środa, 22 czerwca 2016

Dobry biznes czyli usługi skierowane dla dzieci i ich rodziców...

Mówi się, że są dwie rzeczy pewne na świecie, śmierć i podatki. Mówi się także, że biznes pogrzebowy, to najlepszy i najstabilniejszy biznes, bo nie da się temu zaprzeczyć, on się nigdy nie skończy. Trochę to przykre, ale tak jest.
Ale skoro ten biznes jest taki opłacalny, to czemu by nie sięgnąć po tematykę odwrotną. Bo przecież tak samo pewną sprawą są narodziny. Dzieci się rodzą i co by nie krzyczeli politycy z telewizji jakoś ciężko mi uwierzyć w niż demograficzny. Wszędzie, z każdej strony otaczają mnie małe szkraby. Gdzie nie pójdę, wszędzie widzę dzieci, wózki, rodziców, rodziny. Cały czas wpadam na panie w ciąży. Już nawet się śmiałam, że coś mi ewidentnie daje znać, że to już czas. Mało tego, dzieci już nie tylko są, dzieci uczestniczą w naszym życiu, mają swoje miejsce w naszym domu, mają swoje zajęcia, swoje potrzeby. 

No właśnie, wiemy, że lekarz dla dzieci to pediatra. Wiemy, że zabawki, place zabaw, małe ubranka. Ale jak się tak dobrze rozejrzeć, rynek usług okołodzieciowych jest już tak rozbudowany, że w zasadzie ciężko znaleźć dziedzinę, w której nie byłoby jej dziecięcego odpowiednika. Niektóre są jak najbardziej potrzebne, bo fajnie jest załatwić coś w miejscu specjalnie dla dzieci przystosowanym, inne troszkę wydumane, ale pewnie też znajdujące odbiorców, skoro istnieją i utrzymują się na rynku.

No więc pediatra jest pediatra i nikt nie ma w tym temacie wątpliwości, ale od jakiegoś czasu mamy też lekarzy różnych specjalności, którzy specjalizują się w małych dzieciach. Po pierwsze oczywiście lepiej znają się na dzieciach, ale też mają podejście, ich gabinety i poczekalnie są przystosowane do małych pacjentów, są kąciki zabaw, nagrody za wzorową postawę, telewizory z bajkami. Wszystko co dzieciom ma uprzyjemnić wizytę u doktora. My z Filipem nie raz trafialiśmy do lekarzy bez podejścia i teraz mamy problem, bo mały ma uraz i wpada w histerię, jak tylko ubzdura sobie, że idzie do lekarza. Mało tego, trafiliśmy na dentystkę, która nie potrafiła mu zajrzeć do buzi więc orzekła, że nic mu nie jest i nie wymaga żadnych działań. No i sławetna awantura z pobieraniem mu krwi... Na szczęście dana przychodnia poszła po rozum do głowy i teraz umawia małych pacjentów do pań, które wiedzą, co robią. Nie zmienia to faktu, że Fi przeszedł swoje i nic tego nie cofnie. Ale wracając jeszcze raz do stomatologów. Też udało nam się znaleźć "panią tystkę", którą dzieci uwielbiają. Co prawda, Fifi ma dwie czarne plamki i wymaga lapisowania, ale za to sam siada na fotelu, otwiera buzię i pozwala sobie robić wszystko. Zosia też ostatnio zawędrowała do gabinetu na wizytę adaptacyjną i nie było strachu, grymasów i bólu. Aż miło się patrzy, jak ktoś taki zajmuje się naszymi dziećmi.


Kolejna usługa, która mi osobiście kojarzyła się z traumatycznymi przeżyciami, to fryzjerstwo. Pamiętam, jak tata ciągał mnie do takiego pana, który z uporem maniaka ścinał mnie, jak od garnka. Wyglądałam, jak Kudłaty ze Scooby Doo i tak samo wołały za mną dzieci na podwórku. Zawsze płakałam i dlatego zwlekałam dość długo z zabraniem Filipa do fryzjera. Nawet sobie nie zdawałam sprawy, że są takie specjalne zakłady, przystosowane dla dzieci, ze specjalnym cennikiem dostosowanym do charakteru dziecka. Są tam zabawki, fotele fryzjerskie w kształcie samochodów i koników, cukierki w nagrodę za grzeczność i bardzo miłe panie, które szybciutko i bez zbędnych ceregieli obsłużą małego klienta i wszyscy są zadowoleni. Filip teraz sam przypomina, że już czas iść do pani fryzjerki, a ja nie mogę się doczekać, kiedy będę chodziła na stylizację z Zosią.

A że teraz lato, za chwilkę wakacje więc kolejna usługa przychodzi mi na myśl. Oczywiście oferta hotelowa i wakacyjna dostosowana dla najmłodszych. Ja nawet sobie nie zdawałam sprawy, że jest tyle miejsc, które, po pierwsze są dostosowane dla rodziców z dziećmi, a po drugie oferują specjalne pakiety z atrakcjami, dodatkowymi posiłkami dla pociech, z zajęciami dla dzieci. Duże sale zabaw, baseny ze strefami dla maluchów, place zabaw, animatorzy, opiekunki, żeby rodzic mogli odpocząć. Ostatnio trafiłam na hotel, który na jednym z kanałów telewizyjnych ma podgląd na basen i bawialnię, żeby rodzic będący w pokoju, mógł widzieć co się dzieje z jego dzieckiem. Wiadomo, specjalne menu dla dzieci, kąciki zabaw w hotelowych restauracjach, plastikowe naczynia, kolorowe słomki. Wyjazd w takie miejsce niejednokrotnie jest łatwiejszy niż weekend u dziadków, u których nikt nie pomyśli o zabezpieczeniu kontaktów czy o zapewnieniu maty antypoślizgowej do wanny.

Trzymając się w klimacie rozrywkowym przejdźmy do restauracji, kawiarni, bawialni dla dzieci. Wyrosło tego tyle, że nawet w naszym niedużym Lublinie już nie mogę się w tych miejscach połapać. Oferują wszystko, od zabawy dla dzieci, przez chwilę oddechu dla rodziców, po przyjęcia, kinderbale, urodziny, sesje zdjęciowe, imprezy okolicznościowe. W zasadzie rodzic nie musi już o niczym myśleć, pracownicy zadbają o wszystko, o wystrój, o atrakcje, o poczęstunek. Wiadomo, wszystko za odpowiednią zapłatą... Biznes jest biznes.

I skoro odpoczynek i rozrywka, to ja ostatnio trafiłam na ofertę SPA dla dzieci. Mamy więc masaż brzuszka czekoladą, mamy manicure dla małej księżniczki, mamy kolorowe maseczki. Ba, jeden z hoteli, których ofertę ostatnio przeglądałam organizuje dla dziewczynek urodziny w SPA. Takie trochę piżama party w stylu amerykańskim. Basen, sauna, masaże, wszystko w szlafroczkach, a do tego oczywiście lemoniada ze słomką, malowanie pazurków i mnóstwo dobrej zabawy. Szczerze? Jeszcze to do mnie nie przemawia, ale kto wie, jak Zofia dorośnie, to już mi się to opatrzy.

Ale wracając na ziemię. Jest cała feria zajęć dodatkowych dla dzieci, atrakcji, aktywności. Baseny dla niemowlaków, piłka dla dzieci od 6. miesiąca życia, karate, judo, zajęcia z matematyki, z robotyki, angielski, kółka miłośników lego, gier planszowych, programowanie, jazda konna, gimnastyka... Pewnie pominęłam milion innych, bo z miesiąca na miesiąc wpadają mi w ręce coraz to nowe reklamówki, coraz to nowe dziedziny, coraz to nowe miejsca, coraz to nowe pomysły. Dzieci są traktowane jako potencjalny klient i biznes się o nich upomina. A prawda jest taka, że to wszystko kosztuje. Jedni płacą i o nic nie pytają, inni się buntują i psioczą na czym świat stoi. Ale nie oszukujmy się, takie usługi mają prawo mieć swoją cenę. Dziecko nie jest łatwym klientem, trzeba mieć podejście, trzeba włożyć dużo pracy i pieniędzy, żeby miejsce do dzieci dostosować, żeby zadbać o ich komfort i przede wszystkim o bezpieczeństwo.  Nie zmienia to faktu, że dobrze przygotowana usługa dla małych odbiorców na pewno się sprzeda, a wieść o niej rozniesie się pocztą pantoflową i zrobi furorę nie tylko wśród dzieci, ale i wśród ich rodziców.

A Wy? Na jakie usługi dla dzieci się natknęliście? Były wśród nich jakieś, które Was zdziwiły? Podzielcie się, bo chętnie się dowiem, co jeszcze człowiek jest w stanie wymyślić...

piątek, 17 czerwca 2016

Ach, śpij kochanie czyli sposoby na spokojny sen dziecka...

Sen dziecka, to sprawa, która niejednemu rodzicowi zaprząta myśli przez wiele czasu. Czytamy, słuchamy, radzimy się, a i tak nic to nie wnosi do całej sprawy. Dziecko jak nie spało, tak nie śpi, jak się budziło, tak się budzi, a my powoli opadamy z sił i przewracamy się z niewyspania. Ja, jak już nie raz pisałam, jestem zwolenniczką przeczekania, choć sama też stosowałam różne sztuczki, żeby poprawić sobie jakość tego aspektu życia. Niewiele one dawały, ale przynajmniej miałam poczucie, że staram się coś zmienić. Filip zdecydowanie był lepszy w pobudkach nocnych, gdy już przestał się budzić, to odechciało mu się zasypiać, gdy zaczął zasypiać, to zaczął migrować w nocy, ale na szczęście wszystko to (prawie) minęło i teraz, z małymi wyjątkami, ale mamy spokój. Zosia zaczęła od śpiocha, potem się budziła, nie chciała zasypiać, a teraz urządza nam pobudki o 5 nad ranem, czy to świątek, piątek czy niedziela. Nic nie pomagają cuda na kiju, nie pomagają nasze gusła, efekt jest taki, że my się okombinujemy, a dzieci i tak zrobią, jak będą chciały. Nie ma łatwo, trzeba zacisnąć zęby i czekać aż się poprawi. Ale są pewne myki, które mogą mieć wpływ na jakość snu i zasypianie naszych dzieci, ale są to działania długoterminowe.


Po pierwsze sławetne rytuały. Nie jestem zwolennikiem ścisłego trzymania się rozpiski. Czasem mamy plany, coś się obsunie, coś chcemy zrobić i ni jak nam coś nie pasuje. Ale zazwyczaj w dzień każde ma swój rozkład i wieczorem też czynności raczej następują jedne po drugich. Zosia ma mniej więcej stałe godziny posiłków i drzemki, Fi oczywiście, z racji przedszkola też i jakoś się to kręci. Wieczorami, zanim położą się spać, też wiedzą czego się spodziewać. Kolacja, kąpiel, bajeczka, buzi, jeszcze pogadanie na dobranoc i luli. Czasem potrzebują jeszcze zajrzenia, pogłaskania, ale zazwyczaj zasypiają spokojnie. Ale, ale, żeby nie było tak różowo, to przyznam się, że z Fifim tak łatwo się to nie odbywało. Nie wiem, czy jest to zasługa tego, że Zosia widzi, jak Fi usypia, czy jest po prostu mniej wymagająca, ale z Filipem zdecydowanie musiałam więcej siedzieć, gimnastykować się, kombinować. Zosia dużo wcześniej nauczyła się zasypiać sama. Owszem, dostawała pierś na dobranoc, ale już przy niej nie odpływała, dawała się odłożyć, ucałować, czasem coś pośpiewała i pogadała pod nosem i zasypiała. A może to my, z Filipem, mieliśmy już opracowany plan, trzymaliśmy się go, a Zosia po prostu w niego weszła i od urodzenia się go sobie z grubsza przyswoiła. Z Fifim jednak wszystko było nowe, wszystkiego musieliśmy się nauczyć. Nie wiem, na pewno, gdy już minął okres kolek, usypianie Zosi było wiele łatwiejsze niż kiedyś usypianie Filipa. A przecież musiałam usypiać już dwójkę.
Teraz, o ile obu coś nie odbije na bieganie po pokoju, to też motywują się nawzajem do spokojnego odpływania.

Po drugie aktywności w ciągu dnia. Nudzące się dziecko nigdy nie będzie dobrze, mocno spało. Nie mówię tutaj, broń Boże, o wymęczeniu biedaków, że będą padały z nóg, ale siedzenie cały dzień w domu przy bajce też nie jest dobrym rozwiązaniem. Jakiś spacer, zabawa na placu zabaw, wycieczka, coś, co dziecko będzie mogło sobie powspominać przed snem. Zosia jest jeszcze za mała, ale Fifi bardzo lubi, gdy już leży w łóżku, opowiadać mi co robił w przedszkolu, z kim się bawił, co mu się najbardziej podobało na wspólnej wycieczce czy co chce robić w najbliższej przyszłości. To takie nasze przedsenne rozmowy. Ja mu opowiadam jakie mamy plany na następny dzień, a Fifi czym prędzej zamyka oczki, żeby szybciej było jutro. Ale nie tylko Filipowi dobrze robią aktywności, Zosia też jak się wybiega, wybawi, wyszaleje, pada potem jak muszka i tylko widać jak kołderka podskakuje od jej oddechu.
Ale pamiętajmy, że mniejsze dzieci potrafią być zbyt zmęczone by móc usnąć. Zosi jeszcze się to czasem zdarza, że widzę, że jest pół przytomna, a wstaje z łóżeczka, krzyczy, złości się. Wtedy należy się uzbroić w cierpliwość i utulić małego złośliwca. Działa pierś, przytulanie, głaskanie... Wszystko, co na chwilę uspokoi malucha, a wtedy senność weźmie górę i bobas odpłynie.

Po trzecie, zainteresujmy się tym, jak długo śpi nasze dziecko rano i w dzień. Gdy wieczorem maluch kica do 23 i za nic nie chce spać, a w dzień śpi trzy godziny, to może lepiej jakoś to skorygować. Są takie dzieci, jak nasz Fi, który, nawet, gdy nie chce mu się spać, to zazwyczaj leży sobie spokojnie w łóżku i nie biega po domu, ale są też takie, które zapewniają wtedy rodzicom baja bongo do północy. Jak im to nie przeszkadza, to fajnie, ale czasem zwyczajnie wystarczy skrócić dziecięcą drzemkę albo budzić dzieciaka troszkę wcześniej rano. Nasz Fifi potrafi raz na jakiś czas pospać do 8.30 rano i wtedy niemal prosto z wyra biegnie do przedszkola, ale wtedy mogę być niemal pewna, że o 12 ciocie go za nic nie uśpią, ale za to wieczorem padnie mi w minutę.
No i ja się tutaj wymądrzam, a tak naprawdę żalę się, że Zosia budzi nas o 5 i nie wiem co z tym zrobić. No nie wiem, ale mam nadzieję, że w końcu to się zmieni. Filip w zasadzie z dnia na dzień postanowił przestawić się z wstawania bladym świtem na wstawanie koło 9 i choć mu to nie zostało, to do wstawania o 5 już nie powrócił. Może z Zofią będzie podobnie... Na razie staram się nie pędzić od razu, gdy tylko Mała zajęczy. Wałkoni się sama w łóżeczku i póki nie budzi Fifula pozwalam jej na to i powiem Wam, że coraz dłużej potrafi tak wyleżeć. Może powoli dotrze do małego łebka, że nie ma po co wstawać skoro świt, bo mama i tak nie przyjdzie i że warto jeszcze trochę pospać, by wstać od razu na zabawę.

No i w końcu, po czwarte... Nigdy, przenigdy nie kładźmy dzieci spać w złości. Nie zostawiajmy ich samych, nie zamykajmy w pokoju, nie gaśmy światła za karę. Może one wtedy usną, ale my będziemy mieli wyrzuty sumienia, jak stąd do Księżyca. Nawet, jeśli zdarzy nam się odesłać dzieciaki do łóżek, bo dokazują, nawet, gdy na chwilę damy się maluchowi wypłakać, to potem zajrzyjmy, ucałujmy, pogłaszczmy, uspokójmy, przytulmy nasze małe grzejniki. Spokojny, bezpieczny sen jest dla dziecka najlepszy. Pomyślmy sobie, jak nam się śpi, gdy się kładziemy w nerwach. A pomyślmy, co myśli sobie taki maluch, gdy usypia wiedząc, że mama jest na niego zła... Aż się serce kraje. Dlatego zawsze kończmy dzień w zgodzie, spokoju i z czułością.

Oczywiście, jak już pisałam na początku, dziecko i tak zrobi, co będzie uważało za stosowne, ale spokój, bezpieczeństwo, aktywność, ciekawy dzień i czułość rodziców na pewno nie zaszkodzą, a wszystkim nam oszczędzą nerwów i zamartwiania się. Na niewyspanie nic nie poradzę, bo sama ostatnio (tak od trzech lat) z nim walczę, ale mogę powiedzieć jedno, kiedyś nadejdzie taka noc, którą prześpicie całą, kiedyś pobudka o 5.30 rano będzie abstrakcją, a nie codziennością, warto poczekać. A na razie pozostaje nam kawa (ja akurat nie pijam) i wspieranie się nawzajem...

*źródło zdjęcia: https://unsplash.com/@monroefiles

wtorek, 14 czerwca 2016

Matki, te najlepsze...

Pamiętacie moje zdjęcie sprzed paru dni, które pokazywałam na Facebooku czy na Instagramie? Dla podpowiedzi, przedstawiało moje dzieci siedzące przy stoliku i spokojnie babrzące się w farbkach, każde przy swojej malowance, każde sobie, bez kłótni, krzyków i demolowania mojego całego salonu. Dodam dla pełnego obrazu, że Fifi był wtedy chory, Zośka nie ułatwiała, a ja bałam się zostać z nimi sama na cały dzień prognozując armagedon. Nic takiego się nie stało, to był bardzo miły i spokojny dzień, a ja wysłałam to właśnie zdjęcie do Szanownego, żeby w pracy zobaczył, jakie cuda dzieją się w domu. Jego reakcja była w sumie zrozumiała... "wow, jak ty to robisz?". No właśnie, jak? Normalnie, przecież jestem matką, to umiem się zająć dzieckiem/dziećmi lepiej od ciebie, ojca...

No właśnie, na pewno? Czy my, matki jesteśmy alfami i omegami w zajmowaniu się dziećmi? Czy faceci to takie kuternogi wychowawcze? Trochę tak, ale to nie dlatego, że na nas spływa nagłe objawienie, nie dlatego, że wszystko zostało nam dane z chwilą porodu. Nie. Ba, powiem wam w sekrecie, że gdy urodził się Filip, ja przez długi czas bałam się sama przełożyć go z łóżka do tego wózeczka szpitalnego. Leżał tak ze mną na wyrku cały czas, bo bałam się go tam włożyć i spuścić z oczu, a M. nie miał z tym problemu... Znaczy, pewnie miał, ale co miał zrobić, żona po cesarce, w dość kiepskim szpitalu, żeby ją odciążyć trzeba było działać. Powiem wam jeszcze jedno, na palcach jednej ręce można policzyć moje samodzielne kąpanie niemowlaka. Ja, matka dwójki dzieci, alfa i omega, może pięć razy kąpałam niemowlę. Jakoś tak wyszło. To M. znalazł filmik na internecie, jak to się robi i wziął i wykąpał. Raz, drugi, trzeci i jakoś tak już zostało. Najpierw jedno dziecię, potem drugie i tak zleciało. I też na niego nie spłynęło żadne objawienie, jak to się robi, tylko zwyczajnie wziął, spróbował, nauczył się i robił. My też wszystkiego się uczymy. Fakt, istnieje jakiś tam instynkt, ale on raczej nakazuje nam się zająć dzieckiem, a nie mówi nam, jak mamy to zrobić. Więc o co chodzi w tym, że matki są lepsze w zajmowaniu się dziećmi.

No wiadomo, robimy to częściej, mamy wprawę, dzieci więcej są z nami więc nam jest łatwiej. Oczywiście do czasu, bo kto ma starsze dzieci, ten wie, że potem autorytetem staje się właśnie ten, kto jest mniej, ale do tego czasu to my jesteśmy dla dziecka niemal wszystkim. Właśnie, niemal. Bo może warto od maleńkości przyzwyczajać dzieci, że mają dwoje rodziców. Bo mają i należy o tym pamiętać dla dobra dzieci, ale też dla naszego. To, że dzieci powinny mieć jednakowy kontakt z obydwojgiem rodziców chyba nikomu nie trzeba tłumaczyć. Czasem są podziały, same z siostrą się tak dzieliłyśmy w dzieciństwie, kiedy to był mój tatuś i twoja mamusia albo na odwrót, teraz nie pamiętam dokładnie, ale tak było. Moje dzieci też raz chcą do mamy raz do taty, ale raczej po równo dostępujemy tego zaszczytu. Co nie zmienia faktu, że większość czasu spędzam z nimi ja i ja trenuję wszystkie czynności związane z dziećmi, to ja znam ich zachowania, ja potrafię łagodzić konflikty i, gdy trzeba, ustawiać je do pionu. Choć stereotypy mówią inaczej, choć niekiedy niektórzy patrzą na  mnie jak na wyrodną matkę, choć zwyczajnie mąż czasem się przed tym broni, nic nie zmieni faktu, że obowiązki wobec dzieci leżą tak po mojej stronie, jak i po jego i lepiej, żeby potrafił choć podstawowe rzeczy opanować. Dla dobra dzieci, dla swojego (bo przecież nie wiadomo, co się może w życiu zdarzyć), jak i dla mojego. Nie ma w tym nic dziwnego, niestosownego, nienormalnego. Nienormalne za to jest stwierdzenie, że mąż pomaga mi przy dzieciach. Ale jak? To by znaczyło, że są to tylko moje dzieci, tylko moje obowiązki, a on tylko mi łaskawie pomaga... Chyba nie tak powinno być. No i chyba nie takie wzorce powinny czerpać nasze dzieci, tak i dziewczynki, jak i chłopcy. Ja osobiście bardzo bym chciała, żeby mój syn potrafił kiedyś zadbać o siebie, ugotować, posprzątać, zaimponować tym dziewczynie, a potem żonie. Podobnie chciałabym, żeby moja córka trafiła na takiego chłopca, co to potrafi, ale i potrafi docenić wkład kobiety w dom i dzieci. U mnie w domu rodzinnym może nie było idealnie, bo tata był pracoholikiem i wiecznie go nie było, ale zawsze doceniał to co robi mama, a gdy był w domu, w weekendy czy w święta, potrafił sam stanąć, ugotować obiad czy ogarnąć obowiązki domowe. Niestety, wiem, że nie wszędzie tak jest...


Ale podsumowując, dziewczyny, dajmy czasem naszym facetom szansę, zaciśnijmy zęby, że coś robią niesprawniej, wolniej, niedokładnie. Dajmy im szansę czasem trochę wbrew ich woli, niech zobaczą, że przy odrobinie chęci, to wcale nie jest takie trudne. My możemy pracować, zarabiać na dom, naprawiać, remontować, to oni mogą zajmować się dziećmi czy domem. Wszystkim zrobi to dobrze, i nam, i dzieciom. A potem, w przyszłości, dzieci będą wspominały rodzinę zgraną, wspólnie wypełniającą swoje obowiązki, współpracującą i same będą takie właśnie rodziny budowały.

PS.
Ostatnio, gdy lecieliśmy samolotem, Fifi był już trochę zmęczony więc marudny kotłował się mi na kolanach, Zosia wymagała zmiany pieluchy. Szanowny nawet się nie zastanawiał, wziął co potrzebne i poszedł kotłować się z nią w toalecie. Pytanie stewarda czy nie powinna tym się zająć żona, przyznam szczerze, nieco mnie rozśmieszyło... Mnie i paru innych rodziców, którzy lecieli razem z nami i podobnie, wspólnie zajmowali się dziećmi...

środa, 8 czerwca 2016

Te chwile czyli fenomen (podwójnego) snu dziecięcego...

Są takie chwile każdego dnia, kiedy czuję  się tak cholernie mamą. Kiedy duma mnie rozpiera, wzruszenie niejednokrotnie bierze górę, różne myśli kłębią się po głowie, plany i marzenia biją się o swoją kolejkę, a ja stoję i patrzę. Otulam, głaszczę po główkach, całuję, stoję i patrzę. Czasem z głupim uśmiechem, czasem ze łzami w oczach stoję i patrzę na swoje największe skarby, na moje dzieci. To są chwile, które uwielbiam, które jednocześnie dają mi wytchnienie, ale i pozwalają podsumować cały, jakże intensywny dzień. Te chwile, gdy one już śpią albo zasypiają, a ja idę na "obchód". Sprawdzam, doglądam, kontroluję czy wszystko jest w porządku. Takie tylko moje chwile.

Bo wiecie, mamą się jest cały czas, dwadzieścia cztery godziny na dobę. Rano wstaję, a raczej jestem budzona, od razu, z marszu ruszam do dzieła. Szykuję, zbieram, pilnuję, zabawiam, karmię, wyprawiam, tłumaczę, pocieszam, godzę, wyjaśniam, opowiadam, zaprowadzam, planuję, rozwiązuję konflikty, sprzątam. W bycie mamą wplatam pracę, męża, kota i czasem siebie, ale głównie jestem mamą. Od tego nie biorę urlopu, z tego mnie nikt, nigdy nie zwolni, to jest dla mnie absolutny priorytet. Owszem, bywam zmęczona, nawet często, ale wszystko co robię, robię tak, żeby nie zakłócić swojego bycia mamą. Chwalę się tym, jestem z tego dumna, to najlepsze i najciekawsze zajęcie jakie byłam w stanie sobie wyobrazić. Bycie mamą weszło mi w krew i w tym ciągłym pędzie nawet się nie zastanawiam nad tym, że nią jestem. Nie myślę co po czym mam robić, jak robić, po prostu to robię. Dzieci są, będą, były najważniejsze i zawsze są ze mną, jak nie fizycznie, to na pewno w myślach. Nawet teraz, kiedy to piszę, a one śpią, cały czas mam w głowie, że one tam są i za chwilkę zapewne będą i tutaj. Taka rola mamy i nie ma się nad czym zastanawiać w tym ciągłym biegu.


A wieczorem, po kolacji niejednokrotnie przypłaconej moimi siwymi włosami, po kąpieli, która ostatnio też do łatwych nie należy, po bajeczkach, tulankach, całowankach... Po wstępnym ogarnięciu ich zabawek, porozrzucanych ubranek, po nastawieniu sobie wody na herbatę... Po ochłonięciu po całym męczącym dniu idę przejść się po pokojach. Zaglądam do małego łóżeczka, przykrywam, głaskam po główce i patrzę, jak mała larwka znów się wygrzebuję. Patrzę i analizuję miniony dzień. Czego ona dziś się nauczyła, czym mnie zaskoczyła, ile guzów sobie nabiła i ile nabije jutro. Zastanawiam się czy to już pora na, a może czas zrezygnować z...
Potem zachodzę do pokoju obok. Gładzę po spoconej główce, przekładam poduszkę na drugą stronę, przypominam sobie o czym opowiadał mi dziś przez cały dzień, co najważniejsze oczywiście zostawił sobie na sam koniec czyli przed snem. Zastanawiam się ile z tych jego fantazji uda mi się spełnić. Przeliczam ilość zjedzonych przez niego posiłków, myślę, co jeszcze wykombinować, żeby chętniej jadł. Stoję i patrzę, jaki jest spokojny, jak śpi zmęczony po całodniowej gonitwie, jak odpoczywa i zbiera siły, żeby rano wstać i znów od rana zadawać miliardy pytań albo zwyczajnie stawać na głowie.

To są właśnie te chwile, kiedy mówię sobie "wow, ja jestem mamą". Cały dzień nią jestem, cały dzień angażuję się w powierzone mi zadania, wypełniam swoje obowiązki jak najlepiej potrafię, nawet większości nie zauważam, są, trzeba zrobić, to się robi... A wieczorem, gdy zejdzie adrenalina, gdy patrzę na te spokojne buzie, wtedy coś we mnie uderza... Dociera do mnie, że one są moje, to ja jestem za nie odpowiedzialna. I wtedy czuję się tak cholernie mamą i jestem tak cholernie dumna. Jestem cholernie dumna z moich dzieci.... Mimo zmęczenia, mimo niedospania, mimo... To jest ta chwila, gdy wszystko mija...

PS.
Już kiedyś o tym pisała, o fenomenie dziecięcego snu, co to cuda czyni, zmęczenie niweluje, wszystkie złości i niesnaski posyła w zapomnienie. Pisałam, że widok śpiącego dziecka jest bardziej kojący niż nie jedne morskie fale, ale teraz do jednego śpiącego dziecka dołączyło drugie i jest to dla mnie tak niepojęte, że choć mija już półtorej roku, to nadal nie mogę się temu nadziwić. Stąd zapewne to "wow"...

poniedziałek, 6 czerwca 2016

Kop w tyłek potrzebny od zaraz...!!!!

Dużą część swojego dzieciństwa spędziłam w domku jednorodzinnym w małym miasteczku. Najpierw u dziadków, podrzucana przy każdej okazji, potem z rodzicami w tym samym domu, ale już jako naszym, a potem, już jako niemal dorosła kobieta, spędzałam tam prawie każdą wolną chwilę. Potem zakotwiczyłam się w swoim mieszkaniu w centrum miasta i w zasadzie było mi z tym dobrze, ale gdy pojawiły się dzieci zaczęło nam to trochę doskwierać. Przypominałam sobie swoje dzieciństwo, bieganie między drzewami, poranki i wychodzenie boso na trawnik, gruchanie gołębi za oknem i tą niesamowitą ciszę wieczorami i nocą. Zatęskniłam za domem, ale zawsze mogliśmy uciec do teściów pod miasto. Nigdy do końca nie czułam się tam jak u siebie, ale dzieci bawiły się dobrze, miały gdzie się wylatać więc przymykałam oko na drobne niedogodności.

Z czasem zaczęliśmy zastanawiać się nad czymś własnym. Odkąd się pobraliśmy, teściowie zapewniali, że gdy tylko będziemy chcieli, nie ma problemu, możemy się budować. Przez długi czas nie braliśmy tego pod uwagę. Górę brał realizm ekonomiczny, wyobrażenie budowy domu, jako czegoś niewyobrażalnego, ale z biegiem lat wszystko zaczęło nam się klarować i powiedzieliśmy sobie, czemu nie, można spróbować. Szybko pójdzie, będziemy na swoim. Już miałam wizję, marzenia, wiedziałam, że finansowo podołamy, że kredyt dostaniemy z pocałowaniem ręki, że przecież ciągle się rozwijamy, będzie dobrze. Rozmarzyłam się, wybraliśmy projekt, duży dom, z pokojem dla każdego i dodatkowym, bo wiecie, jak już będzie ten dom, to kto wie. Przecież będziemy mieszkać koło rodziny, zawsze ktoś pomoże, a ja przecież tak marzyłam o trójce dzieci. No i kąt dla nas, na moje szpargały, na mężowe narzędzia. Duży taras i prywatny lasek zaraz obok. Nic tylko zabierać się za budowę. Ale...


Schody zaczęły się już po chwili, gdy okazało się, że obiecywana przez 10 lat działka wcale taka budowlana nie jest i, że mogą być problemy. Po pierwsze z podzieleniem jej na mniejsze, a po drugie z dostaniem pozwolenia pod zabudowę. Ok, dla chcącego nic trudnego, zapukamy do wszystkich drzwi, zostaniemy rolnikami, przearanżujemy nasz projekt z typowego domku na gospodarstwo, dobudujemy budynek gospodarczy i nawet będziemy uprawiać te drzewka owocowe i krzewy. Moja rodzina kiedyś miała sad więc fajnie będzie sobie przypomnieć takie coś z dzieciństwa. Ale, jest jeszcze drugie "ale", w między czasie zmieniły się przepisy i choć teraz już złożyliśmy wniosek o warunki zabudowy siedliskowej i bardzo, bardzo możliwe, że zostanie pozytywnie rozpatrzony, to w danej chwili warunki kredytowe mogą nie być tak dobre, jak nam się na początku wydawało. A co za tym idzie, można delikatnie powiedzieć, że sprawa się trochę rypła, a z nią i nasze marzenia. I pewnie byśmy się zapierali, pewnie załatwiali i kombinowali, pewnie bylibyśmy w stanie zejść z metrażu, z wartości domu, bo przecież mieszkanie blisko rodziny już samo w sobie jest ogromnym plusem, gdyby w międzyczasie, nie zdarzyło się jeszcze parę spraw, które zakłóciły wizję jaką sobie roztaczaliśmy. Gdybyśmy naprawdę mieli takie wsparcie w rodzinie, jak nam się na początku wydawało, gdybyśmy mogli na nich liczyć i cieszyć się nawet, gdy coś się trochę obsuwa. A teraz straciliśmy zapał, straciliśmy chęć, a działka i sąsiedztwo stała się tylko problemem, a nie bramką do spełnienia marzeń. Jesteśmy w chwilowym zawieszeniu, nie wiemy co robić, czekamy na jakiś znak, na sygnał, że to ma w ogóle w takim kształcie sens, ale doczekać się nie możemy.

Ale marzenia są marzeniami. Nie wyobrażam sobie, że miałabym przysiąść na tyłku i sobie odpuścić. Wiem, że miało być inaczej, że miało być łatwiej, fajniej. Komuś bardzo to nie pasowało i nie jesteśmy w stanie nic na to poradzić, ale dalej mamy marzenia, dzieci, dla których warto się starać, siebie nawzajem. Nie możemy tam i tak, więc staniemy na głowie i poszukamy innego rozwiązania. W tej chwili nie jesteśmy już przywiązani do miejsca, a działkę przecież zawsze można sprzedać. Wiadomo, musimy siąść pomyśleć, poszukać, zmienić plany, bo i finansowo raczej nie będzie w takim razie tak różowo, ale przecież się da. Najbardziej boli jednak fakt, że kłody pod nogi rzucają ludzie do tej pory uważani za zaufanych, ale cóż, takie jest życie, co nas nie zabije, to nas wzmocni, a my przynajmniej wiemy przed kim ostrzegać dzieci.

Morał z tej historii jest taki. Marzenia można modyfikować, ale nie można z nich rezygnować. Trzeba mieć w życiu jakiś cel i my go mamy. Trochę nam do niego ostatnio nie po drodze, ja trochę marudzę, czasem jest mi smutno, częściej chcę odpuścić, brakuje mi zapału, ale teraz siadamy z mocnym postanowieniem poprawy do stołu i myślimy co dalej. Mam nadzieję, że jak będziemy teraz liczyć tylko na siebie, to nic nam już nie stanie na przeszkodzie i kiedyś rano całą rodziną zjemy śniadanie na naszym własnym tarasie. Czy go kupimy czy wybudujemy, czy będzie mały czy duży, bliżej czy dalej, to nie ważne, a ci, których nasze plany tak strasznie bolały, będą się nadal kisić w swoim kwaśnym sosie.

A jakie są Wasze marzenia, do których będziecie dążyć bez względu na przeszkody? Jakich nigdy nie odpuścicie? A może macie takie, o które walczyliście i, które się w końcu spełniły? Napiszcie mi tak dla  otuchy, bo momentami zaczynam wątpić i wtedy potrzebny mi taki porządny kop w cztery litery. Znakomicie sprawdza się tutaj powiedzenie: "A miało być tak pięknie!!!".


czwartek, 2 czerwca 2016

Podróż z dziećmi czyli, jak sobie ułatwić...

O tym, że wyjazd z małymi dziećmi na wakacje jest możliwy, już było TUTAJ. O tym, jak zaplanować i przygotować taki wyjazd, żeby było łatwiej, sprawniej, też już było TUTAJ. Dziś będzie o tym, jak taki wyjazd, a dokładniej podróż sobie ułatwić, uprzyjemnić, jak korzystać z okazji, żeby mieć co nie co z wyprawy i nie przypłacić jej nerwami czy zmęczeniem. Jak wykorzystać nadarzające się sytuacje, jak skorzystać z różnych możliwości, jak wyluzować i odpocząć. Troszkę się powtarzam, ale doświadczenia zdobywa się z czasem i tymi nowymi doświadczeniami się z wami chcę podzielić.

Po pierwsze trzeba się do wakacji dobrze przygotować. Jak planujemy z wyprzedzeniem, nie ma problemu, mamy czas, ale jeśli lubimy last minute, to dobrze mieć w zanadrzu większość potrzebnych nam rzeczy, żeby ostatnie dni i godziny nie upływały nam na gorączkowym bieganiu po sklepach. Nic dobrego z tego nie wynika oprócz wydanych zbyt wielu pieniędzy, nerwów, a i tak skończy się na tym, że coś będziemy dokupować już na miejscu za trzy razy (żeby tylko) większą cenę. 

Dobrze jest też wcześniej pomyśleć o transferze na lotnisko i z powrotem. My mamy kawałek, bo z Lublina musimy dojechać do Warszawy lub Rzeszowa. Na szczęście nasze dzieci dość dobrze znoszą takie podróże, ale swoboda swojego auta i kierowca gotowy zatrzymać się na zawołanie, to zdecydowana wygoda. Kiedyś prosiliśmy o pomoc kogoś z rodziny lub znajomych, ale to nie to samo. Znakomitym rozwiązaniem okazał się parking na lotnisku. Jedziemy sami, zostawiamy samochód, dowożą nas pod sam terminal, nikogo nie musimy prosić, jedziemy jak chcemy, kiedy chcemy. Pamiętam raz, gdy wylądowaliśmy o 6 rano, ktoś nas odebrał, po całej nocy na lotnisku i w samolocie, a potem droga wyglądała tak... pięć postojów na papierosa, na siku, na rozprostowanie nóg. A my chcieliśmy dojechać szybko do domu. Ale co było powiedzieć, ktoś nam robił "przysługę", trzeba było siedzieć cicho z wdzięcznością. Od tej pory stwierdziliśmy, że wygodniej jest zapłacić parę złotych i jechać i wracać własnym rytmem. Tak trafiliśmy na Parking Modlin (http://modlinparking.pl/) i od tej pory nie wyobrażam sobie jeździć inaczej niż we własnym zakresie.

Czas na bagaż podręczny. Zrezygnujmy z książek dla siebie, z różnych popierdułek i tak z nich nie skorzystamy. Weźmy wszystko co się da dla dzieci. Coś do picia i jedzenia też, na wszelki wypadek, gdyby w samolocie zabrakło. Nam się tak zdarzyło, ale mieliśmy szczęście, że siedzieliśmy w trzecim rzędzie i udało nam się dostać ostatnią kanapkę i ostatnią wodę w butelce. Lepiej kupić na lotnisku niż potem zostać z głodnymi dzieciakami.  Co do zajmowaczy dziecięcego czasu, nas zdał egzamin tablet i gra, w której Masza wrzuca leśne owoce do koszyczków. Fifi grał, a Zosia się śmiała w głos. No i naklejki, które dla Filipa się nie sprawdziły, Zosi zajęły czas na dłuższą chwilę.
Dobrze też mieć jakąś podusię i poprosić o kocyk. My w pierwszą stronę nie wiedzieliśmy, że możemy poprosić i Fi strasznie marudził, bo bez kocyka ani rusz. W drugą stronę bardzo pomocna obsługa wszystko nam przyniosła, pomogła i zagadała dzieciaki, gdy zaczynały marudzić.


 I tutaj pojawia się kolejny punkt. Korzystajmy z pomocy każdego, kto chce nam pomóc. Wiem, że są ludzie, którzy hejtują, narzekają na dzieci na lotnisku, w samolocie czy potem w hotelu, ale jest też cała masa ludzi życzliwych, którzy rozumieją, że rodzinom z dziećmi też należą się wakacje, że z dziećmi nie zawsze jest różowo i, że odrobina ciepłego spojrzenia czasem działa cuda. Po pierwsze na lotnisku. Pytajmy, prośmy, korzystajmy z pierwszeństwa. Na pewno znajdzie się ktoś, kto warknie, komu się to nie spodoba, ale nas z tłumu na lotnisku wysupłała pani, która nie miała z obsługą nic wspólnego, stała przed nami w kolejce i zwróciła nam uwagę, że powinniśmy przejść do przodu.  Ulżyło nam, bo chwilkę już staliśmy i dzieci zaczynały się niecierpliwić.
Po drugie, w samolocie. Ktoś zagaduje nasze dzieciaki, ok, fajnie, zawsze to jakaś atrakcja i chwila spokoju. Filipa na kolana wzięła jakaś pani, której będę wdzięczna do końca życia, i czytała mu książeczkę. Potem przyszedł steward, pogadał, poopowiadał, znów atrakcja. A pani z sąsiedniego fotela poczęstowała dzieciaki lizakami, gdy podchodziliśmy do lądowania i wszystkim okropnie zatykało uszy. Choć wszyscy byliśmy już zmęczeni, to z pomocą obsługi i współpasażerów udało nam się przetrwać podróż.

I takie ostatnie moje spostrzeżenie na koniec. Wybierajmy miejsca przystosowane dla dzieci na cel naszej podróży. Wtedy mamy pewność, że w podróży będzie nam towarzyszyć większa liczba rodzin z dzieciakami, a co za tym idzie, mniej będzie osób patrzących spode łba na nasze, nie do końca czasem spokojne pociechy. I choć wiele mówi się o tym, że matka matce wilkiem, że rodzic dla rodzica wrogiem, to ile razy podróżuję z dziećmi, to widzę, że potrafimy się solidaryzować, pomagać sobie, ułatwiać w trudnych sytuacjach. Zawsze milej jest pogadać z innym rodzicem, podzielić się doświadczeniami, nawet, gdy musimy przekrzykiwać wrzeszczące dzieciaki (żarcik).


Podróż z dziećmi może bywa bardziej absorbująca, wymagająca i męcząca od podróży, jakie odbywaliśmy w czasach przed dzieciowych, ale przecież dzieci, to teraz część naszego życia. Nie zostawimy ich przecież i nie pojedziemy sobie w siną dal. Powiecie, że przecież nie musimy nigdzie jeździć. No, może i tak, ale dlaczego, skoro takie wakacje nie są tylko dla nas. Nawet takie małe dziecko, jak nasz Fifi, strasznie się cieszy z takich atrakcji. On tak opowiada, tak przeżywa, że jak dla mnie cały ten ambaras związany z podróżą był wart swojej ceny.

A Wy jakie macie sposoby na podróżowanie z pociechami? Podzielcie się, bo ja już wiem, że to nie są nasze ostatnie wakacje z dzieciakami, a chętnie skorzystam z każdej porady.

wtorek, 31 maja 2016

Jak nie urok, to... czyli, gdy psuje się auto...

Jak pech to pech. Jak nie urok to sraczka, jak lubiła mawiać moja Mama. Jak się polepszy, to się popieprzy... To znowuż motto naszego ostatniego życia. Jak to mówią, zawsze coś. Ale żeby było jaśniej powiem wprost. Zepsuł nam się samochód. Szczęście w nieszczęściu już po powrocie z wakacji, z lotniska, już po imprezach rodzinnych, ale przed wyjazdem do dziadka na sobotnie byczenie się i chwalenie się zdjęciami. Szczęście, że zepsuł się u nas pod domem, na parkingu, gdy w garażu stał drugi, może nie do końca komfortowy, może już nie nowy, ale za to sprawny i w zasadzie gotowy do jazdy. Szczęście, szczęście, ale jednak nieszczęście. Samochód fajny, wygodny, ładny, rodzinny i wcale nie stary nagle siadł na tyłku i już nie chciał się podnieść. Cóż zdarza się najlepszym i coś trzeba z tym zrobić zanim postanowimy się gruntownie przyjrzeć naszej flocie jeżdżącej. Bo, że trzeba się przyjrzeć to raczej pewne. Takie sytuacje z dwójką dzieci na pokładzie nie mają prawa się zdarzać. Jako, że ten popsuty jest nowszy, większy i wygodniejszy, to pod młotek pewnie pójdzie ten starszy. Już nawet przeglądamy internety i ślinka nam cieknie na nowy, ale zanim podejmiemy decyzję o kupnie pewnie wiele wody upłynie i ten trzeba naprawić. Doświadczenie ostatnich dni pokazuje, że gdy dojeżdża się do pracy 50 km, że gdy ma się dzieci, gdy się ciągle przemieszcza, dwa samochody się przydają.

I tutaj zaczynają się schody. Naprawić, łatwo powiedzieć, ale co zrobić, gdy takie awarie zdarzają się w gorącym okresie, gdy nie można wyłożyć na raz pieniędzy na szybki zakup nowych, oryginalnych części... Znów pech... Trzeba poszukać zamienników, ale kto szukał, ten wie, że nie jest to wcale takie łatwe. No i wtedy można trafić na http://www.mamauto.pl/ . Jest to firma zajmująca się demontażem aut, a co za tym idzie handlująca również częściami do nich. Posiadają w ofercie tysiące części do prawie wszystkich modeli. Części sprawdzone, oryginalne, ale i zdecydowanie tańsze od serwisowych. A kto kiedyś naprawiał samochód, zwłaszcza coś nietypowego, wie, że nie jest to tanie hobby. Co prawda ten konkretny szrot mieści się w województwie kujawsko-pomorskim, ale przecież to nie problem w dobie internetu, sprzedaży wysyłkowej, maili czy telefonów. Wystarczy się skontaktować, a obsługa chętnie pomoże, dobierze, co nam potrzebne, doradzi. Jako, że w naszym samochodzie zepsuło się coś, co podobno z reguły się nie psuje, że dana część jest piekielnie droga, nie pozostaje nam nic innego, jak skontaktować się z http://www.mamauto.pl/ .


A, że miałam ostatnio wątpliwą przyjemność przemieszczania się naszym stary autem i miałam możliwość zaobserwowania wszystkich usterek i klekotań, o których Szanowny Małżonek oczywiście zawsze milczy, to całkiem możliwe, że przyda nam się i umiejętność danej firmy w demontażu samochodów. Mam wrażenie, że sprzedając go na części zarobimy więcej niż w całości... Taki żarcik oczywiście. To był nasz pierwszy, własny, już małżeński samochód, od nikogo nie pożyczany, nie dostawany więc nie oddam go tak bez walki. Najpierw go odpicuję, a dopiero potem może, może...

No nic, tak się chciałam troszkę pożalić, bo jednak, choć zawsze jakoś sobie ze wszystkim radzimy, to wkurzające są takie niespodzianki. A zepsuty samochód do rarytasów nie należy.