piątek, 31 stycznia 2014

Trzeci ząbek i Filip Wędrowniczek...

Dziś już, z całkowicie czystym sumienie, możemy się pochwalić trzecim ząbkiem.
Mało tego, Mama już została tym ząbkiem ugryziona.
Prawa górna jedynka jest już i widoczna, i daje się wyczuć. Już jej dziąsełko raczej nie przykryje.
Nie jest to jednak koniec naszych problemów, bo lewa jedyneczka już nieśmiało też wygląda. Raz rożek wystaje, raz schowa się pod spuchniętym dziąsłem, ale cały czas tam majaczy i dokucza.
Myślę, że za parę dni spokojnie będziemy mogli oznajmić, że mamy komplet jedynek.
Czy w końcu będzie trochę spokoju, to się okaże.
Na razie w nocy przypałętał się do Filipa jakiś glut.
Nie to, żeby dziecko katar miało.
Taki jednorazowy, przyschnięty farfocel siedział dziecięciu w nosku i go łaskotał.
Przez to Fifi od ok 2 do 5 rzucał się po łóżku i szukał sobie wygodnej pozycji.
Ile razy dostałam z nóżki lub rączki dziś nawet nie policzę.
Nawet siadał i próbował wstawać przez sen.
Za to w porze drzemki zrobił mi niemałą niespodziankę. 
Gdy straciłam nadzieję na spokojny dzień, odłożony do łóżeczka Filip po prostu zasnął. I spał całe 1,5 godziny. Przytulił się do swojego borsuczka i tyle. A Mamuśka pozostała w szoku;)
Nawet po nieprzespanej nocy, nie można się na tą dziecinę gniewać.
No, nie można;)

A weekend znów zapowiada nam się tylko we trójkę.
I dobrze. 
Tak jest najlepiej.
Czy będzie spokojny, to się jeszcze okaże. Wszystko zależy od naszego Filipa wędrowniczka i odkrywcy.
Przemierza ta mała fryga całe mieszkanie, że nadążyć za nim nie można.
Wlazł już wszędzie oprócz kibelka;)
Salon jest już passe,choć jeszcze czasem znajdzie sobie tam jakieś zajęcie. Na przykład przestudiowanie maminych komiksów.
Ostatnio na topie jest Wilq Superbohater. Na szczęście tylko w wersji oddrukowanej;)

Najlepsza do zabawy jest jednak kuchnia. Najbliżej salonu, dlatego tam najczęściej ucieka Filip. 
Czasem lubi sobie pogrzebać w śmieciach albo pobawić się sprzętami kuchennymi pod okiem Tatusia.



Ale czasem też potrafi zrobić coś na co wcześniej Mamusia nie wpadła.
Na przykład zabawa kocią karmą. Suchą oczywiście. W rozsypywanie jej wszędzie.
O dziwo nawet nie przyszło mu do głowy władować jej sobie do buzi.
Swój rozumek dziecko ma.
A Mama miała zabawę potem w sprzątanie;)

No to czekamy na Tatusia i zaczynamy weekend;)

czwartek, 30 stycznia 2014

Chwila dla siebie... i rozciągliwa doba...

Wiecie, że odkąd urodził się Filip nie miałam chwili dla siebie.
Takiej prawdziwej, chwili sam na sam z sobą.
Nigdy nie było tak, że byłam w domu sama i bez M. i bez Filipa.
Nigdy.
Przez prawie 9 miesięcy.
Są oczywiście chwile, gdy Filip śpi a M. jest w pracy.
Ale Fifi się może obudzić, a poza tym jest dużo sprzątania, gotowania i innych zajęć.
Są wieczory kiedy M. chodzi na wspinaczkę, ale ostatnio Fifi zasypia koło 21, a M. wraca zaraz po 22.
Mam czas sprzątnąć, zmyć naczynia i zjeść kolację.
Zawsze to jest jedna godzina wyszarpana na jedną z zaległości. Bo wszystkiego się w tak krótkim czasie nie zrobi.
Nie to, że narzekam.
Jak jest mniej czasu, to się go lepiej organizuje.
Nie siedzę już bezczynnie przed telewizorem, ale oglądam serial krojąc sałatkę.
Jak Filip dłubie coś w kuchni, ja zmywam naczynia.
Jak M. chwilę zajmuje się dzieckiem, piekę ciasto.
Zawsze coś robię.
O dziwo, mimo tego wszystkiego, mam jeszcze czas na swoje hobby.
Zastanawia mnie to, gdzie ten czas uciekał mi wcześniej.
Przecież nie było tylu obowiązków, niby miałam tyle czasu, a jakoś wiecznie było go mało.
W domu nie zawsze wszystko było zrobione, a ja i tak byłam zmęczona.
No i co się stało?
Cud?
Doba się wydłużyła?
Ja nabrałam jakiś super mocy?
Zastanawia mnie to strasznie.
Chyba nigdy nie zgadnę, jak to jest, że mimo, że ma się mniej wolnego, to i tak zawsze jeszcze coś się w ten dzień wciśnie.
Wiadomo, czasem trzeba odpuścić, tak jak dziś odpuściłam gotowanie, ale M. jak prawdziwy jaskiniowiec przyniósł jedzonko z restauracji.
Ale dziś jest sytuacja wyjątkowa.
Dziecko nam ząbkuje w pełni.
Można już nawet powiedzieć, że posiada 3,5 zęba, bo jeden na wierzchu już jest, a drugi prawie.
I z tego to powodu, dziecko nam się odmieniło.
Nawet matczyny instynkt nie pomaga mi zgadnąć o co mu chodzi.
Maruda, maruda i jeszcze raz maruda.
Po ciężkim dniu Filip padł, M. poszedł na wspinaczkę, a ja mam w planach odpuścić.
Siąść w fotelu przed telewizorem i mieć chwilę dla siebie.
A jak przyjdzie wiosna, to będę ich wyganiać na długie spacery i wtedy to dopiero poszaleję w wolnej chacie;)
A jak na razie, pozostaje mi się delektować takim widokiem:


wtorek, 28 stycznia 2014

Cotygodniowy Portret Dziecka: 4/52.

Uciekają te tygodnie.
Szybciutko.
Ostatni upłynął nam pod znakiem stania.
Stania wszędzie i przy wszystkim.


Tutaj akurat stanie względnie bezpieczne, bo w łóżeczku.
I cudem odnaleziony smoczek.
A już myślałam, że gdzieś się zgubił, jak Filip odnalazł go w czeluściach łóżeczka.
Nauczył się ładować sobie smoka do buzi, ale bez sprzeciwu oddaje go, jak tylko jest wyjmowany z posłanka.

poniedziałek, 27 stycznia 2014

Kolejny weekend. Czas szybko leci, dziecko biega, zęby rosną...

No i minął kolejny weekend.
Jak ten czas szybko leci.
A weekend mieliśmy przedłużony, bo Tata Filipa i piątek zrobił sobie wolny.
Ale co dobre szybko się kończy i mamy już poniedziałek.

Oprócz piątku, cały ten czas przesiedzieliśmy w domu. 
Pogoda była jaka była, a marudny Fifi nie zachęcał do wychodzenia z domu.
W piątek Tata pozałatwiał swoje sprawy, a potem zabrał nas na zakupy.
Mama Filipa odkryła ostatnio z przerażeniem, że dziecko rośnie jej bardzo szybko, brudzi się jeszcze szybciej i ilość bodziaków w naszej szafie jest niewystarczalna.
Ponieważ pogoda jaka jest, każdy widzi, udaliśmy się do galerii z parkingiem podziemnym, co by nam na głowę nie padało i wiaterek nie wiał.
I co?
I wydaliśmy dużo pieniążków, z czego Mamusi trafiła się książka, a Tatusiowi nic. Całą pulę zgarnął Filip.
Trafiliśmy na promocję więc poszaleliśmy w Smyku, z H&M też nie wyszliśmy z pustymi rękami, a po wizycie w Rossemann'ie Tatuś wyglądał już jak juczny osiołek.

I tyle było naszych wycieczek.
W sobotę pospaliśmy do jasności na dworze czyli aż do 7.30. Tata Filipa wstał, wyjrzał za okno, spojrzał na termometr i orzekł, że basen w grę nie wchodzi.
Na dworze było około 19 stopni na minusie. Na basenie jest wyjątkowo ciepło więc uznałam, że Tatuś ma rację i zostaliśmy w domu.
Mamusia skorzystałam z tatusiowej opieki i sama zabrała się za serduszkowe działania. W ten sposób powstały kolejne serduszkowe zawieszańce.
Poszalała też troszkę w kuchni bez ganiania między kuchnią a salonem.

Przyznam szczerze, że troszkę mnie weekend zrelaksował.
Brak w naszym otoczeniu osób, które by krytykowały albo na siłę próbowały wprowadzać swoje reguły, podziałał na mnie odświeżająco.
Uwielbiam takie dni tylko we troje.
A wieczory tylko we dwoje.

A dziś?
Rzucona na głęboką wodę nie wiem, jak dam sobie radę.
Fifi oszalał.
Przemieszcza się (bo nie wiem, jak to nazwać) po całym domu. Wszystko rozrzuca, przy wszystkim się wspina, a Mama ma co pięć minut nowy zawał. Nabawię się nerwicy.
Mimo, że parę postów wcześniej pisałam, że jestem przeciwnikiem kojców, w tym miejscu muszę to odszczekać. Dziś M. podjedzie do mojej cioci po taki właśnie sprzęt, bo zwariuję.
A co mnie przekonało?
Widzę, jak Maluch dobrze się bawi w łóżeczku. Łóżeczka mamy dwa, w tym drewnianym raczej boję się, że się poobija, ale w turystycznym szaleje przed spaniem do woli. Staje, przewraca się, wyrzuca misie. Tylko, że ono stoi w sypialni i mam wyrzuty sumienia, że go tam zostawiam. A poza tym łóżeczko ma służyć do spania, a nie do zabawy.
Dlatego kojec w salonie, to chyba dobre rozwiązanie.

Do pełni szczęścia dodano mi dwa wyłaniające się ząbki. Ekstra połączenie.
Dziąsełko z prawej strony już pękło przy akompaniamencie płaczącego Filipka, a z lewej aby patrzeć i będzie to samo.
Żal mi dziecka strasznie. Jak już wcześniej pisałam, odpuściłam mu spanie samodzielne. Koło 1 w nocy zabieram go do siebie. Budzi się co 2 godziny, ale jest przy mnie.
To samo jest z karmieniem. Jak nie chce jeść, to odpuszczam i daję jednak pierś, mimo, że miałam postanowienie, że posiłki stałe, to posiłki stałe.
Sytuacja jest wyjątkowa więc można dać mu troszkę luzu.

A tak oto Fifi lustruje nam wszystkie szuflady:


 A na koniec absolutna perełka;)
Gdyby nie jakość zdjęcia, pewnie bym go nie pokazała, a tak nie widać przynajmniej, jak tragicznie prezentuje się Filipiamama po nieprzespanej nocy.
Zdjęcie pod tytułem "Leniwa niedziela":


A jak Wam minął weekend?
Leniwie, pracowicie, twórczo czy na pogoniach za dziećmi?
Bo u mnie można spokojnie powiedzieć, że wszystko po trochu.

niedziela, 26 stycznia 2014

Serduszkowe LOVE

Moi drodzy. Matka sobie ostatnio ponarzekała. Czasem też musi, bo inaczej by zwariowała. Dziękuję wszystkim za ciepłe słowa i rady. Już biorę się w garść. Mam postanowienia, które miejmy nadzieję uda mi się zrealizować.
A na dobry początek wiadomość. 
Mój blog przekroczył 10000 wyświetleń. Może to niewiele, ale mnie okropnie cieszy.
Z tej okazji oraz z okazji zbliżających się Walentynek chciałam ogłosić coś, co nazwałam:


W zabawie mam do oddania dwie "girlandy" serduszek. 
Ci którzy mnie czytają mogą je pamiętać z poprzednich wpisów, gdzie się nimi chwaliłam.
"Girlandy" składają się z 9 serduszek na tasiemce. Można je dowolnie podwieszać, albo wykorzystać jako oddzielne serduszka. Jak kto woli.

Co trzeba zrobić, żeby wziąć udział w rozdaniu?
1. Dołączyć do obserwatorów mojego bloga (jeśli to możliwe).
2. Polubić Mamusiowo na FB.
3. Umieścić podlinkowany banerek do tego posta na swoim blogu lub udostępnić na FB.
4. Zostawić komentarz ze swoimi namiarami (jako kto obserwuję lub lubię na FB, gdzie udostępnienie lub baner).

Zabawa trwa od dziś do 5.02.2014.
Ogłoszenie wyników na dzień następny (6.02.2014).
Wysyłka nagrody tylko na terenie Polski.
Zwycięzca ma 7 dni na podanie mailowo danych do wysyłki, inaczej nagroda przepada.


To moja pierwsza taka akcja, do tego nagrodą są przedmioty wykonane przeze mnie więc troszkę się stresuję, ale mam nadzieję, że wszystko tutaj umieściłam, nic nie pokręciłam i wszystko jest zrozumiałe.
Jeśli jednak nie, to proszę o uwagi.
A tymczasem:
ZAPRASZAM DO ZABAWY

 

sobota, 25 stycznia 2014

Samoudręczanie się...

Ostatnio zdarzyło mi się parę razy pospać dłużej niż zwykle. Trudne to nie jest, bo zazwyczaj, po nieprzespanych nocach, poranek zaczyna się o 6.
To i tak dobrze, bo jeszcze niedawno było to o 5.
Tak więc w niedzielę olałam wszystko i leżałam, leżałam, leżałam. Fifi marudził w salonie, ale ja nie miałam siły wstać. Takie osłabienie organizmu. Nawet chyba przysnęłam na trochę, mimo dziecięcego harmidru. I tak aż do 9.30.
Szok.
Jak spojrzałam na zegarek, to mnie zmroziło.
I się zaczęło.
Wyrzuty sumienia.
Jak ja mogłam tak ich samych zostawić. Zawiodłam dziecko, zawiodłam męża. No po całości zawiodłam.
Bałam się odezwać, że coś mnie jeszcze boli, bo przecież po takim lenistwie, nie mam do tego prawa.
Męczyło mnie to cały dzień.
Nawet u znajomych, nie odezwałam się słowem o tym, że Filip po nocach spać mi nie daję i że jestem zmęczona. Jak mogę takie farmazony opowiadać, jak śpię do 9.30.

Sytuacja powtórzyła się w poniedziałek.
Nie mogłam się podnieść z łóżka.
Filip całą noc się wiercił, jęczał przez sen i przekręcał się z boku na bok, a ja spać za nic nie mogłam.
Dopiero przysnęłam po 6, jak M. wziął małego do salonu. 
Pozamykał drzwi, żeby mnie nie budzili, ale ja i tak za długo nie pospałam, ale ruszyć się nie mogłam.
Leżałam tak do 8.30.
Wstałam z wyrzutami sumienia.
Trzymały mnie cały dzień i nie pomogło zapewnianie męża, że przecież mi też należy się odpoczynek.
Nie pomogło nawet to, że obiad zamówił w knajpce, żebym odpoczęła, bo to moje zmęczenie jest niepokojące.

Męczą mnie wyrzuty, że czegoś nie zrobiłam, kogoś zawiodłam, albo kogoś uraziłam.
I tak non stop.
Nie wiem co powoduje u mnie ciągłe poczucie winy.
Czemu zawsze to ja czuję się za coś odpowiedzialna.
Patrząc wstecz, przynajmniej ostatnie trzy lata, to moje ciągłe obwinianie się o coś.Ciągłe rozpamiętywanie, co mogłam zrobić lepiej, a czego nie zrobić wcale.
Odkąd na świecie jest Filip, to uczucie jeszcze się nasiliło. Mam więcej czasu na myślenie.
Najgorzej jest w nocy. Gdy siedzę sama nad łóżeczkiem, to przychodzą mi do głowy najróżniejsze pomysły.
Myślą sobie wtedy o tym, że nie powinno się spać z dzieckiem, że za mało mu gotuję, a za dużo daję słoiczków, że codziennie nie chodzę z nim na spacery.

Jestem szczęśliwa.
Ale gdzieś głęboko mam potrzebę ciągłego zadręczania się.
Układam sobie w głowie listę rzeczy, których nie dałam Filipowi, czego nie zrobiłam, albo co zrobiłam źle.
Analizuję swoje relacje z rodziną.
Wyszukuję nieprawidłowości w moim prowadzeniu domu.
Dlaczego nie potrafię tak normalnie.
Cieszyć się z tego co mam, a mam naprawdę wiele, i z czystym sumieniem zasypiać.

czwartek, 23 stycznia 2014

Dzień Dziadka... i wspólne spanie.

No i minął Dzień Dziadka.
Był to dzień pełen wrażeń i dla Filipa i dla mnie, i chyba dla Taty Filipa.
Tak jak planowaliśmy, wybraliśmy się do mojego Taty, czyli filipiego dziadka.
Nie lubię takich wycieczek, bo zawsze nam się przestawiają drzemki i potem nie wiadomo co z Filipiastym robić. Co prawda teraz już nic nie jest w stanie nam zburzyć porządku dnia, ale zawsze trochę go zakłóca. No i potem ogrom wrażeń odbija się na nocnym spaniu.
Pojechaliśmy troszkę wcześniej niż wypadałaby drzemka i tak, jak można się było spodziewać, Filip nam drogę przespał. Dojechaliśmy na 10.30, a ostatnio o tej porze Fifi dopiero zasypia, a wczoraj już się obudził.
Dziadek zadowolony, prezenty się podobają, ale jak ma się nie podobać laurka z takim zdjęciem:


Posiedzieliśmy troszkę, dziadek się znudził, Filip zrobił się marudny i udaliśmy się do domu z dwoma słoikami ogórków kiszonych i moją siostrą na pokładzie, która wystraszyła się warunków i postanowiła swojego auta nie ruszać.
Po drodze dziecię nam zasnęło więc postanowiliśmy wykorzystać spokój i pojechać jednak do teściów.
Wiele mnie to kosztowało, ale w końcu to Dzień Dziadka. Naprawdę miałam ochotę pokazać im, że ze mną się nie zadziera i olać ich święto, ale po dłuższym zastanowieniu postanowiłam się przemóc.
Teściowej nie było, ale był teść i babcia męża.
Wręczyliśmy prezenty i laurki.
Bardzo się podobały. Teść się rozpływał w zachwytach, ale do mnie podchodził z dystansem.
I dobrze, ja na razie nie jestem gotowa na przechodzenie nad wszystkim do porządku dziennego. Nie jestem pamiętliwa, ale tym razem się zaparłam.
Już mieliśmy się zbierać i jechać do domciu, jak przyjechałam kuzynka męża z dzieciaczkiem takim samym jak Filip.
Nasze ukochane dziecię już od jakiegoś czasu strasznie entuzjastycznie podchodzi do innych dzieci więc troszkę się pocieszył, pobawił i wprawił Mamusię w mega dumę;)
Ja wiem, że dzieci nie powinno się porównywać, ale Filipiasty w porównaniu z kuzynem miesiąc starszym, jest dużo do przodu. Jest bardziej kumaty i ruchliwy. Ma określony cel i do niego zmierza, wie kto jest kto. Po prostu umie się bawić.
I to nie jest moje subiektywne wrażenie, bo wszyscy, jak tam obecni, orzekli to samo. No oczywiście za wyjątkiem rodziców tamtego dziecka;) Ale ich zdanie akurat średnio mnie obchodzi, bo za nimi nie przepadam. A raczej nie podoba mi się ich model rodziny (ale o tym może kiedy indziej).

Podsumowując.
Dzień Dziadka minął nam bardzo atrakcyjnie. Każdy się starał i wyszło dobrze.
Żeby było milej, Mamusia zadbała o poczęstunek dla wszystkich;)
Słodkie muffinki;)


Myślałam, że po takim dniu, ze spaniem będziemy mieli problemy.
I faktycznie Filip przebudził nam się już o 22.30 na jedzenie, ale potem interweniowałam zawczasu i zabrałam Małego do siebie. Nie potrafię sobie poradzić z jego lękiem separacyjnym wychodzącym zwłaszcza w nocy i w końcu skapitulowałam. Jeśli mamy choć troszkę lepiej się dzięki temu wyspać, to ja na to idę.
Oczywiście próbuję najpierw go nakarmić i odłożyć, ale jak widzę, że do niczego to nie prowadzi, to rezygnuję i śpimy razem. Ja troszkę mniej niż on, ale zawsze więcej niż, jak próbowaliśmy uczyć go spania u siebie.
Doszłam do wniosku, że przecież kiedyś z tego wyrośnie. Nie może ze mną spać do osiemnastki. Jedyne co mnie martwi, to, że nie jestem w stanie sobie teraz wyobrazić kolejnego dziecka. Bo niby jak zajmować się noworodkiem i takim maminym synkiem jednocześnie? Ale przecież dziecko nie pojawia się z dnia na dzień;)
Zobaczymy jak się sytuacja rozwinie;)
Może samo minie;)

środa, 22 stycznia 2014

Cotygodniowy Portret Dziecka: 3/52.

Już mieliśmy wklejać kolejne zdjęcie, bo ktoś rzucił termin niedziela.
Już mieliśmy wybrane, ale nie do końca byliśmy przekonani.
I poczekaliśmy, a we wtorek wieczór udało się cyknąć to zdjęcie:


Nasz Synek podkradł szczoteczkę Mamusi.
Raczej nie będzie problemu z nauczeniem go do czego służy szczoteczka, bo robi to już trzeci raz i sprawia mu to frajdę.

wtorek, 21 stycznia 2014

Dzień Babci...

Dziś Dzień Babci;)
Nasz pierwszy Dzień Babci w komplecie;)
Ponieważ sytuacja nam się ostatnio troszkę pokomplikowała, dziś wybieramy się tylko do mojej babci czyli prababci Filipa.
Na stanie mamy jeszcze dwie prababcie i jedną babcie.
Nie to, że o nich nie pamiętamy, ale mamy ostatnio troszkę odmienne zdania na pewnie tematy więc pewnie mamę i babcię męża odwiedzimy w weekend. 
Będę musiała zacisnąć ząbki i to przetrzymać, ale czego się nie robi dla dziecia swego;)
Do drugiej babci męża się nie wybieramy. Jak M. będzie chciał zadzwonić, to nie mam nic przeciwko, ale to jego sprawa. Nie będę pisać dlaczego, bo to długa historia. Ja ją ostatni raz widziałam, jak byłam w trzecim miesiącu ciąży. Filip nigdy.

W ten dzień też bardzo brakuje mi mojej Mamy.
Niestety nie było jej dane doczekać się wnuka. Wydała mnie za mąż i pół roku później zmarła.
Mimo, że zawsze powtarzała, że nie jest jeszcze gotowa na wnuki, że jest jeszcze za młoda, to wiem, że byłaby najlepszą babcią na świecie. Pewnie toczyłabym z nią wojny, żeby nie rozpieszczała mi synka.
A teraz pozostało mi tylko zadbać o to, by Fifi wiedział, że miał babcię i zawsze o niej pamiętał mimo, że nigdy jej nie poznał.

Tak samo mocno brak mi mojej babci.
Babcia zmarła już ponad 11 lat temu, ale nadal zawsze o niej pamiętam.
Może dlatego, że mnie wychowała. Najpierw pomagała rodzicom w opiece nad nami, a potem, jak poszłam do liceum, to przeprowadziłam się do niej. I tak przez 5 lat szkoły średniej żyłyśmy sobie we dwie. W 2002 roku w październiku poszłam na studia, a w listopadzie babcia zmarła.
A ja zostałam sama w mieszkaniu, w którym spędziłam najlepsze lata mojego życia. I dalej tu jestem. Teraz z mężem i synem. Co prawda z mieszkania po babci zostało niewiele, ale w pamięci mam zawsze ten czas, gdy byłyśmy tu razem. Czasami mam wrażenie, że się nam przygląda i jest z nas dumna, z całej trójki.

A dziś wybieramy się do mojej drugiej babci. Mamy mojej Mamy.
A oto z jakimi darami nasza mała pielgrzymka dziś się wybiera:

Zrobiony troszkę bez przemyślenia kalendarz, który o dziwo wyszedł ekstra.
Dla prababć mamy te większe, na ścianę.


Laurkę z odciskiem łapki i zdjęciem Filipka.
Tutaj już musiał nam pomóc Tata Filipa, bo inaczej mielibyśmy pokój do malowania;)


Wszystko przygotowane, czekamy tylko na M. z kwiatami i udajemy się w odwiedziny;)
Z pewnych źródeł wiem, że babcia zrobiła faworki.
A nasz Filip z tej okazji nauczył się powtarzać "babababa". Tylko, żeby zechciał się tak rozgadać w gościach, jak ma to w zwyczaju w domu.

A jutro, jak pogoda pozwoli, wsiądziemy w samochód i udamy się do mojego taty.
Wyprawa też dla mnie zastanawiająca, ale nich już będzie;)
Dla dziadka mamy też kalendarz, tylko mały na biurko, no i oczywiście laurkę;)

poniedziałek, 20 stycznia 2014

Już mi w głowie kolejne okazje...

Mamusi po działaniach świątecznych zostało sporo czerwonego polaru.
Nie bardzo miała pomysłu co z tym zrobić.
I tu z pomocą przyszedł kalendarz.
Co jest za całkiem niedługo?
Tak wiem, że Dzień Babci i Dziadka. W sumie moje wykonania i na tę okazję pasują.
Ale nie to miałam na myśli.
Myślałam o Walentynkach.

Narobiło mi się dużo malutkich serduszek.
Założenie było, że będą to malutkie zawieszki, może udekoruje je malutkimi aplikacjami.
Ale przypadek zadecydował inaczej. 
Nie miałam gdzie ich schować i zebrałam wszystkie w kupę.
I tak mi się podobają.
Oto dzieło numer 1:


 A oto dzieło numer 2:


Dalej polarek i resztka spodni męża;)
Zapomniałam o tasiemce, bo też miało być dyndające.

Idąc za ciosem wygrzebałam resztę materiału, która została mi po pościeli z osiołkami.
Wyszła z niej jeszcze jedna pościel, tym razem do kołyski. W sumie mi nie potrzebna, ale żal mi było materiału. A może jeszcze kiedyś się przyda;)
No i postanowiłam uprzytulnić łóżeczko i pokój Filipa.
W ten sposób powstały kolejne serduszka.


Do Walentynek jeszcze dużo czasu i pewnie coś jeszcze przybędzie.
Jaki będzie dalszy los serduszek jeszcze nie wiem.
Może macie jakieś pomysły?

piątek, 17 stycznia 2014

A co u Filipa? i... Rodzice Blogują w Lublinie;)

Tak się ostatnio rozpisałam na tematy różne i wszelakie, a zapomniałam napisać co u naszego głównego bohatera czyli don Filippo.
Ano Filip popiernicza nam już po całym mieszkaniu jak mały samochodzik.
Dociera już prawie wszędzie, a my testujemy zabezpieczenia.
Większość testów wychodzi licho i wygląda na to, że najlepszą ochroną będzie nasze czujne oko.
(o zabezpieczeniach mieszkania jeszcze pewnie co nie co napiszę)

Najlepsze do zabawy są szuflady. Jedna służy tylko do stawania,  w drugiej są moje różne materiały do pakowania prezentów i Filipiasty wyciąga sobie tuby z papierem ozdobnym, żeby potem walić nimi w podłogę. Jedno uderzenie w paluszka już mamy zaliczone dlatego teraz, jak tylko dobierze się do szufladki, to ładujemy do niej jakiegoś klocka, co by za blokadkę robił;)
Do wczoraj jeszcze świetną rozrywkę zapewniała mu choinka, ale została zutylizowana i został pusty plac, po którym można czworakować do woli.
Pudło z zabawkami też jest dobre. Oczywiście do wywracania do góry dnem;)
No i firanka. Całe pół godziny mija na szarpaniu się z firanką.
Zazwyczaj w dzień bardzo ładnie się potrafi sobą zająć, jest radosny, ładnie je.

I powiedziałabym, że mam cudowne dziecko, gdyby nie te noce.
Niestety, pod tym względem, nic się nie zmieniło. A może nawet jest gorzej.
2,5 godziny to absolutne maksimum spania i do tego zdarza się tak raz na 5 dni.
Normalnie to około godziny.
Moja frustracja narasta. Najbardziej daje się we znaki rano, jak nie mam siły nawet się ubrać i w nocy, gdy patrzę na M. śpiącego w najlepsze.
Obwiniam go tylko o to, że nie jest w stanie nic na to poradzić. 
Cudów nie zdziała, wiem, ale przynajmniej mógłby się jakoś ciszej zająć Filipem, żebym mogła się przespać.
Ale nie. Leżę potem i słucham z drugiego pokoju jojczenia dziecka, coraz głośniej i głośniej, aż wściekła wstaję, bo i tak nic z tego nie będzie.

Tracę cierpliwość, ale jak tu gniewać się na dziecko.
Swoje też robi ta pogoda. Zimno i pada takie nie wiadomo co.
Wczoraj wieczorem popruszyło śnieżkiem, a dziś rano już breja.
No i Matka zdołowana chodzi.
A tu dziecia trzeba pilnować, obiad zrobić.
Może przynajmniej weekend będzie lepszy.
Jutro basen, w niedzielę urodziny chrześniaka więc nudzić się za bardzo nie będę.
Co prawda miałam ochotę na dwa dni tylko we troje, ale może w przyszłym tygodniu się uda.

A na koniec wspomnienie ubiegłego weekendu czyli spotkania "Rodzice Blogują".
Ponieważ było to pierwsze takie moje wyjście od bardzo dawna, czułam się zagubiona i nie skorzystałam z niego tak jak powinnam.
Co nie zmienia faktu, że było naprawdę sympatycznie i w końcu się przekonałam, że Filipowi potrzeba takich wyjść "do ludzi". Aż piszczał z radości na ten zgiełk i zamęt.
No to wspominamy;)




Mam nadzieję, że podobnych okazji będzie jeszcze wiele, bo Matce bardzo dobrze wyjście zrobiło.
Plan na najbliższy czas jest taki: poszukać przeróżnych miejsc i zajęć, na które możemy uczęszczać z Filipem.
Na liście mamy już dwa takie miejsca:
Klubokawiarnia FIKA
i
Pompon
Odwiedzimy, zobaczymy i pewnie podzielimy się opinią.

A teraz udajemy się na weekend. Oby był miły.
I pozwolił troszkę odpocząć.
Tego i Wam życzę.

czwartek, 16 stycznia 2014

Poczta Polska czyli jak szybko zepsuć dobre wrażenie...

Jakiś czas temu pisałam o tym, jak postanowiłam walczyć o swoje z Pocztą Polską i złożyłam skargę na listonosza, który notorycznie nie dostarczał nam przesyłek, bo uważał, że są za duże.
 TU
Czekałam, czekałam i się doczekałam odpowiedzi.
Oczywiście stwierdzono, że skarga była uzasadniona. Tego akurat byłam pewna, bo nie wysyłałabym skargi, gdybym miała wątpliwości.
Napisano, że praca listonosza zostanie "objęta specjalną kontrolą przez służby nadzoru, tak aby opisane w skardze przypadki nie miały więcej miejsca".
No i przeprosiny wraz z wyrazami nadziei, że dalsza nasza współpraca będzie przebiegała pomyślnie.
I fajnie.
I o to mi chodziło.
I tyle by wystarczyło.
Gdyby nie jeden mały fakt.
List dostarczył mi właśnie ten listonosz, wyraźnie niezadowolony, ale co mu się dziwić.
Niemiły, to bardzo delikatne określenie na to, w jaki sposób się do mnie odnosił.
Nie będę tutaj się nad tym rozwodzić, ale czego on się spodziewał.
Chyba trzy razy chodziliśmy na pocztę składając zażalenia na pracę tego pana.
Byliśmy odsyłani, ściemniano nam, że listonosz wcale nie ma obowiązku nosić tych paczek, że to nie listonosz od nich z poczty i, że poczta tak naprawdę to chyba nie wie dlaczego tak jest.
Może mieli nadzieję, że na tym skończymy dochodzenie naszych racji, a tu nie.
Więc o co pan listonosz ma do mnie pretensje.

Zastanawiające jest jednak to, że list pełen przeprosin, dostarcza mi pan, który rzuca mi prawie w twarz kwitkami do podpisania, no i paroma słowami.
Przeprosin na pewno wśród nich nie było.
No i co teraz? Mam się dalej szarpać, domagać się przeprosin?
Ja nawet nie znam nazwiska tego pana, ale za to on dokładnie zna moje dane.
Czy to nie dziwne, że poczta informuje go, że to ja złożyłam skargę, a ja nie mam prawa poznać jego personaliów.
Nie złożyłam skargi anonimowo, poparłam ją numerami przesyłek kierowanych do mnie, ale nie spodziewałam się, że ten pan będzie o tym wiedział.
I ten pan, który ewidentnie jest na mnie wkurzony, będzie mi teraz dostarczał pocztę, a ja będę mu otwierała drzwi.
A skąd ja mam wiedzieć, jak bardzo pan jest na mnie wkurzony.
Tyle się dziwnych historii w telewizji ogląda.
Ok. Przesadzam. Ale czy to jest w porządku?

Gdybym była mściwa, to bym listonoszowi uprzykrzyła pracę.
Prowadzimy z M. firmę i naprawdę bardzo dużo rzeczy zamawiamy. Zazwyczaj kurierem, ale pocztą też się zdarza. Większe rzeczy zamawiam na adres firmowy, gdzie i tak listonosz jest zmotoryzowany. Na adres domowy zamawiam malutkie i leciutkie przesyłki. Taki miałam zwyczaj. I teraz mogłabym go zmienić i zamawiać wszystko na adres domowy.
Mściwa nie jestem, zamawiać będę tak, jak zamawiałam. Teraz pewnie większość na adres firmowy, żeby pana listonosza nie widywać.
Pan listonosz i tak premię stracił. Może się nauczy, że pracę trzeba wykonywać, a nie liczyć na to, że nikomu się nie będzie chciało zwrócić na to uwagi.
A ja ograniczę korzystanie z usług Poczty Polskiej, bo co mi po ich przeprosinach, skoro są przekazywane w taki sposób.

środa, 15 stycznia 2014

Uszyj Jasia...

Ponieważ ostatnio, odkąd Filip potrafi się sobą zająć dłużej niż 5 minut, postanowiłam zająć się też czymś co i mi sprawia przyjemność, powróciłam do mojego hobby.
A jest to wszelkiego rodzaju rękodzieło ze szczególnym wyróżnieniem robótek ręcznych.
Uwielbiam szydełko, druty, haft, wszystko co z nitką związane.
Ostatnio dopadłam również maszynę do szycia.
Ta ostatnia ma tą zaletę, że nie zajmuje dużo miejsca i samo szycie nie jest tak absorbujące, jak, na przykład, haft krzyżykowy.
Ale, że ciężko u mnie z myśleniem, bo jestem niewyspana wiecznie, to postanowiłam poszukać inspiracji w sieci.
I w ten sposób trafiłam na bloga Szycie u Koty, a tam na akcję Uszyj Jasia.

No i ruszyłam do dzieła.
Moim problemem jest to, że jak się za coś wezmę, to robię i robię, ponad potrzebę i potem wszystkie szuflady zapchane są szydełkowymi serwetkami, haftowanymi obrazkami, bucikami dla dzieci czy kolczykami ręcznie robionymi.
Dlatego akcja bardzo mi się spodobała, bo mogę robić to co lubię, a jednocześnie komuś pomóc.

I powstały pierwsze jasie, które pojadą do Szpitala w Piotrkowie Trybunalskim:

Oprócz gotowych jaśków, na akcję można przekazać również materiały.
Również ja podejmę się uszycia poszeweczek, jeśli ktoś zechciałby powierzyć mi materiały.
Akcja, moim zdaniem, godna zainteresowania.
Ja na pewno nie poprzestanę na tych pięciu, które uszyłam.

wtorek, 14 stycznia 2014

Cotygodniowy portret dziecka: 1/52, 2/52.

Przeglądając Wasze blogi, już któryś raz trafiłam na projekt "Portret dziecka co tydzień".
Jeszcze nie braliśmy udziału w żadnym wyzwaniu czy projekcie więc tym razem się dołączamy.
Zdjęcia będę sobie również zapisywała w oddzielnym katalogu, żeby potem mieć pamiątkę i może powstanie z nich jakiś plakat.

1/52

2/52


PS.
Możliwe, że w niedługim czasie do obsady bloga dołączy również Tata Filipa.
Nie żeby na cały czas, ale od czasu do czasu coś może skrobnie, podsunie pomysł lub zrobi zdjęcie.
Czy nie uważacie, że z tej okazji przydałoby się troszkę utatowić tytuł bloga?
Albo przynajmniej troszkę go odmamowić;)

niedziela, 12 stycznia 2014

Filip i niebezpieczne mieszkanie...

Filip chodzi!!!
No może nie tak do końca jest to prawda, ale przemieszcza się całkiem sprawnie.
Opanował sztukę, która łączy za sobą raczkowanie, suwanie i chodzenie.
Na zmianę, to jest na kolanach, to na stópkach, to na tyłeczku.
I tak przemierza mieszkanie.
I to jak szybko.
Nauczył się tego w dwa dni.
W dwa dni od nieruchomego Filipa stał się Filipem Pędziwiatrzem.
Zaczęła się akcja ciągłego pilnowania, no i oczywiście zabezpieczania mieszkania.
Jak na początkujących rodziców raczkującego brzdąca przystało, nie mamy zielonego pojęcia co zabezpieczyć trzeba.
No teoretycznie wiemy, że kontakty, ale które najpierw?
Teoretycznie wiemy też, że szafki, ale które uda mu się otworzyć, a które zostawić, bo może je swobodnie otwierać. A może lepiej wszystkie, żeby nie uszkodziły filipich paluszków.
No i kwiatki, ale co z nimi zrobić. Czy są takie, które nie szkodzą czy lepiej pozbyć się wszystkich.
Takich "ale" jest multum.
Doszliśmy do wniosku, że i tak nie jesteśmy zabezpieczyć i przewidzieć wszystkiego. Pozostaje nam uważne obserwowanie Filipiastego i w razie wykrycia zagrożenia, eliminowanie go.
Na pierwszy ogień poszedł salon i miejsca, które Filip sobie szczególnie upodobał.
Pierwsze były szuflady i szafki w salonie.
Profilaktycznie zakleiłam je taśmą klejącą, bo jak na razie M. nie trafił na zabezpieczenia pasujące akurat do takiego ustawienia szafek. Coś na pewno się jeszcze wymyśli, ale na chwilę obecną nas wystrój się uatrakcyjnił takimi widokami:

Kolejna była, wciąż u nas jeszcze obecna, choinka. Tutaj wystarczyło przewiesić szklane bombki wyżej, a na dole zostawić same plastikowe.
Na półce pod stolikiem zostały już tylko same bezpieczne rzeczy.
Zastanawia nas bardzo, jak zorganizować komódkę pod telewizorem, gdzie stoi dekoder, konsola i dvd. Na razie króciutkie filipie łapki jeszcze do sprzętów nie sięgają, ale już próbują.
Zniknęły ukochane przez Mamusię wszechobecne przedłużacze. Powinny zniknąć już dawno, ale zawsze było mi z nimi wygodniej.
Kwiatki z podłogi też stopniowo pewnie poznikają, ale wszystko po kolei.

Z pozoru bezpieczny pokoik Filipka też wymaga delikatnej reorganizacji.
Pierwsze co rzuciło się w oczy to półki. Nie są stabilne i próba stawania przy nich mogłaby się w najlepszym wypadku skończyć upadkiem.
Kosz na brudne pieluszki też przykuł uwagę Borsuczka więc coś z nim trzeba będzie zrobić.
Pod łóżeczkiem swoją kryjówkę miała waga i pokrowiec na łóżeczko turystyczne z resztkami osprzętu. To też będzie musiało zniknąć.

Po drodze jest jeszcze korytarz i kocia kuweta, kuchnia, łazienka na szczęście zamykana i nasza sypialnia.
Kuchnia zostanie odgrodzona barierką, ale co z resztą?
W każdym pomieszczeniu ogrom zagrożeń, o których sobie nawet nie zdajemy sprawy.
Wszystkiego się nie da zabezpieczyć dlatego teraz podwójnie ważne jest, by dziecięciu poświęcać więcej uwagi. Trzeba mieć go cały czas na oku. Pilnować i reagować w odpowiednim czasie.
Jak na razie Tatuś przytaszczył różne rodzaje ustrojstw i będziemy testować.


A ktoś powiedział, że jak zacznie się sam przemieszczać będzie łatwiej.
A może Wy macie jakieś sprawdzone patenty na bezpieczny dom dla maluszka?


piątek, 10 stycznia 2014

Nieprzespane noce...

O tym, że Filip nie śpi było już nie raz. 
O tym, że padam na twarz też już było.
Ale teraz powoli tracę nadzieję, że będzie lepiej.
Przeszłam przez wszystkie tłumaczenia jakie się da.
Spróbowałam wszystkiego co tylko mi radzono i co przyszło mi do głowy.
A Filip nadal nie śpi.
To znaczy on śpi, ale z przerwami. I to wieloma przerwami.
I już mi naprawdę działają na nerwy odpowiedzi specjalistów, że to normalne, że ich dzieci też nie spały do, na przykład, 2 roku życia. A jak dokładniej dopytam to okazuje się, że owszem dziecko się budzi, raz, koło 2 w nocy na karmienie.
Albo ktoś mi mówi, że dziecko nie daje mu się wyspać, bo wcześnie wstaje, ale całą noc śpi jak aniołek.
No trafia mnie coś.
No, bo Kochani, dla mnie luksusem jest 2,5 godziny snu ciągiem.
I zdarza się to tak może raz w tygodniu.
Normalnie moja dobra noc wygląda tak.
Zasypianie o 20 i pobudki około 22,24,2,4 i o 6  pobudka.
Zastrzegam, że to jest dobra noc i zdarza się raz na 5 gorszych.

Dziś na przykład miałam nadzieję na lepszą noc, bo miałam problem z filipim zaśnięciem.
Nawet mnie to ucieszyło, że poszedł później spać, bo liczyłam na lepszy i dłuższy sen.
Oto co dostałam.
Pobudki 21.30, 22.30, 23.30, 00.15, 1.45.
O 2.15 Filip odmówił spania całkiem. Nie pomogło przytulanie, głaskanie, cycek. Nic. Zasnął chyba ze zmęczenia koło 3.
Potem do 5.45 wstawałam chyba raz, ale tylko dać smoczka.
Takie wstawanie lubię, bo tylko na pół przytomna się podniosę i potem nie marnuję czasu na zasypianie, bo do końca się nie budzę.
O 5.45 Filip się najadł i zasnął już ze mną do godziny 7.

Do tego wszystkiego, jak zawsze ładnie zasypiał na drzemki, to dziś skończyło się rykiem i padnięciem przy piersi. Nie wiem co mu się znów poprzestawiało, ale nie bawi mnie usypianie dziecka 1,5 godziny, żeby po godzinie już wstało.

Wygadałam się.
A raczej się wypisałam.
I zaznaczam, że nie piszę tego, żeby się wyżalić, tylko po to, żeby się wytłumaczyć.
To, że czasem nic nie piszę, albo marudzę jak stara baba, to nie dlatego, że ja taka zrzędliwa jestem. Czasami po prostu nie mam siły, weny i ogarnia mnie zwątpienie.
Marzy mi się jedna jedyna noc przespana, bo tak naprawdę nie pamiętam jak to jest.
A co Wy myślicie na temat psychologów niemowlęcych? Ma to jakiś sens? Warto spróbować? Bo ja już łapię się wszystkiego.
 
A teraz zostawiam was ze słodko śpiącym Filipem i obiecuje, że jutro już będzie pozytywnie, o postępach i sukcesach, z uśmiechem na mojej niewyspanej paszczy.


Miłego dnia;)

środa, 8 stycznia 2014

Pościel w osiołki...

Miałam się pochwalić, jak już skończę, to się chwalę.
Oto pościel w osiołki uszyta przeze mnie;)
Dodam tylko, że to pierwsza moja pościel w życiu więc miałam duże obawy.
No, ale wyszło pięknie.
Ja osobiście jestem zadowolona.




Jak na razie jednak Fifi śpi w łóżeczku turystycznym u nas w sypialni, a tam ochraniacz mu nie potrzebny.
Nie prezentuje się to może tak ładnie, jak w łóżeczku drewnianym, ale nie mogłam się doczekać, kiedy Filipiasty prześpi się pierwszy raz w pościeli uszytej przez Mamusię.


No i jak Wam się podoba?
 

wtorek, 7 stycznia 2014

Czy ja się nudzę?

W Święta usłyszałam, że ja się chyba w domu to nudzę.
Tyczyło się to tego, że cały czas robię maskotki, czapeczki, ogółem dłubię różne rękodzieło.
Poczułam się troszkę głupio i trochę winna, że tak siedzę w domu i nic nie robię.
Bo co mam powiedzieć komuś kto z dziećmi nigdy nie miał nic do czynienia. 
Że co?
Że po nieprzespanej nocy wstaję nieprzytomna?
Że nie mam wtedy ochoty spoglądać w lustro, bo wyglądam jak siedem nieszczęść?
Że nawet jak M. weźmie Filipa na trochę, żebym dospała, to ciężko, bo Mały marudzi w pokoju obok tak, że wstać trzeba?
Że potem kaszka, podtykanie zabawek, noszenie, znów podtykanie zabawek, podtrzymywanie, bo sam nie stoi, a chce, pilnowanie czy nie zjada kwiatka, czy nie pcha łapek do szuflady, czy nie ciągnie kota za ogon, a w między czasie upychane umycie się, ubranie, jakaś bułka i może jakiś makijaż?
I tak do 9.30, o której albo Fifi zaśnie, albo nie.
Że jak zaśnie, to staram się ogarnąć obiad, pranie i jakieś porządki?
Mam na to, jak dobrze pójdzie, 1,5 godziny.
Jak się Filip przebudzi, to znów podtykanie zabawek, noszenie, podtykanie zabawek, szukanie nowych miejsc, żeby się nie nudził, koło 13 obiadek, zazwyczaj z atrakcjami i dalej noszenie, podtrzymywanie, pilnowanie, żeby sobie nie zrobił krzywdy i tak dalej.
Jak uda się go na chwilę zająć, to trzeba wyciągnąć pranie, powiesić, ogarnąć poprzednie, dokończyć obiad, może jakaś surówka, może obrać ziemniaki. Oczywiście, jak się da.
O 14.30 znów, albo Filip zaśnie albo trochę nam to zajmie.
Mam 1,5 godziny na dokończenie wszystkiego czego nie udało mi się dokończyć podczas aktywności Filipowej i zostaje troszkę czasu dla siebie. Wtedy coś sobie dłubię, piszę na blogu, czytam i czekam na M.
Jak mu się uda wrócić wcześniej, to jemy razem obiad, jak wcześniej obudzi się Fifi, to bywa różnie.
Potem jakieś zakupy, spacer i inne aktywności, do których przydaje się tragarz, kierowca i w ogóle Tatuś.
Koło 18 deserek i znów mam godzinkę dla siebie.
Zwykle wtedy ogarniam kuchnię i robię inne drobne czynności.
O 19 zazwyczaj idę na 30 minut do wanny. Tak wcześnie, bo łazienka graniczy z sypialnią i potem mógłby się budzić Maluch.
Kąpiel dziecięcia, karmienia i usypianie.
Zazwyczaj Filipiasty chwilę po 20 już śpi.
No i jest troszkę spokoju.
Mamy czas dla siebie.
Zazwyczaj ja nadrabiam zaległości papierzano-firmowe, a M. wyskakuje na wieczorne zakupy.
Jak Filip ma dobry wieczór, to budzi się po 2-3 godzinach, jak gorszy, to co 45 minut.
Obejrzymy coś, pogramy na konsoli, spędzimy troszkę czasu razem.
O 23-24 kładziemy się do łóżka. I wtedy jest chwila prawdy.
Jak się Maluch zaczyna wiercić i wybudzać, to mogę zapomnieć o spokojnej nocy.
A spokojna noc, to w naszym wykonaniu i tak ok. 3 pobudek.
Po nocy wszystko zaczyna się od nowa.

Oczywiście są od tego odstępstwa.
Olewam czasem obiad i zamawiamy coś w knajpie.
Albo zostawiam trochę nieporządku na dzień następny.
Papiery firmowe też nie zawsze wymagają przeglądania.
Wtedy właśnie znajduję trochę czasu na swoje hobby czy inne zajęcia.
Czy to naprawdę tak dużo?
Czy mam mieć poczucie winy, że nic nie robię?
Bo czasem wydaje mi się, że niektórzy tak o mnie myślą.
Zrobiła sobie dziecko, żeby nic nie robić.
To przykre, ale tak to czasem odbieram.


poniedziałek, 6 stycznia 2014

Nareszcie koniec...

Nareszcie kończą się święta.
Co prawda M. był w czwartek i w piątek w pracy, ale to taka króciutka przerwa. Poza tym wracał wcześnie, to nawet nie poczułam jego nieobecności.
Jutro poświątecznie pewnie też długo nie zabawi poza domem.
Trochę się obawiam, bo Filip jest ostatnio strasznie marudny. Jak już wpadnie w spiralę kwęczenia, to ciężko go czymś zająć nawet na chwilę. Każdy by oszalał, jakby 4 godziny próbował zabawić pojękujące dziecko.
Ale prawda jest taka, że jak M. nie ma w domu, to ja sobie ze wszystkim lepiej radzę.
Filip jakiś grzeczniejszy, ugotowane, uprane, a jeszcze mam czas na internet i swoje hobby.
A jak Szanowny Tatuś ma wolne, to wszystko się sypie. 
Niby się zajmuje Małym, ale co chwilę mi go podrzuca, mały jęczy, M. trajkocze, głowa pęka.
Prace domowe też zazwyczaj kuleją wtedy, bo codziennie wykorzystuje do nich drzemki filipie, a w wolny dzień zwyczajnie mi się nie chce zapierniczać jak mały samochodzik, kiedy M. okupuje kanapę. Bo dla niego drzemka dziecięcia jest do odpoczynku. 
Nie to, żebym miała do niego jakieś pretensje, ale wyglądałabym wtedy, jak służba ze szmatką, kiedy pan siedzi z nóżkami na stole.
Dlatego w weekendy porządki owszem robię, ale jak Filip bawi się z Tatusiem. A jak Filip śpi, to obydwoje się lenimy.
Dlatego cieszę się na koniec tego długiego weekendu.

No i Teściowie.
W końcu przestaną nas zagłaskiwać na śmierć.
A raczej zakarmiać na śmierć.
Teściowa ma dziwny zwyczaj przekarmiać nas tylko po to, żebyśmy się zajęli jedzeniem i zostawili jej dziecko choć na chwilę.
To miłe, bo w weekendy rzadko gotuję w domu, ale ilości tego jedzenia mnie przerastają. A ja i tak połowę zawsze oddaję M., bo sama nie mogę.
A poza tym przyda mi się w końcu trochę odpoczynku od nich. Każdemu to dobrze zrobi.
W przyszły weekend też raczej się nie zobaczymy. Przynajmniej w sobotę, bo Mamusia wybiera się na spotkanie z innymi blogerkami z naszej cudownej Lubelszczyzny;)
Wybiera się o ile nie stchórzy, bo poznawać ludzi to Mamusia lubi, ale należy do raczej nieśmiałych osób, co dość utrudnia jej czasem funkcjonowanie w społeczeństwie;)

No i co my jeszcze dziś robiliśmy?
Ano odwiedziliśmy filipią prababcię i ciocię z wujkiem, a maminą siostrę.
Było krótko, ale miło.
Filipi "prawie"  wujek kończy właśnie, jako drugi kierunek, architekturę więc doradził nam także w sprawie budowy domu.
Mimo, że na co dzień rzadko widują Malucha, to jak już go dopadną, to zachwytom nie ma końca.
A Mamusia co?
Mamusia pęka z dumy.

W domciu zaliczyłam pierwszą gonioną kolację Filipa, potem kąpiel i spanie.
Jak dalej będzie, to jak zawsze niewiadoma.
A teraz nareszcie mam chwilkę dla siebie.
A na koniec zapraszam Was na pyszne owsiane muffinki z przepisu podkradzionego TU.

niedziela, 5 stycznia 2014

Filip marudzi, a Mamusia szyje...

Obiecywałam sobie, że postaram się nie narzekać na blogu, co by nie wyjść na marudę ciągłego, ale co zrobić, jak już wytrzymać nie mogę i absolutnie nie mam pomysłu co dzieje się z moim dzieckiem.
Takich rozpaczy w jego wykonaniu chyba jeszcze nie było.
Niby postępy, to moje dziecko robi, ale czym to jest opłacone.
Wstaje już bez podciągania w górę, stoi chwilkę, choć jeszcze czasem się zapomina i puszcza się trzymanego przedmiotu.
Próbuje się przemieszczać na dupce. Nawet mu to wychodzi, ale lepiej jednak idzie mu obracanie się wokół własnej osi.
Nachyla się do przodu, próbując stanąć na czworakach. Często ląduje na ryjku i jest płacz. Jak mu się uda, to też po chwili ląduje na ryjku i też jest płacz.
Wymaga ciągłego pilnowania, bo wystarczy chwilka a ciągnie za choinkę, albo co gorsze wali główką w kant ściany. Dobiera się do kwiatków i szuflad, a ja mam zawał co pięć minut.

Obniżyliśmy mu już łóżeczko na sam dół, bo jego akrobacje doprowadzały mnie do szału. Bałam się, że się nie obudzę, a Filip wyskoczy mi na podłogę.
Miałam obawy, że będzie się bał spać w takim korytku, na samym dnie, ale o dziwo chyba lepiej mu tam było. Obudził się tylko trzy razy. To dużo, ale w porównaniu co zwykle wyczynia, to naprawdę sukces.
Dziś w dzień drzemki też przespał bez pobudek więc może coś w tym jest.

Mamunia ze to zabrała się za szycie pościeli dla Filipka.
Już jest na finiszu, kończy tylko ochraniacz na łóżeczko, który, jak się okazało, na razie nie będzie przydatny, bo na najniższym poziomie łóżeczka turystycznego nie zdaje egzaminu.
Ale przecież na Filipka czeka piękne drewniane łóżeczko w jego pokoiku, to na pewno się przyda.
Pochwalę się, jak już wszystko dopracuję tak jak być powinno;)

 

sobota, 4 stycznia 2014

8 miesięcy...

Filipina kończy dziś 8 miesięcy.
Nie będę tutaj pisać o tym, że jeszcze niedawno pojawił się jako dwie kreseczki na teście, a dziś to duży chłopak. Czas szybko leci, to pewne.
W ciuszki 74 już wchodzi "na wcisk". Króluje rozmiar 80.
Ile waży? Nie wiem. Coś koło 8500 pewnie.
Marudzi nam strasznie, o dziwo bardziej, jak M. jest w domu. Jak jestem sama, jakoś lepiej daję sobie z nim radę.
W nocy spać nie chce.
To znaczy śpi, ale budzi się co godzinę.
Dziś na przykład obudził się po 3 i szalał godzinę, a ja potem zasnąć nie mogłam.
W dzień, od jego drzemek można ustawiać zegarek. 9.30-11.00 i 14.30-16.00.
Gorzej z posiłkami. Za nic nie mogę mu ich wyregulować. 
Jedyne co je w miarę dobrze, to obiadek. Prawie zawsze zjada cały.
Inne posiłki to koszmar, a o regularności cyckowego mleczka wcale nie może być mowy.
Zaczynam mieć obawy co do jego odżywiania, ale na wygłodzonego, to on mi nie wygląda.
W jakiś magiczny sposób przemieszcza się na dupci. Nie wiem, jak on to robi, ale jakoś zmienia swoje położenie na podłodze.
Stawanie, jak na razie poszło delikatnie w odstawkę. Nie to, że całkiem, ale zdecydowanie bardziej zajmują go próby stawania na czworaka. 
Ogólnie mamy z nim wesoło, bo staje na czterech łapkach, nie wie co ma zrobić i leci do przodu. Pół biedy na środku pokoju, gorzej, jak przy jakimś meblu, o który może sobie rozbić mordkę.
Teściowej troszkę odpuściłam i nie pilnuję ich tak na każdym kroku, ale jak to zwykle bywa, jak da się palec, to... itd. Przyznam, że wkurza mnie to, ale, jak nie dzieje się nic strasznego, to nie interweniuję, bo w końcu na zawał zejdę, jak będę się tak wszystkim przejmować.
 
Zezik;)
No co tu więcej pisać.
Duży jest, rozwija się, robi postępy.
Troszkę to uciążliwe, ale wszystko mija, taka kolej rzeczy.
A jak popatrzy mi prosto w oczy tymi swoimi wielkimi, czarnymi oczętami, to wymiękam i nic się już nie liczy.
Kocham go niesamowicie.

piątek, 3 stycznia 2014

Smoczek MAM Nature 6+.

O tym, że ubóstwiamy smoczki MAM nie muszę chyba pisać.
Każdy, kto przegląda tego bloga, widział chyba te zdjęcia:
Tutaj Fifi ze swoim pierwszym smoczkiem, jeszcze w szpitalu.

 Tutaj ze swoim kolejnym smoczkiem:

 I kolejnym:

Nawet na chrzcinach trzymał w pysiu smoka:

Te smoczki towarzyszyły nam od samego początku, dlatego, gdy poproszono nas o przetestowanie smoczków 6+, nie miałam najmniejszych wątpliwości.
Mieliśmy już wcześniej smoczek z serii MAM 6+. 
Fifi używał go sporadycznie, bo przestawiał się powoli z mniejszych smoków, ale potem przyzwyczaił się i nie chciał już cmoktać smoczków wcześniejszych.
Teraz dostaliśmy do wypróbowania smoczek MAM Nature, z budowy jest on identyczny, do wcześniej przez nas używanego MAM Night, różni się tylko wyglądem.
My dostaliśmy smoczek różowy ze słodkim słonikiem.
Wiem, wiem, różowy dla chłopca... Ale my jesteśmy tolerancyjni.
Są również śliczne niebieskie więc każdy znajdzie coś dla siebie.

Fifi ze smoczkiem MAM Night
Pierwsze co wyróżnia dane smoczki od innych, to widoczny od razu, brak kółka czy haczyka. Jak zwał, tak zwał, ale tego właśnie nie ma.
Na początku, jeszcze w szpitalu byłam do tego sceptycznie nastawiona, ale teraz uważam to za mega plus.
Kółeczko to nie przeszkadza, a jak ktoś ma wątpliwości, że na przykład, nie będzie jak przyczepić do smoczka smyczy, to śpieszę powiadomić, że MAM ma również w swojej ofercie klipsy dostosowane do swoich smoków.

Drugą widoczną rzeczą, jest fajny kształt tarczki smoczka.
Idealnie dopasowuje się do buźki dziecka, a dzięki otworom, skóra smyka oddycha.
No i jest po prostu inny niż reszta smoków znanych mi do tej pory, a to też duży plus.

 Jak jest napisane na opakowaniu:
Smoczek ma ortodontyczny kształt, idealnie dostosowany do faz rozwoju żuchwy.
Faktycznie. Smoczek pewnie trzyma się w buzi dziecka i mu nie przeszkadza.
Nasz Fifi śpi z nim, nie wypluwa, a to jest dowodem na to, że dopasowuje się do budowy jego buźki, a to za sprawą i kształtu, i materiału z jakiego jest wykonany.
A wykonany jest z delikatnego i miękkiego silikonu.



No i w skrócie.
Fajnie wygląda.
Ma odpowiedni kształt.
Jest wygodny w użyciu.
Pasuje Filipowi.
A ja polecam.

czwartek, 2 stycznia 2014

Stary Rok. Jaki był?

Nowy Rok, Nowy Rok.
Przydałoby się jakoś podsumować ten Stary, absolutnie wyjątkowy Rok.
Postanowiłam to zrobić skrótowo, miesiąc po miesiącu, bo jakbym miała się rozpisywać, to internetu by mi nie starczyło na pomieszczenie tego co się działo.
To samo ze zdjęciami.
Gdybym chciała tutaj umieścić wszystkie obrazujące ważne wydarzenia, to dnia by Wam nie starczyło na ich przeglądanie.
Dlatego będzie oszczędnie.

Styczeń
Nowy Rok 2013 przywitaliśmy tak:
Poza tym M. szalał z malowaniem pokoju dla dziecka i ogółem szaleliśmy z przygotowaniami.

Luty
W lutym pokoik był już prawie gotowy, to zaczął się remont salonu, bo przecież też trzeba odświeżyć i uprzytulnić.
Coraz ciężej mi jeździć do pracy, ale nadal się trzymam.
Popołudniami nie wytrzymuję i urządzam wszystko w domu.
Tak bardzo mnie nosi, że nawet oblekam już pościel do łóżeczka.

Marzec
Pani doktor oznajmia mi, że 26 wyjeżdża na urlop.
Ja mam termin na 27, muszę się pośpieszyć, żeby była przy porodzie.
Mam się 17 kwietnia stawić do szpitala, bo i tak według niej dłużej to nie potrwa.
W ten sposób spędzam większość czasu w pracy więc podejmuję decyzję o zaprzestaniu tego procederu.

Kwiecień
Siedzę już w domu i dostaję korby.
Tak mi się nudzi, że sprzątam, szoruję, myję i pucuję.
Męża trafia szlag, bo myję na przykład framugi do poziomu, do którego dosięgnę, a resztę musi kończyć on.
Wszystkie wolne dni spędzamy u teściów pod miastem.
Od 17 kwietnia co trzy dni jestem w szpitalu. KTG raz takie raz owakie. Nic nie zapowiada porodu.
Pani doktor nadal wierzy w cud.
Przekazuje mnie swojej koleżance, pani ordynator położnictwa.
Straszą, że powinnam już się położyć do szpitala, my się nadal bronimy.

 Maj
2 maja, dokładnie w 4. rocznicę ślubu, ląduję na trakcie porodowym.
Mam leżeć i czekać.
4. maja zabierają mnie na porodówkę i po paru godzinach decydują o cesarce.
O 13.20 przychodzi na świat Filip.
Jest to bezsprzecznie najważniejszy dzień mojego życia.
Pięć dni później wracamy do domu.
Pierwszy Dzień Matki.
Zaczyna się kombinowanie co się z takim dzieckiem robi.
Pierwsza kąpiel podpatrzona na YouTube, karmienie na intuicję.
Kołyska stoi w salonie i Fifi jest z nami do ok 23, gdy budzi się na karmienie, wtedy wszyscy karnie idą do łóżka. Oczywiście wszyscy do jednego.

Czerwiec
Upływa nam pod znakiem upałów i siedzenia u teściów, w weekendy oczywiście. Dni powszednie spędzam sama z dzieckiem w domu.
Jestem zmęczona, próbuję w wolnych chwilach czytać książki, ale nie mam tych wolnych chwil, bo Filipek wiecznie czegoś chce, a ja czuję się w obowiązku ciągle być przy nim.
Jak śpi, to chodzimy na spacery. Moment jego przebudzenia oznacza dla nas pęd do domu.
Pierwszy Dzień Ojca.

Lipiec
Dalej upały.
Jeździmy do mojego taty, tam w starym domu jest przynajmniej chłodno, ale dojazdy, to istna masakra.
Nadal jestem uwiązana do Filipa i cały czas chodzę na paluszkach, bo kołyska nadal stoi w salonie. Ale Mały ma mocny sen więc nie jest najgorzej.
Zaczynają się moje problemy z piersią. Najpierw guzki, potem zapalenie, a na końcu ropień. Tak kończy się karmienie lewą piersią, ale nadal mam nadzieję, że jak się wygoi, to wszystko wróci.
Nie wróciło. Od pół roku karmię prawą, w lewej już nawet nie ma mleka.

Sierpień
Zaczynają się też pierwsze nieporozumienia z dziadkami Filipa. Mają swoją wizję zajmowania się dzieckiem, a ja nie do końca się z nią zgadzam. 

Czas upływa nam pod znakiem wyjazdów i wycieczek.
Jeździmy do mojego taty. Tam jego dziewczyna zmienia mi opatrunki.
Mam coraz większego doła z powodu poranionej piersi.
Weekendy spędzamy rozmaicie. Po kłótni z teściami nie odwiedzamy ich już cały czas więc musimy sobie jakoś wypełnić czas.
Jesteśmy w Kazimierzu.
W moje urodziny wybieramy się na Jarmark Jagieloński.
Popołudnia spędzamy nad Zalewem Zęborzyckim.
Fifi zaczyna ładnie podnosić się na rączkach.
Ogólnie mam wrażenie, że bardzo nam wystrzelił w rozwoju.
Kołyska ląduje już u nas w sypialni i dzienne drzemki Synek przesypia tam.
Noce nadal z nami.

Zaczynam pisać bloga.

Wrzesień
Filipiasty dalej świetnie się bawi na brzuszku, dopiero potem mu przechodzi i ogarnia go niechęć do tej pozycji.
Zaczynam się niekomfortowo czuć u taty w domu. Wydaje mi się, że przeszkadzam i wcale nie interesuje ich ani ja ani Filip.
Przyzwyczajamy dziecia do łóżeczka drewnianego. Dobrze się tam bawi.
Zaczynamy chodzić na basen.
Zaczynamy rozszerzać dietę.
Rano Filipek dostaje kaszkę z glutenem, a koło 14 warzywka lub owocki.
Idzie nam raz lepiej raz gorzej.

Październik
Bardzo aktywny miesiąc.
Nadal chodzimy na basen. 
Filip odkrywa siedzenie, nie chce już leżeć, tylko chce siedzieć. Nie potrafi jeszcze sam dlatego zawsze ja robię za podpórkę. Nic nie mogę w domu zrobić. Na szczęście nie trwa to zbyt długo.
Dziecięciu dwa wychodzą ząbki. Jeden po drugim.
Wybieramy się rodzinnie na warsztaty Mamo to Ja.
Zaczynamy przyzwyczajać Malucha do spania u siebie w łóżeczku, ale śpi tam tylko do pierwszej lub góra drugiej pobudki.
22 października Fifi ma swoje pierwsze imieniny.
27 października ma jak na razie swoje największe święto.
Chrzciny.
Opłacone moimi nerwami, zweryfikowały chociaż to, komu można zaufać i na kogo naprawdę można liczyć.
Pierwsze Halloween Filipie. Wydrążamy dynię. Pierwszą w naszym życiu, ale dla Małego trzeba.

Listopad
 Miesiąc nie zaczyna się miło, bo przy okazji świąt co raz bardziej widzę, że niektóre osoby w rodzinie wcale się nami nie interesują, mimo ciągłemu opowiadaniu, że jest inaczej.
Ale potem jest już lepiej.
Filipek siedzi już ładnie sam.
Czynimy próby ze spaniem. Wychodzi nam ustawienie drzemek w dzień, ale niestety noce pozostają takie same. Przynajmniej nie budzi się już o 5, tylko o 6.
Jedzenie stałych posiłków idzie mu już całkiem nieźle.
Rano je kaszkę, koło 13 obiadek, a popołudniem deserek.
Jedynie z podawaniem jajka mamy problemy i chwilowo z niego rezygnujemy.
Konsumuje też swoje pierwsze chrupki.
Kupujemy łóżeczko turystyczne i ono zastępuje kołyskę. Fifi śpi już całe noce u siebie. Oczywiście z wieloma przerwami.
Basen cały czas aktualny.
Filipiasty uczy się nurkować.
Mam troszkę więcej spokoju, bo Maluch pięknie bawi się sam.
M. ma urodziny. Przykro mi, bo jego rodzina o nim zapomniała. Spędzamy ten dzień razem i też jest miło.

Grudzień
Na początku martwię się, że nasze dziecko się nie próbuje przemieszczać. Jak chce czegoś to buczy. Wcale też nie gaworzy.
Potem to się zmienia.
Filip postanawia stać, a ja mam robić za jego stojak.
Uczy się także pić z niekapka.
Na Mikołaja Mamusia dostaje maszynę do szycia i zaczyna przygodę z szyciem ozdób i przytulanek.
Za to ze spaniem coraz gorzej. Maluch zaczyna wykazywać objawy lęku separacyjnego. Zasypia tylko ze mną i trzyma mnie za rękę. Coraz częściej wraca do naszego łóżka.
Odkrywa, że zabawki można samemu wygrzebywać z pudła i, że na dupci też można się przesuwać.
Cały czas ląduje na buźce próbując raczkowania, a raczej stania na czworakach.
Mamy przerąbane z pilnowaniem go non stop.
Do tego nauczył się, że marudzeniem można dużo zyskać i wykorzystuje to przy każdej sytuacji.
Zaognia się mój konflikt rodzinny, ale Święta przebiegają miło.
Filip wyjątkowo dobrze znosi świąteczne wojaże.
No i zaczyna ćwiczyć nowe dźwięki, a ja coraz częściej widzę szansę na powiedzenie "mama" nawet przez przypadek.
Przesiadamy się do spacerówki. Gondola ląduje w piwnicy.
Miesiąc kończy się kryzysem w jego zachowaniu. Marudzi cały czas, M. nie jest w stanie go uspokoić, ja jestem niedospana i zmęczona. Tłumaczę sobie to skokiem rozwojowym w 35. tygodniu i czekam na polepszenie sytuacji.

Tak mniej więcej minął nam rok 2013.
Dopiero teraz zobaczyłam, że wszystko kręciło się wokół Filipa, mojej osoby tutaj malutko.
Troszkę mnie to na początku zasmuciło, ale widać tak ma być, teraz moje życie, to Filip i tak już będzie.
Cieszę się ze wszystkich jego sukcesów, bo to też moje sukcesy.
W tym cudownym roku dowiedziałam się jak bezgraniczna może być miłość Matki.
Nawet nie napiszę, jak bardzo kocham Mojego Syna, bo tego nie da się opisać słowami.
Był to przełomowy rok mojego życia.
W końcu staliśmy się w pełni rodziną. Ja, M. i Filip. Nasze małe stado, jak to mawia M.

A jaki będzie rok 2014
Mam jedno postanowienie główne. Muszę pozałatwiać sprawy rodzinno-firmowe, bo to zakłóca nam spokój i nie daje mi spać. Troszeczkę, to wszystko pogmatwane, ale trzeba się zabrać i rozwiązać niewygodne sytuacje.
Na wiosnę chcemy się wybrać we trójkę na wczasy. Pewnie do Grecji. Należy nam się to. Wiem, że zacznie się pouczanie, ale szczerze, nie mam w planie się tym przejmować.
No i chyba trzeba pomyśleć o rodzeństwie dla naszego Księcia Filipa.
Jest jeszcze parę małych planów i życzeń, ale co z nimi będzie, to się okaże w późniejszym czasie.
Czy będzie to dobry rok? A dlaczego niby miałby być zły? Wszystko idzie w dobrą stronę więc jestem dobrej myśli.