wtorek, 31 grudnia 2013

Nowy rok już tuż, tuż więc życzymy Wam...

Moi Drodzy. 
Już za kilkanaście godzin zacznie się Nowy Rok.
Jaki był poprzedni, napiszę już na spokojnie, jak odpoczniemy wszyscy po zabawach Sylwestrowych.
U nas te zabawy będą w domku, w trójkę, czyli ja, M. i Filip.
Może skuszę się na lampkę wina, może szampana, ale nocne karmienia wykluczają mnie z grona mocniej celebrujących ten wyjątkowy wieczór.
Z M. wpadliśmy na pomysł, żeby pograć sobie na konsoli.
A czemu nie?
W tamtym roku, też siedzieliśmy w domu i gapiliśmy się w tv. 
W tym roku, przyznam szczerze, nawet nikt nas nie uwzględnił w planach sylwestrowych. I tak pewnie byśmy się nie wybrali, ale o sam fakt chodzi.
Coś tam wspominała moja siostra, ale jak usłyszała, jak wygląda moja noc i, o której mam pobudkę, to zrezygnowała z zapraszania nas.
No, ale mamy siebie, konsolę i Filipa, który nie da nam się nudzić, zwłaszcza, jak za oknem dudnić będą fajerwerki.
To był dobry rok i zakończymy go też miło;)
W przyszłym roku sobie odbijemy;)
No, chyba, że znów będę w ciąży;)

A korzystając z okazji:

Tego życzy Wam cała filipia ekipa.

Tatuś również, ale zwyczajnie nie mam zdjęcia, na którym jest cała nasza trójka.
Mamy więc kolejne noworoczne postanowienie.
Machnąć sobie sesję rodzinną.

poniedziałek, 30 grudnia 2013

Kolejne szycia...

Jak już wcześniej pisałam, M. sprawił mi na Mikołajki maszynę do szycia.
Kiedyś dawno temu miałam trochę do czynienia z takim ustrojstwem, ale nie były to jakieś wybitne wyczyny.
Teraz postanowiłam się troszkę powprawiać.
Pokazywałam już tutaj borsuka i serduszko z tasiemkami, ale tak naprawdę pierwsze były literki tworzące imię mojego Synka.
Nie pokazywałam ich wcześniej, bo zwyczajnie nie podobały mi się i nie miałam pomysłu na ozdobienie ich tak, by były ładne.
Zrobiłam je z poszewek na jaśki, które kiedyś dostałam od teściowej, a rozmiarem nie pasowały do żadnej mojej poduszki.
Teraz muszę przyznać, że nawet mi się podobają.
podkreślam słowo "nawet", bo jednak mogłyby być ładniej wykonane i przemyślane, a robiłam je na biegu między jednym marudzeniem Filipa a drugim.
Oto one:


W międzyczasie uszyłam jeszcze dwie czapki Świętego Mikołaja.
Jedna wyszła za mała więc wylądowała na główce naszego dużego drewnianego kota. 
Druga miała być dla Filipa, ale on za nic nie chciał jej na głowie.


Cały czas szukam kolejnych inspiracji, co by tu jeszcze ciekawego zrobić.
Jak coś wymyślę na pewno znowu się pochwalę.
No, chyba, że mi nie wyjdzie i będę się wstydzić;)

sobota, 28 grudnia 2013

Wizyty duszpasterskie...;)

Już jakiś czas temu pisałam wam o tym, jak pięknie potraktował nas nasz Proboszcz, jak poszliśmy do niego po zgodę na chrzest w innym kościele.
Od tej pory M. odgrażał się, że jak będzie chodził po kolędzie, to mu nie odpuści. To porozmawia sobie z nim, ale na naszym terenie. Że wytłumaczy, że takim postępowaniem tylko zniechęca do siebie ludzi.
Prawda jest taka, że od 10 lat u nas w domu nikt Księdza nie przyjmował.
Moja babcia zmarła, jak byłam na pierwszym roku studiów, a jak to studentka, na Święta jeździłam do rodziców. Zwyczajnie nikogo nie było.
Potem, jak już mieszkaliśmy z M., nie przyjmowaliśmy, bo tak bez ślubu. No nie wypada.
Po ślubie postanowiliśmy to zmienić, a tu niespodzianka. Ksiądz nie przyszedł.
W tamtym roku też zaparliśmy się i specjalnie z pracy lecieliśmy na złamanie karku, bo Ksiądz chodzi po kolędzie. Znów nie przyszedł.
A w tym roku, jak już Filip jest na świecie, M. postanowił się na niego zaczaić. Jak tylko będzie szedł po schodach, to go dopaść, że niby dlaczego do nas nie przychodzi.
A tu jaka niespodzianka.
Sam zapukał i przyszedł.
Tak się zestresowałam tym, że M. mu coś na wrzuca, że aż czerwona się zrobiłam. Dobrze, że światło było przygaszone.
Ksiądz niekojarzący nas wcale. Myślał, że żyjemy bez ślubu, ale nie naskoczył, nie był roszczeniowy.
Wszystko mu wyjaśniliśmy, a w sprawę chrztu się nie zagłębialiśmy.
Jakoś wczoraj zrobił na mnie milsze wrażenie. Może to dlatego, że był nie u siebie i starał się być miły.
W każdym razie Filip swoją pierwszą wizytę duszpasterską ma za sobą.
Rodzice zresztą też.
Ksiądz zostawił nawet obrazek, który nasze dziecię musiało już zacząć konsumować.

A dziś trafiła nam się druga wizyta księdza.
Tym razem u teściów.
Tam to było miło.
Po kolędzie chodził proboszcz tamtejszej parafii, ten sam co udzielał nam ślubu i chrzcił nam syna.
Fifi również dostał obrazek.
Tym razem go nie zeżarł, a ja schowałam go do pamiątek.

W ten sposób, po tylu latach bez kolędy, w tym roku trafiły nam się dwie.
Teraz to dopiero będziemy święci.
;)

piątek, 27 grudnia 2013

Nasze Święta w foto-skrócie...

To były pierwsze nasze Święta w trójkę.
Dla nas były wyjątkowe, choć przyznam szczerze, że nie tak sobie je wyobrażałam.
To znaczy, po wszystkich wizytach, jak już byliśmy sami w domu, to było cudnie, ale w gościach... no różnie.

Wigilię spędziliśmy na początek w domciu i na spacerze.
Fifi już od rana buszował pod choinką:


Specjalnie poukładaliśmy wszystkie prezenty pod choinką, żeby zbudować klimat.
Codziennie ubywało po troszku paczuszek, bo wszędzie jechaliśmy z podarkami.
Oczywiście większość z tego to prezenty Filipiastego.
Kotu też prezenty przypadły do gustu:


Wigilię spędziliśmy, jak co roku, u mojej babci.
Było miło, choć nie tego się spodziewałam po niektórych osobach.
Ważne, że Fifi nazbierał prezentów od każdego (prawie każdego) i był zadowolony. Ciotki nie odstępowały go nawet na chwilę.


Rodzice też nie wyszli z Wigilii z niczym, bo ciocia nie wytrzymała i złamała ustalenie, że prezenty tylko dla Filipa.
Dostaliśmy po paczuszce pysznej herbatki.

Drugiego dnia Świąt wybraliśmy się z krótką wizytą do dziadków Fifulkowych.
Tam też oczywiście była choinka i prezenty.
Fifi oczywiście zgarnął najwięcej, ale i rodzice dostali co nie co.
Mamusia ze swoich prezentów jest zadowolona bardzo. 


W końcu Tatuś postanowił Mamusi zrobić parę zdjęć z Synkiem:

Bo zazwyczaj zdjęcia robi Mamusia i przedstawiają skład Fifi i Tatuś:

Drugiego dnia wybraliśmy się do mojego Taty.
Atmosfera świąteczna, wizyta jak trzeba, tematy niewygodne nie poruszane.
A tak poważnie, było miło.
Dziadek postarał się nawet o prezent dla Filipa. Troszkę na wyrost, ale patrząc jak szybko się Borsunio rozwija, to raz dwa i będzie dobry.
A oto i to cudo:


Podsumowując.
Święta uważam za udane choć troszkę martwi mnie, że niektóre sprawy nie zostały wyjaśnione. Teraz nie wiadomo kiedy będzie ku temu okazja. Ale może rzeczywiście to lepiej. W Święta powinna być miła atmosfera, a niewygodne kwestie mogłyby ją zepsuć.
Dla nas były to wyjątkowe Święta, bo pierwsze z naszym Synkiem, a resztą będziemy się przejmować po Nowym Roku, jak już wszystko wróci na swoje tory.
A jak Wam minęły Święta? Też w rozjazdach?

poniedziałek, 23 grudnia 2013

Ostatnie przygotowania i... ŻYCZENIA!!!

No moi drodzy, jestem na finiszu.
Zostały ostatnie kosmetyczne poprawki i można świętować.
Ale dzisiejszy dzień nie był łatwy. Zachowywałam się jakby mi ktoś motorek zamontował wiecie gdzie.
Od rana ganiałam i coś sprzątałam, pakowała, gotowałam i ubierałam.
Do tego dzieciu jak nic już będą zęby wychodzić, albo udziela mu się atmosfera, bo marudny za dwoje.
Ale teraz śpi, a ja mam chwilkę dla siebie zanim znowu nie wpadnę w wir przygotowań albo po prostu nie obudzi się Filip.
Pomiędzy gotowaniem warzywek na sałatki i sprzątaniem postanowiłam popakować prezenciki dla gości wigilijnych.
Ponieważ ustalenie jest, że prezenty są tylko dla Filipa, my postanowiliśmy wszystkim odwdzięczyć się malutkimi czekoladkami, ale zgrabnie opakowanymi.
Jak wyszło oceńcie sami:
Potem ja zabrałam się za ubieranie choinki i pakowanie prezentów, a M. z Filipem postanowili po mnie posprzątać:

A efekt naszych starań jest taki:

Na choince znalazły się też aniołki, które dostaliśmy od Karoliny z bloga Mama i jej świat.
Dziękujemy Ci Karolinko serdecznie. Troszkę poszliśmy na łatwiznę i pomalowaliśmy je na złoto i srebrno, ale tak nam idealnie pasują do kolorów choinki.

A ponieważ przed Świętami już nic nie uda mi się napisać, to:

Radosnych, Ciepłych, Pełnych Miłości i Zrozumienia Świąt.
Dużo Zdrowia, Samych Miłych Chwil, Spełnienia Najskrytszych Marzeń i Wszystkiego Najlepszego.
 
Życzą Magdalena, Marcin i Filipiasty, który za nic nie chciał zapozować w czapce specjalnie uszytej mu przez Mamusię:

Wesołych Świąt!!!

niedziela, 22 grudnia 2013

Lęk separacyjny... Mamusi...

Matka, to dziwne stworzenie.
Z jednej strony chciałaby gdzieś móc się ruszyć bez taszczenia ze sobą wszędzie dziecięcia.
A z drugiej strony wzbrania się przed zostawieniem owego z kimkolwiek innym niż ona sama.
Wczoraj jednak się przemogłam i zostawiłam.
I nie był to mąż.
Była to Teściowa.
Ja wiem, że ona by mojego dziecka nie skrzywdziła, ale serce boli mnie niesamowicie i bronię się przed zostawianiem Filipa właśnie z nią.
Czego się boję, nie mam pojęcia.
Czy tego, że moje dziecko będzie miało mi coś za złe, albo, że bardziej będzie kochało babcię niż mamę?
To absurdalne.
Wiem o tym doskonale, ale mam opory.
Ale dziś zostawiłam, mimo, że już na samym początku mnie wkurzyła.

Bo założenie było takie.
Wracamy z basenu, Fifi idzie spać, śpi 1,5 godziny i wtedy Babcia przyjeżdża zająć się nim przez jakieś dwie godzinki, kiedy to my wybierzemy się na spokojne zakupy.
Chodziło o ty, żeby Maluch obudził się ze mną a nie z Babcią.
Wróciliśmy, a samochód Teścia już stał pod blokiem.
I co teraz?
Położyłam Fifula spać i pojechaliśmy na te zakupy z ciężkim sercem.
Ale co miałam robić? Siedzieć 1,5 godziny z Teściową przed telewizorem. Przecież nawet przygotowań świątecznych bym nie nadgoniła, bo przecież gość w domu.
Och, jak mi ciężko wybierało się prezenty i spodnie dla Tatusia, jak w głowie miałam wizję pobudki Filipkowej z płaczem i beze mnie w pobliżu.
Och, jak ja się bałam wejść na klatkę, bo bałam się usłyszeć dziki płacz.
A co zobaczyłam, jak otworzyłam drzwi.
Babcia z uśmiechniętym Filipem na kolanach.
Zakuło w serduchu.
Znaczy nie brakowało mu Mamy, wcale nie tęsknił. Jak się obudził nie płakał, że to nie ja jestem nad jego łóżeczkiem.
Aż mnie zobaczył.
Łezki w oczach, łapki w górze i Filipek chce do Mamy.
No i wszystko wróciło do normy.
Fifi to synuś Mamusi i nic tego nie zmieni.
A ja dalej mam lęk separacyjny.
Boję się rozdzielenia z Synkiem...



piątek, 20 grudnia 2013

Dlaczego nasze zdrowie jest ważne?

Przed zajściem w ciążę średnio przejmowałam się swoim zdrowiem.
Wychodziłam z założenia, że jak nikt specjalnie się tym nie przejmuje, to czemu ja mam z siebie robić hipochondryka.
Miałam problemy ze zdrowiem. Mało tego, parę razy zasłabłam.
Raz w sklepie pod blokiem.
Odprowadził mnie sklepikarz.
Stres, odchudzanie, nerwy, niezdrowy tryb życia. Tak to sobie tłumaczyłam.
Pewnego razu zabrała mnie karetka.
Tętno 156 razy na minutę.
Wtedy rodzina zaczęła się przejmować, ale też chwilowo, bo po badaniach wyszło, że wszystko ze mną w porządku. Jeśli chodzi o wyniki, bo stwierdzono u mnie nerwicę.
Zaczęłam brać leki. Tylko objawowo, bo nic więcej złego się nie działo i tyle.
Sprawa ucichła, tylko ja byłam cały czas przestraszona.
Tylko szybciej zabiło mi serce, to się denerwowałam i nakręcałam się jeszcze bardziej, wtedy brałam leki i było dobrze.
W końcu nawet ja o tym zapomniałam, a co za tym idzie, zapomniałam o kontrolach u lekarza.
Wszystko było w porządku. Zmieniłam złe nawyki, ale tylko tyle.

Jak zaszłam w ciążę, to siłą rzeczy robiłam badania, chodziłam na kontrole, pilnowałam witamin.
M. jakoś nie okazywał troski o moje zdrowie.
Może jeszcze do niego nie docierało, że jak mi coś dolega, to może być niebezpieczne dla dziecka.
Zawsze najbardziej ciekawiły go badania USG.
Oglądał, wypytywał.
Wtedy naprawdę widział dziecko i wiedział, że z nim wszystko w porządku.

Jak już Fifi się urodził, wiadomo, on jest najważniejszy.
Do M. chyba nigdy nie dotarło, że jak ja się źle poczuję czy coś mi się stanie, to on z Filipem zostanie sam.
A ja?
Mi się troszkę kręciło w głowie, bolały mnie stawy, w sumie to wszystko mnie bolało.
Zmęczenie.
Ale teraz to ja stanęłam na głowie, żeby wytłumaczyć Panu Małżonkowi, jak ważne jest nasze zdrowie.
Że jeśli nas zabraknie, to Fiful zostanie sam.
Że dbamy o siebie nie tylko dla siebie, ale w szczególności dla niego.
Moja mama zmarła na raka pół roku po moim ślubie, nie doczekała się wnuka, nie chcę, żeby Filip musiał się zbyt szybko z czymś takim mierzyć.
On jest malutki i bezbronny.
Najcenniejsze co możemy mu dać to nasza miłość i opieka, ale nie będziemy w stanie mu tego zapewnić, jak nas nie będzie.
Dlatego oprócz okresowych badań, staram się o siebie dbać.
Wiadomo, bywa różnie, na przykład, z wysypianiem się, ale o odżywianiu staram się pamiętać.
M. za to ograniczył picie kawy.
O tym, że obydwoje nie palimy, chyba nie muszę nawet pisać.
Bo ważne jest, by pamiętać, że musimy dbać o siebie dla naszego syna.

środa, 18 grudnia 2013

Poczta Polska #%#^*&(*&

Wiecie co?
Bezczelność naszego Pana Listonosza i Pani z Poczty nie zna granic.
Jestem Matką Małego Dziecka.
Do tego Matką Małego Dziecka z ciężkim wózkiem i bez samochodu.
Na dworze jest plucha i szał przedświąteczny.
Co wtedy robi Matka Małego Dziecka?
Tak.
Siedzi w domu.
Siedzi w domu i czeka na paczki zamówione przez internet. Zamówione paczką poleconą właśnie po to, by z tego domu nie wychodzić.
A co robi Pan Listonosz?
Dzwoni domofonem i w skrzynce zostawia awizo.
Szlag.
Mąż po powrocie do domu idzie na pocztę, gdzie spotyka Panią z Poczty.
Grzecznie prosi o imię i nazwisko Pana Listonosza, bo sytuacja nie jest dla nas nowa i coś z tym zrobić w końcu trzeba.
A Pani z Poczty na to, że nie poda. 
Że Pan Listonosz ma ciężką pracę, że czasem i 100 takich niby niewielkich paczuszek ma i jak on ma to roznieść.
No i my powinniśmy to zrozumieć.
No to po jaki wał ja płaciłam za przesyłkę poleconą?
Z potwierdzeniem do rąk własnych?
Gdzie jest napisane, że te ręce mają same na pocztę się doszurać?
Ja potrafię zrozumieć, że praca na poczcie jest ciężka.
Słucham o tym co weekend, bo moja teściowa pracuje na poczcie.
Ale teraz nie potrafię zrozumieć.
Ktoś wysyła do mnie paczkę poleconą, płaci za nią i dostaje potwierdzenie nadania, dowód zawarcia umowy, umowy, z której poczta się nie wywiązuje.
Awizo zostawia się w skrzynce, jak adresata nie ma w domu, a nie jak listonosz nawet nie wziął z poczty paczki.
Nie popuszczę.
Napiszę skargę.
Jak nie na Pana Listonosza, bo nie chciano mi dać na niego namiarów, to na cały oddział poczty.
A może ja coś źle rozumiem?
Może ja się mylę?

wtorek, 17 grudnia 2013

Polecam: Fabryka Magnesów.

Wczoraj przyszła do nas paczuszka.
Co zawierała?
Sami zobaczcie:






Zdjęcia nie oddają uroku magnesików.
Dla mnie są absolutnie cudowne, mogę się na nie gapić godzinami.
Takie wspaniałości można zamówić w Fabryce Magnesów.
Widoczny na zdjęciu komplecik zostaje już u nas na zawsze, ale dostaliśmy jeszcze kompleciki zapakowane pięknie na prezenty.
Miały być na Dzień Babci i Dzień Dziadka, ale nie wytrzymałam i dotrą do adresatów jeszcze przed świętami.
Ale jeśli ktoś nie ma pomysłu, to myślę, że i babcie i dziadkowie będą zachwyceni takimi prezentami.
Ach.
Zapomniałam dodać, że odcisk nóżki nie wchodził w skład zestawu. Jest u nas od 3. miesiąca życia Filipka i pewnie jeszcze długo zostanie.

poniedziałek, 16 grudnia 2013

Zbliżają się Święta...

Za oknem szaro i buro, a tu za tydzień Święta.
U nas już stoją ozdoby choinkowe przyniesione z piwnicy.
Mieliśmy w weekend przejrzeć i dokupić, jak czegoś brakuje, ale jakoś jak zwykle zabrakło czasu.
To, że brakuje, to pewne, niektóre bombki pamiętają czasy mojego dzieciństwa.
No, i zaczyna się "moda" na plastikowe ozdoby.
Może nie mają one takiego uroku jak szklane, ale pokaleczony Fifi tym bardziej nie ma dla mnie uroku.

Bombek może nie przejrzeliśmy, ale będąc na zakupach, nie mogliśmy się powstrzymać i parę ozdób, łańcuchów i naklejek na szyby kupiliśmy.
Dzięki temu nasz salon powoli, bo powoli, ale zaczyna przybierać świąteczny wygląd.
Jeszcze oczywiście dużo pracy przed nami, ale są rzeczy, których nie da się zrobić wcześniej, dlatego ten nadchodzący weekend będzie bardziej pracowity. Musi być pracowity, żeby potem Święta były magiczne.

Miałam też pakować prezenty, ale M. nakazał czekać, bo przecież jeszcze coś może dorzucimy, albo zabierzemy.
I tak, kupa prezentów leży, papiery przygotowane, a pakowania nie ma.

Tylko Filipek nam nie pomagał, bo weekend był mocno marudny, wszystko mu się przestawiło, spał jak mu się podobało, resztę krzyczał i domagał się uwagi.
No, ale zakupy malutkie udało nam się zrobić, bo akurat usnął.

No i zapomniałam całkiem, że jakiś czas temu przetestowaliśmy spacerówkę.
Jeszcze na sucho, w domu, ale Filipkowi się podoba, więc chyba już zaczniemy wycieczki tym środkiem transportu, bo do tej pory jeździliśmy gondolą z wysokim oparciem, albo na zakupy w nosidełku założonym na stelaż.


niedziela, 15 grudnia 2013

Pierwsze szycie...

Czekałam na weekend z nadzieją.
Jak zwykle zresztą.
Powinnam już się przyzwyczaić, że z moich planów nic nigdy nie wychodzi.
Miały być przygotowania do świąt, zakupy i atmosfera.
Mnie jednak pochłonęło coś innego.
Sobota upłynęłam mi pod znakiem maszyny do szycia.
Postanowiłam przetestować i sprawdzić czy w ogóle mam jakieś zdolności w tym kierunku.
Oto co mi wyszło:


Borsuczek to prototyp.
Jeszcze nie dopracowany i uszyty na szybko więc i niechlujnie.


A serducho to takie zabicie czasu, jak pokłóciłam się z mężem.


Oczywiście będę dalej trenować, ale ciekawa jestem, jak Wam się podoba moje skromne wykonanie?
A może powinnam zaprzestać pracy twórczej i skupić się na przykład na szyciu poszewek na jaśki?
To na pewno łatwiejsze.
Co wy na to?

piątek, 13 grudnia 2013

Nocne hałasy...

O tym, że mój Synek nie daje mi spać w nocy, już pisałam wiele razy.
Raz jest lepiej raz gorzej, ale reguła jest taka, jak Filip śpi, ma być cisza, nic ma go nie budzić.
Ale postanowić, a zrobić, to lekka różnica.

W dzień, wiadomo, o ciszej trudniej, ale i Fifi jakiś bardziej odporny na dźwięki.
To karetki, straże pożarne czy inne pojazdy uprzywilejowane, o których już pisałam.
To listonosz, domokrążca czy dziecko sąsiadów nie ma klucza od drzwi na dole.
To remonty, raz jeden sąsiad, raz drugi.
Wreszcie studenci, których akurat u nas na dzielnicy pełno.

W nocy niby jest cicho, ale zawsze coś się zdarzy.
W zimie przynajmniej studenci tak nie dokazują, motocyklistów mniej, wszystkim zimno i siedzą w domu.
Zdarzają się jacyś pijani wariaci, ale dość rzadko.
W nocy hałasy pochodzą od nas z domu.
Co z tego, że ja się kąpię o 19, zanim Fifiego położymy spać, jak M. zaczyna wieczorną toaletę o 24. Budzi mnie, budzi Filipa, idzie spać, a dla nas zaczyna się przygoda.
Co z tego, że ja po cichutku wchodzę pod kołderkę i delikatnie przekręcam się z boku na bok, kiedy M. do łóżka wskakuje niemal skokiem tygryska, podrzucając pierzynkę pod sufit.
Co z tego, że jak czytam książkę, to karteczki przekręcam jak w zwolnionym tempie, jak Małżonek tarmosi swoją książkę tak, że uszy usychają.
Jak już przebrniemy przez cały rytuał kładzenia się spać, zaczyna się chrapanie, sapanie, pogwizdywanie i ogółem feria dźwięków różnych. Najczęściej najgłośniejsze chrapnięcie następuje, jak wybudzony Filip znów zapada w sen. M. szturchnięty bądź szczypnięty zrywa się zdziwiony, bo przecież on nawet nie śpi. On czuwa. Mnie na to krew zalewa. Niechby się przyznał, przeprosił. Wiem, że z chrapaniem ciężko walczyć, ale on mi wmawia, że nie chrapie. A ja co? Zwidy mam?

Jakby tych wszystkich atrakcji było mało, to jak już wreszcie uda mi się Filipa odłożyć uśpionego do łóżeczka, jak już sama wsunę się pod moją kołderkę i ułożę głowę na poduszce, do gry wejdzie któryś z kotów.
Kto by pomyślał, że akurat w nocy włącza im się takie poczucie czystości. 
Że akurat w nocy gówienko musi być w żwirku starannie zagrzebane.
Grzebie i grzebie, cisza w koło więc się niesie, a mnie szlag trafia i mam ochotę otworzyć drzwi na klatkę i je wyrzucić.

I tak co noc.
Jak trafi się akurat taka, gdy Filip chce spać, to coś mu to skutecznie uniemożliwia.
A ja co noc walczę o sen mój i dziecięcia.

czwartek, 12 grudnia 2013

Pierwszy chrupek...

Nasz mały Filipek zasmakował w chrupkach.
Próbowaliśmy już wcześniej dawać, ale bardziej nieśmiało, bo na opakowaniu jest oznaczenie: po 7. miesiącu, a Fifi jeszcze nie miał 7. miesiąca skończonego.
Filip na początek zjadł, a raczej rozmamlał, dwa chrupki.
Bardzo mu się to ciamkanie podobało.
Od samego początku wiedział do czego chrupek służy.
Po ukończeniu przez Malucha tak zacnego wieku, chrupki weszły do codziennej diety.

Tak więc, Fifuś chrupie sobie chrupka, a ja mogę w spokoju obejrzeć coś w telewizji bez filipiego marudzenia.
Albo na przykład.
Zbliża się już godzina spania, a Fifi ostatnio przed samym snem staje się nie do zniesienia, a tu taka niespodzianka, chrupek w paszczę i parę minut spokoju. Idealny sposób na przetrzymanie Filipa.

A drugi plus, to to, że Maluch nauczy się coś przeżuwać.
Ma już dwa ząbki, kolejne w drodze, więc chyba może już ćwiczyć mamlanie.

W szafce już czekają ciasteczka dla Fifuli.
Zobaczymy jak sobie z nimi poradzi.

A Wasze dzieci co sobie pochrupują?

środa, 11 grudnia 2013

Ząbkowanie czy jednak nie?

Fifi dwa ząbki już ma. 
Wyszły książkowo, bo w 6 miesiącu życia.
Troszkę było przy tym marudzenia, ale bardziej my byliśmy przewrażliwieni niż Filip naprawdę cierpiał.
Spał jeszcze wtedy z nami w łóżku, wiercił się jak zwykle, ale my czekaliśmy aż to minie.
Nie minęło.
Z nocy na noc jest coraz gorzej, a ja jestem coraz bardziej zmęczona i zniecierpliwiona.
Jak wyszły zęby, postanowiliśmy przenieść Juniora do swojego łóżeczka.
Wstawałam do niego po 8 razy w nocy, ale uparłam się i miałam nadzieję, że będzie lepiej.
Nie jest.
Jest gorzej.
5 listopada byliśmy na szczepieniu i bilansie.
Pani doktor obejrzała paszczę, i orzekła, że górne jedynki są tuż, tuż. Góra dwa tygodnie i będą.
Fifiś nie spał.
Raz budził się 5 razy, a raz 10, ale czekaliśmy. W dzień nie było z nim problemu więc dało się nawet odpocząć po nieprzespanych nocach.
27 listopada byliśmy u naszej prywatnej pani doktor.
Zęby idą. Mało tego i górne i dolne.
Do tej pory nic nie widać. Czasem mi się wydaje, że widać białe plamki na górze, ale za chwilę już nic tam nie ma.
Filip nie śpi łącznie dłużej niż 1,5 godziny. A najczęściej jest to 30 minut. Nie ma znaczenia czy w nocy czy w dzień.
Budzi się z płaczem, trze mordkę, już nie uśmiecha się zaraz po przebudzeniu.
Z zabawieniem też jest gorzej, cały czas marudzi.
Niby typowe objawy przy ząbkowaniu, ale jak długo to może trwać.
Czy to w końcu zapowiedź ząbków czy może coś innego?


wtorek, 10 grudnia 2013

Podaruj Misia...

Wczoraj przyszła do nas paczka.
Na paczce była naklejka.

A w paczce trzy urocze misie:

Dwa misie trafiły do nas tylko tymczasowo za to miś Antek zostanie z Filipkiem już na zawsze.
Miś Fela i miś Wiktoria powędrują jako prezenty Gwiazdkowe do ciotek Filipkowych.

Przedstawiamy misie.
Oto Antek:

Oto Fela:

A oto Wiktoria.

Misiowe ubranka zostały zaprojektowane przez znanych polskich projektantów.
Wiktoria jest w sukieneczce projektu Macieja Zienia. 
Fela ma sweterek i spódniczkę dzieła Łukasza Jemioła.
A strój Antka wymyślił Tomasz Ossoliński.

Wszystkie te trzy misie i jeszcze jeden miś Mela są do kupienia w Rossemannach i na Allegro.
Całkowity dochód ze sprzedaży misiów zostanie przeznaczony na rzecz Fundacji TVN.
Naprawdę warto zakupić misia i podarować go komuś kogo się kocha.

A oto Antek. Jak Filipek nie widzi, przymierza się do jego łóżeczka.
W końcu niedługo będzie to też jego miejsce wypoczynku.

poniedziałek, 9 grudnia 2013

Blogoteka w temacie Małego Człowieka, czyli rymy tworzymy i czym jest dla mnie blogowanie...

Po blogosferze szaleje wirus nazywany Blogoteka;)
My zaraziliśmy się na własne życzenie od MyWay z bloga Zawód: kobieta.
A czym jest ów wirus i co trzeba zrobić by się na nią zaszczepić?
O tym TUTAJ.

Oto moja króciutka rymowanka, która jest naszą szczepionką:

Do Mamusi Filipa zapraszam Was wszystkich.
Piszę tutaj o swoich bliskich.
Będzie o Filipku, mej największej miłości.
I o mężu Marcinie, co mi bloga zazdrości.
Będzie też o Dziadkach i tym, że nas wkurzają.
Ale przecież wiemy, że nas bardzo kochają.
Będziemy się chwalić, radować i marudzić.
A chodzi o to, by poznawać ciągle nowych ludzi.


A czym jest dla mnie blogowanie?
Blogowanie jest dla mnie codziennością.
Oprócz Filipa innej codzienności nie mam.
Już nie raz pisałam, że relacje z rodziną, czyli tatą i siostrą, są delikatnie mówiąc dziwne.
Teściowie są, ale oni nie zastąpią mi mojej "rodzonej" rodziny.
Znajomi byli, jak się okazało już w ciąży, nie do końca szczerzy. Nie jestem dla nich dobrym towarzystwem, jak nie wychodzę do knajpki na piwo i chodzę spać o 22.
Została zaledwie garstka, którzy też mają swoje życie i odzywają się rzadko.
Mąż, nawet jakby się najbardziej starał, nie zrozumie tego co czuję, siedząc całymi dniami z dzieckiem.
I tak, w pewien samotny wieczór powstał pierwszy wpis.
Pojawiły się pierwsze komentarze.
Pierwsi stali czytelnicy.
Pierwsze rady, komplementy czy krytyki.
Potem były kolejne i kolejne.
I tak powstało moje miejsce.
Moje drugie życie.
Dzięki wszystkim czytającym, komentującym, radzącym i krytykującym dalej tutaj jestem. 
Dalej jestem, jaka byłam wcześniej.
Nie stałam się zrzędliwą żoną i sfrustrowaną matką.
Potrafię cieszyć się rolą jaką teraz pełnię.
I za to Wam, Kochani bardzo serdecznie dziękuję.

Do dalszej zabawy zapraszam:

niedziela, 8 grudnia 2013

Po weekendzie...

Weekend, weekend i po weekendzie.
Trochę nudny, trochę fajny.
Troszkę smutny, troszkę wesoły.
Wkurzający, zaskakujący.
Na pewno rodzinny.

Sobotni basen odpuściliśmy. Pierwszy raz. Ksawery popsuł nam noc i rano ja się czułam jak z krzyża zdjęta, a Filip marudził jakby długo czekane zęby w końcu wyłaziły.
Zębów nie ma, a noc nieprzespana.
Zaliczyliśmy wpadkę z kupowaniem śpiworka dla Maluszka, ale Panu Tacie udało się zwrócić. Filipkowy kark zwyczajnie nie mieścił się tam, gdzie powinien się mieścić.
Próba obejrzenia fotelików samochodowych również zakończyła się niepowodzeniem. Pan próbował się wywyższać, wymądrzać i w efekcie usłyszał, że nic u niego nie kupimy.

Teściowa sobie o nas przypomniała koło 13, zdziwiona czemu nie przyjedziemy.
Troszkę mam już dość przeświadczenia, że to my mamy obowiązek wożenia im Filipa, bo oni się stęsknili. Droga taka sama, a im jest łatwiej się zebrać niż nam z malutkim dzieckiem.
Nie skusiły nas nawet placki ziemniaczane i w końcu ruszyli się ze wsi i przyjechali.
Mieli być za dwie godziny, przyjechali po godzinie i w efekcie siedzieli o niczym, bo Filipa budzić nie pozwoliłam.
Filipek dostał żółwia, który póki jest na kocyku, to jest fajny, ale jak tylko coś przestanie tłumić dźwięki z niego płynące, to ja dostaję zawału, a Filip zaczyna płakać. Ogółem zabawka mu się podoba, bo można w nią walić i mruga, ale te dźwięki. Lekka pomyłka.

Noc nas zaskoczyła.
Po pierwsze Fifi spał z nami. On spał, a ja go głaskałam, przytulałam i uspokajałam.
I tak do 5.20, kiedy to się rozbudził, a ja zwątpiłam w moje metody wychowawcze. Obolała postanowiłam go olać troszkę. I poskutkowało. Zmęczony przekręcił się na brzuszek i zasnął. Przytulany i trzymany za rączkę oczywiście.
Spaliśmy do 8.
Jak nigdy chyba.
Ja, odzwyczajona od jego wierzgań nocnych, cały dzień łaziłam potem, jak przepuszczona przez maszynkę.

Wolne chwile Filip spędza w towarzystwie przyjaciela.

W niedzielę udało nam się w końcu zaopatrzyć dziecię w odzież zimową i zacząć kompletowanie stroju na Wigilię.
Zrobiliśmy też szybki napad na Empik, gdzie dokompletowaliśmy prawie gwiazdkowe prezenty. Został nam tylko mój szwagier, ale tym niech się M. martwi, pokupować papiery, torebki i kokardki, zapakować i z głowy.
Udało nam się nawet pieluchy kupić zanim przyszedł czas na drzemkę.

Zrobiliśmy placki ziemniaczane, odwiedziliśmy teściów, Filip pospał drugi raz, ja potem umalowałam włosy i w sumie tyle zrobiliśmy przez weekend.
Położyliśmy dziecia spać i czekamy co przyniesie noc.

A jak Wam minął weekend? Na przygotowaniach świątecznych czy na słodkim lenistwie?

sobota, 7 grudnia 2013

Śliniak super miękki BabyOno.

Jakiś czas temu zaczęliśmy Filipowi wprowadzać do diety nowe produkty.
Wszystko szło gładko, Fifi jadł pięknie, nie miał na nic alergii, nie wypluwał i nie grymasił.
Śliniaczków nie zużywaliśmy zbyt dużo, ale już na samym początku odkryliśmy, że lepsze są śliniaczki na rzepy albo napki. Wiązane nie zdają egzaminu wcale.
Mieliśmy trzy, może cztery takie śliniaczki i starczało w zupełności.
Aż do czasu.
Jak już pisałam, jakiś czas temu Filipka złapały pierwsze w życiu wymioty i potem zaczął odmawiać jedzenia.
Tak nam się przynajmniej wydawało, bo jak potem się okazało przyczyną były wyżynające się ząbki.
Nieważne co, problem był z jedzeniem.
Fifi marudził, pluł, zaciskał buzię, a co za tym idzie, wszystko naokoło było uwalane w jego jedzeniu.
Śliniaczki nie pomagały.
Były za małe, przemakały i Fiful termosił je na wszystkie strony.
Wszystkie ubranka po jedzeniu nosiły znamiona marchewkowe, jagodowe albo szpinakowe.
Masakra.

Aż pewnego dnia poproszono nas o przetestowanie nowego produktu.
Śliniak super miękki BabyOno.
Ponieważ wcześniej nigdy nie ocenialiśmy niczego tak na zawołanie, to na początek kierowałam się wytycznymi o jakie mnie poproszono.
A więc:

Wygląd produktu:
Moje pierwsze wrażenie, jak dostałam śliniaczek do ręki, to to, że jest taki mało przytulny, ale za chwilę zobaczyłam wytłoczony obrazeczek i wrażenie się zmieniło.
Zielony fartuszek z myszką z przodu wygląda śmiesznie.

Rozmiar produktu:
Jak dla Filipa, który jest drobniutkim dzieckiem, śliniaczek jest troszeczkę za duży, ale weźmy pod uwagę to, że dzieci rosną. Poza tym, wszystkie używane do tej pory śliniaczki, były zwyczajnie za małe, a Filip tak zamaszyście obchodził się z jedzeniem, że owe śliniaczki zwyczajnie nie chroniły ubranka. Dlatego duży rozmiar śliniaczka uważam za duży plus.

Opakowanie produktu:
Opakowanie, jak opakowanie. Nic specjalnego. Kawałek kartonika z danymi naszego śliniaczka. Ani rewelacja, ani coś złego. Normalne opakowanie, takie jak powinno być.

Funkcje użytkowe:
Śliniaczek powinien chronić przed zabrudzeniami i ten właśnie chroni. Więc spełnia swoje funkcje w stu procentach.

Fifi podczas jedzenia lubi oglądać telewizję.
A co w śliniaczku jest wyjątkowego, co  spowodowało, że oceniam go jako rzecz jak najbardziej przydatną?
Wielkość - zasłania prawie cały przodek małego człowieczka.
Regulowane i wygodne zapięcie - czterostopniowa regulacja.
Materiał, z którego jest wykonany - miękka, ale jednocześnie sztywna guma jest łatwa do umycia, dziecko jej nie tarmosi tak, jak materiału, jedzonko nie przywiera do śliniaczka.
Kieszonka na resztki jedzonka - wszystko ładnie się zsuwa do kieszonki i nie brudzi rajstopek.

Zrobienie zdjęcia nie należy do łatwych.

Mimo mojego sceptycyzmu z początku, po paru dniach używania śliniaczka, jestem do niego pozytywnie nastawiona.
Nie szarpię się już z zakładaniem go Filipowi, wygląda estetycznie, bo nie ma na nim plam po poprzednich posiłkach, wystarczy go spłukać i jest czysty, nie muszę już za każdym razem namaczać kolejnych śliniaczków. No same pozytywy.
Ja i Filip polecamy!
 

piątek, 6 grudnia 2013

Mikołajki...

No i przyszedł.
Pierwszy Mikołaj w życiu Filipa.
Nie bardzo wiedzieliśmy, jak temat ugryźć, bo Fifi jeszcze nie skojarzy prezentów z tradycją.
A poza tym prezenty dostaje ciągle więc nie bardzo widzieliśmy co z tym fantem zrobić.
Skończyło się bez fajerwerków, ale klimat być musiał.
Mikołaj z bałwankiem zagościli na szybach w dziecięcym pokoju.



Nie obyło się oczywiście bez prezentów.
Dla Filipka prezent był kupiony już dawno. Z trudem udało nam się powstrzymać przed wręczeniem go wcześniej. Do zabawy Fifula dostał grającego pilota FP. 
Nie była bym sobą, gdybym nie zamówiła jeszcze czegoś specjalnego. Zainspirowała mnie Mama Kubusia i w ten sposób trafił do nas ten piękny bodziak.

Rodzice o sobie również nie zapomnieli.
I tak. Tatuś Filipa otrzymał ciepłą piżamkę z motywami świątecznymi, bo w nocy często zostaje pozbawiony kołdry i żeby mu nie było zimno.
A Mama Filipa zupełnie niespodziankowo dostała maszynę do szycia.


Teraz niech tylko ucichnie wichura i Mamusia wybierze się na polowanie na materiały i może w końcu coś stworzy, bo jak dotąd miała wytłumaczenie. Brak maszyny.

Zdjęcia Mikołaja i Bałwanka robiłam rano. 
Świeciło słońce, wiaterek ledwo powiewał, żadnych oznak huraganu.
Sytuacja zmieniła się w przeciągu pół godziny.
Zaczęło wiać, zrobiło się ciemno i zaczął sypać śnieg.
Nie wystawialiśmy nosa na zewnątrz, ale Tatuś Filipa doniósł, że również jest makabrycznie ślisko.
Mroczności sytuacji nadają jeżdżące non stop karetki.
Jak my jutro dotrzemy na basen.

A jak u was? Wichura nie przeszkodziła Mikołajowi dotrzeć do celu?

środa, 4 grudnia 2013

7 miesięcy...

Dziś o 13.20 minęło 7 miesięcy odkąd Fifi jest na świecie.
W takie dni moje złe samopoczucie się nie liczy.
To święto Filipa i nawet jego marudzenie nie powinno nas denerwować.
Mamy dziś małe urodziny czyli miesięcznicę.

Tak jak już nie raz pisałam, mam wrażenie, że Filipiasty jest z nami od zawsze.
Aż ciężko sobie wyobrazić, że to dopiero 7 miesięcy.
Narzekam, że nie mam chwili dla siebie, że liczy się tylko dziecko, ale nie mam pojęcia, co bym robiła, gdyby go nie było.
Przecież miałam normalne życie: pracę, sprawy do załatwienia, zakupy, spotkania ze znajomymi, chodziłam na piwo czy do kina. I nagle to się skończyło.
Czasem mi tego brakuje, ale nie w takiej ilości.
Starczyłoby mi jedno wyjście na trzy miesiące i jedne spokojne zakupy w miesiącu. A co z resztą czasu? Chyba bym oszalała z nudów.
Owszem, przydałoby się troszkę spokoju na swoje hobby. Przed porodem każdą wolną chwilę poświęcałam na robótki ręczne. Haft krzyżykowy, szydełkowanie czy druty, to było coś, bez czego nie mogłam wytrzymać wieczoru.
A teraz? Zanim się rozłożę z całym majdanem, już trzeba iść spać.
Ale takie są uroki macierzyństwa i mam nadzieję, że z czasem dojdziemy z Filipem do kompromisów.



A co u naszego Jubilata?
Zrobił się znów marudny, szybko się nudzi.
Siedzi sam, sięga po przedmioty, ale też przestaje to na nim robić wrażenie i po chwili woła, bo chce na ręce.
Sam się nie przemieszcza. Jak chce coś, co leży za daleko, to kwęczy i wyciąga rączki do mnie.
Nie da mi odejść za daleko.
Za to odkrył, że można stać.
Nie umie, chwieje się, trzeba go podtrzymywać, ale chce i już.
Wszystko jest ciekawsze z pozycji pionowej.
Leżenie na brzuchu nadal hejtuje z ogromną mocą.


Stan uzębienia nadal bez zmian, ale wydaje mi się, że już niedługo górne jedynki się pojawią.
Włoski też coraz dłuższe, ale ciągle słabo widoczne, bo blondynek z niego, jak ze Szwecji.
Oczki brązowe po mamusi., ale coraz bardziej widać podobieństwo do tatusia.
Ostatnie ważenie pokazało 8200g., ale teraz pewnie jest więcej, bo Filipowi wrócił apetyt. Znów je trzy stale posiłki dziennie. Rano kaszka, potem obiadek i wieczorem deserek.

Maluszkowe przywiązanie do Mamusi jest ewidentne, ale jak Tatuś wraca z pracy, to łapki się wyciągają w jego stronę. Niestety, gdy chodzi o usypianie, Tata już nie ma nic do gadania.
Najlepiej jest oczywiście jak jesteśmy wszyscy razem, wtedy i Filipek jest weselszy i my szczęśliwszy.

Kończąc.
Nasz drogi Borsuczku, sto lat.
Obyś zawsze był uśmiechnięty i zadowolony, jak to mówi ciotka Ewa: "Najszczęśliwsze dziecko na świecie".
Żebyś nigdy się nie nudził i, żeby Twoje marzenia się spełniały.
Tego Ci życzą kochający nad życie rodzice: M. i M.


poniedziałek, 2 grudnia 2013

Świąteczne zakupy...

Coraz bliżej święta.
I coraz bliżej to, co mnie w tych świętach przeraża. Prezenty.
Nie to, żebym nie lubiła dawać prezentów, a co dopiero dostawać.
Nie o to chodzi.
Ja nie znoszę prezentów kupować.
Nie. Jeszcze nie tak.
Nie znoszę wymyślać co komu kupić.
Mężowi, siostrze czy nawet teściowej nie ma problemu, ale teściowi, tatusiowi, dziewczynie tatusia czy o zgrozo chłopakowi siostry nie mam bladego pojęcia.
W tamtym roku wsiedliśmy w samochód, zrobiliśmy objazd wszystkich galerii handlowych i po paru godzinach skompletowaliśmy prezenty.
A w tym roku.
Jest Filip.
Filip ma swoje godziny drzemek i czuwania, które dopiero wypracowaliśmy i w te godziny czuwania trzeba się wpasować. 
Filip lubi też marudzić w samochodzie więc wycieczki po różnych galeriach są dość uciążliwe.
Co nam jeszcze utrudnia?
Korki.
Tłumy w sklepach już miesiąc przed świętami.
I cholerne ogrzewanie w marketach.
Kto to wymyślił?
Panie na kasach siedzą w koszulkach z krótkim rękawem, a cała reszta, okutana w szale, spływa potem. Już nie wspominam o dzieciach w śpiworkach czy kombinezonach.
Odechciewa się tych zakupów, wybierania i po pewnym czasie i choinki i prezentów.

Ale co zrobić?
Pozostają zakupy przez internet.
I tutaj też pojawiają się problemy.
Ja na przykład inspiracji szukam chodząc po sklepach i przeglądając półki.
W internecie tak się nie da.
A jak już się coś zamówi, skąd mam wiedzieć, że dojdzie na czas.
Jak zamówię teraz, to teoretycznie powinno, ale z pocztą nic nie wiadomo.
Ech...
Utrapienie z tymi prezentami.

niedziela, 1 grudnia 2013

Weekend...

Weekend.
Tak długo na niego czekałam.
Takie wiązałam z nim nadzieje.
Po pierwsze miałam się w końcu wyspać.
Po drugie, zaszaleć zakupowo, pomyśleć o prezentach, zrobić coś pożytecznego w domu, nadrobić zaległości internetowe.
No i najważniejsze. Spędzić czas z rodziną.
To ostatnie akurat się udało. Może nie tak, jak chciałam, ale zawsze razem. Na całą resztę weekend był za krótki.

W sobotę nocy nie udało się odespać, bo basen.
Nie to, że narzekam. Bawiliśmy się, jak zawsze, świetnie.

Po basenie Filip miał zasnąć w samochodzie i spać do 11, góra 12.
No, ale to był nasz plan.
Spał do 13 i niestety zakupy musiały zostać odłożone, nawet nie miałam czasu obiadu sklecić więc pojechaliśmy do teściów.
Kolejna drzemka, to też jakieś kuriozum. Walczyłam z Maluchem do 17. Obudził się o 18 tak marudny, że hej. Trzeba było stawać na głowie i wymyślać nowe atrakcje, żeby nas nie zawrzeszczał na amen.

Kolejna noc do przespanych też nie należała. O 6 nie wytrzymałam i przehandlowałam Filipa małżonkowi.
Udało się minimalnie zregenerować siły.
Drzemki niedzielne dzięki Bogu były planowe, co będzie w nocy zobaczymy.
Resztę dnia spędziliśmy na podróżach.
Troszkę zakupów, troszkę dziadków, a troszkę podróży bez celu.

No i w końcu cisza i spokój. 
Weekend się kończy, a ja jestem tak samo zmęczona, jak na tygodniu.
A jutro już poniedziałek.
M. znowu do pracy, a ja sama z Fifim w domu.
Mam nadzieję, że choć troszeczkę słoneczka wyjrzy, bo pogoda też nie nastraja optymistycznie.
Ale bądźmy dobrej myśli.
A teraz cieszmy się resztką weekendu.

piątek, 29 listopada 2013

Filipowe nurkowanie...

O tym, że chodzimy z Filipem na basen, już pisałam.
Nawet wrzucałam już zdjęcia z tego, jak sobie Maluch radzi w wodzie.
Ale tego jeszcze nie było.
Nasz Fiful nurkuje.
Nawet nie przypuszczałam, że tak fajnie mogą wyjść zdjęcia pod wodą.
Nawet nie przypuszczałam, że mojemu dziecku będzie się to tak podobało.
Wystarczy popatrzeć na jego minkę, otwarte oczka i uśmiechniętą buźkę.
Szkoda, że mamy tylko dwie fotki, ale czas nie jest z gumy, dzieci jest sporo i każdy chce uwiecznić swojego potomka.
A oto i nasz Fifi pod wodą:



A teraz zareklamujemy. A co? Jesteśmy zadowoleni więc czemu mamy o tym nie mówić?
Takie zajęcia organizuje Lubelska Szkoła Pływania.
Wszystkie informacje na temat zajęć są na ich stronie internetowej, nie będziemy tutaj pisać i powtarzać.
Ja, ze swojej strony, mogę polecić z ręką na sercu.

****

A tak z innej beczki.
Znów zostaliśmy wytypowani do zdradzania swoich sekretów.
Tym razem typowaczem jest Kahlan84 z Oczekując Maleństwa (II).
Dziękujemy bardzo.
Moje sekrety są do przeczytania TU.