poniedziałek, 30 września 2013

Ambulanse...

Ostatnio zauważyłam dziwną prawidłowość.
Liczba karetek na sygnale wzrasta w godzinach szczytu. 
Mieszkam w centrum miasta i hałas przeszkadza mi strasznie. Mimo naprawdę szczelnych okien, szum z ulicy jest mocno uciążliwy. Spanie przy otwartym oknie jest niemożliwe. A do tego wszystkie te jeździdła na sygnale.
Ale o dziwo one się uaktywniają w konkretnych godzinach, czyli w godzinach, kiedy jest największy ruch.
Czy w tych godzinach zdarza się więcej wypadków, zasłabnięć czy zawałów. Nie. Moim zdaniem kierowcom nie chce się stać w korkach. I jedzie takie i wyje, a miasto się jeszcze bardziej korkuje, bo kierowcy zjeżdżają gdzie popadnie tworząc straszny zamęt. Jedzie i wyje a mi w domu głowa pęka, dziecko mi się budzi i płacze.
Mało było przypadków wożenia dzieci do szkoły karetką albo jeżdżenia na zakupy. Mój osobisty małżonek widział jak do karetki ładowano dywan. A, że te wszystkie akcje odbywają się w godzinach pracy, to trzeba szybko, a jak szybko, to na sygnale. Nie mówię tu o bojkotowaniu karetek, bo tego nie można robić, ale z czystej ciekawości chciałabym wiedzieć ile tych wyjców jedzie na sygnale z powodu uzasadnionego, a ile z prywaty.
A druga rzecz. W nocy. Po co jechać po pustych ulicach i wyć na całe miasto. Przed skrzyżowaniami, ok. Ale na prostej, pustej drodze? Po co jeszcze bardziej hałasować w już i tak głośnym mieście.

źródło

czwartek, 26 września 2013

Jak trafiłam na porodówkę czyli dalej nic nie wiadomo.

O tym jak trafiłam do szpitala już było. Na trakcie porodowym spędziłam tylko dwa dni, a wydaje się jakby to były tygodnie.
Pierwszego dnia, tak jak przepowiedziała położna, nie działo się nic. Mąż dotarł do mnie po około godzinie, bo jakaś pani doktor schodząca z dyżuru zlitowała się nad nim i powiedziała mu, że ja już na oddziale jestem podłączona pod aparaturę. Przyniósł mi torby, a że na salach nie ma odwiedzin, pojechał do domu.
Na sali oprócz mnie były dwie dziewczyny, ale do wieczora był już komplet. W rozmowach jakieś czarnowidztwo. Zamiast opowiadać sobie przyjemne historie, pocieszać, to uskuteczniają jakieś opowieści z krypty. Zwłaszcza te, które nie rodzą pierwszy raz. Leżę na tym łóżku i puchnę. Jak całą ciążę nie puchłam, tak po paru godzinach w szpitalu wyglądam jak Buli. Nie dzieje się nic, nikt nie zagląda, nikt o nic nie pyta. Tylko znajoma położna przyszła, pokręciła głową i poszła.
Popołudniem przyjechał Małżonek, posiedzieliśmy na korytarzu, bo warunki do odwiedzin żadne. Szpital Przyjazny Rodzinie. Mąż według nich do rodziny nie należy, ale udało nam się w kąciku posiedzieć. Porozmawiał z naszą położną. Usłyszał, że nikt palcem nie kiwnie, bo długi weekend, a jak zacznę rodzić to pomęczę się, pomęczę się, a skończy się cesarką. Można próbować komuś w łapę dać, ona nie wie komu, ale jeden jej na takiego wygląda. Pogadamy jutro, ona będzie na nocce, on też, może coś się ruszy. Trochę się uspokoiłam, że ktoś się mną zajmie i poczłapałam na salę.
Noc była koszmarna. Łóżko skrzypiało, materac się zapadał, a pościel zjeżdżała. Do tego na dworze burza. Przepłakałam pół nocy, że zamiast być z mężem w domu czekam na skurcze sama. Nad ranem na chwilę przysnęłam.
Rano coś się zaczęło dziać. Obudziłam się i miałam wrażenie, że sączą mi się wody, na KTG wyskoczyły straszne skurcze, ale ja czuje tylko delikatny ucisk na kręgosłup. Do tego ręce i nogi przypominają serdelki. Dobrze, że dzień wcześniej oddałam obrączkę Mężowi, bo teraz by mi ją z palcem ucinali.
Przybyło coś co miało chyba być obchodem. Jakaś pani doktor, jakiś pan, pewnie doktor, a wyglądał jak techniczny i pielęgniarka. Pani doktor stwierdziła: no to rodzimy i wyszła. Tyle jej widziałam. Skoro tak, to zadzwoniłam do męża, że się zaczyna, śpieszyć się nie musi, ale niech przyjeżdża. Za jakiś czas przyszła do mnie już inna ekipa. Zaprosili mnie do gabinetu, pobadali, obmacali, nic nie powiedzieli i kazali dalej leżeć. Przyjechał Mąż, ja spłakana, że już nie rodzę, że wszyscy mnie olewają, a ja już tydzień po terminie. Mam się nie martwić będzie dobrze.
Znowu siedzimy sobie cały dzień na korytarzu. Jest 3 maja więc święto. Nie dzieje się nic. Wieczorem na dyżur przychodzi nasza położna. Pana doktora jednak dziś nie ma, będzie jutro rano. Ona na niego poczeka i z nim porozmawia. A mnie czeka kolejna niepewna noc. Wszystko mnie boli, puchnę coraz bardziej, ale ze zmęczenia troszkę przysypiam.
Rano zaczyna się znowu od KTG, coś im tam nie pasuje, każą przekręcić się na drugi bok, coś znowu nie bardzo. I tak sobie leżę raz tak, raz tak, a nikt mi nic nie mówi. KTG szaleje. Wreszcie przychodzi obchód. Mam nie jeść śniadania i przyjść do gabinetu.
Przychodzę, badają, patrzą na wyniki i pada decyzja – mam się spakować i zgłosić na salę przedporodową. Dzwonię do Małżonka, przyjeżdża szybko. Znowu zostaje wyproszony, ale tym razem się nie daje. Zbieramy moje rzeczy i idziemy. Ale tam już go nie wpuszczają. Znowu zostaję sama z torbą spakowaną do porodu. Jest sobota, długi majowy weekend, żadna kobieta nie rodzi. Na sali są dwie położne, nawet się do mnie nie odzywają, tylko podłączają mnie pod kroplówkę i wychodzą. Kroplówka kapie, KTG pika, a ja jestem sama i nadal nie wiem co się dzieje.

wtorek, 24 września 2013

Śpij Kochanie...

Czy kiedyś się wyśpię?
Coraz częściej zadaję sobie to pytanie.
Moje dziecko śpi, ale nie daje spać innym, a tak konkretnie to mi, bo Małżonkowi nie przeszkadza absolutnie nic.
Dziecię już o 19 zaczyna marudzenie, pokrzykiwanie, a na koniec ryki, żądając kąpieli, jedzenia i spania. Różnie zasypia, ale zazwyczaj nie ma z tym większego problemu. Zje i zasypia. Czasem sobie pogada chwilkę, ale przed 20 już śpi. Próby przetrzymania troszkę dłużej nic nie dają. No, chyba że ktoś lubi słuchać dziecięcych lamentów.
Potem jest już rosyjska ruletka. Niestety najczęściej wypada na moją niekorzyść.
W dość optymistycznej wersji pobudki są co dwie godziny aż do czwartej, dokimanie do 5 i pobudka całkowita. Małżonek bierze wtedy Malucha na wybałwanienie, a ja dosypiam. Ja wstaję, a dziecię zasypia, a M. jedzie do pracy.
I do takiego porządku przywykliśmy, aż tu nagle niespodzianka. Wczoraj spanie do 7.30. Fakt, że niespokojne spanie, wymagające przytulania, ale zobaczyłam światełko w tunelu i z nadzieją kładłam wczoraj Filipa spać.
No, i zawiodłam się. Wstawanie, marudzenie, cycek. Światło zgaszone, światło zapalone, na plecach, na boku. I cała noc. O 5.30 mnie już głowa boli, a mój syn gotowy do wstania, zadowolony z siebie zaczyna nowy dzień. M. zabrał go na zabawy, nakarmił, ale nadrobić nocy się nie udało.
Czy kiedyś się to unormuje? Czy będzie tylko gorzej? Czy ja się kiedyś wyśpię?
A tak wygląda Fifi jak w końcu spokojnie zaśnie.

poniedziałek, 23 września 2013

Jak trafiłam do szpitala czyli nie wiadomo o co chodzi...

Ostatnio czytam dużo na temat trudnych porodów, błędnych decyzji lekarzy i nieuprzejmości personelu na oddziałach położniczych. Za każdym razem przypominają mi się moje przejścia okołoporodowe. Wszystko w efekcie przebiegło dobrze, ale czy komfortowo? Tego powiedzieć nie mogę.

Cała sytuacja zaczęła mnie niepokoić już na ostatniej prywatnej wizycie u mojej pani doktor prowadzącej. Było to ok 1,5 miesiąca przed terminem porodu. Kazała wtedy zgłosić się 17 kwietnia do niej do szpitala (termin miałam na 27), powiedziała tylko, że 26 kwietnia to ona wyjeżdża na urlop. Pierwsza myśl jaka nam przyszła do głowy, to, że chce przyśpieszyć poród, żeby być na miejscu. Nie bardzo nam się to podobało, ale to ona jest lekarzem i wie lepiej.

17 zjawiliśmy się w szpitalu. Zrobili KTG, pani doktor przebadała. Skurczów brak, szyjka skrócona, ale porodu nic jeszcze nie zapowiada, mamy jechać do domu i zgłosić się za tydzień. Za tydzień skurcze już były, ale tylko przepowiadające. Pani doktor na razie się rozmyśliła z wyjazdu, mam się zgłosić w poniedziałek 29, albo jak zacznie się coś dziać. Nic się do poniedziałku nie dzieje oprócz wieczornych skurczów, które przechodzą po położeniu się do łóżka. Stawiamy się w szpitalu. Znów KTG, znów badanie. Skurcze niby są, ale słabe i w sumie to nikt nic nie wie. Pani doktor oznajmia, że jednak wyjeżdża i przekazuje mnie koleżance, pani ordynator położnictwa więc będę w dobrych rękach, mam na drugi dzień stawić się na pierwszym piętrze na trakcie porodowym.

Ze strachem, że już mnie położą na oddział, a przecież zaczyna się długi weekend, pojechałam na drugi dzień do szpitala. I tutaj najpierw KTG na izbie przyjęć a potem na pierwsze piętro. Tam już miałam mega stracha. Na Męża patrzą na oddziale jak na intruza, ja czekam, a za drzwiami gabinetu zabiegowego pani ordynator wydziera się na jakąś pacjentkę. Nie mówi podniesionym głosem, nie krzyczy, tylko się wydziera. W między czasie napatoczyła się jakaś dziewczyna, która okazała się znajomą Małżonka. Ja już wkurzona strasznie, bo stres, zmęczenie i strach, a tu się kręcą jakieś wypacykowane panny, ale czekamy dalej. Wreszcie z gabinetu wychodzi wystraszona nastolatka i zapraszają mnie. Męża wypraszają już nawet nie nieuprzejmie, ale zwyczajnie po chamsku. Badanie do delikatnych nie należy. Potem USG, pan doktor nie odzywa się wcale, za to okropnie trzęsą mu się ręce. Nie wiem czy wszystko dobrze, bo z jego twarzy ciężko cokolwiek wyczytać. Każą czekać.

Czekam, czekam i czekam. Przychodzi ten sam pan doktor i pyta czemu ja właściwie chcę się już kłaść do szpitala. Mówię, że wcale nie chcę, kazali to przyjechałam. Ok. Mam jechać do domu, jakby coś się działo od razu wracać, a jak nie to w czwartek 2 maja o 8 rano zgłosić się już z tobołkami i będziemy przyjęci na oddział. Mam jeszcze 1,5 dnia wolności.

No to przyjeżdżamy w czwartek. Na izbie przyjęć wszyscy mili. Przebrałam się i jedziemy na górę. A tam niespodzianka, przyjmuje mnie na oddział znajoma położna, która jest recepcjonistką u mojej pani doktor. Od razu mówi, że nawet jakby coś się zaczęło dziać, to będą mnie trzymali do poniedziałku, bo jest długi weekend, a i tak skończy się cesarką. Dziecko duże, ja drobna i ona tego inaczej nie widzi. Ale nic, lekarze zdecydowali położyć, to wypełniamy papiery i podłączamy do KTG. Nagle wpada pani ordynator, krzyczy, rzuca wszystkim, mnie ciągnie z tymi kablami na fotel na badanie. Nie wiadomo o co chodzi. Mam się położyć na sali, tam podpiąć KTG i leżeć. Męża nie ma, nie mam nic do powiedzenia. Leże.

Ten czwartek, to 2 maj, nasza czwarta rocznica, a ja jestem sama, przestraszona i nie wiem co mnie czeka.

sobota, 21 września 2013

Chwalimy się...

Długo się zastanawiałam czy na tym blogu zamieszczać zdjęcia Filipa. Tyle się ostatnio mówi o bezpieczeństwie w sieci. Ale w końcu, to jest w większości jego historia i dobrze by było, gdyby ci, co to czytają, wiedzieli jak ten nasz Borsuczek wygląda.

Zabawy z interaktywnym przyjacielem.

Zabawy z dzikim zwierzem.

I demolowanie łóżeczka.


Tak właśnie wygląda nasz mały skarb w swoim piątym miesiącu życia.

czwartek, 19 września 2013

Szczepienie...

Służba zdrowia doprowadza mnie do szału.

Ponieważ w czasach przed Borsuczkowych korzystałam w większości z prywatnej opieki medycznej, to teraz nastąpił twardy kontakt z rzeczywistością. Wcale mi się to nie podoba.

Jeszcze jak chodzi o mnie lub o Małżonka, to pal sześć, ale jak chodzi o Malucha, to mam ochotę płacić komukolwiek, żeby było lepiej. Wszystkie te nieudane pielęgniarki, tylko patrzą z politowaniem, że jak to, nie żal mi pieniędzy? A nie żal, bo jak mam czekać pół roku na USG bioderek, to ja to mam gdzieś, za 100 złotych mam je zrobione już.

Dziś byliśmy na szczepieniu. Po pierwsze oczekaliśmy się z malutkim dzieckiem godzinę. Po drugie, przyjęła nas jakaś obca kobieta, bo nasza pani doktor ma dwa miesiące urlopu. Po trzecie, pani spojrzała na Małego raz i już ma na jego temat opinię.

Maluszek był zmęczony czekaniem, przekładaniem i samym szczepieniem. Wizyta była tak umówiona, żeby nie zakłócać mu rytmu dnia, ale wyszło jak zwykle. Popłakał się strasznie, aż mi serce pękało, a na koniec padł nieprzytomny.

Tylko się zdenerwowałam, musiałam chwilkę ochłonąć, a potem przypomniałam sobie co mówiła nasza "prywatna" pani doktor na temat Filipa. Jest zdrowym, prawidłowo się rozwijającym, pogodnym dzieckiem i z tego trzeba się cieszyć. No, a raz na 6 tygodni przecierpieć swoje w przychodni.


sobota, 14 września 2013

Matka - panikara...

Mamusia okazała się ostatnio przewrażliwioną panikarą.
Maluch wydawał jej się jakiś niespokojny.
Postanowiła poradzić się internetowych koleżanek.
Padło wiele porad i teorii, a między nimi zapalenie ucha.
Mamusia wszystko do siebie dodała. Katarek, łapanie się za uszko, wiercenie się w nocy i wyszło, że Maluch jest chory i trzeba do lekarza.
Lekarz popatrzył, posłuchał i stwierdził, że dziecko jest wzorowe. Jest ruchliwy, bo taki był zawsze, a Mamusia ostatnio zmęczona, to wydaje jej się tak jakby bardziej.
Uszko jest szarpane, bo po prostu jest.
Niespokojny czasem? Może być, bo ząbki się już próbują wybijać.
A Matka jest po prostu panikarą i czego ona w ogóle chce od Pani Doktor.

Ale co by nie mówić, warto było tłuc się na drugi koniec miasta i wydać 100 złotych, żeby usłyszeć, że Maluch jest zdrowy plus jeszcze parę komplementów pod jego adresem.
Teraz Mamusia jest dumną z Syna panikarą.

środa, 11 września 2013

Pielęgniarka środowiskowa...

Dziś mieliśmy wizytę pielęgniarki środowiskowej. Nie wiem po co ta komedia się odbyła. Chyba tylko po to, żeby wyszarpać pieniążki od NFZ.

Wczoraj o 9.30 zadzwoniła pani, że przyjdzie o 10. O nie. Tak to nie będzie. Nie lubię niezapowiedzianych wizyt. Umówiłyśmy się na dziś, tak, żeby Małżonek był w domu, między 11 a 12. Przyszła o 10.45 i jak na osobę, która przychodzi do niemowlaka, wyjątkowo długo dzwoniła domofonem. Akurat Malucha odkładałam uśpionego do kołyski. Szlag mnie jasny strzelił, wyjęłam Dziecię i usypiam dalej, jak będzie chciała go zobaczyć, to zobaczy śpiącego. Z sypialni słucham wywiadu pani z moim Mężem.
  • jaka jest państwa sytuacja materialna,
  • jakie mają państwo warunki mieszkaniowe (wystarczy się rozejrzeć),
  • kto się opiekuje dzieckiem z imienia i nazwiska (dobrze, że nikt oprócz nas).
Potem przyszłam ja i było jeszcze parę pytań o karmienie, kupki, zdrowie. Kazała się podpisać i tyle. Dziecka nawet nie widziała. Mąż olał pół dnia pracy dla czegoś takiego. Śmiech.

Przy okazji tego wydarzenia dowiedziałam się, że nasza pani doktor przychodniana jest na urlopie do października. Jest drugi pediatra w przychodni, ale nie wiadomo czy będzie chciała zaszczepić dziecko nie przypisane w karcie jej. Brak mi na to wszystko słów. Fifi miał być szczepiony w piątek, a teraz nie wiadomo jak będzie. Czekać do października to trochę długo.

poniedziałek, 9 września 2013

Basen...

Nowości w życiu Malucha ciąg dalszy.

W sobotę byliśmy na basenie. Stres był. Jak się okazuje niepotrzebnie. Potem było strasznie dużo radości, no i ogromna duma z naszego dzielnego Synka.

Już na wejściu się denerwowałam, bo opuściliśmy pierwszą drzemkę, więc myślałam, że będą dzikie ryki, albo chociaż marudzenia, ale na basen dotarliśmy spokojnie. Po wejściu do szatni kolejny stres, bo dzieci płaczą, a Fifi ma strasznie zadziwioną i zaniepokojoną minę. Będzie ryk czy nie będzie? Wyjmujemy z nosidła i niespodzianka - wielki uśmiech. Przebieramy, rozbieramy i idziemy na basen. Tata będzie się kąpał więc tata trzyma Synka. A Synek trzyma mamę za palca. Znów niepokój co będzie dalej. Ale dalej już same zdziwienia, radości, taplania. Nawet piłeczką się pobawił. A mama pęka z dumy do dziś.

Co by nie mówić, to basen dla takiego malucha to fajna sprawa. Wszystkim mogę polecić z ręką na sercu.

poniedziałek, 2 września 2013

Pierwsza łyżeczka

Ostatnio tematem numer 1 u nas w domu jest temat rozszerzania diety naszego syna. Mąż jak zwykle nie ma zdania, to ja mam decydować co i kiedy. Jak coś będzie nie tak, to ja będę odpowiadała. Przeglądam więc gazetki, broszurki i internet. No i znajduje rozbieżne i niespójne informację.Według schematu obecnie obowiązującego powinnam karmić wyłącznie piersią do końca 6. miesiąca, ale już w 7. miesiącu Maluch powinien dostać mięsko. Więc jak? Wszystko na raz? Przecież najpierw musi poznać smaki, nauczyć się jeść łyżeczką, powoli przestawiać się z piersi na posiłek łyżeczkowy, a nie tak nagle. 

Tak samo z wprowadzaniem glutenu. W broszurkach podają, że po skończeniu 4. miesiąca podawać z zupką jarzynową. No, ale chyba najpierw te warzywka trzeba przetestować, wprowadzić do diety. Ja wiem, że kaszkę można podać z mlekiem matki czy z wodą, ale w schematach pisze jak wół, że z zupką.

Poprzeglądałam to wszystko i opracowałam swój plan. Zaczynam teraz wprowadzać smaki. Nie zastępować mleczka posiłkami stałymi, tyko dodawać codziennie coś nowego. Przez parę dni po parę łyżeczek marcheweczki, potem może dynia i tak dalej. Po jakimś czasie jakiś kleik, potem kaszki. Najpierw wszystko na spróbowanie, a dopiero potem jako samodzielne dania. W ten sposób w zasadzie będę karmić prawie wyłącznie piersią do końca 6. miesiąca, bo co to jest parę łyżeczek dziennie.

Taki to wymyśliłam plan. Jak będzie z wprowadzeniem go w życie to się jeszcze okażę, ale na razie jestem dobrej myśli. Słoiczki stoją i czekają.