wtorek, 18 września 2018

A gdyby tak rzucić wszystko... czyli Szkoła Dyrektora Dreamera - Justyna Balcewicz.

Każdemu z nas wrzesień kojarzy się z powrotem do szkoły, z końcem laby, beztroski, ciepła... Szkoła, to nudna codzienność, szarość, obowiązki, które niejednokrotnie odbierają czas, który chętniej przeznaczylibyśmy na coś przyjemniejszego. Poranki, gdy trzeba wstać, wysunąć nogi spod cieplutkiej kołdry, ubrać się i wyruszyć w świat, mimo że wcale nie mamy na to ochoty. Zaganiani rodzice, ciężkie plecaki, krótkie dnie i wieczne zmęczenie...
Ale spróbujcie sobie przypomnieć z jakimi emocjami człapaliście pierwszego września do szkoły. Jak ściskało wam się serce na myśl o dawno niewidzianych znajomych, jak głaskaliście każdy zeszyt i przeglądaliście każdą książkę zanim jeszcze musieliście to zrobić. Jak po wejściu do szkoły zaglądaliście w każdy kąt, sprawdzaliście co się zmieniło, rozsiadaliście się z rozczuleniem w ławkach.

piątek, 14 września 2018

Znikający ludzie... czyli jak pożegnać opiekunkę...

Jesteśmy dorośli, wiele w życiu przeszliśmy, wiele wiemy, wielu ludzi poznaliśmy, wiele osób zniknęło z naszego życia, wiele osób się przewinęło, z wieloma nasze kontakty się rozluźniły, z wieloma urwały nagle i bezpowrotnie. Jakoś sobie z tym radzimy, od czasu do czasu nadejdzie nas refleksja, ale raczej nie rozpaczamy, nie drzemy szat, zdajemy sobie sprawę z tego, że taka jest kolej rzeczy... 
Co innego z dziećmi, które jak się przywiązują, to często na całego, jak ufają, to bezgranicznie, jak kochają, to bez limitów... Dla dziecka każde rozstanie jest wielkie, każda tęsknota ogromna, każdy zawód boli najbardziej. 
Jak sobie z tym radzić, jak tłumaczyć, co zrobić, żeby "znikający ludzie" nie pozostawili zadry w sercu naszego dziecka, a przy okazji i naszym, bo każde cierpienie dziecka boli też nas. Jak mądrze przejść przez odejście niani, zmianę w przedszkolu czy rodzinne rozstanie???

poniedziałek, 27 sierpnia 2018

Prosty przecier z ogórków...

Tego lata pierwszy raz na naszej działce zagościła grządka warzywna... Jeszcze taka prowizoryczna, nieprzygotowana jak należy, niewielka i chaotyczna, ale potrzeba pomidorów na przecier i ogórków na kiszenie była silniejsza i udało mi się przekonać Małżonka do przekopania skromnej części trawnika na poczet właśnie zagonka. Miałam wizję dbania o uprawy, weekendów i popołudni na działce, ale, jak zwykle, nasze plany mają to do tego, że lubią się komplikować i tym razem było podobnie. Niemniej jednak okazało się, że plon ogórkowy udał nam się wyjątkowo dobrze, a ja nie nadążałam ze zbieraniem i ładowaniem wszystkiego do słoików. W międzyczasie kilka wyjazdów, podczas których ogórasy nie chciały poczekać z rośnięciem i zostałam z całą górą nieco przydużych sztuk. Początkowo robiłam z nich małosolne w dużym słoju, ale pod koniec sezonu i one nam się przejadły. Co więc robić, bo wyrzucić szkoda...?

poniedziałek, 20 sierpnia 2018

Kodeks drogowy przystępny i zdrowy czyli subiektywny komentarz bieżący...

Czasem siedzę bezczynnie i z nudów przeglądam Facebooka. Coraz mniej tam wiadomości od naszych znajomych, coraz więcej reklam, nachalnych banerów czy wiadomości z kraju i ze świata. I choć te wiadomości zazwyczaj są pobieżne i niewiele wnoszę do mojej wiedzy, co i dlaczego zaszło, to wystarczy wejść w komentarze, by już za chwilkę musieć sięgać po proszki obniżające ciśnienie. Bo, wydawać by się mogło, że jasne i logiczne, ktoś popełnił przestępstwo, zrobił coś nagannego, coś się stało z powodu czyjegoś zaniedbania lub przez czyjś błąd i jest to godne potępienia... Ale nie... Internauci wiedzą swoje, a jak masz inne zdanie, to ty jesteś zbrodniarz, bandyta, i... tutaj pozostawię puste miejsce, wszak to blog matki dwójki dzieci i nie wypada.

niedziela, 12 sierpnia 2018

Mój sekretny składnik czyli domowy przecier pomidorowy...

Nie ma chyba na świecie dziecka, które by nie lubiło zupy pomidorowej. Nie rozumiem tego fenomenu, ale go toleruję i zdarza mi się gotować ją nawet trzy razy pod rząd. Pamiętam, jak Filip był mały, przyjaciółka mojego taty wymądrzała się na temat właśnie pomidorówki, że każde dziecko da się na nią namówić. Pokiwałam głową z niedowierzaniem, bo Fi oprócz słoiczków nie bardzo coś chciał ruszać, a potem musiałam jej zwracać honor, bo mój syn niejadek wcinał zupiznę aż mu się uszy trzęsły. Tłumaczyłam to "babciowatością" tej zupy, bo sama nie wiedziałam, gdzie leży sekret. Aż do czasu. Sekret babcinej zupy pomidorowej leży w tym, z czego ona jest robiona. Ja, nauczona gotowania na marketach, gotowałam na koncentracie i nijak nie mogłam uzyskać tego smaku, który pamiętałam z dzieciństwa czy tego, który znam z domu męża, gdy gotuje babcia. A nie tędy droga, sekret smaku leży w domowym przecierze pomidorowym. To jest clou całego problemu.


środa, 8 sierpnia 2018

Jak powstała planeta Kumpligświst - wywiad z Kasią Nowowiejską - ilustratorką.

Książki przenoszą nas w inny świat. Dają nam odpoczynek od codzienności, pozwalają rozbudzić wyobraźnię, czarują i urzekają. Ja za każdym razem, gdy czytam, tworzę sobie w głowie obraz świata, który chciał mi przekazać autor. Każdy bohater ma swój wygląd, każde pomieszczenie jest jakoś urządzone, każde miasteczko ma swój rozkład... Ciężko potem wyrzucić z pamięci takie sceny i przejście z jednej lektury do drugiej zajmuje odrobinę czasu... Książki dla dorosłych rzadko posiadają ilustracje, zazwyczaj są to kartki zapisane ciągiem tekstu... Ale dorośli sporo już w życiu widzieli i łatwiej im wejść w świat opisywany przez pisarza. Dzieci w tej materii mają dużo fajniej, bo autorzy i wydawcy niejednokrotnie dopieszczają ich wchodząc we współpracę z artystami ilustratorami, żeby dać im przepiękne i zaczarowane krajobrazy, magiczne postaci i bajkowy świat...
Ale żeby ten świat powstał, ktoś musi się napracować i go stworzyć... Zazwyczaj zwracamy uwagę na autora tekstu zapominając o autorze ilustracji... A ja dziś mam dla was niespodziankę... Rozmowa z twórcą ilustracji do zaczarowanej opowieści pod tytułem "Kandela, Czarny Lew i planeta Kumpligświst" Kasią Nowowiejską... ;)
Zapraszam!!!


poniedziałek, 30 lipca 2018

Czas przemija...

Wiele lat temu, kiedy jeszcze w szczęściu i zdrowiu żyłam sobie pod jednym dachem z Babcią, wróciłam po szkole do domu i zastałam taką oto sytuację... Otóż zastałam Babcię tonącą we łzach w przedpokoju, przy telefonie... Gdy zapytałam, co się stało, Babcia tylko wyszlochała, że "Jadzia nie żyje...". Jako że o jakiejkolwiek Jadzi nigdy nie słyszałam, poczekałam aż Babcia nieco ochłonie i dopytałam. W odpowiedzi dostałam dość zawiły obraz siódmej wody po kisielu, rodziny zza siedmiu mórz, ludzi nie widzianych i nie słyszanych od lat nastu a nawet dziestu... W skrócie... Jadzia, to był ktoś, kogo zapewne Babcia by na ulicy nie poznała, nie rozmawiała z nią od bardzo, bardzo dawna i zapewne, gdyby ktoś nie zadzwonił, nawet nie wiedziałaby o jej śmierci... Ale Babcia rozpaczała wielce, a ja nie byłam w stanie tego pojąć...