wtorek, 28 marca 2017

Plan na dziecko...

Odkąd pamiętam słyszałam, co ja będę mogła, czego nie będę mogła, ile będzie to, ile tamto. Wizje co najmniej tragiczne roztaczali przede mną wszyscy. Przed pojawieniem się dzieci nasłuchałam się ile to ja się nasiedzą w domu, ile będę miała wrzasków, ile pisków, nocy nieprzespanych, dni zmarnowanych, życie towarzyskie umrze, a o podróżach mogę tylko pomarzyć przez najbliższe co najmniej 15 lat. Co by nie mówić, życie po narodzinach dziecka ulega wywróceniu do góry nogami, zaczyna się totalna jazda bez trzymanki, niczego nie można być pewnym, o niektórych sprawach lepiej zapomnieć, inne zmodyfikować, nauczyć się żyć na pełnych obrotach, ale bez przesady. Wiele można, do wielu rzeczy można się przyzwyczaić, wiele znieść. Szybko zapomina się, jak było wcześniej, życie znów zmienia się w rutynę, żyjemy normalnie, tylko w powiększonym składzie...


Pojawienie się dziecka, nie jest czymś, czego nie da się przeskoczyć, czego nie da się ogarnąć, nie wykończy nas fizycznie ani psychicznie. Po prostu zmieni nasze przyzwyczajenia raz na zawsze. Normalna rzecz, jak nic innego na świecie. Ale z drugiej strony, gdy słyszę przyszłe mamy planujące już niemal z dokładnością do jednego dnia, kiedy przestaną karmić, kiedy pierwszy raz wyjdą bez dziecka na imprezę, kiedy wrócą do pracy, to troszkę uśmiecham się z pobłażaniem. Nie mówię, że się nie da, bo może się da. Mi się nie udało. A sama tak planowałam i sama wiem, że wyszło, jak wyszło. Miałam karmić mieszanie, miałam już po pół roku wyjeżdżać bez dziecka, miałam mieć opiekunki, pomoce, żłobek od 12 miesiąca, pełna niezależność. Ba, nawet chłopina miał wstawać do dziecka i rano dawać mi się wyspać. I powiem wam, z Filipem nawet próbowałam coś ugrać. Skończyło się tylko nerwami i irytacją. Walczyłam o przespane noce, o odstawienie od biustu, nawet próbowałam go namówić do butelki... Był oporny i już, a ja tylko się denerwowałam, że mi nie wychodzi. Gdy urodziła się Zosia zwyczajnie odpuściłam. Niech się dzieje wola nieba, z nią się zawsze zgadzać trzeba... I wszystko potoczyło się o wiele spokojniej. 

Macierzyństwo, chyba ogólnie rodzicielstwo, nie daje się wpasować w jakieś ramy. Wiadomo, planujemy, mamy jakieś wizje, ciąża, poród, pierwsze miesiące, potem młodość i nawet to, jak będzie wyglądała przyszłość naszych pociech, jakim będziemy rodzicem, jaką rolę będziemy pełnić w życiu naszego dziecka. Niestety, los często płata nam figle. Różne. Często uciążliwe. Chcemy rodzić naturalnie, trafia się cesarka, chcemy karmić piersią, dziecko nie ma na to ochoty albo nasz biust protestuje, chcemy butelką, dziecko nie chce o niej nawet słyszeć, urządzamy pokój dla bobasa, bobas bez mamy nie chce spać i ląduje w naszym łóżku na długie miesiące, na spacerach krzyczy, a miało tak słodko spać, pluje marchewką, choć inne dzieci tak pięknie wyglądają z pomarańczowymi wąsami, pół roku nie pojmuje idei nocnika i za nic w świecie nie chce nosić ślicznych wstążeczek na włosach. A do tego, po x latach postanawia pójść na ASP a nie na medycynę... A my? Naoglądałyśmy się w magazynach pięknych, zadbanych mam w szpilkach i piękną biżuterią, a my jedyne na co możemy sobie pozwolić to elegancki zegarek (http://www.czaszegarkow.pl/), bo wszystko inne w mgnieniu oka zostaje nam zerwane lub zamienia się w dziecięcą zabawkę i ginie gdzieś w nieznanych okolicznościach. Bywa, nie przeskoczymy niektórych rzeczy. Trzeba się cieszyć i akceptować to, co jest... Taka nasza rola... A może dola?

PS.
Gdy byłam w ciąży z Zośką, choć już sama ciąża było inna, myślałam, że pozjadałam wszelkie rozumy, myślałam, że nic mnie nie zaskoczy, że jestem przygotowana na niemowlaka, bo przecież jednego już miałam. Co to, to nie... Każde dziecko jest inne i każde kolejne potrafi nas nieźle zaskoczyć. Gdybym kiedyś zdecydowała się na trzecią pociechę, to przynajmniej wiem, jak zmieniać pieluchy, bo cała reszta, to wielka niewiadoma ;)

środa, 22 marca 2017

Zrozumieć dwulatka czyli jak wspomóc rozwój mowy dziecka...

O różnego rodzaju buntach dwulatków, okresach przejściowych, skokach rozwojowych i innych tego typu cudach i wiankach pisałam już na tym blogu nie raz w kontekście Filipa. W kontekście Zośki sobie to odpuściłam, bo musiałabym albo poprawiać poprzednie teksty albo je całkiem edytować lub wyrzucić. Nie to, że Zosia jest wyjątkowa i nie przechodzi swoich buntów, wręcz przeciwnie, właśnie galopujemy przez książkowy bunt dwulatka (dwulatki) w wydaniu hard i dopiero z tej perspektywy widzę, co wtedy, przy Filipa nastrojach robiliśmy źle, co dobrze, a co w ogóle powinniśmy sobie odpuścić. Po drugie, nasza uwaga nie jest już skupiona jedynie na dwulatku i jego "fochach", a na dwójce dzieci, z których i to drugie ma swoje dramaty więc troszkę mniej się nad tym wszystkim "trzęsiemy". Nie mniej jednak jest temat, którego nie poruszałam przy Fifim, a teraz jakoś siedzi mi w tyle głowy i muszę się nim podzielić.

Otóż, jak porozumieć się z dwulatkiem. W tym wypadku raczej z rozgarniętą i cwaną dwulatką, ale zanim to, to cofnijmy się też do Filipa. Wiadomo, dzieci są różne, ale rodzeństwa mają to do siebie, że jednak podobieństwa jesteśmy w stanie wychwycić.


Filip długo (dla nas długo) nie chciał nic mówić. Nawet w drugie urodziny wypominano nam, że nie mówi "mama" czy "tata", a jak mu się czasem coś wyrwie, to nie jest to skierowane do nikogo konkretnego. Zaznaczam jeszcze, że w wieku dwóch lat Fifi już chodził do przedszkola, że potrafił się z nami tyle o ile skomunikować, ale mówić jakoś nie chciał i już. Już wcześniej, na jakimś spotkaniu blogowym miałam okazję rozmawiać z panią logopedą i niestety pani mnie nie uspokoiła, raczej zaniepokoiła tym faktem i radziła udać się do specjalisty (!!!). Panie w przedszkolu jednak odradziły, dały kilka cennych ras, same przyłożyły się do zadania, ignorowały jego pokazywanie paluszkiem albo ciągnięcie się na ręce, nam kazały się uzbroić w cierpliwość i też nie reagować na jego jęki (bo Fi jęczał zamiast mówić, co było mocno irytujące, muszę przyznać... zresztą on też się irytował, gdy my nie rozumieliśmy, co ten jego jęk znaczy) i Fi zaczął mówić praktycznie z dnia na dzień. Jego pierwszym, długo powtarzanym słowem było "koteki jałłł", co miało znaczyć nic innego jak naszego kota. W tej chwili zdarzają się momenty, że z rozrzewnieniem wspominam czas, gdy Filip nic nie mówił, bo teraz gada, gada, gada i buzia mu się nie zamyka. Jak nie ma nic sensownego do powiedzenia, to gada co mu ślina na język przyniesie, a czasem rzeczy posłyszane gdzieś na ulicy, co czasem wprawia nas w konsternację.

Zośka w kwestii oporu słownego jest do niego podobna, choć "mama" i "tata" skierowane konkretnie do nas słuchamy już od dawna. Zresztą ma swój własny, nie powtarzalny język, który ja staram się zrozumieć i, którego uczę się ciągle i wciąż. "Miau" to kot... Jest "hau", "chrrr", "pi", "si", jest i "peppe" i "tatą" gdy chce coś zrobić z tatą... Od niedawna "to" na babcię zastąpiło "baba" i pojawił się "dziad". Z dnia na dzień 27-miesięczna Zosia mówi coraz więcej, a rozumie w zasadzie wszystko. Nie zmienia to faktu, że nadal, podobnie do Filipa, jak się uprze, to nawet nie spróbuje powiedzieć o co jej chodzi. Pokazuje paluszkiem, jęczy, łapki wyciąga do góry, ciągnie za nogę i się irytuje. A my irytujemy się z nią, bo często nie jesteśmy w stanie dojść do tego, o co jej chodzi. Czasem się śmieję, że niedługo będę mogła otworzyć swoje własne centrumtlumaczen.pl, bo to ja robię za tłumacza między dziećmi a dziadkami, ciociami czy nawet tatą, który jednak statystycznie mniej czasu spędza z maluchami. Ale fakt jest prosty i niezbywalny, że żeby troszkę nakłonić dzieci do mówienia, trzeba co nie co udawać, że się ich nie rozumie. Gdy Zosi naprawdę na czymś zależy, to nie ma przeproś, prędzej czy później nauczy się to wypowiadać, a jak już się nauczy, to powtarza, powtarza, powtarza...

Tak więc w chwili obecnej mam na stanie dwójkę dzieci, z którymi komunikacja jest nieco utrudniona, ale jak to mówią, co pan zrobisz, nic pan nie zrobisz, trzeba jakoś to przetrwać. Czasem muszę się mocno nagimnastykować, żeby je zrozumieć, bo jednemu słowotoki wylewają się z ust, a druga coś mamrocze dźwiękonaśladowczego pod noskiem. Widzę, że się stara, że denerwuje się, jak jej nie rozumiem, że mieli jęzorkiem w buzi próbując wydać z siebie coraz to nowe słowa. I powiem wam, coraz lepiej jej to wychodzi. Próbuję ją motywować, ale nie naciskam, nie pośpieszam, nie złoszczę się, gdy za nic w świecie nie jestem w stanie pojąc o co jej chodzi. Nie porównuję do innych dzieci, które już mówią niemalże całymi zdaniami. Jeśli ktoś zwraca mi uwagę, że ma już ponad dwa lata a jeszcze płynnie nie mówi, to tylko w duchu sobie myślę, że moja dwójka w wieku 11 miesięcy już biegała niemalże bez trzymanki więc coś za coś, każde dziecko jest inne, każde inaczej się rozwija, każde idzie swoim własnym tempem. Przecież do osiemnastki paluszkiem mi pokazywać nie będzie.

A jak delikatnie wspomóc rozwój mowy u dziecka i bezczynnie nie czekać aż samo się namyśli na mówienie?
Właśnie tak jak wam pisałam. Trochę udawać, że się nie rozumie jęków i pokazywania paluszkami. To pomaga, bo uparte na coś dziecko prędzej czy później pojmie, że szybciej coś osiągnie, jeśli o tym powie. Zrozumie, że tak jest łatwiej, a dzieci lubią, jak coś jest łatwe i szybkie.
Czytać, opowiadać, pokazywać obrazki, nazywać przedmioty.
Gadać do dziecka, gadać, gadać.
Dużą rolę też odgrywa przebywanie z innymi dziećmi, nawet tymi nie mówiącymi. Ja się zawsze rozczulam, jak widzę moje dzieci rozmawiające ze sobą. Ha, a jak gadają w przedszkolu... Ja nie wiem o czym, a one się znakomicie rozumieją...
No i panie przedszkolanki... One się znają na rzeczy i mają swoje sposoby. Warto im zaufać, a do specjalisty udawać się już naprawdę, gdy coś się dzieje lub już potem na skontrolowanie mowy (u nas takie zajęcia z logopedii są właśnie w przedszkolu w ramach zajęć, ale wiem, że są też organizowane przy bawialniach dla dzieci, przychodniach czy domach kultury). To, że dwulatek nie bardzo chce mówić, nie jest jeszcze niczym niepokojącym. O ile oczywiście potrafi się z nami skomunikować inaczej.
A po ostatnie, ale chyba najważniejsze, to spędzać z dzieckiem czas. Nie obok, nie jak z workiem ziemniaków, ale jak z pełnoprawnym człowiekiem. Pokazywać, komunikować się, rozmawiać, jakkolwiek by to nie brzmiało w kontekście kogoś, kto tylko warczy, muczy, miauczy czy buczy. Zośka na przykład z uporem maniaka nazywa zwierzątka udając ich odgłosy. I dobrze, skoro tak jej łatwiej, to niech tak nazywa, z czasem będzie nam tego brakowało. Na razie cieszymy się tym specyficznym dziecięcym językiem, choć czasem nie jest on dla nas łatwy.

PS. Właśnie się dowiedziałam, że niespełna czteroletni Filip zajął drugie miejsce w przedszkolnym konkursie recytatorskim... Także drodzy rodzice dzieci, które odmawiały mówienia... Uszy do góry i cierpliwości... 

poniedziałek, 20 marca 2017

Matka Polka Kierowniczka czyli jak mnie auto w konia robi...

Często pytacie mnie, jak się zebrałam w sobie i jak idzie mi jazda samochodem... No, i czy w ogóle idzie. Lecę, pędzę powiadomić, że idzie mi, idzie... Idzie jak krew z nosa, a po drodze natrafiam na same dziury i przeszkody. Nie poddaję się jednak i slalomem, slalomem dążę do celu, jaki sobie obrałam.

Jakiś czas temu Szanowny Małżonek triumfalnie oznajmił, że już się niczego bać nie muszę, że już mogę wsiadać i jechać, on wyremontował, poprzeglądał, odpicował mi autko, tak, że mucha nie siada. Jest jak nowy, o ile można tak powiedzieć o samochodzie, który spokojnie już zalicza swoje któreś z kolei naste urodziny. Myślę sobie, cudownie, może nie jest to szczyt moich marzeń, może trochę za duży, trochę kobylasty, ale jest, przyzwyczaiłam się do niego, zanim się nie wyszkolę na rajdowca, to pojeżdżę, a nawet jak gdzieś przyrysuję lub stuknę w słupek, to żal nie będzie, bo swoje ślady użytkowania już na sobie nosi (łącznie z psimi pazurami na masce). Jedyne co mnie na ówczesny moment odstraszało, to sroga zima, śniegi, gołoledzie, aura nieprzewidywalna. Ale gorące postanowienie było, siedziało we mnie głęboko, że gdy tylko nadejdzie choć trochę wiosennej pogody, wyruszam w świat już bez asysty, bez akompaniamentu narzekania za uchem, bez drogocennych rad... Tylko ja i droga... Moje plany, moje cele, mój czas...


Czekałam, czekałam, doczekać się już nie mogłam, aż wreszcie jest... Lody odpuściły, śniegi odeszły w dal, Borsia Matka szlifuje opony i wyrusza w świat... Troskliwy Małżonek jeszcze stopuje, jeszcze każe zaczekać, jeszcze wszystko sprawdzi, przetestuje, akurat na wieczór do pracy się wybiera, to przejedzie się tym właśnie wehikułem. Po drodze jeszcze tylko zajedzie pod market puścić lotka, bo być może uda się spełnić marzenie i doczekam się tym sposobem czegoś wygodniejszego na miejskie drogi... Jak powiedział, tak też zrobił... Pojechał pod market, stanął na parkingu... i już z niego nie wyjechał... Cuś puściło, cuś pękło, cuś się obluzowało... Na szczęście pod tym samym marketem jest serwis, mechanik i inny cudotwórca, ściągnęli auto części i samochód naprawili... Po dwóch dniach już na własnych kołach powrócił pod nasz blok czekać spokojnie aż do niego zejdę. Ale niesmak i niepokój pozostał. Skoro po takich cackaniach on nagle odmawia posłuszeństwa, to przecież może odmówić i mi... Swoją drogą, dobrze się stało, że stanął Szanownemu, bo gdyby stanął mi, to stanęłabym i ja... Stanęłabym i bym chyba nad nim zapłakała...

Odczekałam chwilkę, żeby odsapnąć i znów podjęłam próbę wyjechania z parkingu jako samodzielny, uczciwy kierowca. "Momencik, momencik, przestawię ci auto, żeby ci było łatwiej wyjechać... Aaaa, i trzeba pojechać na przegląd, bo się kończy..." Ok, myślę, fajnie, troszczy się, żebym potem nie utknęła w poprzek naszego niewielkiego postoju podblokowego i pamięta o kwitkach, żebym strasów nie miała w nagłym i niespodziewanym kontakcie z kontrolą drogową. Nie ma go, nie ma i nie ma... Wraca z akumulatorem pod pachą. "Rozładował się, chyba za bardzo go na warsztacie wymęczyli, a że to blisko, to potem nie zdążył się naładować... Jutro wszystko będzie ok". Jutro nie miałam ochoty go ruszać z parkingu, po jutrze też nie, kilka dni siąpiło, ciapało, było ogólnie mało korzystnie więc też nie pałałam chęcią wybywania w miasto po wrażenia. W końcu nadszedł wielki dzień. Człapie Szanowny z akumulatorem z powrotem na parking. Znów go nie ma, nie ma i nie wraca. W końcu jest... "Chyba akumulator padł... Trzeba kupić nowy..."

I w ten sposób znów ciapie, chlapie i śniegiem zacina, a auto jak stało, tak stoi na parkingu i czeka na lepsze czasy... Co gorsza już bez przeglądu i badań technicznych, jak i bez akumulatora. Może zwyczajnie nie chce mieć mnie za właściciela, może mi nie ufa, może się przede mną wzbrania, nie wiem...
A ja? Ja mam nadzieje, że nowy akumulator rozwiąże nasz problem i w końcu doczekam się tej niezależności, której tak bardzo mi brakuje, auto się przestanie na mnie boczyć i ruszy z kopyta, a póki co przesiadam się na jeszcze większy samochód czyli zaczynam testować nasze auto rodzinne. A nóż mi się spodoba i to Szanowny zostanie z tamtym wysłużonym wehikułem, a ja przekonam się do przestronnego i komfortowego kombi... Kto wie?

PS.
Swoją drogą teraz bardzo żałuję, że bardziej nie naciskałam na rodziców o pozwalanie mi na jazdę samochodem, gdy tylko dostałam prawko do ręki. Żałuję, że nie korzystałam, jak miałam na to więcej możliwość. Że nie wsiadałam i nie trenowałam umiejętności, gdy byłam młodsza, bardziej odważna, bez obaw o dzieci, o to, że coś się może stać, bez tych wszystkich czarnych myśli o tym, co się dzieje na drodze. A prawo jazdy mam od 18 roku życia... Jeździłam trochę, nawet mnie chwalono, że mam wyczucie, że talent..., nawet koledzy pozwalali czasem poprowadzić swoje wymuskane auta... A potem... A potem nie było mi to potrzebne aż do teraz... I nie ma, że boję się, że nie chcę... Teraz trzeba się wziąć za siebie i jechać... Mus to mus... Nie ma innego wyjścia.

środa, 15 marca 2017

Przytulna działka - kilka prostych inspiracji...

Ha, zaśmiejecie się pewnie pod nosem, jak znów napiszę coś o naszych planach na własny dom... I będziecie mieli rację, bo ja też śmieję się już czasem przez łzy... Bo prawda jest taka, że plan mamy, żeby nie skłamać od 1,5 roku, a domu jak nie było, tak nie ma i pewnie jeszcze przez chwilę nie będzie. W zasadzie cały ten czas na coś czekamy, coś załatwiamy, coś podbijamy i nadal czekamy, czekamy, czekamy... Problemy piętrzą nam się pod stopami od samego początku i dla bezpieczeństwa przestałam cokolwiek sobie obiecywać, bo póki nie otrzymamy wszelkich zgód, nie będziemy mieli 100%, że na tej konkretnej działce powstanie cokolwiek poza altanką.

A jak o altankach mowa, to wielkimi krokami zbliża się wiosna. Mieliśmy nadzieję, że na wiosnę budowa będzie już w toku, ale nadzieja matką głupich i jakoś nas zwiodła i nadal pozostajemy z pustą działką więc myślimy, jak ją sobie trochę w międzyczasie troszkę urozmaicić, żebyśmy się poczuli tam wreszcie jak u siebie. Działka jest w sporej części zadrzewiona, ma w zasadzie tylko jednego sąsiada zasłoniętego gęstym żywopłotem i szpalerem drzew więc panuje tam klimat bardzo kameralny. Taki jak najbardziej lubię. Chcielibyśmy już teraz poczuć namiastkę własnego podwórka, własnego ogrodu... Położyć tzw. kamień węgielny pod to, co powstanie w tym miejscu za czas jakiś.

Mi marzy się własny ogródek warzywny. Malutki, skromny, tylko na własne, codzienne potrzeby. Niestety, w tej chwili, z racji niemożności bywania tam codziennie, pomysł ten mija się z celem. Nie mogę przecież zwalać obsługi swojego ogrodu na rodzinę, a bez codziennej pielęgnacji roślinki mogłyby nie przetrwać. Ba, marzy mi się również tunel foliowy. Świetna sprawa, moi rodzice zawsze mieli i choć wiecznie w nim biegały pająki, to warzywa z takiego tunelu były (i są nadal) imponujące. Mój tata wybudował taki tunel sam, jest duży, naprawdę, bardzo duży, ale jeśli nie ma się zbyt wiele miejsca na działce, gdy ma się odrobinę przestrzeni za domem (można w ten sposób wykorzystać przepisowe 4 metry między domem a granicą działki) i samemu nie wie się jak taką budowlę ugryźć (a nie jest to bułka z masłem), rynek wychodzi nam na przeciw i oferuje gotowe, małe, zgrabne tuneliki właśnie do takiego małego, półmiejskiego ogrodu albo do ogródka typu RODOS.


Prócz ogródka, na który przyjdzie mi jeszcze poczekać, chcemy zadbać o trawnik. Piękny trawnik, to wizytówka ogrodu. Miejsce, na którym można rozłożyć kocyk, leżak, dzieci mogą pobiegać, można nacieszyć oko przestrzenią, której w mieście na co dzień tak mi brak. Duży taras w przyszłości i przestronny trawnik to jest to czego najbardziej brakuje mi w bloku.


No i w końcu nadszedł czas na najważniejsze czyli na miejsce zadumy, miejsce spokoju (w cudzysłowie oczywiście, bo z dziećmi o zadumę i spokój raczej ciężko), miejsce na posadzenie tyłka, wypicie soczku na dworze, na poczytanie książki czy podzierganie z dala od innych, w zaciszu własnej działki z lasem za plecami.
Pomysłów oczywiście jest sporo, ale chwilowo niewiele do zrealizowania. Ale nie wszystkie.
Ostatnio, wycięliśmy kilka drzew wzdłuż płotu. Dosłownie kilka, ale dość okazałych świerków. Leżą teraz w poprzek działki i czekają na decyzję co dalej. Mąż już ma swój pomysł na ich zagospodarowanie, ja mam swój. Spokojnie starczy dla każdego. A gdyby tak właśnie te pieńki, niektóre, wykorzystać i stworzyć sobie takie właśnie przytulne miejsce. Przecież tak niewiele trzeba. Wystarczy postawić na sztorc, dodać obrusik, położyć poduszki i już. Można przysiąść, patrzeć na zadbany ogródek i popijać kawkę z termosu.


Jeszcze kilka dekoracji, klombów czy doniczek zrobionych dosłownie ze wszystkiego (stare wiadro, taczka, koszyk wiklinowy, a nawet garnek), kilka kamieni, może jakaś ścieżynka wyłożona żwirkiem, drewutnia ze złożonym drewnem pod płotem i zaczyna się robić klimat. Taki wiejsko - miejski. A gdzieś w kąciku mała szopa na akcesoria przydatne w ogrodzie. Ja jeszcze nie zaczęłam swoich działań, a już wiem, że przydałoby się to i to, i to, i jeszcze tamto... A bagażnik samochodowy nie jest z gumy.
Można pokusić się o urządzenie skalniaczka lub oczka wodnego choć akurat to ostatnie jakoś szczególnie do mnie nie przemawia. Po pierwsze dzieci... Ich bezpieczeństwo na pierwszym miejscu. Po drugie komary. Tak, tak, nawet z takiego niewielkiego bajorka mogą nas obleźć i zjeść z butami... Wiem co mówię...


Dla dopełnienia szczęścia trzeba pomyśleć jeszcze o dzieciach i zapewnić im ich własny, prywatny plac zabaw. Pisałam Wam już o domku zrobionym przez dziadka, do tego przydałaby się jakaś piaskownica, bo do tej pory bawiły się w piasku wysypanym na kupkę, jakaś zjeżdżalnia, huśtawki, własne skrytki. Wszystko, co sprawi, że dzieciaki na podwórku się nie nudzą, a my nie musimy przez cały czas nad nimi stać.


Wiele rzeczy na ogrodzie można zrobić tanim kosztem i własnymi rękami. Można też kupić gotowe mebelki ogrodowe, tunele warzywne czy wyposażenie placu zabaw (http://homegarden.com.pl/). W poszukiwaniu fajnych dekoracji proponuję wybrać się na targi staroci lub rozmaitości. Stare koło od wozu, czajnik czy lampa oliwna zawsze fajnie wygląda. Przyjemne drobiazgi w niewielkiej cenie można też wypatrzeć w marketach czy sklepach typy Pepco. Sadzonki kwiatów lub drzewek można znaleźć na bazarkach albo wyjechać na jakąkolwiek dojazdówkę do miasta, rozejrzeć się i na pewno trafimy na jakiegoś handlarza. My mamy takie ulubione miejsce, gdzie zawsze zaopatrujemy się w roślinki i akcesoria do nich potrzebne i potrafimy całą rodziną tam jechać w weekend i buszować, buszować, buszować...  Po domek dla dzieci radzę uśmiechnąć się do dziadków lub też poszperać w internecie, jest wiele osób, które się ogłaszają i wiele firm mających je w swoich ofertach (zajrzyjcie TUTAJ). Ba, nawet szopy na narzędzia można kupić gotowe i tylko złożyć u siebie, a jak się uprzemy, to pewnie i nam złożą... Ale co to za frajda przyjść na gotowe.

piątek, 10 marca 2017

Prosta sałatka śniadaniowa z roszponką i jajkiem

Powiedziało się A trzeba powiedzieć B... 
Jakiś czas temu postanowiłam zmienić coś w swoim dożywianiu. Jeść zdrowiej, racjonalniej, różnorodniej, lżej i regularniej. Co mi z tego wyjdzie, to się okażę, na razie mam zapał i bardzo się staram...

A dziś chciałam wam pokazać prostą i lekką sałatkę śniadaniową. Szybka w wykonaniu nawet z dwójką zbierających się do przedszkola szkrabów.

Składniki:
 - garstka roszponki,
 - pół pomidorka (u mnie w lodówce zawsze zostanie jakaś taka sierotka),
 - dwie spore rzodkiewki,
 - dwa jajka ugotowane według upodobania,
 - dwie łyżeczki jogurtu naturalnego (można dodać majonezu, ale jak ma być dietetycznie, to odradzam),
 - siekany szczypiorek,
 - sól i/lub pieprz do smaku.

Roszponkę wrzucamy do miseczki, pomidora kroimy w sporą kostkę, rzodkiewkę również, jajka kroimy w ćwiartki lub ósemki, osiapujemy całość jogurtem, posypujemy szczypiorkiem i doprawiamy jak się komu podoba.
Gotowe!!!


Ja przegryzam taką sałatkę żytnim chlebkiem w ilości półtorej kromki i popijam lekko osłodzoną herbatą i spokojnie czuję się najedzona, ale nie przejedzona z samego rana. Do tego wygląd sałatki sam z siebie dodaje energii, zwłaszcza w takie ponure przedwiosenne dni. Ba, można ją spakować w pudełeczko i zabrać ze sobą do pracy i zjeść na drugie śniadanie jeśli ktoś woli ;)

I jak, zaczynamy kolorowo dzień?

PS.
W moim zamiarze jest również regularnie ćwiczyć. Jak już się boleśnie okazało, moja kondycja lekko odbiega od moich dotychczasowych wyobrażeń o mojej kondycji. Ale się nie poddaję i powoli, powoli próbuję rozruszać matczyne zastane cielsko. Marzy mi się bieganie, oglądam buty (http://1but.pl/), z zazdrością patrzę na znajomych, dla których dycha to taka mała codzienna przebieżka, ale wszystko po kolei, wszystko z umiarem. Przeprosiłam się ze steperem, zapoznałam się z bieżnią, od razu lepiej mi się oddycha i czekam na cieplejsze dni, żeby ruszyć w plener.

A jak Wasze przygotowania do lata? Są jakieś postanowienia, jakieś obietnice, jakieś cele?


środa, 8 marca 2017

Wyjazd z dziećmi - na co zwracam uwagę?

Ostatnio ktoś mi zwrócił uwagę na to, że kiedyś więcej pisałam o naszych wyjazdach, wycieczkach, wypadach. Faktycznie, zaniedbałam trochę ten temat. Nie znaczy to, że nigdzie się przez ostatni rok nie ruszaliśmy, że tylko siedzielimy na tyłkach. Co to, to nie. Po prostu jakoś doszłam do wniosku, że może nie jestem dobra w pisaniu recenzji, może nie bardzo mi to wychodzi... Ale przecież jeździliśmy, wypoczywaliśmy, bywiliśmy, zwiedzaliśmy. Nie koniecznie w okolicy, bo tutaj jakoś lepiej nam się spędzało czas na działce, ale popodróżowaliśmy trochę po Polsce. Śpieszę zatem uprzedzić, że mam w planie nadrobić zaległości i poopowiadać wam o miejscach, które odwiedzaliśmy, i które warto polecić, ale zanim to nastąpi, dziś o tym, czym kierujemy się wybierając miejsce, do którego pojedziemy (w Polsce, bo ciepłe kraje rządzą się swoimi prawami).

Przeszukujemy internety w poszukiwaniu ośrodków, hoteli, noclegów dostosowanych do dzieci. Często zwracamy uwagę na odznaki przyznawane takim miejscom. Przydatne wtedy są strony takie jak: Hotel Przyjazny Rodzinie . Wypytujemy znajomych, którzy mieszkają lub bywali w interesującej nas okolicy. Niezmiernie cenne są recenzje na blogach parentingowych. Nieco obawiam się forów, bo mam spiskową teorię dziejów, że czasem opinie tam wygłaszane nie do końca są szczere, a wręcz mogą być czymś motywowane. Nie mniej jednak, korzystam z serwisów takich jak Tripadvisor, czytam co piszą inni i przeglądam zdjęcia dodawane przez recenzentów. Są bardziej wiarygodne niż te, udostępniane na stronie hotelu. 

Gdy tak przeglądam zwracam uwagę na to, żeby miejsce takie było w stanie zapewnić nam rozrywkę w każdą pogodę. Wiadomo, polska aura bywa kapryśna więc trzeba jakoś sobie z dziećmi radzić. Dla nas podstawą jest sala zabaw i basen. Moje dzieciaki mogłyby z tych dwóch miejsc nie wychodzić i zdarzały nam się już takie urlopy, gdy w zasadzie te dwie rzeczy zdominowały cały wyjazd. Fajnie, gdy na tej sali zabaw są prowadzone jakieś animacje, gdy istnieje możliwość zostawienia dzieciaków na chwilę pod czyjąś opieką. Każdy rodzic wie, jak nużące bywa wielogodzinne pilnowanie dziecka na placu zabaw czy właśnie na bawialni. Czasem, zwłaszcza na urlopie, chce się na chwilkę odsapnąć. W cieplejsze dni mile widziane są też zajęcia na dworze i zajęcia dla całych rodzin. Ja bardzo lubię warsztaty z robienia ozdób, z gotowania, czy wspólne zawody. Jest potem co wspominać i zapamiętuje się takie miejsce i poznanych tam ludzi na bardzo długo.
Ważnym elementem jest pokój i jego wyposażenie. Musi być przestronny, to jasne. Tak, żeby weszło łóżeczko (oczywiście zapewnione przez hotel), żeby był dodatkowy tapczanik dla Filipa i żeby jeszcze było miejsce do jakichkolwiek ruchów. Zdecydowanie fajniej jest, gdy są dwa pokoje, można dzieci wieczorem spokojnie oddelegować spać i zająć się sobą, ale z doświadczenia wiem, że często wychodzi to sporo drożej, a wątpliwym jest czy potrzebujemy przy tak małych dzieciach oddzielnych sypialni. Za czas jakiś nie będzie wyjścia, ale na razie, gdy Zosia i tak śpi w łóżeczku turystycznym, a Fifi migruje po nocach, spokojnie dajemy sobie radę razem. 
Niestety, w niewielu hotelach są wanny, a moje dzieciaki boją się prysznica (nie wiem czemu) więc zawsze sprawdzam czy można sobie wypożyczyć wanienkę, czy są nakładki na kibelek, nocniczki czy inne istotne udogodnienia... Ostatni nasz wyjazd nauczył nas również, żeby sprawdzać czy w razie czego hotel dysponuje dziecięcą apteczką, zaopatrzoną w leki pierwszej potrzeby przeznaczone dla dzieci/
Super jak gdzieś w pobliży pokoju jest kuchenka z mikrofalówką i lodówką oraz dostępne żelazko z deską do prasowania.
No i bajki... W wakacje nie może zabraknąć bajek więc jakieś MiniMini mogłoby być.
Dla nas niezmiernie istotne jest wyżywienie i wyposażenie restauracji bądź stołówki. Czasem w trakcie atrakcji urlopowych ciężko jest zadbać o posiłki więc ja zawsze stawiam na oferty z wyżywieniem i to z wyżywienie dostosowanym do dzieci. Średnio wystarcza śniadanie i obiadokolacja, ale gdy cały dzień zwiedzamy, to się sprawdza, możemy zjeść gdzieś po drodze. Gdy jednak spędzamy czas na miejscu to trzy posiłki plus dwie przekąski są absolutnym minimum. Dobrze, gdy jadalnia i snack bar są dostępne cały dzień i można coś przegryźć bądź się napić. Super wygodną sprawą są plastikowe zastawy i sztućce, dostępne śliniaczki czy słomki. Wszystko kolorowe i zachęcające do jedzenia choć czasem mam wrażenie, że moich dzieci nic nie jest w stanie przekonać do normalnych posiłków.

No i na koniec obsługa. Jedziemy z dziećmi. Dzieci, jak to dzieci, nie zawsze są takie aj waj pod linijkę. Czasem są za bardzo gadatliwe, czasem je wszystko interesuje, czasem wlezą tam, gdzie nie powinny, czasem płaczą, czasem krzyczą, czasem są wszędzie... Obsługa miła dla moich dzieci, ale z podejściem i zdecydowaniem to skarb. Tego niestety nie ma w cenie i nie możemy tego wymagać, ale możemy kierować się opiniami innych. A gdy trafią się takie panie i panowie, którzy zostaną zapamiętani przez dzieci, to z pewnością kiedyś tam znów wrócimy.
Podsumowując:
1. Atrakcje.
2. Pokój i jego wyposażenie.
3. Udogodnienia dla dzieci i nie tylko
4. Odpowiednie wyżywienie.
5. Atmosfera.

To tak w skrócie. Tym kieruję się ja i jak dotąd trafiałam bardzo dobrze.
A Wy? Macie jakieś swoje kryteria? Może o czymś zapomniałam? Może coś powinnam dodać? Zbliża się sezon wakacyjny, warto takie zestawienie sobie zrobić.

sobota, 4 marca 2017

Umiesz liczyć? Licz na siebie. Czyli nasza podróż, nasze zmartwienie.

Gdy ma się rodzinę, dzieci, zwierzęta, pracę, a nawet kwiatki na balkonie, wyjazdy zaczynają się robić większym przedsięwzięciem. Z czasem, gdy zdobywamy to wszystko, każdy urlop, weekend za miastem czy wyjazd do znajomych zaczyna się robić coraz bardziej problematyczny i przychodzi taki czas, że bez pomocy osób z zewnątrz nie jesteśmy sobie w stanie w miarę gładko poradzić. Ktoś przecież musi doglądać tego wszystkiego, karmić kota, podlewać kwiaty, a w wyjątkowych sytuacjach zająć się dziećmi.
Naturalnym jest, że najczęściej w takich przypadkach liczy się na rodzinę, o ile jest warta zaufania i nie rozmyśli się w trakcie. Czasem zdarzają się bliscy znajomi a niekiedy ktoś odpłatnie zajmujący się takimi sprawami. Niemniej jednak bywa tak, że nawet najbardziej zaufani zawodzą i zostajemy z przysłowiową ręką w nocniku, zmartwieniem i nadszarpniętymi nerwami. A jeśli chodzi o wyjazdy wakacyjno-urlopowe, potrafi to mocno zepsuć nam wypoczynek.

Temat wypłyną u mnie na fali trochę innych doświadczeń, nie koniecznie wyjazdowych, ale też problematycznych, a mianowicie, umawialiśmy się, planowaliśmy sobie, a w ostatniej niemal chwili ktoś nam się wycofał i zostawił nas na lodzie bez możliwości wymyślenia czegokolwiek w zamian. Nic się wielkiego nie stało, musieliśmy zmienić terminy, troszkę się wkurzyliśmy, troszkę zmarnowaliśmy czasu, ale jakoś to ogarnęliśmy. Ale od razu zaświtała mi wtedy w głowie wizja, że za trochę mamy samolot, lecimy na nasze ukochane wyspy greckie, wszystko już spakowane, dzieci wyszykowane, ładujemy się do samochodu, jedziemy jeszcze podrzucić komuś "zaufanemu" klucze i możemy ruszać w drogę. Niestety, ten ktoś "zaufany" powiadamia nas sms'em, że w zasadzie to on też wyjeżdża i nasz kot przez najbliższy tydzień musi żywić się powietrzem albo my zostaniemy tutaj i cały wyjazd nam przepadnie... Lipa, lipa, lipa...
Na szczęście taka sytuacja nigdy nam się nie zdarzyła, ale mieliśmy już niedźwiedzie przysługi, przemeblowywanie nam mieszkania pod naszą obecność i wyzywanie od niewdzięczników, gdy nie okazywaliśmy radości... 
Zdarzyło się nam również czekanie na lotnisku kilka godzin, bo ktoś, kto miał nas odebrać jednak miał inne sprawy, a przecież i tak powinniśmy się cieszyć, bo wyświadcza nam przysługę... O drodze powrotnej z miliardem postojów na papierosa już nawet nie wspomnę, bo moje zmęczenie całonocnym lotem i oczekiwaniem na lotnisku nie dało mi się nawet skupić na ich liczbie. 
O pracowych zawodach też pisać nie będę, bo było tego tyle, że "nie martwcie się niczym, wypoczywajcie", a potem telefony z pretensjami od klientów nas zasypywały przez dwa tygodnie po powrocie... Bywa.


Jeśli chodzi o dom czy pracę, przeskoczyć się tego nie da. Z całego stada osób "zaufanych" wybieramy kogoś, kto jest naprawdę zaufany i wyjeżdżamy będąc w kontakcie i kontrolując całość sytuacji. Co do dojazdów, podjazdów, podwózek... Nic prostszego, jak pojechać własnym autem. Oduczyłam się jakiś czas temu od wycieczek łączonych. Owszem, fajnie pojechać z przyjaciółmi, ale każdy własnym samochodem. 
Co do lotniskowych przygód, też nic prostszego. Jedziemy własnym autem i zostawiamy je na parkingu nieopodal lotniska (http://modlinparking.pl/). Nie raz już korzystaliśmy z takiego rozwiązania. Jest najwygodniejsze i najbardziej komfortowe. Zwłaszcza jeśli w grę wchodzi podróż z dziećmi. Możemy zabrać co nam się podoba na czas dojazdu. My akurat dojeżdżamy z Lublina do Warszawy więc droga trochę trwa, w międzyczasie dzieci się bawią, coś jedzą, czasem naśmiecą. Możemy to wszystko zostawić w aucie na parkingu i niczym się nie przejmować. Możemy spakować dwie torby, jedną na tą stronę, drugą na drugą. Mamy wszystko, wszystko na nas czeka, zmęczeni po locie nie musimy nigdzie zajeżdżać, nawet jakieś drobne przegryzki się tam mogą znaleźć. Bezpiecznie i na czas dojedziemy pod sam terminal taksówką zamówioną na koszt parkingu, a potem, w drodze powrotnej również możemy wziąć taksówkę, a nie czekać na kogoś, kto utknie gdzieś po drodze. Nie musimy się martwić o samochód, nie musimy sobie wyobrażać naszego auta stojącego z wybitymi szybami pod blokiem, bo ten zostaje na strzeżonym całą dobę parkingu. Ba, kiedyś wydawało mi się, że taki parking kosztuje majątek... Przekonałam się, że "wdzięczność" wobec kogoś, kto nas dowiezie, odbierze, popilnuje naszego auta, kosztuje niejednokrotnie dużo więcej. 

Nie jesteśmy podróżniczymi alfami i omegami. Nie zjeździliśmy dalekich krain, nie podróżowaliśmy ekstremalnie. Wręcz przeciwnie, w tej dziedzinie jesteśmy raczej wygodniccy i ciągle szukamy nowych rozwiązań. Wszelkie ułatwienia i udogodnienia są dla nas na wagę złota, a wszelkie gwarancje bezpieczeństwa i pewności, że wszystko pójdzie gładko i przyjemnie, że urlop nie zamieni się w pełną płaczu udrękę przyjmujemy z pocałowaniem ręki. Gdy po raz kolejny czyjeś widzi mi się wpływa na nasze plany, kombinujemy, jak następnym razem do tego nie dopuścić. A gdy kilka lat temu pani w naszym zaprzyjaźnionym biurze podróży podsunęła nam pomysł z parkingiem, spróbowaliśmy i od tej pory nie bierzemy nawet pod uwagę innej możliwości.

PS. Oczywiście, w każdym aspekcie życia najlepiej jest, gdy ma się bliskich, którzy staną na głowie, by nam pomóc, ale nie oszukujmy się, nie zawsze tak się da. I nie z powodu złych chęci. Nie zawsze potrafimy się zgrać, nie zawsze mamy podobne zdanie, nie zawsze w tym czasie coś, a w tamtym jeszcze coś innego. Jeśli możemy, powinniśmy liczyć na siebie, nie wymagać od innych, że to oni będą się podporządkowywać pod nasze plany. Tym bardziej, nie możemy planować swoich wakacji i żądać od kogoś, że rzuci wszystko, by nam je umożliwić.