sobota, 30 grudnia 2017

Super prosty sernik nawet dla lebiegi kulinarnej (na Sylwestra, urodziny, imieniny) - zawsze się udaje.

Nie jestem masterchefem, nie jestem nawet pół lub ćwierć masterchefem, gotuję, piekę, nawet robię przetwory. Nie popełniam strasznych kulinarnych baboli, jakoś mi to wychodzi, ale nie błyskam super potrawami, choć rodzina nigdy nie narzekała. Nie spędzam w kuchni godzin, staram się wynajdywać przepisy proste, z prostych składników, bez użycia skomplikowanych ustrojstw i takie, które wybaczają błędy i chwilowe niedopatrzenia. Może i bym się w kulinariach odnalazła, bo lubię i umiem używać przypraw, ale każdy kto ma dzieci wie, że ciężko jest wygospodarować czas na dłuższe pobyty w kuchni, że zawsze stanie się coś takiego, że mleko wykipi, budyń się przypali lub kruche ciasto się pokruszy, a takie porażki zawsze wprowadzają mnie w stan przygnębienia więc zwyczajnie staram się unikać takich sytuacji. 
W ciastach nie jestem najlepsza, ale od czasu do czasu, na przykład na urodziny dzieciaków czy w Sylwestra, trzeba coś upiec i coś podać gościom, którzy raz przyjdą, raz nie przyjdą... Jakieś trzy lata temu trafił do mnie przepis, który za każdym razem zmienia nieco swoją postać, ale idea jest jedna. Ma być prosto, szybko, bez wtop i wyględnie. Niektórzy mówią, że sernik wymaga czułości... Mój sernik wymaga chwili na przygotowanie, godziny na upieczenie i nocy na stężenie... Ostatnio zapomniałam o nim i siedział w piekarniku o 20 minut dłużej i nic mu się nie stało więc wiecie... Nic tylko stawać i działać...

Spód wersja I:
  • 125g herbatników,
  • 5 twixów (2,5 opakowania),
  • 50g masła.
Herbatniki i twixy rozkruszyć, zmiksować na proszek, dodać masła, ugnieść, wymieszać, zmiksować tak by powstało ciasto. Wyłożyć równomiernie na okrągłą formę (tortownicę), uklepać i wstawić do lodówki.

Spód wersja II:
  • 200g herbatników,
  • 120g masła,
  • 1 łyżka kakao,
  • 1 łyżka przyprawy do piernika, 
  • 1 łyżeczka cynamonu
Herbatniki rozkruszyć i zblendować na proszek. Dodać masło, kakao, przyprawę i cynamon, zmiksować i ugnieść, żeby powstała kulka ciasta (jak jest zbyt kleista, można na chwilę włożyć do lodówki). Wyłożyć równomiernie na tortownicę wysmarowaną masłem lub wyłożoną papierem, uklepać, wstawić na 10 minut do piekarnika nagrzanego do 180 stopni.

Masa sernikowa:
  • 1 kg twarogu mielonego w wiaderku,
  • 5 żółtek,
  • 2 budynie śmietankowe,
  • 2/3 szklanki cukru,
  • 0,5 szklanki oleju,
  • 2 szklanki mleka.
Wszystkie składniki wrzucamy do dużej, najlepiej wysokiej miski i miksujemy na gładką masę. Wykładamy na spód z lodówki lub podpieczony i wstawiamy do rozgrzanego do 180 stopni piekarnika. Pieczemy ok. 60 minut, ale po 20 minutach przykrywamy papierem do pieczenia. Tak jak wcześniej pisałam, ostatnio z racji innych zajęć, zdarzyło mi się o serniczku siedzącym w piekarniku zapomnieć i wyjęłam go 20 minut później. Prócz nieco bardziej rumianego wierzchu nic mu się nie stało ;) Po wyjęciu z pieca zostawiamy ciasto tak jak stoi, żeby sobie ostygło i stężało. Najlepiej na noc. Dopiero wtedy delikatnie rozpinamy go z tortownicy i wyjmujemy.

Dekoracja:
Ja idę po najcieńszej linii oporu i używam gotowej czekoladowej polewy, którą robię abstrakcyjne mazaje, które przy okazji maskują pęknięcia czy przypieczenia, które "przez przypadek" nam wyjdą. Ale można pokombinować bardziej, np. polać już pocięty sernik polewą truskawkową... Pełna dowolność, a smak uniwersalny pozwala na szaleństwa.


Nawet jak ma niedoskonałości, nierówności, odpadki przy wyjmowaniu, to mazaje na górze skutecznie odciągają uwagę, a w smaku jest delikatny, nie za słodki i miękki.

PS.
Opcjonalnie można dodać rodzynków, moja babcia tak zawsze robiła, ale moje starsze dziecko za rodzynkami nie przepada (mówi, że to robaki), a i uważać trzeba, żeby nie przesadzić z ilością, bo wtedy ciasto robi się "za ciężkie".

PS1.
Jeśli jeszcze nie macie pomysłu co podać w Sylwestra, a ten przecież już jutro, to nic straconego. Uda się na pewno, a i nie zmarnujecie czasu na siedzenie w kuchni, bo sernik robi się niemal sam.

czwartek, 21 grudnia 2017

Przygotowania do Świąt... czyli dlaczego wyrzuciłam Męża z sypialni...

Do Świąt zostało już tylko trzy dni, wszyscy szaleją, wszyscy szykują, sprzątają, planują. Ja też planuję. Nie dość że Święta, to jeszcze urodziny Zosi, które, jak co roku (takie zbieg okoliczności), przypadają na dwa dni przed Sylwestrem więc trzeba się nieco nagimnastykować, żeby je godnie obejść. Owszem, mam to szczęście, że na Wigilię uciekamy do Babci, mam to szczęście, że w Święta mogę się wcisnąć na obiad do Taty, ale okres świąteczno-noworoczny to nie tylko Wigilia i jeden dzień świąteczny, to cały, długi, a nawet przedłużony tydzień siedzenia z dziećmi w domu. Żeby było miło, przyjemnie i uroczyście, trzeba się jakoś do tego czasu przygotować i dlatego właśnie i ja wpadam w wir przygotowań. Oczywiście, na chwilę obecną jestem daleko w lesie, ale staram się jak mogę, uwijam się jak w ukropie i końca nie widać. 

Co roku przed Świętami mam dużo pracy. Nie dość, że w branży rękodzielniczej wtedy nagle coś się rusza i wszyscy sobie na raz przypominają, że fajnie by było mieć taką ręcznie wydzierganą serwetę na stole... albo bombki na choince... albo kocyk dla dziecka... Cały rok cisza, spokój, ani żywej duszy, namawiać muszę, gadżety reklamowe oferować (promotiontops.pl), a w okresie, gdy przydałoby się troszkę luzu, każdy sobie o mnie przypomina... To dodatkowo zwala się milion pięćset różnych inny propozycji, które wymagają czasu, zaangażowania i nieco skupienia, a w tym całym rozgardiaszu o to ostatnie najtrudniej. No i właśnie w tym okresie, gdy ja mam najwięcej pracy, jest też najwięcej spraw pobocznych do załatwienia. W przedszkolu jasełka... Żeby to jedne. Zosia ma warsztaty, Filip jasełka, i drugie, i trzecie... Jako że najlepiej zapamiętuje wszystkie kwestie robi za dublera dla wszystkich dzieci, którym zdarzy się zachorować, a tych troszkę jest, z racji pogody za oknami. Na szczęście nasze dzieciaki na razie zdrowe, ale i takie przypadłości zdarzają się przed Świętami, a to też nie ułatwia przygotowań. O budowie, zamawianiu materiałów przed Nowym Rokiem, kapryśnych murarzach i upierdliwych paniach z banku nawet nie będę mówić, bo kto tego nie przeżył, ten zapewne i tak nie zrozumie. Jak dobrze, że są zakupy przez internet, bo to wiele ułatwia i pozwala wiele załatwić wieczorem, z wygodnego fotela. Nie mniej jednak, okres jest gorący i nie da się tego ukryć, trzeba sobie jakoś radzić. Najlepiej jak się ma kogoś do pomocy, a z tym bywa różnie.


No i tutaj dotarłam wreszcie do sedna sprawy. Szanowny, jego słowność, obowiązkowość, bezinteresowność. Miałam się na niego nie użalać, ale przychodzi taki czas, że muszę, bo inaczej go uduszę, a tego byśmy chyba nie chcieli (choć czasem mam wrażenie, że jemu to i tak byłoby wszystko jedno). Nie powiem, że nic nie robi, bo jak mu się powtórzy 3, no może 7 razy, to po kilku dniach w końcu to zrobi. Ale do wszystkiego podchodzi z beztroską, z luzem, nie ma potrzeby porządku, nie ma potrzeby planowania. Hołduje zasadzie "jakoś to będzie, ktoś inny się zatroszczy", a niestety tym kimś zawsze, ale to zawsze jestem ja. 

Sprzątanie? To głupie, przecież wszystko można upchnąć jak leci do szaf, a tam nikt nie zagląda.
Prezenty? Przecież żona zamówi przez internet, to jakieś dojdą. A jak ona będzie ganiać po internetowych sklepach i porównywać oferty, ja sobie spędzę wieczór na pogaduszkach na FB.
Choinka? Przecież jest jeszcze czas. Ja przywiozę, a potem się ubierze. Samo!!!
Zakupy? Też jest internet... Też można posiedzieć godzinkę i dwie przy komputerze i wszystko się kupi... A że część zapomni? Ech, trudno, to nie będzie...
Gotowanie? No przecież lubi, więc w czym problem.
Ubrania na Wigilię dla dzieci? Internet!!! Helołłł!!!
Planowanie odwiedzin świątecznych i urodzinowych?? A po co planować? Jak się pójdzie albo jak ktoś przyjdzie, to będzie...
Pakowanie prezentów? Przecież wystarczy powrzucać w torebki... Chyba jakieś zostały z tamtego roku, co nie?
Takich przykładów mogłabym mnożyć, sposobów na rozwiązywanie problemów mój Szanowny Małżonek ma mnóstwo. Wszystkie oczywiście w stylu "jak jesteś śpiąca, to weź i się wyśpij". Nic tylko czerpać garściami, korzystać, a życie będzie płynęło beztrosko.

I powiem Wam, gdy już wczoraj dobiłam do momentu, że chyba wszystkie przedświąteczne zlecenia miałam już zrobione (bo poświątecznych też się nazbierało, ale to potem), zakupy online zamówione (oczywiście z zapomnieniem kilku, a może i kilkunastu rzeczy), gdy już machnęłam ręką na to, że Szanowny będzie za tym latał wtedy, kiedy najbardziej by mi się przydał przy dzieciach, sama zaczęłam się godzić z tym, że o dekoracjach zabójczych mogę zapomnieć, a z dań będziemy mieli to, co nam łaskawie rodzina podaruje, ważne, żeby było miło, wtedy, o prawie 24 usłyszałam zdanie:
- Zapomniałaś o zaproszeniach na Zosi urodziny... Jutro trzeba je koniecznie zanieść do przedszkola. 
I coś we mnie pękło.

O nie mój drogi, dość tego!!! Ja się muszę wyspać, ja mam dość latania z językiem na brodzie, ja mam dość myślenia o wszystkim, a jak coś jest nie zrobione, to JA zapomniałam. W najlepszym wypadku MY, jak sławetna cytryna, którą to MY zapomnieliśmy kupić. Myślenie nie boli, dom, dzieci i praca nie polegają tylko na wykonywaniu poleceń kogoś wyżej, czasem trzeba wziąć inicjatywę w swoje ręce, bo Święta mamy MY, a nie TY!!! MY urządzamy Zosi urodziny, a nie JA, MY mamy wolne, nie tylko TY!!!

Ja wiem, że chłopy tak mają. Zapewne są na świecie gorsze przypadki niż mój. Zapewne są też i lepsze, kiedyś coś o takim słyszałam, ale słyszałam też o Yeti więc różnie z tym być może. Ja zazwyczaj staram się tłumaczyć, mówić, powtarzać, o co mi chodzi. Zazwyczaj daje to marne efekty, ale czasem jednak coś daje więc warto. Niemniej jednak, raz na jakiś czas muszę coś z tym zrobić, żeby samej z sobą poczuć się lepiej. Ja dziś napisałam ten  tekst, żeby to z siebie wyrzucić... i wyekspediowałam Męża spać na kanapę. To tak, żeby poczuł, że skoro rozdzielamy moje/twoje, to w sypialni JA sprzątam, JA zmieniam pościel i JA decyduję... A jak taki przekaz nie dotrze, to przynajmniej się wyśpię i odpocznę bez przeszkadzającego mi chrapania ;) A teraz mogę spokojnie wracać do strzępienia sobie języka po próżnicy... Może tym razem doczekam się śledzia nie z marketu ;)

A wy jakie macie sposoby na odreagowanie nadmiaru obowiązków i mężowej beztroski??? A może jesteście takimi szczęściarami, które nie mają takiego problemu? Podpowiedzcie zatem, skąd wytrzaskałyście takie wyjątkowe jednostki, może ja też się tam przejdę i wymienię mój stary model akurat na Gwiazdkę ;)

PS. Przy powstawaniu tego artykułu nie ucierpiał żaden mąż. Mój też nie. Wbrew pozorom wyspał się lepiej, bo go nie dźgałam pod żebra za chrapanie, a dzieciarnia przyszła rano mnie atakować w sypialni nie domyślając się, że Tatuś zalega w salonie. Może dzięki temu wypoczął i odzyskał jasność umysłu, która nakaże mu wysłuchać w końcu tego, co mam do powiedzenia ;)

środa, 20 grudnia 2017

Wystarczy chcieć... czyli zmiany na lepsze, jak się za nie zabrać?

W marcu tego roku, wraz z nastaniem wiosny coś we mnie pękło, coś przeskoczyło, coś mnie ubodło tak bardzo, że postanowiłam coś zrobić, coś zmienić, jakoś zapanować nad tym co się ze mną dzieje. Nie będę ukrywała, że największy wpływ na moje nienajlepsze samopoczucie była ciągle rosnąca waga, a co za tym idzie pomniejszający się mój komfort psychiczny. Codzienne ubieranie się polegało już nie na poszukiwaniu ładnych ubrań, a na poszukiwaniu ubrań, w których ja będę znośnie wyglądała. Zawsze miałam kompleksy, ale teraz zaczęły narastać coraz bardziej, a razem z nimi zmniejszała się moja chęć do pokazywania się wśród ludzi. A przecież przyszła wiosna, czas radości, zrzucania tony ciuchów, tak być nie mogło, trzeba było podjąć jakieś kroki.

Poczytałam, poradziłam się, przeanalizowałam wszystko i zabrałam się za siebie. 
Dwie rzeczy wydały mi się wtedy najistotniejsze i najważniejsze. 

Po pierwsze dieta. 
Odstawiłam niemal całkowicie cukier, zróżnicowałam posiłki, starałam się je zbilansować, urozmaicić tak, żeby było smacznie, ciekawie i prosto. Ustawiłam jedzenie tak, żeby jeść niewielkie ilości, a często. Do pracy woziłam ze sobą pudełeczka z obiadem, jogurty, kefirki, owoce. Ziemniaki zamieniłam na kaszę (choć z kartofelków całkiem chyba nie potrafiłabym zrezygnować), białe pieczywo na ciemne, pełnoziarniste, ale w mniejszych porcjach. Od czasu do czasu pozwalałam sobie na gałkę lodów na spacerze z dziećmi. Odstawiłam wszystkie słodkie napoje (coca-cola dozwolona tylko w kinie i to na spółkę z Szanownym, a dodam, że do kina chodzimy raz na pół roku), za to piłam dużo, dużo, dużo wody. Zawsze miałam pod ręką butelkę, a czasem nawet dwie.


Po drugie, aktywność.
Na początek postawiłam na długie spacery. Czasami bardzo długie i po terenach nie do końca należących do łatwych. Dołożyłam do tego ćwiczenia na steperze, a potem basen. W lecie przełamałam się w sobie i zaczęłam biegać (nie ukrywam, że katalizatorem była rodzina, która dała mi w kość i musiałam się jakoś wyżyć, a potem już jakoś poszło). Najpierw marszo-biegi, takie trzykilometrowe, potem dłuższe. Z czasem wydłużałam bieg, a skracałam marsz. Krótkie spodenki zamieniłam na "fachowe" legginsy, a koszulkę na termoaktywny t-shirt (teraz mam już niemal pełną garderobę biegacza, nawet w najtrudniejszych warunkach). 

Bieganie weszło mi w nawyk, zmiana żywienia też jakoś się zakorzeniła, przez ten czas straciłam na wadze ponad 10 kg i zaczęłam się ze sobą czuć naprawdę dobrze. Wiadomo, niektóre części ciała nadal wymagały pracy (i to dużo), ale było dobrze. Wreszcie zakupy sprawiały mi przyjemność, przestałam się zamykać szczelnie w łazience, wróciła dawna pewność siebie i optymizm, a co za tym idzie chęć do działania. Ale przyszła też jesień, stresy, praca, praca, praca, na dworze zimno i nieprzyjemno, a w fotelu z pyszną czekoladą tak miło i fajnie, że nieco mi się rozleniwiło. Zauważyłam, że rzadziej ruszam tyłek na przebieżkę, że posiłki są jakoś mniej regularne i coraz częściej idę na łatwiznę rezygnując ze zdrowego rozsądku, że raz na jakiś czas pocieszam się słodyczami, które w ilości hurtowej pojawiają się w domu w okresie przedświątecznym. Czas powiedzieć dość zanim znów zrobi się za późno, zanim znów zmienię rozmiar, ale nie w tą stronę, w którą bym chciała.

Wiadomo, zimą ciężej się ruszyć, nie chce się ubierać i wychodzić, w domu ciepło, dzieci kicają po głowie. Jeść się chce więcej, bo więcej trzeba energii, żeby się przemieszczać, ogrzać, rozruszać, a co za tym idzie, coraz częściej sięgamy po łatwe, ale kaloryczne i nie do końca zdrowe "przegryzki". I dobrze, nieco można sobie odpuścić (nie za bardzo), ale jest jedna rzecz, której odpuścić sobie nie można. Woda.

O tym, że wodę należy pić uczą już dzieci w przedszkolu. Niby logiczne, ale dla kogoś, kto całe życie spędził na słodzonych napojach, jednak nie bardzo przekonywujące. Dla mnie było niepojętym, jak można pić samą wodę. Aż do czasu, gdy mocno ograniczyłam cukier w diecie. Od tej pory wszystko co mokre, z większym stężeniem cukru niż czysta woda, wydawało mi się za słodkie. Jedynie czystą wodą potrafię się napić, czystą wodę muszę mieć zawsze koło siebie, gdy za mało piję robię się ociężała, ospała, boli mnie głowa, puchną mi ręce i stopy. Woda oczyszcza organizm, przyśpiesza i poprawia przemianę materii, poprawia samopoczucie. Jedynym minusem wody jest to, że trzeba ją przynieść do domu, a gdy picie wody wejdzie w nawyk, w czteroosobowej rodzinie idzie jej bardzo dużo. W domu i w pracy, gdzie przecież też spędzamy dużo czasu. A może by tak zamiast targać zgrzewki, zadbać o to, żeby ktoś inny dostarczał nam wodę do domu czy do pracy? Kiedyś wydawało mi się, że firmy takie jak wodaaquavita.pl są przeznaczone jedynie dla dużych korporacji, gdzie tej wody idzie naprawdę duża ilość. A potem podliczyłam ilość zgrzewek, które przepijamy z Szanownym i dwójką dzieci i doszłam do wniosku, że jedna duża butla na tydzień mogłaby być na nas za mało. Ja wiem, że niektórzy uważają, że można pić wodę z kranu... Ja jakoś nie mogę się przekonać. Oglądam też już któryś z rzędu filtr do wody i też to do mnie nie przemawia. Przegotowana woda mi nie smakuje. Pozostają zgrzewki... lub właśnie duży baniaczek ;)

Ale wracając do tematu. 
Jeśli też macie poczucie, że chcecie coś zmienić w swoim trybie życia, chcecie troszkę zdrowiej, aktywniej, świadomiej, a nie wiecie od czego zacząć, to ja radzę zacząć od wody. To dobry początek i punkt wyjścia do dalszego działania. Ok. 1,5 litra czystej, niegazowanej wody dziennie, a już po trzech dniach poczujecie różnicę. Ja mam takie postanowienie na Nowy Rok - woda, równomierne, zróżnicowane posiłki i aktywność... Moje chłopaki przynoszą medale z kolejnych biegów, teraz w końcu czas na mnie ;) 


wtorek, 19 grudnia 2017

Odczarowujemy szarość... czyli wakacje first minute...

Coraz bliżej Święta, choinka, prezenty... A na dworze szaro, buro i ponuro. Klimatem nic nie przypomina, że za chwilkę spotkamy się w rodzinnym gronie, będzie ciepło i radośnie. Dzieci nudzą się w domu, co chwilkę jakiś glut, co chwilkę jakiś kaszel, przedszkolne wydarzenia wiecznie pod znakiem zapytania, poumawiane spotkania też, bo nigdy nie wiadomo, kto kiedy zachoruje, kto kiedy coś odwoła, kto kiedy pójdzie na zwolnienie. Śniegu ani widu ani słychu, choć to akurat póki co nas cieszy, bo przynajmniej raz na jakiś czas na budowie pojawiają się fachowcy, których przy śniegu pewnie bym nie uświadczyła wcale. Chyba wszyscy popadli w jakiś marazm, bo załatwienie nawet najprostszej sprawy przeciąga się w nieskończoność i nastręcza wiele trudności. No cóż, taki okres, przełom zimy i jesieni. Dobrze, że są te Święta, bo depresja murowana. Choć może gdyby nie Święta, to wszyscy nadal by trwali w pędzie i nie popadaliby w taką pracową apatię. Kto wie...

Zima, zimą, Święta, Świętami, ale trzeba sobie jakoś radzić. Część znajomych wybiera wczasy zamiast siedzenia na tyłku i jedzenia karpia. My może byśmy się  wyłamali i gdzieś uciekli, ale po pierwsze jeszcze dużo nas tu trzyma, po drugie, miejsca, w których o tej porze roku byśmy się dobrze czuli są jak na razie zbyt dla nas kosztowne więc wolimy przełożyć takie wojaże na czas, gdy i taniej nas to wyniesie, a i rodzina się na nas śmiertelnie nie obrazi za opuszczenie jej w Święta. No, ale gdy znajomi wklejają zdjęcia z ciepłych krajów, nam myśli zaczynają uciekać w kierunku wakacji i tego, co będziemy wtedy robić, gdzie będziemy odpoczywać. Zaczynamy marzyć, wyobrażać sobie, zaczynamy planować.


Do tej pory zawsze stawialiśmy na tzw. "last minute" i jakoś nam to wychodziło. Kierowaliśmy się przekonaniem, że jest taniej, a i z dziećmi łatwiej sobie coś zaplanować "na ostatnią chwilę" niż pół roku wcześniej. Dla nas nawet planowanie urlopu w Zalesiu na miesiąc wcześniej wydawało się mocno na wyrost, ale okazało się, że inaczej się nie da. Ale tym razem w ofertach dostępnych "na już" nic a nic nam nie pasowało, a jak w końcu zaczęło pasować, to okazało się, że dzieciarnia nie ma paszportów i nic z wyjazdu nie wyszło. Przyszła późna jesień, a nam wypoczynek przeszedł koło nosa i zaczęło się pojawiać zniecierpliwienie i zmęczenie. Wyjechaliśmy na przedłużony weekend w nadziei, że na chwilkę uśpimy myśli o greckich wyspach, a tu jak na złość zaczął się sezon na reklamy w tv i oferty "first minute" i znów zaczęły kusić lazurowe plaże. Zaczęliśmy myśleć, zastanawiać się, dowiadywać i trach... Zdecydowaliśmy się. 

No, nie byłam przekonana, wahałam się, ale po przeanalizowaniu wszystkich za i przeciw wyszło na to, że tych "za" jest sporo i może warto zaryzykować i spróbować. Jak możecie się domyślić znów padło na jedną z greckich wysp, do tej pory nam nie znaną, chyba spokojną i taką jak lubimy najbardziej, jeszcze nie modną i nie obleganą. Przekonała mnie oferta biura, która prócz dodatkowych korzyści w cenie zawiera możliwość rezygnacji z wyjazdu lub zmiany na inną ofertę w rozsądnych granicach czasowych. Zakładamy oczywiście, że nic się nie stanie, nic nam się nie odwidzi, ale w razie co, zawsze jest jakaś możliwość manewru więc to już powoduje mój spory komfort psychiczny, a co za tym idzie, pozwala z niecierpliwością czekać na urlop. A taka ilość czasu pozwala sobie wiele rzeczy ustawić "pod wyjazd" więc możemy mieć nadzieję, że nic nas w ostatniej chwili nie zaskoczy. Możemy sobie zarezerwować miejsce na lotniskowym parkingu (https://modlinparking.pl/cennik/), możemy zarezerwować hotel, gdy lecimy rano, a do lotniska mamy, tak jak my, około 3 godzin drogi, możemy sobie ustawić pracę tak, żeby nic niespodziewanego nam nie wypadło, a my dodatkowo możemy sobie tak umówić fachowców na budowie, żeby nic nie przegapić i wszystkiego dopilnować. 
A cena? Obserwując ostatnie ceny wczasów, to na dobre last minute naprawdę ciężko trafić, zwłaszcza w miejscach idealnych dla rodzin. Zauważyłam, że rodziny z dziećmi są raczej przewidujące i miejsca naprawdę do nich dostosowane sprzedają się jak świeże bułeczki. A z biegiem czasu, gdy miejsc jest coraz mniej, ceny idą w górę. My sami czailiśmy się na ofertę tydzień później,  bo wtedy był już dostępny polski klub animacyjny, ale gdy w jeden dzień jej cena skoczyła o prawie 2000 złotych jednak zdecydowaliśmy na wylot tydzień wcześniej (zresztą ta oferta obecnie też jest już o ok. 1000 złotych droższa niż wtedy, kiedy my ją rezerwowaliśmy). Także wydaje mi się, że cena w takiej ofercie też jest dość atrakcyjna, a co najważniejsze, mamy gwarancję, że nie pójdzie w górę. Dodając do tego tylko 20% wpłaty przy rezerwacji, to chyba nie jest źle...

Pozostaje tylko problem czasu, jaki nam pozostał do wylotu. Troszkę przygnębiające jest to, że przyjdzie nam jeszcze tyle czekać na takie atrakcje, ale zawsze można sobie ten czas jakoś umilić ;) My mamy niewątpliwie taki umilacz w postaci budowy, która nie pozwala nam się nudzić. Potem będą ferie, na które też już mamy plany, a po feriach aby się obejrzeć i wiosna radosna. A milej się wygląda za okno, na tą szarość i burość, gdy wiemy, że gdzieś tam, na jednej z greckich wysp już czeka na nas miejsce. Dzieciarnia też już wie, z czym "się je" taki wyjazd, że to samolot, że ciepło, że plaża i też już nie mogą się doczekać. Z takimi myślami jakoś przetrwamy te gluty, kaszle, zimna i kapryśnych fachowców ;) A jako że lecimy na początku sezonu, to potem mamy jeszcze calutkie lato, żeby cieszyć się słońcem i ciepłem.

środa, 13 grudnia 2017

5 nieszablonowych seriali na wolne wieczory...

Jak wyglądają wieczory, weekendy, dni wolne rodziców chyba nikomu z tutaj obecnych nie muszę tłumaczyć. O ile w dzień zawsze można pozwiedzać jakieś sale zabaw, parki rozrywki czy kinderbale to wieczorami, gdy w końcu uda nam się klapnąć na tyłku, zbyt wiele alternatyw nie ma. Owszem, są babcie, opiekunki, są nasze drugie połówki, ale nie oszukujmy się, odkąd pojawiają się dzieci nasz czas wolny kurczy się do niezbędnego minimum i do takiego też kurczą się nasze rozrywkowe chęci. Chcemy spokoju, ciszy, odpoczynku, a jak wiadomo statystyczny Polak najlepiej relaksuje się przy telewizji więc dziś coś właśnie dla takiego "szaraczka".

Ja, odkąd mam dzieci, w zasadzie porzuciłam tradycyjną telewizję. Nigdy nie wiem czy uda mi się obejrzeć kolejny odcinek serialu więc najzwyczajniej pod słońcem nagrywam te, które mnie interesują i oglądam, jak już dzieci posnął. Ale że w ogólnodostępnej telewizji mało co jest, wyszukuję ciekawe pozycje gdzie się da. Oto kilka moich ostatnich odkryć. Dość nieszablonowych, ale myślę, że interesujących. I co najważniejsze, na moje (i Szanownego Małżonka) oko idealne nie tylko dla nas, Pań, ale też dla Panów... Coś do obejrzenia we dwoje w długie, jesienno-zimowe wieczory.
Może kogoś zainteresuje.

Durrellowie
O tym, że razem z mężem jesteśmy zauroczeni greckimi wyspami chyba nikomu nie trzeba wspominać. Nie raz już o tym mówiłam, pisałam, nie raz pokazywałam zdjęcia. Pierwszą wyspą, na którą poniosło nas razem było Korfu już dobrych x lat temu. Dlatego, gdy podczas wieczornego przeglądania propozycji serialowych wpadła nam w oko produkcja, której akcja dzieje się właśnie na Korfu, długo się nie wahaliśmy, żeby ją włączyć. I się nie pomyliliśmy.


Całość rozpoczyna się w Wielkiej Brytanii, gdzie wdowa Louisa, samotnie wychowująca czwórkę dzieci, boryka się z problemami finansowymi. Nie radząc już sobie z sytuacją, postanawia podjąć desperacką decyzję i przenosi się z bliskimi właśnie na wyspę Korfu. Nie jest łatwo, ale przy pomocy miejscowych, wspólnymi siłami układają tam sobie nowe życie. 

Serial zabawny, ciepły, momentami abstrakcyjny. Nakręcony na podstawie autobiograficznej powieści Gerarda Durrella, wybitnego przyrodnika i pisarza, który spędził część swego życia właśnie na Korfu. Dołóżmy do tego piękne widoki, grecki klimat i lampkę lekkiego, białego wina i można relaksować się w fotelu. 
Do tej pory powstały dwa sezony po 6 odcinków. Dostępny na HBO GO.


The Crown
Wszyscy, niemal jak jeden mąż, z zainteresowaniem śledzimy losy brytyjskiej Rodziny Królewskiej. Książe William, księżna Kate, ich urocze dzieciaki, teraz kolejne w drodze, zaręczyny księcia Harrego z rozwódką, wcześniej długoletnia miłość księcia Karola, księżna Diana i wiele, wiele innych. A w tle zawsze stoi ona. Niby niewzruszona, ale dla swoich dzieci, wnuków, a teraz w szczególności dla prawnuków gotowa zmienić nawet prawo sukcesji. Królowa Elżbieta II.


Pierwsza seria zaczyna się, gdy Księżniczka Elżbieta jest młodą mężatką. Wszystko układa się pięknie, jest szczęśliwą żoną, młodą matką, ulubienicą ojca, którego kiedyś, w dalekiej przyszłości ma zastąpić na tronie. Niestety, los bywa przewrotny i król umiera, a ona sama zostaje rzucona na głęboką wodę. 

Królowa Elżbieta pokazana  jako kobieta, żona, matka, siostra, córka i wnuczka. Ale również jako wytrawny polityk i przywódca, której początki wcale nie były łatwe. Miło się ogląda, przeżywa się problemy tak, jakby dotyczyły nas, z niecierpliwością się czeka na drugą serię (już od 8 grudnia dostępna na NETFLIX), która w moim mniemaniu jest jeszcze lepsza od pierwszej i zupełnie inaczej potem ogląda się wiadomości z brytyjskiego dworu.

Ania, nie Anna
Nowa, wyczekana przez wielu adaptacja uwielbianej chyba przez wszystkie dziewczynki "Ani z Zielonego Wzgórza". Zdecydowanie odświeżona, uwspółcześniona, doprawiona realnymi problemami podbija serca już nie dziewczynek, a kobiet. Czekałam na ten serial z zapartym tchem i wielkimi nadziejami i przyznam szczerze, że odkąd go obejrzałam Anna Shirley ma dla mnie twarz Amybeth McNulty, odtwórczyni głównej roli dziewczynki, która nie boi się mieć własnego zdania. Choć przyznaję się bez bicia, że przez pierwsze chwile czułam się nieswojo z tą nową Anią, szybko jakoś ją oswoiłam i serial pochłonęłam w dwa dni.


Ale nie tylko Ania podbija w tym wydaniu nasze serca. Ja od zawsze kochałam Mateusza, to chyba moja najulubieńsza postać z książki a potem z różnych ekranizacji, części, w których już go nie ma, nie są dla mnie już takie interesujące... I wiecie co? W nowej jego wersji też się zakochałam. Nową twarz przyjmuje tutaj Maryla, pani Małgorzata czy Gilbert... Bo nie jest to "ryj w ryj" to samo co książka czy poprzednie filmy. Miłośnicy twórczości Lucy Maud Montgomery znajdą tu wiele z jej książek, ale odkryją też wiele nowego.

No, ale co ja będę wam zachwalać. Ja "Anię z Zielonego Wzgórza" pokochałam sto lat temu, gdy od Babci dostałam na urodziny całą serię książek z jej udziałem... Zakochałam się i moja miłość trwa do dziś i mówię wam z ręką na sercu... Ten serial to Ania, nie Anna ;)


Grace i Grace
Kolejna po "Opowieści Podręcznej" ekranizacja powieści Margaret Atwood. Bohaterką i narratorką jest młoda Grace Marks, która podczas pracy w bogatym domu zostaje oskarżona, a potem skazana za zabójstwo swojego pracodawcy i jego gospodyni. Od samego początku utrzymuje, że nic z tych wydarzeń nie pamięta, a dociekliwy doktor od chorób umysłowych stara się krok po kroku, wysłuchując opowieści Grace, dojść do tragicznego dnia i dowiedzieć się co się wtedy stało.


Opowieść, która oparta jest na faktach dzieje się w XIX wieku i jest niesamowicie tajemnicza, niepokojąca i wstrząsająca, pełna seksualności i brutalności. Twórcy w znakomity sposób oddają klimat epoki, z wiarygodnością przedstawiają historię  i choć momentami akcja wydaje nam się mocno przeciągnięta, to nie możemy oderwać się od telewizora i z zapartym tchem czekamy na finał... Czy Grace zabiła czy może jednak została w to wszystko wmanipulowana.
Serial dostępny na Netflix.

Wielkie kłamstewka
Kolejny serial na podstawie powieści (jak widać mam do takich słabość) aczkolwiek tym razem jest to serial nieco inny. Po pierwsze dzieje się w czasach współczesnych, po drugie opowiada o z pozoru zwykłych ludziach, ich problemach czy troskach. Po trzecie, w zasadzie od samego początku możemy się domyślać, "kto zabił", ale akcja tak nas wciąga, że zwyczajnie tego nie nie dostrzegamy i na koniec wydajemy tylko głośne westchnienie "no przecież, wiedziałam!!!".

serial dla par dla kobiet

Jak sam tytuł wskazuje, serial jest o kłamstwach. Różnych. Mniejszych, większych, domowych, rodzinnych, szkolnych, wstydliwych czy błahych. Jest również o trzech kobietach, ich mężach byłych i obecnych, ich dzieciach, przyjaciołach, rodzinach, kochankach... Jest także o zbrodni... A może o nieszczęśliwym wypadku? Kto to wie... Wiadomo tylko, że ktoś nie żyje.
Sielanka na przedmieściach. Z pozoru spokojne i wyważone matki. Dzieci, mężowie... I tak zagmatwana fabuła, że zwyczajnie, gdy kończy się jeden odcinek od razu włączamy następny.
Serial, mimo początkowemu, bardzo krótkiemu wrażeniu nie tylko dla kobiet. Dostępny na HBO GO.

***
Mam nadzieję, że czymś Was zainspirowałam. Ja oglądam, gdy dzieci już zasnął i podczas oglądania dziergam więc tym samym nadrabiam zaległości zamówieniowe i robótkowe. Pomaga mi to się odstresować po dniu pełnym innych obowiązków a jednocześnie optymalizuje czas ;)

A może Wy macie mi do polecenia coś fajnego i przeznaczonego dla obu płci? Chętnie skorzystam i odnotuję choć ostatnio propozycji jest tyle, że wieczorów nam nie starcza.

wtorek, 5 grudnia 2017

Na ostatnią chwilę czyli niesamowicie szybkie pierniczki dla Mikołaja.

Jestem mistrzem w robieniu wszystkiego na ostatnią chwilę. Oczywiście zawsze próbuję zaplanować, zrobić wcześniej, mieć spokojną głowę i potem tylko cieszyć się z efektów, ale za każdym razem coś idzie nie tak. Ostatnio tak się szykowałam do sesji zdjęciowej, że latałam po sklepach w poszukiwaniu stylizacji, a i tak na ostatnią chwilę wygrzebałam z szafy coś, co miałam w niej od lat. Najczęściej jednak po prostu o czymś zapominam i na gorąco próbuję ratować sytuację. 

Jeśli ktoś z was tak jak ja zapomniał, że święty, brodaty Mikołaj lubi mleczko i domowe pierniczki, a dziś trzeba mu je na talerzyku zostawić wraz z mleczkiem do popicia, śpieszę z pomocą i przepisem. Przepisem na proste, szybkie, nietwardniejące a zarazem pyszne "pierdzielki" do zrobienia w niecałą godzinkę (już ze zdobieniem)... A jak się ktoś postara, to nawet szybciej.


Potrzebujemy:
  • 300g. mąki pszennej,
  • 100g. mąki pełnoziarnistej żytniej,
  • 130g. cukru pudru,
  • 1 łyżka przyprawy do piernika,
  • 1 łyżka kakao,
  • 1 łyżeczka sody,
  • 2 jajka,
  • 100g. roztopionego i przestudzonego masła,
  • 100g. miodu (ok. 4 łyżki).

Wszystko wrzucamy razem do dużej miski i mieszamy (ja używam miksera), a potem zagniatamy aż do utworzenia gładkiej kuli. Ciasto rozwałkujemy podsypując lekko mąką na grubość ok. 4-5 mm. i wykrawamy pożądane kształty. 
Ciasteczka układamy na blaszce wyłożonej papierem do pieczenia i wkładamy na ok. 8 minut do piekarnika rozgrzanego do 180 stopni. Radzę jednak doglądać pieczenia, bo cieńsze pierniczki mogą się szybciej przypiec.
Pierniczki po wyjęciu i wystudzeniu są gotowe do jedzenia lub udekorowania. A potem już tylko na talerzyk i czekamy na Mikołaja ;)

My w okolicach Mikołajek, Świąt i potem urodzin Zosi robimy takie pierniczki przynajmniej raz na każdą z tych okazji. Jeszcze nigdy nie było tak, że coś nam zostało lub leżało długo po Nowym Roku. Za każdym razem inaczej dekorowane znikają niemal tak szybko, jak się pojawiły. A do dekoracji używamy wszystkiego co nam się nawinie. Od lukru domowej roboty, przez gotowe pisaki cukrowe, posypki, kolorowe barwniki aż po polewę czekoladową i pokruszone orzechy. Tutaj już fantazja nie zna granic.

Spróbujcie, bo warto!!!

poniedziałek, 4 grudnia 2017

Trafiony prezent dla kobiety... czyli nie takie to trudne, jak się wydaje.

Gdzie się nie obejrzę szaleje prezentowe szaleństwo. Problemy z wyborem prezentu dla drugiej osoby ma chyba każdy i chyba każdy chce, żeby ten prezent tej osobie przypadł do gustu. Raczej staramy się nie kupować czegoś na sztukę, a obdarowywana osoba powinna raczej poczuć się fajnie dostając podarek. Nie jest to łatwe, wiem, sama mam problem z Zosią, która chce "wszystko" i z Szanownym, który nie chce "nic", ale taki urok Świąt, że prezenty się daje i koniec kropka. 
Jeśli chodzi o naszą dwójkę czyli mnie i Szanownego Małżonka, to ja najbardziej lubię takie prezenty, które są wspólne, dla naszej dwójki, z których będziemy korzystać razem (mamy już na przykład konsolę, na której gramy raz do roku), ale w tym roku jedyne co mi przychodzi do głowy, co by nas ucieszyło, to okna do domu. Problem w tym, że prezent doszedłby na wiosnę i raczej i tak musimy te okna zamówić więc jaki to prezent... Nie mam więc wyjścia i muszę się pogłowić...


Co by jednak nie mówić, jak ciężko by nam, kobietom, było znaleźć odpowiedni podarunek dla naszych panów, to i tak częściej słyszę narzekania płci brzydkiej odnośnie podarków dla nas. A tak naprawdę wystarczy tylko bacznie obserwować, słuchać, czasem przejść się z nią po galerii handlowej i podpatrzeć na co świecą jej się oczy, podsłuchać rozmowy telefoniczne, zwyczajnie zapytać i można wyłapać o czym marzy, czego nie ma, a by chciała, co by jej się przydało, a sama sobie nie kupi. Nie ma chyba na świecie takiej kobiety, która dyskretnie nie dawałaby swojemu mężczyźnie sygnałów na co będzie czekała pod choinką, pod poduszką czy na urodziny.

Wiem, że kobiety są różne, ale jest kilka porad, kilka kierunków, które ja, chyba dość przeciętna przedstawicielka płci ładniejszej mogę dać panom. Taka pula tematów, które dobrze wykorzystane nie zawiodą w momencie wybierania prezentu, z którego żona, dziewczyna, siostra, córka (dorosła), a nawet mama czy znajoma się ucieszą. Zacznijmy od trudniejszych zagadnień.

Hobby
Każda, a na pewno prawie każda kobieta ma jakieś zainteresowania. Coś robi, coś zbiera, czymś się interesuje. Zakładam, że kupując jakiejś pani na Święta podarek, jesteśmy z nią dość blisko i wiemy, co to jest. Ja jestem dziergająca i w tamtym roku dostałam do Męża zestaw drutów z wymiennymi żyłkami. Powiem Wam, byłam zaskoczona, bo nie jest łatwo trafić z takim prezentem, a on gdzieś podpatrzył, zajrzał mi przez ramię, jak oglądałam w internecie i trafił w punkt. Czytam też książki i zakładam, że gdyby Szanowny zdecydował się na zakup mi takowej, też by trafił z tematyką, bo zwyczajnie i po ludzku ze sobą rozmawiamy, a pozycje, które chciałabym przeczytać w tych rozmowach się przewijają. Ktoś inny zbiera figurki, lalki, muszelki. Zawsze można tą kolekcję wzbogacić. Inna biega i jeszcze nie zdążyła sobie na zimę kupić rękawiczek na chłodniejsze treningi... 
A nie oszukujmy się, nasze zainteresowania zazwyczaj znajdują się na szarym końcu potrzeb i nie zawsze znajdą się na nie fundusze, czas by poszukać czy zwyczajnie chęci, żeby samemu sobie coś dokupić, jak przecież świetnie sobie dajemy radę bez.

Praktyka.
Praktyczne prezenty, to dobre prezenty. Oczywiście, jeśli nasz małżonek nigdy nie uprasował sobie nawet sztuki odzieży, a nam kupuje żelazko, to odbieram to jako delikatną wtopę. Ale jeśli zdarza mu się prasować, jeśli nie odmawia, jak go o to prosisz, ale to ty jesteś głównym "prasowaczem" w domu, to czemu nie. Wiadomo, że póki działa stare, sama nie pójdziesz i nie kupisz. Nawet jeśli stare grzeje gorzej niż lato nad polskim morzem, a do tego wyrzuca tony kamienia na twoje kruczoczarne odzienia. Działa? Działa... Jakoś zaciskasz zęby i dajesz radę. A jak ktoś cię uwolni i sprawi nowe, to będziesz go po rękach całowała.
Ale praktyczny prezent to nie tylko patelnia czy drapak do kibla. Może to być jakieś akcesorium do komputera, nowa karta pamięci do telefonu (ja dostałam ostatnio na urodziny i wreszcie mogę klepać zdjęć do woli), pokrowiec do telefonu (stilgut.pl/etui-na-telefon-smartfon-huawei) czy szybka przeciwko zadrapaniom. Może to być breloczek do kluczy, portfel, wizytownik, długopis, słuchawki do telefonu, pendrive, szczotka do włosów, pasek do zegarka. Coś, co wiecie, że brakuje, ale też zawsze nie po drodze, żeby sobie kupić. Ja na przykład nie mogę się strasznie zebrać i kupić sobie lampki na biurko do pracy, wcale bym nie pogardziła takim prezentem. Oczywiście, tak jak w kategorii wyżej, sprawa tyczy się panów, którzy wiedzą czego nam brakuje, a jak nie wiedzą, to wiedzą kogo o to zapytać.


Słodycze.
Wiem, wiem, każda kobieta się od nich wzbrania, ale powiem wam w sekrecie, że każda z nas (a przynajmniej większość) musi mieć w domu zachomikowany jakiś łakoć na nagłą potrzebę. Ja mam ten komfort, że mam dzieci i w rodzinie przedstawicieli służby zdrowia (żart) więc zawsze coś się po szafkach znajdzie, ale wiem też, że gdyby nie to, to raczej sama z siebie bym nie poszła i nie kupiła nic. Po co kusić los. A zdarzają się takie chwile, że wyjadłabym cukier z cukiernicy, gdybym nie znalazła choć jednej czekoladki. Dlatego ładna, pięknie zapakowana, odświętna bombonierka to dobry prezent dla niemal każdej kobiety ;)

Perfumy
Kolejny pewnik. Każda kobieta uwielbia perfumy (ja nie znam takiej, która by nie lubiła). A gdy jest to kobieta nam bliska, to raczej wiemy jakie nuty zapachowe lubi. Nie muszą to być od razu mocno odświętne perfumy. W zależności jaka to okazja, jaki jest nasz stopień zażyłości, jaki mamy zasób portfela czy jaki chcemy wywrzeć efekt mogą to być perfumy codzienne, wyjściowe lub mocno wyjątkowe. Nie ma chyba na świecie kobiety, która by powiedziała, że ma za wiele zapachów.


Biżuteria
Podobnie jak z perfumami, jeśli kupujemy prezent bliskiej nam kobiecie, wiemy co lubi, jak lubi i jaki ma gust. Większość z nas lubi biżuterię, ale też większość z nas sama nie pójdzie i nie kupi sobie kolczyków. Tak już mamy. Problem w tym, że lubimy różne ozdoby więc w tym głowa naszych panów, żeby to wybadać. 

No i na koniec, już tak bardziej od siebie, dodam torebki i zegarki. Ale to już wyższa szkoła jazdy ;)

Oczywiście można się jeszcze pokusić na bieliznę lub jakiś ciuszek, ale ja, jako kobieta zmieniająca rozmiar co chwilę i taka, która każdą część garderoby ma w innych wymiarach, raczej bym tego nie doradzała mojemu mężczyźnie (choć fajna piżamka zła nie jest i tu łatwiej trafić w rozmiar). Kiedyś dostałam szlafrok, w którym do dziś tonie Szanowny... Innym razem majteczki w chińskim rozmiarze S... Ale nie wątpię, że gdzieś są tacy mężczyźni, którzy w oczach mają wymiary swoich partnerek i wchodząc do sklepu od razu wiedzą, co będzie cudnie wyglądało na ich kobiecie. 

Wszystkie te podpowiedzi, mniej lub bardziej trafione, mniej lub bardziej dobre, mają na celu pokazanie wam jednego. A mianowicie tego, że dobry prezent, to taki, który dajemy z głębi serca, szczerze, z dobrymi intencjami. A jeśli potrafimy obserwować, słuchać, zadawać pytania, to zawsze znajdziemy coś takiego, co bliskiej osobie sprawi przyjemność, wywoła uśmiech na twarzy, spowoduje, że poczuje się kochana. Nie musi to być coś drogiego, wielkiego, wystrzałowego. Ważne, że dane od nas dla niej... Nawet nietrafiony prezent, ale dany od serca ucieszy bliską nam osobę.