.
O kolacji już pisałam choć wczoraj nawet udało nam się go nakłonić do paru łyżeczek kaszki.
A inne posiłki, to istna ruletka.
Na przykład dziś zjadł całą miskę zupy, a wczoraj wzgardził.
Ze śniadaniami jest to samo.

No i co jeszcze?
A no dziś Fi dostał gorączki.
Niewielkiej, ale dla nas pierwszej w życiu więc troszkę się przejęłam.
Od razu dałam syropek przeciwgorączkowy i gorączka spadła, ale za to Fi zaczął się pocić.
Tak na mój chłopski rozum, to wszystko przez ząbki, ale jak dalej będzie się tak zachowywał, to zadzwonię do naszej pediatry, tak dla spokoju.

Noce też mamy różne.
Wczoraj Filip zrobił mi niespodziankę, bo obudził się tylko dwa razy na karmienie i mogłam się wyspać mimo nieobecności Taty Filipa, który zajmuje się dzieckiem, jak Matka chce dospać.
A dziś już tak różowo nie było.
Pobudka co godzinę i nie ma przeproś, po 6 na nogi.

W łóżeczku Fifi też wyczynia akrobacje. Przekręca się głową w nogi łóżka.
Na początku poprawiałam go i układałam na poduszkę, ale on zaraz wracał do poprzedniego ułożenia więc zaprzestałam tego.
Nakrywanie go kocykiem też jest bez sensu, bo zaraz zaczyna się wiercić, żeby się odkryć.


Pewnie dziwnych zachowań Filipa jeszcze całą masę pominęłam, ale z grubsza, te najbardziej zwróciły moją uwagę.
Przyczyny takiego fiksum upatruję trzy.
Po pierwsze ząbki. Górne jedynki dają się we znaki, ma tak rozorane dziąsło, że każdego by to męczyło. A do tego widzę punkciki w miejscach pozostałych trzech dwójek. Ciężko mi teraz ocenić co tam się wyżyna, bo znów nie daje sobie dotknąć buzi.
Po drugie przeziębienie. Ale to akurat mało prawdopodobne, bo nie ma innych objawów. Tylko trze nosek i łzawią mu oczka.
Po trzecie skok rozwojowy. Zaczynam w nie wierzyć. Według rozpiski dostępnej w internecie, akurat weszliśmy w początek okresu z chmurką. Może i w tym coś jest.
Ja, w każdym razie, nieco pobłażliwie patrzę teraz na mojego syna, bo nie ma wątpliwości, że coś mu dolega, tylko ja jeszcze nie wiem co.

środa, 19 lutego 2014

Kolacjowe SOS...

Moi drodzy, jak już Wam pisałam, udaje nam się w końcu wprowadzać stały plan posiłków w ciągu dnia.
Z tym jedzeniem bywa różnie, ostatnio gorzej, ostatnio Fi woli mleko, ale je tyle ile chce i więcej w niego nie wciskamy.
Troszkę to uciążliwe, ale zawsze coś zje, poprawi piersią i jakoś w dzień dajemy radę.
Jedynym problemem są te nieszczęsne kolacje.
Fi nie chce jeść kolacji i już.
Wcale nie chce ich jeść.
Jeszcze jakiś czas temu potrafił zjeść całą miskę kaszki i potem nawet nie zapychać się piersią, tylko łyknąć dwa razy i luli. Spał wtedy nawet do 1, budził się zjadł i znów się budził koło 5. No cudo.
A teraz, jak zje trzy łyżeczki to dobrze.
Próbowaliśmy wszystkiego, różne menu, głupie miny, olewanie.
Nic to nie daje.
Stajemy z M. na głowie, a on się zawiesza i udaje, że nas nie widzi.
Jak już mu się znudzi gapienie w przestrzeń i ma dość wiszącej mu przed paszczą łyżeczki zaczyna się lament i wtulanie się upacianą buźką we mnie albo męża.
Normalnie bym odpuściła, ale po samej piersi mam pobudki potem co 1,5-2 godziny. I tak całą noc. Na dłuższą metę jest to uciążliwe.
A druga sprawa, że troszkę chciałabym ograniczać karmienie piersią.
Nie to, że całkiem, ale jak już pisałam nie raz, karmię jedną piersią i różnica między obiema jest bardzo znaczna. Przyznam, że troszkę mi to przeszkadza. Chciałam choć troszeczkę odciążyć tą jedną biedną pierś, bo czasem mam wrażenie, że ona mi odpadnie zwyczajnie.
Ostatnio Fifi ząbkuje intensywnie i bardziej woli mleczko od stałych posiłków, do tego karmienie co 1,5 godziny w nocy. Męczy mnie to.
No i boję się, jak z tym karmieniem będzie, jeśli zdecydowalibyśmy się powiększyć jeszcze rodzinę.
No, ale wracając do kolacji.
Może macie jakieś pomysły co z tym fantem zrobić?
Będę wdzięczna za każdą poradę albo sugestię, bo już nie wiem co z tym Filipem zrobić.
On już, jak mnie widzi z miseczką, przybiera kamienną twarz i zaciska paszczkę. 
O co tej dziecinie chodzi?

wtorek, 18 lutego 2014

Cotygodniowy Portret Dziecka: 7/52.

Miałam w tym tygodniu umieścić tu inne zdjęcie. Z wesołym Filipem bawiącym się misiem.
Ale, że tydzień minął nam pod znakiem problemów z karmieniem, to nie pozostaje mi nic innego, jak umieścić takie zdjęcie.


Fifi nieszczęśliwy, bo każą mu jeść śniadanie.

piątek, 14 lutego 2014

MAM Soft, smoczek na ząbkowanie.

O smoczkach MAM już pisałam.
Nic dziwnego, bo towarzyszą nam od drugiego dnia życia Filipka.
Wtedy to, wbrew zaleceniom różnych mądrzejszych ludzi, skorzystałam z rady naszej położnej i dałam Fifulowi smoczek.
To był ten smoczek:

Pierwszy smoczek Fifulinki, który dostaliśmy od położnej na szkole rodzenia i, który został z nami na długo.
A przynajmniej do końca drugiego miesiąca życia.
Później były kolejne smoczki tej firmy, aż do smoczków z serii 6+.
Tym razem w nasze łapki trafił smoczek MAM Soft.
Sam smoczek budowę ma taką samą jak poprzednie nasze smoczki, o których pisałam tutaj.
Ma ortodontyczny kształt, idealnie dopasowany jest do faz rozwoju żuchwy dziecka i jest wykonany z delikatnego i miękkiego silikonu.
Wszystko to zapewnia idealne ułożenie smoczka w buzi, smok nie wypada, bo trzyma się tam gdzie powinien i nie przeszkadza dziecku.

Tutaj, tak samo, jak w poprzednich smoczkach, nie ma kółka przy tarczce, co nadal uważam za zaletę.


A co różni smoczek MAM Soft od pozostałych?
Ano, tarczka ma inny kształt, a jej brzeg wykonany jest z miękkiego materiału, który nadaje się do żucia.
Oczywiście Filip i poprzednie smoczki żuł i gryzł z każdej strony, ale widać, że miętoszenie tego smoka przynosi mu większą ulgę.
Ząbkowanie, to czas kiedy dziąsła swędzą i bardzo dokuczają, dziecko cały czas pcha coś do buzi i, gdy jest to zbyt twarde może dodatkowo podrażnić sobie i tak bolące miejsca.
Połączenie smoka z gryzakiem uważam za dobry pomysł.
Zwłaszcza teraz, gdy Filipkowi wychodzą wszystkie ząbki hurtowo, smoczek Soft wygrywa z innymi smokami. Gdy Maluch śpi, smok spełnia klasyczną rolę, a gdy się obudzi i dziąsełka doskwierają, może sobie go pogryźć.
Dla mnie na tą chwilę, to najlepsze rozwiązanie.
Takie dwa w jednym.



czwartek, 13 lutego 2014

Rewolucje part two...

Filipowe rewolucje nastąpiły nie tylko na polu spaniowo-zębowym.
Staramy się również wprowadzić w miarę regularne posiłki.
Jak nam to wyjdzie, to się okaże.
Na razie wygląda to tak:
Śniadanko: koło godziny 8, jakiś twarożek albo jogurcik, czasem owocki z kaszką. Jemy sobie na fotelu albo na kolanach i zazwyczaj Filip zjada tylko połowę porcji.
II śniadanko: koło 10.30-11. Dokańczamy to co zostaje ze śniadanka i czasem jakiś malutki serek. Jemy metodą na ganianego.
Obiadek: koło 13.30-14, w zależności od tego ile Fifi śpi. Obiadek albo zupka, słoiczkowe albo gotowane, jak nam się chce. Zazwyczaj udaje się zjeść w foteliku, ale czasem dojadamy na podłodze.
Deserek: koło 16.30-17, owocki albo jogurcik, w zależności od tego co było na śniadanie.
Kolacja: koło 19.30. Kaszka. Tutaj to już panuje wolna amerykanka, bo Filip zdecydowanie nie lubi jeść kolacji, ale różnymi sposobami nam się udaje. Albo się udaje średnio. Przyznam, że ostatni brak mi inwencji.
Oczywiście między posiłkami Fifi dostaje picie i cycusia na tak zwane żądanie. Staram się mu troszkę to ograniczyć, ale czasem się nie da. Wspina się na mnie, krzyczy i zazwyczaj ustępuję.
W nocy też Filipek robi ze mną co chce, i jak ma ochotę jeść, to je.
 Tak  to mniej więcej u nas wygląda.

No i ruchliwe nam się dziecko zrobiło.
Zwiedza całe mieszkanie, przy wszystkim staje, Matkę o zawał przyprawia.
I mówi.
Już nie tylko sławetne: "baba, baba"
Teraz Filip z uporem powtarza "tata, tata" i łamie tym Matce serce.
A Tacie Filipa, jak pierwszy raz to usłyszał, aż się oczy zaszkliły.
Bo oni we dwóch, to taki zgrany duet. Wiadomo, że taki maminy synek, jak mu smutno i źle to pędzi do Mamusi, ale do zabawy idealny jest Tatuś. Jak tylko Tata wraca z pracy, to Filip pędzi przez całe mieszkanie, nawet nie da Tacie butów zdjąć.
Takie to moje dwa ancymony;)


środa, 12 lutego 2014

Rewolucje...

W Królestwie Filipa ostatnio rewolucja na każdym froncie.
Zęby wychodzą hurtowo. Teraz jest chwilka oddechu, ale spod dziąsełek wystają kolejne dwa więc będzie wesoło.
Do tego Fifi od weekendu śpi tylko raz dziennie.
Na początku myślałam, że to tylko weekendowe zmiany, ale mijają dni a Filip zasypia na drzemkę po 11 i śpi coraz dłużej. Wczoraj spał prawie trzy godziny. 
Wieczorkiem jest marudny, przysypia mi na rękach, nie chce jeść kolacji, ale tylko zabieram go do rozebranie coś w niego wstępuje i biega z gołym tyłkiem po domu.
Ale z zaśnięciem też problemu nie ma.
I potem też nawet śpi. Spokojnie możemy wieczorki spędzać razem.
Tylko mamy nowy problem.
Filip zachowuje się jakby lunatykował.
Wierci się, przewraca, nawet siada i siedzi, przewraca się i śpi dalej. Na tyle mocno, że mogę go spokojnie przyłożyć i śpi dalej. I tak gdzieś do północy.
Potem zaczynają się cyrki.
Filip chce do nas do łóżka, wstaje i patrzy tak, że nie mam sumienia go zostawić.
Ale, jak na początku pomagało nam to się wyspać, teraz jest odwrotnie. 
Fifi urządza takie akrobacje. I to wszystko przez sen. Przekręca się, kopie, siada, próbuje włazić na oparcie łóżka. A ja mam już dość. 
Jeszcze parę dni temu rozwiązaniem było mleczko, teraz oczywiście nie pogardzi cycusiem, ale dalej robi to samo. Już sama nie wiem co robić.
Na razie czekam, bo może po wprowadzeniu jednej drzemki i noce się w końcu unormują.
Mam nadzieję, bo jestem już wykończona.
Dziś w nocy z bezsilności się popłakałam, bo to już nawet nie jest wkurzenie tylko bezsilność.


Dni nie są takie najgorsze.
Przyznam, że nawet bardziej pasuje mi ta jedna dłuższa drzemka.
Bardziej skorzystam z wolności niż wcześniej. Zdążę zrobić wszystko co mam zrobić w domu i czasem ugram troszkę czasu dla siebie.
Nawet Filip, mimo takich nocy, w dzień nie jest uciążliwy. Jedyne co mi przeszkadza, to jego wieczne wspinanie się na wszystko. Ciągle mam przed oczami Filipa lecącego do tyłu na główkę. Dlatego staram się go mieć na oku, co utrudnia mi czynności porządkowo - domowe.
W ogóle, taki się kochany zrobił. Przytula się, biegnie na powitanie, krzyczy żeby zawołać.
Sama słodycz.

A ja?
Ja mam już nadzieję na wiosnę.
Jak w końcu przyjdzie, to i mi będzie łatwiej się z domu ruszyć, czy z Filipem, czy nawet bez.
W wiośnie widzę szansę na swój powrót do ludzi.
Teraz też nie narzekam, ale brak mi troszkę chwil bez Filipa.
Może nie powinnam tego pisać, ale jak teraz nie przyzwyczaję się do zostawiania go z kimś, to potem będzie tylko gorzej.
 A jak na razie pogoda ponura. Kiedyś taką lubiłam. Czy to w domu czy w pracy, zawsze fajnie się siedziało, jak na dworze siąpił deszcz.
Teraz taka pogoda mnie dołuje. 
Przekreśla moje szanse na wyjście na spacer czy na zakupy.
Gdybyśmy chociaż we trójkę mogli posiedzieć, ale Tata Filipa niestety pracy ma coraz więcej i mniej go bywa w domu.
Ech.
Byle do wiosny.

wtorek, 11 lutego 2014

Cotygodniowy Portret Dziecka: 6/52.

W tym tygodniu ciężko było mi się zdecydować na zdjęcie.
Mam masę fajnych fotek, ale żeby podpiąć je pod typowy portret, to nie powiedziałabym.
Dlatego wybrałam może nie najlepsze, ale idealnie obrazujące pod jakim znakiem minął nam tydzień.
Pod znakiem zębów, ślinienia się i wydawania dziwnych dźwięków buzią.


Co do ząbków, to mamy już cztery: trzy na dole i jeden na górze. Dwa kolejne w drodze, a według kalendarza, powinny wyjść jeszcze dwa. Jesteśmy więc w oku ząbkowego cyklonu. 
Momentami wesoło nie jest, ale dajemy radę.

poniedziałek, 10 lutego 2014

Wyjątkowe chwile...

Mam takie chwile w ciągu dnia, które kocham szczególnie.
Chwile spokoju i ciszy.
I nie są to chwile, kiedy Fifi śpi, wcale nie.
Są to chwile, w których mój synek zatrzymuje się na troszkę w tym swoim wiecznym biegu.
Uspokaja się, wycisza i zasiada u mnie na kolanach.
Siedzi i się przytula. 
Albo tak całościowo, całym sobą, całym malutkim ciałkiem wtula się tak mocno, jakby chciał z powrotem się schować do mojego wnętrza.
Albo delikatnie przytula swój policzek do mojego policzka i zamiera w bezruchu.
I tak sobie siedzimy.
To taka nasza chwila wytchnienia w zaganianym dniu.
Wtedy wiem, że ten mój malutki Borsuczek jest mój. Calutki mój. I on wie, że ja jestem jego.
Te chwile kocham szczególnie.

piątek, 7 lutego 2014

Blog Roku...

Blog Roku.
Nie, ja nie biorę udziału.
I nie, nie dlatego, że coś mi w tym konkursie nie pasuje.
Pasuje, jak najbardziej. 
W swoich ulubionych blogach mam kilka, które odkryłam właśnie dzięki temu konkursowi jeszcze zanim sama pomyślałam o tym, że kiedyś będę blogerką.
Bo chyba jestem blogerką. Prawda?

Ale do tematu.
Mąż mnie namawiał, a ja się zaparłam.
Ze zwykłego tchórzostwa.
Bałam się krytyki, że gdzie taka i owaka się pcha.
Bałam się, że nikt na mnie nie zagłosuje i będzie mi przykro, a wierzcie mi, ja bardzo przeżywam niepowodzenia i przykrości. Zwyczajne chciałam sobie tego oszczędzić.
A jakby, na nieszczęście, coś się udało, jakby się zaplątała jakaś popularność, to jak ja, szara myszka, by sobie z tym poradziła.
Bo ja jak ognia boję się wystąpień publicznych.
Wiecie, że moja rodzina, oprócz męża oczywiście, nic nie wie o tym, że prowadzę bloga.
Nie kryję się z tym specjalnie, ale też nie chwalę się.
Teraz troszeczkę to moje blogowe życie przenosie się do tak zwanego reala, taka kolej  rzeczy i tego też się trochę boję. Ot taka strachliwa jestem.
I właśnie z tego strachu nie zgłosiłam się do Bloga Roku.

Sama, jak na razie, zagłosowałam na dwa blogi. 
Nie będę ich tutaj reklamować, może jak zdobędą wyróżnienia to się pochwalę, że to ja się przyczyniłam.
Obydwa lubię, czytam i oglądam.
Myślę, że jeszcze parę blogów do mojej listy dołączy, ale nie będzie to efektem namawiania mnie na głosowanie, tylko mojego świadomego wyboru. Impulsu: ten jest fajny, zagłosuję.
U mnie tak to działa.
Ale znów wracając do tematu.
Nie biorę udziału i teraz się z tego cieszę.
Chociaż przyznam, że jak ruszył drugi etap, to było mi żal.
Już nie jest.
Dlaczego, to pewnie wiecie sami.
Ale zabawa mi się podoba, bo naprawdę można znaleźć fajne blogi, o których wcześniej nie słyszałam.
Dlatego co jakiś czas przeglądam listę i zaglądam to tu, to tam.
Za wszystkich biorących udział trzymam kciuki i życzę miłej zabawy bez niepotrzebnych nerwów.
Bo to miała być zabawa, a nie przepychanki.
 Pamiętajcie o tym.

czwartek, 6 lutego 2014

9 miesięcy... A jak to się zaczęło?

No i stało się.
Fifulec siedzi na zewnątrz tyle samo, co siedział w brzuszku.
We wtorek stuknęło naszemu synkowi równe 9 miesięcy.
Nie będę się tu rozpisywała o tym, co umie, a czego nie, bo ciężko mi się połapać w tych jego umiejętnościach. Cały czas mnie czymś zaskakuje i zadziwia. Rozwija się z prędkością światła.
Dziś napiszę jedno, a jutro już to będzie nieaktualne, bo nauczy się czegoś nowego, bardziej spektakularnego;)
Dziś chcę sobie przypomnieć dzień, w którym spadła na nas wiadomość, że rodzina nam się powiększy.
To miał być ostatni raz, kiedy to próbowaliśmy potomka sprowadzić na ten świat polubownie. Jakby nic z tego nie wyszło, mieliśmy się decydować na bardziej stanowcze działania.
Jak widać, nie trzeba było;)
Nawet nie doczekałam do terminu spodziewanej miesiączki, nie wytrzymałam.
Może normalnie bym się wstrzymała, ale akurat 18 sierpnie 2012 roku obchodziłam urodziny. 
Okrągłe urodziny, takie co zmieniają cyferkę na początku i wprawiają w przygnębienie.
Mój podły humor potęgował jeszcze fakt, że większość zaproszonych znajomych była w rozjazdach i z planowanej hucznej imprezy została posiadówka z garstką znajomych.
Podszykowane wszystko miałam dzień wcześniej, więc w wielki dzień pospaliśmy dłużej, potem pochodziliśmy w piżamkach tak do 11 i coś mnie naszło.
Test ciążowy od dłuższego czasu zawsze jakiś zapasowy w szafce leżał.
Pomyślałam, co mi szkodzi.
I co?
I wyszła bledziuchna kreseczka, taka ledwo widoczna, że prawie niezauważalna.
Zawołałam męża, a ten spojrzał i wyszedł;)
A ja zostałam sama w łazience.
Tak zwyczajnie.
Małżonek wrócił blady i wręczył mi dwa kolejne testy, każdy inny.
I co?
I znów to samo.
I na jednym i na drugim;)
Wtedy to dopiero zaczęła się impreza.
Zamiast świętowania moich urodzin, M. z kolegami raczyli się wódeczką w innej intencji, a ja z wrażenia i tak padłam przed północą.
Ponieważ to była sobota, musiałam z badaniami krwi poczekać do poniedziałku, ale w poniedziałek bladym świtem pojechałam do laboratorium.
W pracy siedziałam jak na szpilkach, co chwila sprawdzając czy są już wyniki. 
Jak przyszły, wszystko już było jasne.
Będziemy rodzicami.
Tak bardzo chciałam od razu każdemu powiedzieć, ale się bałam, że zapeszę.
Jak widać nie zapeszyłam.
Pamiętam, że tego dnia był straszny upał. I tylko tyle, bo potem długi czas wyleciał mi z pamięci.
W prezencie na 30. urodziny dostałam pozytywny test ciążowy, na Mikołajki dowiedziałam się, że będziemy mieli synka, a dwa dni po 4. rocznicy ślubu urodził się Filip.
Tak to było półtora roku temu, a teraz Fifi skończył 9 miesięcy.
Te osiemnaście miesięcy zmieniło wszystko w naszym życiu.
Ustawiło nas w miejscu, w którym powinniśmy być.
Teraz jest dobrze.
Czasem zapominam, jak to było przedtem.

PS. W tym miejscu, chciałabym się pochwalić zdjęciem pozytywnego testu, ale zwyczajnie go nie mam.
Miałam długi czas, ale gdy nasz przeuroczy sąsiad po raz setny zalał mi łazienkę, wyrzucając wszystko z szafki, zgarnęłam i testy. No i niestety wyrzuciłam;)
Trudno. Może za jakiś czas będzie następny;)
 A póki co mamy zdjęcie Filipa 9 miesięcy temu:
 

środa, 5 lutego 2014

Serduszkowe LOVE - wyniki.

Dobiegło do końca nasze pierwsze w historii Serduszkowe LOVE.
Ilość chętnych zaskoczyła nas wszystkich bardzo.
To miłe, bo znaczy, że nasze serduszka się wam spodobały.


Losy przygotowane i do dzieła.


Filipiasty poradził sobie znakomicie i tak wybraliśmy dwie osoby.
Serduszka trafiają do:
Karoliny Lewandowskiej - Mamy Kubusia (zaznaczam, bo były dwie chętne o tym samym imieniu i nazwisku)
oraz
Moniki Dzięgielowskiej

Ponieważ chętnych było sporo, Tata Filipa wpadł na pomysł wylosowania jeszcze jednej osoby, która zostanie obdarowana nagrodą.
I w ten sposób jeszcze jeden zestaw serduszek trafi do:
Grzegorza Jastrzębskiego

Całą trójkę proszę o podanie mi adresu do wysyłki bądź na maila (filipiamama@op.pl) bądź na FB oraz wybór serduszek, które chcieliby otrzymać.
Może się zdarzy tak, że wszystkie trzy wylosowane osoby dostaną serduszka takie, jakie chcę;)
W razie nie otrzymania wiadomości z adresem do niedzieli wieczorem (9.02.2014), wylosuję kolejnego zwycięzcę.
Wszystkim serdecznie gratuluję.


PS. Jakby ktoś był zainteresowany, wrzuciłam inne serduszka na aukcję. Zapraszam.

wtorek, 4 lutego 2014

Cotygodniowy Portret Dziecka: 5/52

Troszkę się wahałam czy, jako portret na ten tydzień, umieszczać to zdjęcie.
Nie widać na nim buźki Filipa.
Ale za to widać, jaki jest duży.


O tym, że Filip bardzo lubi oglądać telewizję, chyba już pisałam.
Najbardziej reklamy.
Ostatnio, jak coś mu się wyjątkowo spodoba, musi to obejrzeć z bliska.
Chyba ta reklama przypadła mu do gustu;)

poniedziałek, 3 lutego 2014

Weekendowy misz masz...

I kolejny weekend za nami.
Jak szybko leci ten czas. Wydaje mi się, że wczoraj pisałam podsumowanie poprzedniego weekendu.
Mam wrażenie, że pierwsze pół roku życia Filipa, wlekło się, jak kluski z olejem, a teraz czas zapiernicza z prędkością światła.
Jeszcze niedawno były święta, a już początek lutego.
Jeszcze niedawno Fifi kończył 6 miesięcy, a we wtorek już 9 mu stuknie.
Chyba się skuszę na kolejny odcisk nóżki, bo mamy już dwa: jak miał 3 miesiące i jak miał 6 miesięcy. Idąc tym tropem, na 9 miesięcy też się należy.

A jak nam minął weekend?
Troszkę spokojnie i troszkę z atrakcjami;)
W sobotę jak zwykle basen. Po średnio udanej nocy i pobudce o 5.30, Filip nam w wodzie zasypiał.
Potem spał  jak zabity, a rodzice postanowili wypróbować przepis na babkę ziemniaczaną.
Tatuś tarł ziemniaczki, a Mamusia kroiła, zasmażała, doprawiała, mieszała.
Wyszło dziwne, Tatusiowi smakowało, Mamusia się zapchała, ale na drugi dzień spróbowaliśmy z sosem pieczarkowym i, jakby to powiedzieć, dla mnie bomba.
Coś takiego jedliśmy pierwszy raz, ale już wiemy, że w naszej kuchni będzie się pojawiać regularnie.

A w niedzielę mieliśmy niespodziewanych gości.
Odwiedził nas Dziadek Filipa czyli mój tata.
Bardzo mnie to zaskoczyło, bo od czasu naszego ślubu był u nas dwa razy (w tym roku będziemy mieli 5. rocznicę). Pierwszy raz w ostatnią środę.
Miło mi się zrobiło, bo ile można wozić mu Filipa na okazanie, czasem mógłby i on nas odwiedzić.
Przyjechał, pokazał swojej towarzyszce mieszkanie, wypili kawkę i herbatkę, pozachwycali się Filipem i pojechali. Byli u nas tylko przy okazji innych odwiedzin, ale właśnie takie wizyty są najlepsze. Krótkie.

Ponieważ zawsze mam problem z pomysłami na obiad, to przy okazji zakupów wymęczyłam M. co miałby ochotę zjeść w poniedziałek.
Fasolkę po bretońsku.
Miał zakupić fasolę i namoczyć w dużym garnku. Takim naprawdę dużym.
I namoczył.
Jak zajrzałam, to fasolka już z niego wychodziła.
Nie mam pojęcia, jak ja tą fasolkę ugotuję. Chyba na raty. A potem będziemy jeść przez miesiąc.
Bardzo często gotuję coś z zapasem, żeby na przykład zamrozić, ale tym razem zapas będzie przeogromny.
Ma ten mój małżonek rozmach, nie ma co;)

Zapomniałam jeszcze pochwalić niedzielny poranek.
Pospałam do 9.30.
Tym razem wyrzuty sumienia były maciupkie. Spanie po 4 godziny na dobę zrobiło swoje i zadziałał instynkt samozachowawczy. Musiałam odespać, bo zaryłabym zębami w podłogę przy próbie wstania.
Na szczęście moje chłopaki mi to umożliwiły;)

A Filip?
Filip popada ze skrajności w skrajność. 
Najbardziej zaskakują mnie jego histerie przed drugą drzemką. Ledwo już na oczki widzi, a wyrywa mi się, chce uciekać, kopie i drze się jak opętany. Nie wiem co temu dziecku jest i czego chce, ale w końcu pada i śpi jak zabity. Ale ile się wcześniej oszarpiemy, to nasze.
Za to zaczął jeść lepiej. Idzie i śniadanko, i obiadek, i kolacyjka. Troszkę trzeba czasem pokombinować sposobem, ale ostatnie dwa dni tak podjadł kolacyjkę, że obudził się na jedzonko dopiero o 1. To u niego absolutny sukces.
Mam nadzieję, że to nie jest chwilowe, bo podoba mi się ten model jedzenia.
Tak więc przez weekend pointegrowałam się ze swoją rodziną, bo i tata nas odwiedził i siostra powisiała na telefonie. Mam nadzieję, że taki stan rzeczy pozostanie na dłużej, bo z rodziną męża ostatnio nie najlepiej.
Postanowiliśmy z M., że chcemy troszkę więcej czasu spędzać tylko we troje i im się to nie do końca podoba, no i obwiniają o to mnie.
Ale chyba takie jest życie. Jak z jednej strony jest lepiej, to z drugiej się psuje.

Koniec weekendu.
Koniec atrakcji.
Wracamy do codzienności;)