poniedziałek, 16 stycznia 2017

Filozofia picia kawy dla niezaawansowanych...

Kawa, kawa, kawa...

Nigdy nie rozumiałam tych rytuałów, tego "muszę się napić kawy", tej nabożności towarzyszącej temu napojowi. Pamiętam, jeszcze z dzieciństwa, moją mamę, która parzyła kawę w specjalnym imbryczku, potem dostała od taty pierwszy ekspres, który chyba się nie sprawdził, bo szybko powędrował na dno szafki, pamiętam wszystkie wymyślne kawy rozpuszczalne pite same, bez mleczka, bez cukru, bez bajerów. Pamiętam pierwsze kroki kierowane prosto do kuchni.

Wkurzał mnie mój Chłopina, który żłopał fusiaste coś, co drażniło mnie swoim zapachem i pozwoliło zdiagnozować wszystkie ciąże, bo reagowałam na to odruchem wymiotnym. Wkurzała mnie moja teściowa, która twierdziła, że bez napicia kawy się przewróci. Wkurzali mnie wszyscy gości, co życzyli sobie takiej, takiej i takiej, a ja zwyczajnie nie wiedziałam jak się taką kawę robi. Ba, ja nawet nie wiedziałam i nie wiem do dziś, ile kawy sypie się do kubeczka, żeby wyszła dobra. Wkurzałam się w kawiarniach, gdy ze dwa razy dałam się namówić na kawę, a oni nie mieli bezkofeinowej, a kofeinowej się bałam.

Odkąd zostałam mamą czułam się jakaś wyalienowana na forach czy w grupach internetowych. Te wszystkie narzekania na zimną kawę... Ja piłam herbatę i, jak wypiłam zimną, to nie robiło mi to specjalnej różnicy. Nawet lepiej, bo szybko, bez dmuchania, bez fanaberii...

Aż pewnego razu Szanowny zaczął coś przebąkiwać o ekspresie. Znaczy, gadał o nim już dawno, ale jasno i wyraźnie dałam mu do zrozumienia, że nie wchodzi w grę żadne wybajerzone ustrojstwo, gdy tylko on w domu pija kawę, do tego tylko czarną. Ale tym razem zaczęła się gadka o ekspresie na kapsułki. Nadarzała się okazja pozyskania takiego niemal za bezcen, do tego przekonywał mnie, że przecież gorąca czekolada, napoje takie i owakie, że na pewno znajdę tam coś dla siebie, no i dałam się przekonać. Prawda jest taka, że na pierwszy zestaw kaw wydałam więcej niż na ekspres, ale ważne, że wszystko trafiło do naszej kuchni i zaczęło się moje oswajanie z tematem.


Ja wiem, że kawosze powiedzą, że taka kawa, to nie kawa... Wiem, że padnie argument, że drogo... Wiem, że jedni wybiorą kawę od Clooneya, innych skusi will.i.am, a jeszcze inni polecą na Milkę... Nie w tym jest istota rzeczy. Istota rzeczy jest w tym, że ja zrozumiałam. Zrozumiałam tych wszystkich, którzy tak przeżywają picie kawy, którzy robią z tego rytuał, którzy celebrują tą chwilę, cieszą się nią i wkurzają się, gdy ktoś im ją zakłóca lub odbiera. Rozumiem te filiżaneczki, te łyżeczki, to dekorowanie pianki... Rozumiem tą ciszę, ten spokój, jaki powinien tej chwili towarzyszyć. Ja już pojęłam, że do chwili z kawą trzeba się przygotować, trzeba osiągnąć jakąś błogość, rozsiąść się w fotelu, czy to z książką, czy z robótką, czy przed telewizorem, czy nawet z pracą i dopiero delektować się tym wszystkim. Zrozumiałam, że zimna kawa, pita w pośpiechu to zło. Że podsiorbywać w ukryciu to sobie można colę, a nie podane w eleganckim kubku latte macchiato i, że zwykła zalewajka Szanownego ma z kawą tyle wspólnego, co ja z diwą operową...

A prawda jest taka, że to nie o samą kawę tutaj chodzi. Tu chodzi o ten odpoczynek, oderwanie się od zmartwień, o zwolnienie na te 15 minut dziennie. To jest ta namiastka czasu dla siebie, którego niejednej i niejednemu z nas brak na co dzień. Tu chodzi o takie wrażenie rozpieszczenia, zadbania o szczegóły. Chodzi o całą otoczkę, którą daje pięknie podana kawa.

Wiadomo, do kawosza mi daleko, nawet nie śmiem się tak nazywać, ale kto wie, może jeszcze zasmakuję w kawie? Na razie delektuję się kapsułkowymi lekkimi kawami z mlekiem, mieszam, kombinuję i szukam inspiracji przeglądając takie miejsca jak LionsHome. Powoli do lamusa odchodzą toporne kubki, które do tej pory zajmowały pół mojej kuchni. Zastępują je delikatne filiżanki, niewielkie kubeczki czy wysokie, eleganckie szklanki i zgrabne łyżeczki. Powoli się uczę, jak odpoczywać...

PS.
Wszystko to nie zmienia faktu, że jest też coś, co ja znam i rozumiem od lat czyli filozofia picia herbaty. Herbata jako panaceum na wszystkie dolegliwości, jako lekarstwo na wszelkie choroby, jako ocieplacz, jako ukojenie na skołatane nerwy. O tym zapewne napiszę przy kolejnej okazji.

piątek, 13 stycznia 2017

5 pomysłów na spersonalizowane prezenty dla Babć i Dziadków.

Wielkimi krokami zbliża się święto Babć i Dziadków. Nasze dzieci powoli uczą się wierszyków, ćwiczą piosenki i rysują laurki. Wiadomo, takie własnoręcznie wykonane upominki są najlepsze, a kochający dziadkowie właśnie z takich podarków ucieszą się najbardziej. I choć czasem coś się w nas buntuje, czasem nie dogadujemy się w wielu kwestiach z rodzicami, czasem się spieramy w sprawach wychowawczych czy wkurzamy się za rozpieszczanie, to to święto nas też do czegoś obliguje. W końcu to dziadkowie dla naszych dzieci...

Dziś chciałam Wam podsunąć kilka pomysłów na spersonalizowane prezenty od nas dla dziadków naszych pociech, na bardziej dorosły dodatek do dziecięcych tańców, śpiewów i laurek, na coś, co zostanie z nimi na długo i będzie zawsze im przypominało o wnukach, a przy okazji nie zaburzy nam naszego, bardzo zaganianego świata. Na prezent, który możemy specjalnie dla nich zamówić w sieci. Złożyć naszą pomysłowość z doświadczeniem kogoś innego wyczarować coś naprawdę magicznego.

1. Kalendarz ze zdjęciami dzieciaków.
Wiadomo, dzień Babci i Dziadka wypada na początku roku, kiedy więc najlepiej podarować kalendarz? Do tego, akurat w tym okresie, wiele firm drukujących takie cuda ma promocje i można je kupić za niemal bezcen. Ja już trzeci rok robię kalendarz-retrospekcję. W styczeń składam cztery najładniejsze, najciekawsze i najbardziej adekwatne zdjęcia ze stycznia sprzed roku... W lutym znajdują się cztery zdjęcia z lutego rok temu, w marcu z marca, w kwietniu z kwietnia i tak dalej. Nie dość, że cały rok uśmiechają się do nas bobasy, to jeszcze mamy takie fajne wspomnienie, jak to było kiedyś... Mamy, bo i sobie też zamawiam takie cudo, żeby wisiało, uśmiechało się, cieszyło oko i przypominało o ważnych datach, bo w takim zamawianym kalendarzu możemy też zaznaczyć nasze, prywatne święta, urodziny, imieniny, rocznice...


2. Cukierki w pudełku z życzeniami i zdjęciami.
Jedna (a może i nie jedna) z firm cukierniczych ma w swojej ofercie właśnie takie pudełko ptasiego mleczka. W tamtym roku zamówiliśmy takie na Święta Bożego Narodzenia, w tym zastanawiam się właśnie nad Świętem Dziadków. Oczywiście prócz tego jest tam wiele innych możliwości. Imieniny, urodziny, śluby czy rocznice. Do wyboru do koloru. A dodatkowo, jak przyjdziemy z takim upominkiem, to możemy liczyć na słodki poczęstunek...

3. Fotoksiążka.
My fotoksiążek mamy już całą półkę. W czasach, gdy zdjęcia zapisywane są gdzieś w telefonach, na kartach czy na dyskach komputerów. W czasach, gdy ciężko nam wrócić do zdjęć sprzed lat, bo musielibyśmy przewertować mnóstwo folderów. W tych czasach naprawdę fajnie jest mieć zbiór swoich ulubionych fotek w formie papierowej. My każde wakacje dokumentujemy w ten sposób... Ba, my taką pamiątkę robimy co trzy miesiące. Wiosna, lato, jesień, zima. Każda pora roku ma jeden album z ulubionymi zdjęciami, z takimi, które w szybki sposób pozwolą nam wrócić w ten czas i przypomnieć sobie najważniejsze wydarzenia tych dni. A mając tak małe dzieci naprawdę fajnie się potem ogląda, jak rosną, jak się zmieniają, jak się uczą nowych rzeczy... A dodatkowo nic nam się nie wysypuje, nie miesza, wszystko jest uporządkowane i ładnie komponuje się na półeczce...
A teraz wyobraźcie sobie dziadków, którzy nie mają aparatu, nie biegają za wnukami i nie cykają im zdjęć na każdym kroku, polegają tylko na nas, którzy czasem im podrzucimy jakąś fotkę, a czasem nie. Wyobraźcie sobie, jak oni się ucieszą z takiego albumu, w którym zgromadzimy im wszystkie najważniejsze zdjęcia z ostatniego roku.


4. Koszulki z dedykacją
Nasi dziadkowie i babcie chyba nie należą do tak wyluzowanych, że chcieliby chodzić w koszulkach ze śmiesznym napisem lub z mordką wnuczki, ale zapewne są i tacy, którzy z dumą by się w takiej prezentowali. Ja koszulki zamawiam przy każdej tatowej okazji i znakomicie się sprawdzają. Tata wie, że jest doceniany przez nas, ale i wiedzą to wszyscy, którzy koszulkę podziwiają...

5. Magnesy na lodówkę.
Kolejna rzecz, którą ja sobie wielce chwalę. Wiadomo, babcie dużo czasu spędzają w kuchni, gotują, dokarmiają, rozpieszczają, w lodówce chowają łakocie dla wnusiów. To czemu by tej lodówki nie udekorować uśmiechniętymi buziami tychże właśnie.  Mieliśmy już szklane, papierzane, blaszane... Szklane niestety nam wyblakły i z czasem pokruszyły przy drobnej pomocy dzieci, ale te widoczne na zdjęciu mają już ponad dwa lata i trzymają się w szczęściu i zdrowiu.


Pomysłów zapewne jest więcej. Pewnie w przyszłym roku pisząc podobny tekst dodam jeszcze kilka pozycji, ale na chwilę obecną tylko tyle przychodzi mi do głowy. Są oczywiście spersonalizowane bombki, książki, ręczniki czy plakaty, ale o tym może kiedy indziej. Wiadomo, najfajniej jest samemu zrobić laurkę czy ozdobić ramkę ze zdjęciem, ale czemu by nie dodać do prezentu czy kwiatka takiego gadżetu. Zastanówcie się, pomyślcie, może coś Wam przypadnie do gustu.

***

PS. A jeśli macie w domu możliwość wydrukowania zdjęcia, to możecie też poszaleć sami i do prezentu dołączyć takie oto życzenia. Zobaczcie naszą laurkę stworzoną trzy lata temu, na pierwszy dzień Dziadka i Babci obchodzony przez Filipa.


Zdjęcie wklejone na okładce, a w środku życzenia odciśnięte małą, filipkową rączką. I powiem Wam w sekrecie, że to nasze, robione na szybko dzieło, do dziś zajmuje honorowe miejsce u wszystkich obdarowanych, tak babć, jak i dziadków, ale i u prababć...

A w tym roku jeszcze nie mamy pomysłu na laurkę... Może podsuniecie jakiś pomysł ;)

czwartek, 5 stycznia 2017

Kontrola najwyższą formą zaufania czyli jak mądrze korzystać z technologii i nie oszaleć.

Czasem zastanawiam się, czy fajnie byłoby wszystko o wszystkich wiedzieć. Czy miło by było móc podsłuchać każdą rozmowę, poznać wszystkie plany, wiedzieć co robią inni i o czym plotkują. Czy super byłoby mieć nad wszystkim kontrolę, wszystkim sterować przez "pstryknięcie palcami". Taka perspektywa kusi strasznie i znam ludzi, którzy jej ulegają. Znam też ludzi, którzy ulegają manii prześladowczej i paranoi, że są obserwowani przez cały czas, że ktoś "kieruje" ich życiem. Ja przyznam szczerze, uważam co gdzie mówię, zakleiłam taśmą kamerkę w laptopie i częściej sprawdzam telefon czy przypadkiem dzieci do kogoś mi nie zadzwoniły i ktoś nie słucha tego, co się dzieje w naszym mieszkaniu czy samochodzie. Zdaję sobie sprawę z tego, że czasy się zmieniły, że na każdym kroku są kamery, że wszyscy naokoło mają telefony z aparatami, że te same telefony łatwo namierzyć, że media społecznościowe, monitoringi i inne tego typu ustrojstwa śledzą w zasadzie każdy nasz ruch.

Ja wychodzę z założenia, że nie można niczego nadużywać, a co najważniejsze, wykorzystywać przeciwko komuś. Nigdy nie zdecydowałabym się nikogo bez wyraźnego powodu podsłuchiwać, nagrywać, podglądać. Nie chciałabym wiedzieć, co robi mój mąż, kiedy nie jesteśmy razem, o czym gadają moi pracownicy, gdy nie słucham, czy jak radzą sobie dziadkowie z moimi dziećmi, gdy mnie nie ma w pobliżu. Nie czułabym się z tym komfortowo, a poza tym, są sprawy, o których lepiej nie wiedzieć. Póki nie mam uzasadnionych podejrzeń, że coś dzieje się nie tak, nigdy bym się na takie coś nie zdecydowała. Choć, nie przeczę, że miałabym ochotę, bo czasem byłoby miło wiedzieć, co tak naprawdę kombinują inni... No cóż, są pewne granice przyzwoitości, a jak ktoś cię chce wykiwać lub skrzywdzić, to i tak to zrobi, nieważne, czy zachowam się w porządku czy też nie...

Ale nowa technologia bywa też bardzo pomocna. 
Monitoring, choć kontrowersyjny działa przecież w celu zapewnienia nam bezpieczeństwa. U nas w bloku, odkąd go zamontowali, jest spokojniej, a gdy zdarzy się jakiś incydent, łatwiej jest zidentyfikować sprawcę. Śledzenie telefonów czy samochodów przydaje się w firmach, ale i w domu, gdy dzieci dorastają i coraz częściej proszą o pozwolenie na wypuszczenie się gdzieś bez nas. Identyfikacja osób wchodzących czy wychodzących sprawdza się w dużych instytucjach, ale również w niewielkich firmach, gdy nie chcemy, by obcy kręcili nam się po prywatnym terenie. Mamy domofony z kamerą przed bramą, mamy automatyczne sterowanie oświetlenie, które stwarza pozory, gdy nas nie ma, mamy w końcu pełną automatykę domów i biur, alarmy, zabezpieczenia. Na kartę, na odcisk palca, a nawet na identyfikację po twarzy. To, co jeszcze jakiś czas temu widzieliśmy tylko na filmach kryminalnych czy science-fiction, i to zagranicznych, z coraz większym rozmachem wchodzi do naszego życia. I dobrze. Jeśli umiejętnie z tego korzystać, to bardzo nam to ułatwi funkcjonowanie. 


Ale, żeby było jasne. Ja nie jestem za siedzeniem przed monitorem i oglądaniem, co robią inni. Nie jestem za słuchaniem czyichś rozmów telefonicznych. Nie jestem za analizowaniem tras, jakie pokonują nasi bliscy czy współpracownicy. Czasem sama ulegam pokusie i głupio obserwuję, co dzieje się u sąsiadów, czasem jestem świadkiem lub nieświadomie coś usłyszę, a potem wyobraźnia płata mi figle, ale nie lecę z lornetką, by zaglądać innym w okna. O podsłuchach i ukrytych w kratkach wentylacyjnych kamerach nawet nie chcę myśleć. Ja jestem za, o ile zajdzie taka potrzeba, zweryfikowaniem faktów i ludzi. Technologia jest po to, by z niej korzystać, ale jak wszystko, trzeba to robić z głową i umiarem. I z przyzwoitością.

Rozwiązań jest mnóstwo. Dla tych małych i dla tych dużych. Dla bezpieczeństwa lub dla wygody. Można z nich korzystać lub nie, ale trzeba się z nimi pogodzić. Ostatnio głośno było w mediach, że jedna z sieci handlowych przy kasach skanuje twarze klientów w jakimś tajemniczym celu. Wyjaśniano potem, że w celach statystycznych, że kamera określa płeć i przybliżony wiek osoby stojącej przy ladzie i przypisuje te dane do towarów kupowanych. Nie wiem, nie znam się, ale chętnie się zapoznam z możliwościami, jakie taka identyfikacja daje. I Was też zapraszam https://www.autoid.pl/. A jak ktoś jest na etapie budowy domu polecam poczytać o automatyzacji w życiu codziennym, o zabezpieczeniach czy monitoringu.
 


czwartek, 22 grudnia 2016

Szybkie i proste ozdoby świąteczne dla najmłodszych...

Święta tuż, tuż. Za chwilę zabłyśnie pierwsza gwiazdka. Za chwilę zasiądziemy przy wigilijnym stole i będziemy cieszyć oczy śliczną choinką i ozdobami. Nie macie jeszcze nic zrobionego wspólnie z dziećmi? Nie macie pomysłu jak wykorzystać multum zdobidełek dostępnych w sklepach. A może nie przyszło wam do głowy, że coś można fajnie wykorzystać? A nawet z małymi dziećmi warto tworzyć klimat, nawet małe dzieci warto wciągnąć do przygotowań. Nawet na ostatnią chwilę. 
Dziś zebrałam dla Was kilka naszych pomysłów na dekoracje i ozdoby świąteczne. Miłe, łatwe i przyjemne. Takie na ostatnią chwilę.

Oglądajcie, korzystajcie do woli.

1. Śnieżynki z denek od butelek (pochodzą z warsztatów PLASTIK).
Każdy ma w domu plastikowe butelki po wodzie. Niektóre (chyba większość) z nich mają takie fajne wytłoczenia, które przypominają gwiazdeczki. Jak się je pięknie ozdobi, przewlecze przez nie sznureczek, będą się pięknie prezentowały na choince lub w oknach. A ozdobić można wszystkim. My wykorzystaliśmy klej brokatowy dostępny teraz niemal wszędzie i nim namalowaliśmy śnieżynki i inne ozdóbki.

2. Malowane bałwanki.
Przed Świętami niemal wszędzie potykamy się o styropianowe bombki (o nich później), ale jak lepiej poszukamy znajdziemy też choinki, dzwoneczki czy nawet bałwanki. Chyba najprostsza ozdoba do zrobienia razem z dzieckiem, to właśnie taka figurka pomalowana przez najmłodszych członków rodziny. Ja kiedyś trafiłam gdzieś brokatową farbę plakatową i teraz przydała się znakomicie. Nasz jeden bałwanek powędrował na konkurs do przedszkola niesiony przez dumną autorkę czyli Zofię ;)

PS. Na przedszkolnych jasełkach okazało się, że zosinkowy bałwanek zajął pierwsze miejsce w konkursie i do domu wróciliśmy z wygranym słomkowym aniołkiem ;)

3. Witrażyk (pochodzi z warsztatów SZKŁO).
W marketach można też dostać gotowe zestawy witrażowe dla najmłodszych. Są bezpieczne bo plastikowe, kompaktowe, łatwe w wykonaniu i szybkoschnące. Jak nie macie pomysłu na udekorowanie okien, taki witraż będzie świetnym rozwiązaniem.
4. Proste pierniczki.
Pierniczki to nieodzowny element Świąt Bożego Narodzenia gdy ma się dzieci. Niestety większość wymaga wiele pracy i sporo czasu aż "nabiorą mocy". My zawsze jakoś zapominamy o wypiekach i potem na ostatnią chwilę je wypiekamy i ozdabiamy. Czy to przed Mikołajkami, czy przed samymi Świętami. Co wtedy? A no możecie skorzystać z naszego przepisu, który nie wymaga wiele pracy i spokojnie można w jedno popołudnie, wykorzystując do tego gotowe rozwiązania gotowe w sklepach,  stworzyć piękne pierniczki, niemal od razu gotowe do jedzenia. A jak wcześniej zrobimy w nich dziurkę, mamy świetne wisiadełka na choinkę... O ile dotrwają na tej choince do Wigilii.


5. Brokatowe bombki (TUTAJ).
W tym roku odpuściliśmy ozdabianie bombek sypkim brokatem, postawiliśmy na bardziej "uporządkowane" prace, ale jak najbardziej polecam, bo uważam, że zabawy przy tym co nie miara. Prawie tyle samo, co sprzątania potem, ale warto ;) Wystarczy zwykła styropianowa bombka, najlepiej od razu z zawieszką, klej typu wikol i brokatowy pył. Nic prostszego, jak wysmarować bombkę klejem i pozwolić dzieciakom posypywać. Dla ułatwienia dodam, że można bombkę nadziać na drut do robótek ręcznych czy patyczek do pieczenia.

6. Gotowe tekturowe ozdoby.
Pamiętam z dzieciństwa tekturową szopkę, która zawsze znajdowała swoje miejsce pod sztuczną, nieco przekrzywioną choinką u mojej babci (swoją drogę w tym samym mieszkaniu, w którym teraz mieszkamy). Nie pamiętam, jak ona powstała, ale za to pamiętam inne tego typu twory, które z chęcią zawsze wyginaliśmy, tworzyliśmy z nich zagrody ze zwierzętami czy domki dla lalek.
W tym roku, zupełnie przypadkiem, trafiłam na takie coś w Empiku i od razu zabraliśmy się za tworzenie.

W zestawie była szopka, mikołaje, reniferki, pudełko na podarki, zawieszki na choinkę i wiele, wiele innych. Gotowe do złożenia bez użycia nożyczek i kleju. W sam raz na ostatnią chwilę przed Świętami.
U nas czekają jeszcze dwa zestawy z ozdobami. Może zdążymy...;)

7. Filcowe bombki. 
Ja się zawzięłam i wycinałam kółka z filcu, ale dla ułatwienia można filc ciąć na kwadraciki albo wydzierać fragmenty. Potem już tylko klej (wikol) i ciach na bombeczkę. Wychodzą naprawdę piękne, kolorowe i takie bardzo, bardzo dziecięce. My się zakochaliśmy i w tym roku na naszej choince zawiśnie kilka takich bombek. Ba, na przedszkolnej choince również.
A jeśli macie jeszcze trochę zacięcia, zebraliście ścinki, macie wolną styropianową bombeczkę, możecie ją wykleić właśnie tymi ścinkami. Też wychodzi fajnie.


Pomysłów mieliśmy jeszcze mnóstwo. Chcieliśmy zrobić jak najwięcej, ale niestety, czasu mało, popołudnia pozajmowane, w weekendy inne atrakcje i nagle bach... Już Święta. No nic, będzie co robić w przyszłym roku. Już spisuję i zapisuję...

A Wy, co robicie z takimi maluchami. Angażujecie je w przygotowania? Dekorujecie dom kolorowymi, dziecięcymi ozdobami czy raczej stawiacie na gustowne gadżety prosto ze sklepu...?

poniedziałek, 19 grudnia 2016

Dzieciowo, filcowo, świątecznie - dziecko na warsztat.

Grudzień filcem stoi... 
Tak nakazała góra, temu trzeba się podporządkować ;)
A tak na poważnie. Strasznie się cieszyłam na te warsztaty. Zima, popołudnia, ciepły, kolorowy filc, zbliżające się Święta, wizja ozdób i bombeczek. Pomysłów multum, inspiracji jeszcze więcej, kombinowanie, co nada się dla takich małych bąbelków jak nasze i nagle bach. Okazało się, że czasu coraz mniej, że zajęć dużo, a planów jeszcze więcej, co tu robić. Wiadomo, jak się ma za dużo, to się nie zrobi niczego. Na szczęście przedszkole wymyśliło konkurs na ozdoby świąteczne i ostateczny termin na dostarczenie prac podziałał jak katalizator... 
No i się zaczęło.

1. Kółeczkowe bombki.
Proste, fajne i przyjemne. A dodatkowo do zrobienia dla wszystkich, nawet dla dwulatki. Jak zwykle moje dzieci zachwyciły mnie swoją dokładnością i zadziwiły zorganizowaniem pracy. A ja siebie zaskoczyłam cierpliwością, bo dwa dni, w każdej wolnej chwili wycinałam te kółka. Znajoma blogerka podsunęła mi pomysł, że powinnam je opatentować i sprzedawać, byłby niezły biznes. Pomyślę nad tym na pewno ;)
Potrzebne będą:
  • filc, ten nie sztywny, różnokolorowy,
  • cierpliwa matka wycinająca kółeczka (starsze dziecko zrobi pewnie to samo),
  • styropianowe bombki, najlepiej już z zawieszkami (ja takie znalazłam w Pepco),
  • klej (wikol albo inne magiczne cudo).
Cała zabawa zaczęła się już na etapie wycinania. Dzieci bardzo wciągnęły się w organizowanie mi pracy. Podawały filc, układały wypadające spod nożyczek kółka, chowały do pojemnika, zbierały ścinki i chowały do innego pojemnika. Przypomniało mi się moje dzieciństwo i to zamiłowanie do przekładania, podawania, pomagania. Rozpędziliśmy się tak, że spokojnie całą choinkę byśmy przyozdobili tymi kółeczkami.


A potem do dzieła.
Stoliczek, dwa krzesałka, wazonik i możemy zaczynać. Bombkę nadziałam na drut do robótek ręcznych, Szanowny wysmarował ją klejem, a my lepiliśmy. Fifi jak zwykle organizował pracę, Zosia dobierała kolory, jak dociskałam i czasem sugerowałam, gdzie przylepić kolejny kawałek. Każdy miał swoje małe zadanie w tworzeniu.


A bombki powstały piękne, oryginalne i niesamowicie kolorowe. Jedna z nich od razu powędrowała do przedszkola na konkurs. Filip z dumą ją zaniósł oznajmiając wszem i wobec, że zrobił ją z mamą. No dumna jestem, że hej.


2. Ścinkowa bomba.
Jako, że w naszym domu nic się nie marnuje, a ścinki z kółeczek, które wykorzystaliśmy w poprzednim warsztacie są takie kolorowe i takie fajnie nieregularne, postanowiliśmy zrobić z nich użytek.

 
Znów nic prostszego, jak wysmarować styropianową bombkę klejem i dać dzieciom się wykazać. Niesamowicie szybki warsztat, bo ścinki już były gotowe, wystarczyło zasiąść i z pasją właściwą dla Filipa i Zosi upchnąć je wszystkie na bombie. Efekt jest dość oryginalny, a sama bombka dumnie prezentuje się na wieszaczku na naszej komodzie.


3. Filcowe buty.
Podobnie jak przy ostatnich warsztatach, nie wszystko udało nam się zrobić całym stadem. Tym razem wykorzystałam gotowe rozwiązanie i wyciągnęłam zakupiony wcześniej zestaw DIY (Tesco). Bardzo prosty, aczkolwiek wymagający precyzji, której Zosia nie ma, a jak się potem okazało, brakuje jej jeszcze trochę Filipowi. Nie zmienia to faktu, że wspólne lepienie z elementów wyszło nam bardzo dobrze. Fifi podawał, pokazywał co i gdzie, nawet smarował klejem, dociskał, a na koniec pięknie sprzątał.

Mogliśmy oczywiście wszystko wykonać od początku do końca sami, internet jest pełen szablonów, ale umówmy się, to mają być warsztaty dla dzieci, a nie dla nas (no, może i dla nas ;). Gdybyśmy się na to porwali, to jednak większość roboty musiałabym wykonać ja, a tak mieliśmy gotowe elementy i zostało nam tylko złożenie ich w całość. Z tym, przy mojej pomocy, Filip poradził sobie świetnie.


4. Choinka.
Jak co roku, w internecie pojawia się cała masa pomysłów na własnoręcznie wykonaną i ozdobioną choinkę. Już chyba każdy zna choinkę z listewek. Ja taką, już gotową widziałam nawet w marketach. Każdy szanujący się bloger taką choinkę tworzy ;) No, my chyba nie możemy być gorsi. Nasza choinka prócz listewek posiada również filc i mini pomponiki.

Tym razem bez pomocy Szanownego Tatusia się nie obeszło. Choć bronił się rękami i nogami, dwa tygodnie nie mógł się zebrać, w końcu po nocy, z umęczoną miną stworzył nam super choinkę gotową do ubrania.

Potrzebne będą:
  • listewki,
  • klej do drewna,
  • klej magiczny (podobno powszechnie znany, przez nas odkryty przy okazji tych warsztatów),
  • arkusz sztywnego filcu,
  • mini pomponiki lub inne ozdoby,
  • malutki pieniek lub inna podstawka,
  • lampeczki.


Tatuś zbił nam stelaż, dokleił do niego trójkąt z filcu, a my przystąpiliśmy do dzieła. Klej wylany na spodeczek, maczane pomponiki i bach do choinki. I tak do momentu, aż nam zabraknie miejsca.


Powiem Wam, że dużą robotę robi tutaj ten sławetny magiczny klej, który po czasie robi się przezroczysty i zwyczajnie znika z tych wszystkich zacieków i plamek, których dzieci robię masę. Po wyschnięciu wystarczy tylko znów oddać choinkę Tatusiowi, a on nam ja ślicznie ustawi na pniaczku.

Ale, ale, to jeszcze nie koniec. Prawdziwa choinka powinna mieć lampki. Wygrzebałam z otchłani szuflady zakupione jakiś czas temu w Biedronce gwiazdki na druciku i voila... Jest i świeci... A mieliśmy kupować dzieciom sztucznego iglaczka do pokoju... Już nie musimy, jest jak znalazł.


***
I tak, rzutem na taśmę udało nam się skończyć, mi udało się opisać i udało mi się z Wami podzielić. Czuję nieco niedosyt, zwłaszcza, gdy patrzę na pomysły moich zacnych koleżanek z projektu, ale cóż, czas nie jest z gumy. Ale Wy zajrzyjcie, na pewno znajdziecie masę inspiracji dla siebie.


Dziecko na warsztat Namaluj mi Latorośle Borsuczkowo Nasza szkoła domowa I&K w domowym zaciszu Jake, jeże nici i inne takie Animart - animacje z twojej bajki Tymoszko Dzwoneczkowa Karolowa mama Co robi Robcio Dzika Jabłoń Gugusiowo Cały świat Karli Elena po polsku WorldSchool Explorers Igranie z Tosią Świat Tomskiego Ina i Sewa On ona i dzieciaki Czytoczary Kreatywnie z dzieciakami Kreatywna dżungla Mama Aga sztuka i dzieciaki Więc bawmy się My home and heart Myshowelove Słowo mamy Kusiatka Zakręcony Belfer Kreatywna mama Kreatywnym Okiem Pomysłowe Smyki Kreatywnie w domu Kinderki Jej cały świat

piątek, 16 grudnia 2016

Jak dotrwać do Świąt i nie zwariować...

Święta już za tydzień. Tak się niefartownie złożyło, że w zasadzie Święta to weekend. Praca, praca, praca, obowiązki, obowiązki obowiązki, sobota i Wigilia. Nie ma jakiegoś okresu ochronnego, jaki pamiętamy z lat poprzednich. Jak nie ma czasu wolnego na złapanie klimatu i przygotowanie, trzeba sobie jakoś radzić w czasie, który jest nam dany i sposobami nam dostępnymi, żeby dotrwać, wszystko ułożyć, kupić, wczuć się w nastrój i świętować najlepiej jak się da. Sprawa tyczy się również Sylwestra, który też dziwnym trafem wypada w sobotę. Mamy zatem Święta, Wigilię u babci, dwa dni w rozjazdach, przychodzi wtorek, znów praca, praca, praca i bach Sylwester. Dokładając do tego dodatkowe atrakcje jak jasełka w przedszkolu, wszelkie spotkania śledzikowo-wigilijne, Mikołaje na dodatkowych zajęciach, tłumy w sklepach i na ulicach, założone sobie jakieś cele, wychodzi na to, że pędzimy do tych Świąt z wywalonym językiem, żeby w same Święta też się nagimnastykować, żeby wszystko ogarnąć.


Ale być tak wcale nie musi. Można wieloma sposobami sobie ten czas ułatwić. Nie trzeba się wstydzić, nie trzeba się krygować i zgrywać bohaterki, gdy są możliwości, trzeba z nich korzystać. I myślę, że każda kobieta, z roku na rok, od Świąt do Świąt, od okazji do okazji, coraz bardziej uczy się wykorzystywać ułatwienia w codziennym życiu.

I oto kilka kwestii, które pozwolą nam trochę odetchnąć i ogarnąć wszystko bez dodatkowych nerwów:

1. Plan
Dobrze, gdy choć jedna osoba w domu ten plan ma. Nie będę się oszukiwała i udawała, że u mnie jest ktoś inny oprócz mnie, kto choć przez chwilę pomyśli o tym co, kiedy, jak, gdzie. Zdradzę Wam w tajemnicy, że do tej pory wiem tylko, że Wigilię spędzamy u babci, bo tak jest co roku. Reszta pozostaje tajemnicą poliszynela. A potem wszyscy na raz wyjadą z propozycją, że "jutro przyjeżdżacie do nas?". I co? I obraza, bo jak to, bo przecież... A tak być nie musi. Wystarczy wcześniej się dogadać, ustalić co, kiedy... Podobnie sprawa ma się z prezentami, z jedzeniem, z atrakcjami. Święta to wspólny czas i trzeba wspólnie dochodzić do jakiś ustaleń, tak jest łatwiej i wydaje mi się, że przyjemniej.

2. Menu
Dobrze wiedzieć, co się będzie jadło przez te całe trzy dni wolnego. Wiadomo, coś świątecznego przygotować trzeba, coś musi być w lodówce, ale pamiętajmy, że jesteśmy w rozjazdach (o ile ktoś oczywiście jest). Po co sterczeć przy garach i piec pięć ciast, jak i tak wrócicie od rodziców z całą blachą wszystkiego po trochu, a i tak po paru dniach część tego wyląduje w koszu. Po co gotować kolejny barszcz, jak wszędzie i tak was będą nim częstować. Ogólnie, po co cała góra jadła, jak w domu będziecie tylko spali... Albo i nie. 
A może nie ma potrzeby w ogóle się wysilać, bo babcia bądź rodzicie nie pozwalają nam opuścić jej włości bez jedzenia dla pułku wojska na cały przyszły miesiąc a niejednokrotnie i na rok?

3. Prezenty
Staram się wcześniej ogarniać ten temat. Zawsze mam problem, bo nasza rodzina się rozrasta, dołączają do niej nowe osoby, czasem trzeba coś kupić osobie niemal obcej, no i jest kombinowanie. Dobrym sposobem jest znalezienie jednego klucza i wszystkim kupić lub zrobić prezenty według właśnie tego kryterium. Dzięki temu wszystko możemy zamówić lub nabyć w jednym sklepie. To ułatwia sprawę i pozwala zaoszczędzić sobie sporo czasu.
Dobrze też dogadać się wcześniej z rodziną i wiedzieć czy, na przykład brat przyprowadzi narzeczoną, czy nagle nie pojawi się dawno nie widziany wujek albo czy w prezentach uwzględniony jest jeszcze nienarodzony potomek kuzynki. A może prezenty nie są przewidziane i my kupując wyjdziemy przed szereg wprawiając pozostałych w zakłopotanie?

4. Dzieci
No właśnie... Święta są w szczególności ważnym czasem dla dzieci. To dzieci tworzą klimat i to dzieci najbardziej go chłoną. Niejednokrotnie w tym całym zamieszaniu opędzamy się od nich, odsuwamy, zaniedbujemy. A przecież tak nie wiele trzeba, żeby ten czas spędzić razem. Można dzieci zaprosić do wspólnego gotowania, przygotowywania i dekorowania. Ozdoby można zrobić ze wszystkiego, zwykła styropianowa bombka i farba plakatowa daje ogrom frajdy, a patrzenie potem na taką własnoręcznie wykonaną ozdobę na choince to duma, jakiej nie da się opisać. 
Warto pamiętać o opowiadaniu o Mikołaju, o Gwiazdce, o pierniczkach, o magii, jaką to my tworzymy dla dzieci. Kiedyś to się zwróci w ich wspomnieniach.

5. Internet
Narzędzie niezastąpione w dzisiejszych czasach. Wiem, że są tacy, co lubią w tym czasie przedświątecznym przedzierać się przez tłumy, walczyć o karpie, zbierać naklejki na książki. Ja osobiście, jeśli już, to wolę pochodzić za prezentami dla dzieci, pooglądać ubranka niż ładować tony mąki, śledzi czy Coca-Coli do bagażnika na przepełnionym parkingu pod marketem. Do takich zakupów przydaje się właśnie internet. Ja korzystam, chwalę sobie, jak zdarzają się jakieś minusy, to plusy je szybko tuszują. Siedzę w domu, w fotelu, z listą zakupów, z przepisami i na spokojnie zapełniam koszyk zakupami, które panowie przywiozą mi prosto do domu. Tylko pamiętajmy, w tym czasie trzeba wcześniej zaklepać sobie termin dostawy, bo i w tej materii tłumy się zdarzają.
Internetowo też można zakupić ozdoby czy prezenty. Ja co roku zamawiam personalizowane bombki, czekoladki czy kalendarze z naszymi zdjęciami. No i internet jest niesamowitą skarbnicą przepisów, pomysłów, inspiracji.

6. Mąż
Nie wszystko da się jednak kupić w internecie. Czasem czegoś braknie, czasem czegoś nie dowożą, czasem coś przyjdzie do głowy już niemal przed samą wieczerzą. Na dworze zimno, ślisko, my w garach, a tam tłumy. Do takich misji najlepszy mąż. Wiem co mówię. Zawsze wystoi swoje w osiedlowym sklepie, zawsze wywalczy najdorodniejsze śledzie, upoluje najaromatyczniejszy susz czy mandarynki. A przy okazji zniknie nam z oczy w tym najbardziej drażliwym momencie. Bo nie oszukujmy się, po tygodniu proszenia o choinkę czy wyjęcie z pawlacza pudła z ozdobami, nie chce nam się już do niego nic mówić... Niech sobie idzie i się do czegoś przyda ;)

7. Nastrój
Ale nie zawsze wszystko wychodzi tak, jak sobie to zaplanujemy. Dlatego nie należy się spinać, nie należy się denerwować, plan, menu, prezenty czy inne drobnostki są tylko dodatkiem. Święta to przede wszystkim nastrój i tego się trzymajmy. Tego nastroju sobie i Wam przede wszystkim życzę.


***
Nadal poszukuję pomysłu jak sprawić, by po tych wszystkich przygotowaniach, po przedświątecznej gorączce, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, cała rodzina przeteleportowała się, pięknie ubrana, nieumorusana, bez potarganych włosów, z uśmiechami na buziach pod babciną choinkę. Może kiedyś, może w następnym roku... A może Wy macie na to jakiś sprawdzony sposób?

środa, 14 grudnia 2016

Oswajamy zimę...

Minął, minęło, poszło, może nie wróci... 
Przeszła mi ogromna nienawiść do ciemniejszej i zimniejszej (zdecydowanie) pory roku. Nie to, że ją pokochałam, nie mam w planach długich spacerów w chłodzie i mrozie, nie skaczę z radości na wieść, że zima, śnieg, ślizgawica. Nadal bardziej lubię lato niż zimę. Może ona i jest ładna, ale umówmy się, zdjęcia, zdjęcia i jeszcze raz zdjęcia, tyle mi wystarczy. Nie lubię, ale pogodziłam się z długimi popołudniami, znalazłam jakąś równowagę, ułożyłam sobie plan dnia, plan życia, plan zimy... Zimy, której nie lubię, ale jestem w stanie się z nią pogodzić... Jestem w stanie ją oswoić... Ba, nawet ją wykorzystać ;)

A było to tak.
Nagle, po dość długim lecie, po spacerach, wycieczkach, po działkach. Po lekkich sweterkach i łatwozakładalnych butkach, po ślicznych opaseczkach i gustownych apaszkach. Po tym wszystkim fajnym, łatwym, lekkim i przyjemnym przyszło coś odmiennego (brr...). Zmusiło nas do przegrzebywania pudeł i piwnic w poszukiwaniu ciepłych ubrań, do gonitwy po sklepach, które jeszcze nie przygotowane na najgorsze nadal oferowały bardziej wczesnojesienne odzienia niż kożuchy i futra. Zapanowała panika i, nie bójmy się tego powiedzieć głośno, blady strach na nas padł. Na powierzchnię nosów naszych pociech wypełzły gile, gluty, smarki. Pierwsze, nieśmiałe gorączki, wizyty u lekarzy, mierzenie się z kwitami do ZUS, bo choróbska rozgościły się na dobre. W międzyczasie dotłukła nas do podłogi zmiana czasu, która odbijała się na nas jeszcze przez miesiąc. Popołudnia się dłużyły, wojna domowa zbierała żniwo, noc polarna nastała dla nas na dobre. I, gdy już wydawało się, że nie ma dla nas ratunku, stało się...


Niespodziewanie, powolutku, niezauważalnie... Po ciuchy, zagłuszana przez dziecięce wrzaski... Może kominem wraz z Mikołajem? Nie wiem jak i nie wiem do końca kiedy, ale przyszła zgoda z jesienio-zimą. I owszem, nadal nie znoszę tego całego majdanu z wychodzeniem z domu. Wkurza mnie zimno, ślisko, czasem mokro. Drażni mnie góra ciucha na mnie i na dzieciach. Nabieram coraz większej wprawy i choć do przyjemności to nie należy, to staram się myśleć pozytywnie. Bo przecież każdy czas ma swoje plusy i minusy. Zima też. Lato, na które tak teraz czekamy, też. Pogodziłam się z tym.

A jak?
Najgorsze są poranki, bo ciemno, zimno, Zośka koniecznie chce mamę i tak naprawdę nie pamiętam już, kiedy wstałam nie zrywana niczym, tak zwyczajnie. Tutaj jeszcze od czasu do czasu pojawia się bunt, ale... Na szczęście, odpukać, początkowy szok zimowy minął i odporność powróciła więc dzieciaki docierają do przedszkola. Popołudniami, niemal codziennie mamy jakieś zajęcia. Fifi ma tańce, Zosia piłkę, zostają dwa dni na zabawy i znów jest weekend. A w weekend działka, dziadkowie, basen, teraz przygotowania do świąt. Nie siedzimy na tyłkach, nie próżnujemy, szukamy, kombinujemy, tworzymy (tak, tak, to nas bawi najbardziej), nawet spacery po galerii z Zosią uczepioną ręki, gdy Fi wywija hołubce, stały się naszym rytuałem. Nie wchodzimy do sklepów, nie ogarnia nas szał zakupów, po prostu oglądamy. A dekoracje zimą zapierają dech w piersiach. A gdy zaczynam wątpić, zaczyna mi brakować cierpliwości i pomysłów na spędzenie czasu, przypominam sobie siebie w wieku nastu lat. Wtedy na pewno nie spędzałam dni z rodzicami. Jeśli w ogóle byłam w domu, to raczej w swoim pokoju nad swoimi sprawami. I jak sobie tak pomyślę, przeanalizuję ile czasu nam zostało, jakie jest prawdopodobieństwo, że z nami będzie inaczej, to zaraz przychodzi nowa energia i chęć wykorzystania tego czasu jak najlepiej. Tak więc jesteśmy razem...

I na koniec...
Zima to piękne widoki, ciepłe koce, pyszne słodycze, Mikołaj, Święta, prezenty, rodzina, wspólny czas, przytulanki, długie wieczory, ciepło, dom, pierniki, zabawa. Zima to wstęp do wiosny, a wiosna to przedsionek lata więc mamy już prawie lato. Warto chwilkę poczekać, uzbroić się w cierpliwość, wykorzystać ten czas na coś fajnego, a ani się obejrzymy, w będzie maj... A potem czerwiec ;)

***
PS. Gdyby była taka prawdziwa zima, dużo śniegu, słońce, nawet mróz, to nie mówię nie... Pewnie okutałabym się w kożuchy i pognała z dziećmi lepić bałwana i zjeżdżać na sankach... Ale nie oszukujmy się, to co mamy od kilku lat zimą nazwać nie można... Ostatnią prawdziwą zimę pamiętam z kwietnia 2013... Czekałam wtedy na Filipa, miała być wiosna, a przyszły śnieżyce ;)