poniedziałek, 22 maja 2017

Im starsze dzieci tym łatwiej... czyli rozważania matki niewyspanej...

Dziś miałam plan się wyspać. Pospać rano w spokoju do tej 6.30 może nawet, jak dzieci się zlitują, to do 7... Plan był, ale z wykonaniem troszkę gorzej. Po piętnastu pobudkach raz do jednego, raz do drugiego, po godzinie 4 obudził mnie budzik Szanownego Małżonka, który wył, wył, wył (budzik, nie małżonek), a jemu wcale nie przeszkadzał. Zlitował się w końcu, wstał i sobie poszedł wyłączając na szczęście ryczącego potwora, a ja zostałam z nadzieją, że jeszcze usnę... Może to by było możliwe, gdyby właśnie w momencie przykładania głowy do poduszki kot nie postanowił zamaszyście zagrzebać w kuwecie... Raz, drugi, trzeci, dziesiąty... Myślę, wstanę, przegonię, dzieci mi pobudzi, a wtedy to już nici ze spania. 
Dobra, w końcu nastała cisza...
Tup... Tup... Tup... w stronę salonu... Tup... Tup... Tup... tym razem coraz bliżej. Wpuściłam, przytuliłam, leżymy... Swoją drogą teraz jeszcze bardziej zwracam uwagę na zabezpieczenia drzwi i okien (http://www.gerda.pl/), bo migracje i pomysły zaspanego brzdąca bywają zaskakujące...
Cisza...
"Mamooo, nie ma" - dobiega z drugiego pokoju... Wstałam, nakryłam, wróciłam do wyrka, a tam ani się wpasować. Jakoś próbuję, jakoś się układam...
No nic, w końcu skapitulowałam, z wyra wylazłam na dobre...
6.05
 

To tylko jedna taka noc i poranek. Czasem jeszcze do kompletu dochodzą okoliczni balangowicze, śmieciarze, sąsiedzi, dziecięce koszmary, choroby, chrapanie męża i wiele, wiele innych. Ogólnie rzecz ujmując, wyspać, to ja się nie wyspałam od bardzo, bardzo dawna. W sumie mogłabym chodzić wcześniej spać, ale jakoś nigdy mi nie wychodzi. Swoją drogą, sen matki jest tak czuły na dziecięce potrzeby, że nawet śpiąc w drugim końcu mieszkania, ja wiem, że jestem w stanie na czas zareagować. A z drugiej strony nie jest w stanie mi przeszkodzić we śnie rycząca nieopodal Agnieszka Chylińska (zawsze w maju mam zaszczyt wysłuchiwać wszystkich tych sław z racji sąsiedztwa z miasteczkiem akademickim i odbywających się w tym czasie wszystkich kulturalnych imprez) więc chyba to taki ewolucyjny cud. Na szczęście zazwyczaj w soboty więc dzieciaki zmęczone działką też nie reagują na dość głośne bity i wokale.

Nie, nie... Ja nie narzekam, ja przywykłam. Ale do czego zmierzam? Otóż, czas jakiś temu usłyszałam, że ja to mam lepiej, bo ja już mam starsze dzieci, że już się wysypiam, że dziadkom podrzucić mogę, na piwo pójść... 
No pewnie... 
Nie ma to jak podrzucić dziadkom dzieci, pójść na balety, a potem się wyspać do południa... Tylko po co? Jakbym oddała dzieci na noc dziadkom, to raczej bym się porządnie wyspała zamiast gdzieś łazić. Alkohol też raczej mi w większych ilościach nie w głowie, bo potem trzeba jakoś wrócić do normalności, a to z dwójką dzieci może być ciężkie, a co do wysypiania... patrzcie wyżej... zawsze coś...

Zastanawia mnie w tym momencie skąd u niektórych takie przekonanie, że rodzice starszych dzieci (2,5 i 4 lata - wow, niemal dorosłe) mają tak, nie powiem lepiej, bo zabrzmi, jakby rodzice mieli źle, ale łatwiej, sprawniej... Nie wiem, jak to nazwać. Może już przywykliśmy, ułożyliśmy sobie jakoś wszystko na nowo z nowymi lokatorami, może już nie pamiętamy, jak to było kiedyś i nie tęsknimy za tą "wolnością", ale nadal wstajemy w nocy, nadal wycieramy pupy, przebieramy tysiące razy, karmimy, nosimy, usypiamy. Fakt, wysyłamy dzieci do przedszkola, ale w tym czasie pracujemy, wcale ten czas nie jest naszym czasem wolnym. Owszem, ustaliliśmy jakieś pomoce z dziadkami, wypracowaliśmy sobie dyżury i "czasy wolne", ale też kiedyś byliśmy takimi świeżynkami, też byliśmy przerażeni i wydawało nam się, że taki niemowlak to tyle pracy i obowiązków, że kupa tak niesamowicie śmierdzi, a ulewanie to najgorsza rzecz pod słońcem... A potem przyszedł drugi niemowlak, a potem podrosły, zaczęły biegać, gadać, wiecznie czegoś chcieć... I zrobiło się tylko ciekawiej.

Ale czym ja się przejmuję... Jak to mówią, małe dzieci - mały kłopot, duże dzieci - duży kłopot... Więc jeszcze wszystko przed nami ;)

piątek, 12 maja 2017

Całe życie...

Siedzę sobie w pracy, patrzę na nieciekawe widoki za nie do końca czystym oknem, próbuję się jakoś umościć, żeby nie zdrętwiały mi nogi. Coraz lepiej idzie mi jazda samochodem, ogarniam nowe obowiązki, mam plany i ambicje. Za czas jakiś pozbieram swoje zabawki, rzucę wszystko i pojadę świętować piątek z moją dwuletnią córą i czteroletnim synkiem. Tak, dokładnie, już czteroletnim... W zasadzie, to biorąc pod uwagę mój staż na tym świecie, to mogłabym powiedzieć, że dopiero, ale dla mnie to już... Dla mnie te jego cztery lata to całe moje życie.


Zanim dotarłam do tej pracy musiałam wstać wcześnie, zebrać siebie, zebrać dzieci, przedyskutować z nimi pięćdziesiąt razy kwestię śniadania, ubioru, ewentualnych zabawek do przedszkola, planów na popołudnie. Musiałam odprowadzić, pożegnać się, dojechać, po drodze próbując przypomnieć sobie o ilu rzeczach zapomniałam, co mam dziś zrobić, co kupić w drodze powrotnej, na jakie wizyty i atrakcje poumawiać, za co popłacić, jakie okazje mamy w najbliższym czasie. W drodze powrotnej sytuacja wygląda podobnie. Układanie sobie w głowie jadłospisu, planów zajęć całej czwórki, rozmyślanie nad obowiązkami... Zresztą, co ja się będę dalej rozpisywała, każda mama wie, jak mniej więcej to wszystko się toczy. Od rana do wieczora trzeba sytuację kontrolować, planować, opanowywać i przy tym nie zwariować. Bo życie, odkąd pojawiają się dzieci, przyśpiesza niesamowicie, by zwalniać na te chwile, gdy jesteśmy tylko dla nich...

O ile obowiązki pracowe, zakupy, swoje sprawy, jesteśmy w stanie jakoś przełożyć, jakoś rozplanować inaczej, jakoś poprzesuwać, poupychać, o tyle dziecięcej bajki na dobranoc nawet nie chcemy usuwać z planu dnia. O ile swoje posiłki możemy modyfikować, możemy raz na jakiś czas podejść do nich trochę po macoszemu, o tyle w głowie nam się nie mieści, że mogłybyśmy zaniedbać tak wyżywienie naszego dziecka. To, że my w tym tygodniu/miesiącu/roku nie pójdziemy ze znajomymi na przysłowiowe piwo, nie obejrzymy filmu wieczorem czy nie wyszalejemy się na nartach... Cóż... Nic się nie stanie, ale dziecięca zabawa, kinder bale zaplanowane przez koleżanki z przedszkola, wycieczki do zoo i za miasto... To nigdy nie spada z wokandy i pod to planowana jest reszta naszego dorosłego dnia. W zasadzie nie ma co się oszukiwać, mamy swoje życie, swoje pasje, swoje plany i marzenia, ale wszystkie one kręcą się nieustannie wokół dzieci. Odkąd one są na świecie, wszystko teraz i za lat dwadzieścia jest i będzie w pierwszej kolejności im podporządkowane. Wiadomo, z czasem zapewne proporcje się zmienią (nie wiem tego na 100%, ale tak mniemam), ale teraz czas naszej pracy warunkują godziny otwarcia przedszkola i dziecięce choroby (tfu, tfu, odpukać, ostatnio jakoś się prześlizgujemy), czas wolny zależy od dziecięcej senności, pracy babci, dostępności opiekunki... Miejsca, dokąd się wybieramy, to miejsca, które mają podobać się dzieciom... Godziny, w których wycieczkujemy, to godziny skrupulatnie rozplanowane między drzemkami, posiłkami, zajęciami...

PS.
Czasem próbuję sobie przypomnieć czas przed dziećmi. Migocze gdzieś we wspomnieniach jak jakaś bajka, jak inne życie, jak film, który się kiedyś oglądało, ale jest tak nierealny, że aż ciężko sobie wyobrazić, że gdzieś tam byłam i żyłam... Bez dzieci... Osoba, którą byłam wydaje mi się tak obca, tak inna, tak nieznajoma... Fajnie się to wspomina, ale to już nie to samo... Moje życie jest tu i teraz i ma całe, wielkie, długie cztery lata ;)







sobota, 29 kwietnia 2017

Każdy ma jakiegoś bzika...

Powiem Wam w sekrecie, że ja chyba w niczym nie jestem tak jakoś ponad przeciętną dobra. Nic specjalnie nie zajęło mnie na tyle, żebym się w tym szkoliła, doskonaliła, osiągała sukcesy. Zawsze raczej byłam z tych przeciętnych, średnich, dobrze sobie radzących, ale nie wybitnych. Próbowałam swoich sił w tańcu, trochę w koszykówce, trochę jeździłam konno, nawet kiedyś chodziłam na chór, ale z braku motywacji i wsparcia wszystko umierało śmiercią naturalną. Nawet pływanie wyszło mi jakoś tak przypadkiem, bo pewnie gdyby nie koleżanka, która się zaparła, to do tej pory bym nie umiała. Jazda samochodem podobnie. Zdałam za pierwszym razem, wszyscy mnie chwalili (ba, nawet teraz mąż nie może się nadziwić, że ja tak po prostu wsiadam i jakoś jadę), ale co z tego... Jazdy raz na jakiś czas samochodem kolegi to było za mało i w końcu spoczęłam na laurach i nawet przestałam prosić i jak wiecie, do tej pory niemal nie jeździłam.

Nie jestem za nadgorliwym pchaniem dziecka na wszystkie aktywności, nie jestem za nadambitnym rodzicielstwem, za leczeniem swoich niedoskonałości sukcesami dziecka, ale jestem za pokazaniem mu alternatyw i możliwości. Jestem za wspieraniem w wyborach, za dopingowaniem w osiąganiu poszczególnych umiejętności i poziomów, za udostępnianiem pomocy merytorycznych czy naukowych. Wiadomo, że plan dziecka też nie jest z gumy, że dzieciństwo musi się wyszumieć i wyszaleć, że przymuszane do niczego nie dojdzie, a nawet jeśli, to jakim kosztem. Ale teraz wszystkie zajęcia mają godziny próbne, a jak nie mają, to zawsze można się dogadać. Zawsze można dziecku pokazać, zobaczyć czy mu się dana aktywność podoba, czy sprawia mu radość chodzenie na karate, tańce, angielski, śpiew czy wspinaczkę. Teraz jest taka gama sportów, zajęć dodatkowych, zabaw czy kółek zainteresowań, że na pewno nasza pociecha coś dla siebie wybierze. Tylko nasza w tym głowa, żeby coś jej zaproponować. Nie mówię od razu, żeby wychować małego olimpijczyka ( a nóż, widelec przypadkiem coś wyjdzie), mówię, żeby czymś je zainteresować.


Moje dzieciaki ukochały sobie basen. Nie tylko ukochały, ale robię w tym niesamowite postępy, a mi aż miło popatrzeć, jak Filip nurkuje i próbuje swoich sił w samodzielnym pływaniu, a ja biedna kaleczę nawet żabkę. Filip zakochał się w tańcach i z uporem szukamy mu jakiejś fajnej szkoły, która połączy zajęcia taneczne z dobrą zabawą. Niestety poprzednia szkoła okazała się oszustem, wyłudzaczem i naciągaczem, a my pozostaliśmy z zapłaconym czesnym (to pół biedy) i Fifim, który dalej od czasu do czasu pyta, kiedy pojedzie na balety. Oboje chodzą na piłkę, ale już teraz widzę, że jeśli któreś przy tym pozostanie, to raczej będzie Zosia. Dodatkowo, Fi w przedszkolu uczy się angielskiego, co ja osobiście uważam za podstawę i czego sama wielce żałuję, że nie dopilnowałam lepiej w swojej młodości. No i nasza Zośka ślicznie naśladuje wszystkie zasłyszane melodie. 

We wszystkich tych aktywnościach mam zamiar je wspierać i pomagać jak tylko mogę. Nie we wszystkim jestem kompetentna więc wyszukuję specjalistów. Dzieci mają frajdę i dobrze się bawię przy okazji czegoś się ucząc, a ja mam niesamowitą przyjemność z patrzenia na ich uśmiechnięte buzie. Chciałabym im jeszcze pokazać narty. Choć sama nie jeżdżę, uważam, że w tych czasach warto... Ba, może sama skorzystam i popróbuję, podobno na naukę nigdy nie jest za późno i może za czas jakiś wybierzemy się na wspólne szusowanie ( http://naferie.pl/ ). Ale jeśli im się nie spodoba, to trudno. Fifi już kategorycznie ogłosił, że na karate chodzić nie zamierza i ja to szanuję. Nie zmienia to faktu, że mogę go za czas jakiś zabrać na coś innego, może mu się spodoba. A mąż chce mu pokazać wspinaczkę. Już nawet były pierwsze przymiarki i było zaciekawienie, ale na razie ja jestem troszkę sceptyczna. Trochę się boję... Ale może przesadzam, jego kolega z przedszkola właśnie zaczyna chodzić na motocross...

Moim zdaniem to my, rodzice, jesteśmy od tego, żeby zaproponować coś dzieciom. Pokazać, zaprosić do działania, zapoznać z odpowiednimi ludźmi. A nasze dzieci są od tego, żeby sobie coś z tego wszystkiego wyłuskać, wybrać i kiedyś w tym się doskonalić lub tylko uprawiać hobbystycznie. Z czasem wiele nowych rzeczy podsunął im rówieśnicy, z czasem może być tak, że coś do tej pory ukochanego odejdzie w zapomnienie, bo ktoś pokaże im coś fajniejszego. Bywa i tak, ale na razie to nasza w tym głowa, żeby czymś je zająć. Bo przecież już taki mały szkrab coś lubi, coś go interesuje, lubi konkretne książeczki, rysuneczki, potem bajki, zabawki... Przyglądając się temu wszystkiemu można wysnuwać pewne wnioski. Nasz Fi uwielbia wszelkiego rodzaju elektronikę i dinozaury... Nie zakładam od razu, że zostanie informatykiem albo paleontologiem, ale skoro lubi, to czemu mu ich nie pokazywać, nie opowiadać o nich, nie zabierać na zajęcia związane z tym wszystkim. Zosia natomiast kocha księżniczki... Ma dwa lata więc na razie zainteresowanie zamyka się w książeczkach, bajkach i talerzykach...

PS.
Mój Tata zawsze mówił, że trzeba mieć jakieś hobby, trzeba się czymś interesować, jakoś spędzać wolny czas, bo inaczej człowiek z nudów dziwaczeje i ja się z nim zgadzam...

PS 2.
Jak niektórzy z was wiedzą, ja swój wolny czas spędzam na robótkach ręcznych... Robię na drutach, szydełkuję, czasem szyję... Cały czas się uczę, doskonalę, poprawiam... Może nie jest to coś spektakularnego, ale ja to lubię i daje mi to wiele satysfakcji... Nie byłoby tego wszystkiego, tych wszystkich serwetek, kocyków, poduszek czy maskotek, gdyby nie moja babcia, która x lat temu pokazała mi pierwsze oczko łańcuszka i, gdyby nie moja druga babcia, która dała mi pierwszy prosty wzór i, gdyby nie moja mama, która zawsze mnie wspierała i kupowała kolejne kordonki i włóczki...
Ale to tylko jedna z rzeczy, które lubię robić...

sobota, 15 kwietnia 2017

Inny sposób na jajka czyli tarta jajeczna...

Święta Wielkanocne to u nas jajka, jajka i jeszcze raz jajka. Ale ile można mieć pomysłów na jajka. Babcia zawsze dodaje jakieś śledziki, ciotki dokładają sałatki, a ja kombinuję z czymś innym. Najczęściej stawiam na coś niewymagającego, szybkiego w przygotowaniu i łatwego w transporcie i późniejszym podaniu. Wyprawa świąteczna z dwójką dzieci zawsze jest przygodą więc niechętna jestem na dokładanie sobie dodatkowych wrażeń. 
Ta konkretna tarta pojawiła się na naszym wielkanocnym stole dwa lata temu i w tym roku o niej sobie przypomniałam. A właściwie zostałam poproszona o zrobienie jej na śniadanie świąteczne. A jak ja będę robić, to co mi szkodzi się podzielić przepisem. Mam nadzieję, że komuś się przyda...

Potrzebne będą:
  • gotowe ciasto francuskie,
  • śmietana 30% lub 36% - 400 ml.
  • 6 jajek,
  • groszek konserwowy,
  • szczypiorek,
  • przyprawy do smaku (może być tylko sól i pieprz, a może być niemal wszystko, co sobie wymarzycie).

Gotowe ciasto francuskie wykładamy na formę do tarty, wywijamy rogi i zapiekamy chwilkę pilnując, żeby się za bardzo nie podniosło. Można nadziubać widelcem, można czymś przygnieść.
Wybełtać śmietanę z trzema surowymi jajkami i przyprawami do smaku, wylać na przypieczony spód.
Trzy jajka gotujemy, kroimy w plastry i układamy na całości. Dodajemy groszek i pokrojony szczypiorek. Pieczemy ok. 20 minut (do ładnego zrumienienia) w 190 stopniach.
Podajemy na ciepło lub na zimno ;)


Tak jak pisałam wcześniej. Tarta jest łatwa i szybka. Bez problemu zrobicie ją rano nawet na najwcześniejsze śniadanie świąteczne na świecie. A dodatkowo można je zabrać na wynos w formie, nie trzeba w nic przekładać, martwić się, że się zdeformuje albo rozleci.

No cóż, pozostaje mi tylko życzyć SMACZNEGO JAJKA!!!

środa, 12 kwietnia 2017

Krok po kroczku, nocka po nocce... czyli kiedy zostawić dzieci u dziadków...

Jeszcze w lecie, gdy koło nosa przechodziły mi wszystkie bardziej interesujące blogowe spotkania, zrobiłam sobie listę wydarzeń, na których bardzo, bardzo chcę być. Pozaznaczałam sobie zapisy, pododawałam strony i zapomniałam. Zapomniałam do czasu, gdy na Facebook'u pokazały się zapisy na Blogowigilię. Nie wierzyłam, że się uda, nie wyobrażałam sobie tego, nie wiedziałam, jak miałabym to zrobić. Sama do Warszawy nie pojadę, a z Szanownym ciężko, bo dzieci... Czasu było mało, trzeba było decydować i zadecydowaliśmy. Jedziemy, a dzieci pierwszy raz zostaną z babcią na noc. Jeszcze chwilę zajęło nam zastanowienie się czy u nas czy u nich, ale stanęło na wyjazdowym nocowaniu pod miastem.

Postanowić łatwo, zrobić, zwłaszcza matce, bardzo ciężko. Nie mogłam spać, nie mogłam o niczym innym myśleć, obwiniałam się, że dla paru chwil zabawy, narażę dzieci na niedogodności. Bo przecież Fifi, może i zaśnie w końcu z babcią, ale przecież w nocy chodzi, szuka mamy, włazi nam do łóżka... A Zosia? Zosia potrzebuje układania, przekładania, całowania, przykrywania. Pięćset razy woła z łóżeczka zanim w końcu umości się jak należy i zaśnie. No i rano nie toleruje nikogo innego, kto mógłby ją wyjąć z łóżeczka. Do tej pory woła mamę, aż ja nie przyjdę. Mocno przeżywała, planowałam, pakowałam, wszystkie wytyczne przekazywałam. Omal się nie popłakałam, jak wychodziłam z domu.


Impreza jak impreza. Było fajnie, nie myślałam za wiele, miałam sygnały, że jest dobrze i nie miałam sygnałów, że jest źle. Gdy wyszłam, wsiadłam do samochodu, pędziłam jak na skrzydłach do Lublina. Znany wjazd do miasta, znane ulice, ostatni skręt, nasz blok w oddali i nagłe bach... Ale dokąd ja tak pędzę... Przecież dzieci na nas nie czekają, przecież tam jest pusty pokój, pościelone łóżka, zgaszone lampki...

Pierwszy raz kładłam się spać gdy dzieci nie było w domu i pierwszy raz się budziłam bez nich. I było mi ciężko... Ta pustka, cisza, spokój, do którego tak często tęsknię, teraz mnie przytłoczyły. Wiedziałam, że gdzieś tam one już powstawały, może płakały, może nie chciały jeść śniadania, może były smutne... Odpędzałam od siebie wszystkie te myśli, ale łatwo nie było. Nie pozostało nam nic innego, jak ruszyć się z miejsca i pojechać do dzieci... Tak też zrobiliśmy.

A tam... Nic złego się nie stało... Co prawda we wzroku Zosi dojrzałam tą niepewność, którą widziałam raz u Filipa, gdy wróciłam po tygodniu ze szpitala po porodzie... Ale to był ułamek sekundy, a potem wszystko przebiegło tak, jakbyśmy właśnie wrócili z szybkich zakupów. Były bardziej przylepne, bardziej przytulne, łatwiej dało się je wieczorem zebrać do domu, spokojniej wysłuchały bajki, Fifi opowiedział nie za wiele, było fajnie i tyle... Wszystko wróciło do normy, choć, gdy tydzień później wyjęłam te same piżamki, z którymi byli u dziadków, to usłyszałam, że nie, to są piżamki do nocowania z babcią... Potem i o piżamkach zapomnieli...

Oczywiście nie byłabym sobą, gdybym nie wypytała. Jak to z moją Zosią, która potrzebuje niemal nabożnych rytuałów, żeby raczyła zasnąć? Jak z włóczącym się po nocach Filipem? Jak z pobudką i śniadaniem? Otóż, wszystko przebiegło bez problemów (o ile można wierzyć teściowej, ale załóżmy, że można). Zosia zasnęła bez fanaberii, Filip upomniał wszystkich, że za głośno gra telewizor, sam poszedł do toalety i też udał się spać. Spały, nie marudziły, wstały, mamy nie wołały (przynajmniej histerycznie), śniadanie zjadły i w końcu na rodziców się doczekały.

A morał z tej historii jest taki.
Przyszedł ten czas, gdy uznaliśmy, że dzieci, bo o nas możemy jeszcze dyskutować, są gotowe na takie wyzwanie. Że w wyjątkowych okolicznościach, gdy będzie się działo coś, na czym nam będzie zależało (wesela, sylwestry, planowane weekendy), będziemy je mogli zostawić i odnajdą się tam znakomicie... Przyszedł ten czas, gdy zaufałam na tyle teściom, że powierzyłam im na całą noc moje największe skarby wierząc, że będą na nie chuchać i dmuchać... Przyszedł ten czas, gdy uznałam, że mimo wszystko będę w stanie dobrze się bawić wiedząc, że dzieciom nie dzieje się krzywda... Może troszkę tęsknią (mam nadzieję, że tęsknią), ale nie są nieszczęśliwe.
Dojrzeliśmy... Na spokojnie, bez przymusu, z własnej, nieprzymuszonej woli, swoim tempem...

I...

I może mogłam pojechać sama, busem (http://piatkabus.pl/)... Może mogłam zrezygnować całkiem z zabawy... Może mogliśmy je wziąć ze sobą i zostawić z tatą w hotelu... Wszystko może, ale jak długo jeszcze, ile jeszcze miesięcy czy lat mieliśmy ze wszystkiego rezygnować... Już za miesiąc z kawałkiem szykuje nam się większa impreza w Poznaniu... Mamy zaproszenie we dwoje... Chcemy jechać... Boimy się już, jak to będzie i na pewno będziemy przeżywać, ale gdyby nie tamta jedna grudniowa noc pewnie wcale nie byłoby mowy o takiej eskapadzie... A tak, zarezerwowałam hotel, mąż porozmawiał z rodzicami i powolutku nastawiamy się psychicznie do tego weekendu. Ba, planujemy sobie nie wiadomo co, a pewnie i tak będziemy grzeczni jak nigdy, bo będziemy się martwić, ale to nic... Tymi malutkimi kroczkami rozwiązujemy kolejne supełki na pępowinie. Bo przecież marzy nam się już ten czas, gdy dzieci pierwszy raz wyjadą na samodzielne kolonie, a my będziemy mieli wolną chatę... A do tego nigdy nie dojdzie, jak wiecznie będziemy się tak kurczowo siebie trzymać.

A jakie są wasze doświadczenia w tym temacie...? Jak myślicie, szybko się zdecydowaliśmy na nocowanie dzieci u dziadków czy raczej jesteśmy strasznymi lebiegami i panikarzami? Przed urodzeniem dzieci wydawało mi się to takie oczywiste i proste, a teraz nie jest tak hop do przodu. Ech, gdyby to wszystko przychodziło bez trudu byłoby zdecydowanie łatwiej.

poniedziałek, 10 kwietnia 2017

Bakłażan a'la Grecja czyli jak się nie ma co się lubi...

Mój mąż uwielbia kuchnię grecką... Ja się dopiero nieśmiało przekonuję i na wakacjach próbuję coraz to nowych smakołyków, żeby z czasem stwierdzić, że bez nich obejść się nie potrafię. Z tego też powodu w domu od czasu do czasu coś eksperymentuję z typowo greckimi i śródziemnomorskimi składnikami miksując je z naszymi smakami, żeby stworzyć coś, co spodoba się naszej dwójce... Dzieci niestety na razie nie doceniają takich specjałów i trzeba im wymyślać coś innego.

Dziś mój śmieciowy bakłażan czyli taki, który zapałętał się gdzieś w kuchni i aż się prosił o przyszykowanie, a ja wrzuciłam w niego wszystko, co znalazłam w lodówce. A więc...

  • 1 bakłażan (po połowie na osobę),
  • pół dużej cebuli lub jedna mniejsza,
  • 6 - 7 średnich  pieczarek,
  • ok. 150 g. mielonego mięsa z indyka,
  • pomidor większy,
  • przyprawy do smaku (czosnek granulowany, sól, pieprz, tymianek, może być mieszanka ziół greckich, bazylia czy przyprawa gyros),
  • mozzarella.
Bakłażan przekrawamy na pół, wydrążamy środek. Połówki delikatnie posypujemy solą i odstawiamy, wnętrze kroimy w kostkę.
Cebulkę, pieczarki i pomidora obieramy i kroimy w kostkę. Cebulkę w mniejszą, pieczarki i pomidora w większą.
Na patelni rozgrzewamy niewielką ilość oliwy lub oleju. Szklimy cebulkę, dodajemy pieczarki, czekamy aż się ładnie obsmażą i zmiękną, dodajemy mięso i mieszamy, żeby się nie zbryliło. Na koniec dodajemy pomidory i przyprawiamy do smaku. Smażymy do uzyskania odpowiedniej konsystencji - odpowiedniej do przełożenia jej do wydrążonych bakłażanów.
Piekarnik rozgrzewamy do 190 stopni i wkładamy nafaszerowane bakłażany. Pieczemy ok. 20-30 minut, wyjmujemy, posypujemy mozzarellą i wstawiamy do piekarnika jeszcze na 10 minut.
Wyjmujemy i jemy.


Świetny jako składnik obiadu, ale znakomicie sprawdzi się na kolację jako samodzielne danie...Goście będą zachwyceni... A dodatkowo, powiem Wam w sekrecie, jest to niesamowicie dietetyczne danie więc w sam raz nada się dla wszystkich, którzy dbają o sylwetkę lub próbują zrzucić odrobinę ciałka przed latem...

Smacznego!!!


piątek, 31 marca 2017

Ferie w Zalesiu czyli miejsce na każdy czas i na każdą pogodę...

Za oknem powoli i nieśmiało pojawia się wiosna... Wychodzimy na spacery, wyszukujemy w internecie imprez w okolicy, coraz bardziej korcą nas oferty dalsze, powoli myślimy, co w tym roku chcemy zobaczyć, dokąd się udać, jak rozplanować czas i oczywiście budżet. W naszym wypadku wiele zależy od postępów w załatwianiu spraw wszelakich, ale nie zmienia to faktu, że pomysł mamy jeden, z którego tak łatwo nie zrezygnujemy.

Otóż jest na świecie takie miejsce, które poznaliśmy ponad rok temu, zupełnie przypadkiem, zupełnie niespodziewanie i tak samo przypadkiem i zupełnie znienacka w miejscu się zakochaliśmy. Ale, że miłość i zauroczenie bywają ślepe, w tym roku postanowiliśmy zweryfikować nasze afekty i pojechaliśmy tam na ferie. Środek zimy, dzieci nielubiące zimna, wypoczynek w większości w zamknięciu hotelu... I nie zawiedliśmy się, i nie żałowaliśmy, i potwierdziły się nasze odczucia sprzed roku, że jest to miejsce idealne dla każdego, kto ma dzieci, kto ceni sobie rodzinny wypoczynek, kto chce odpocząć nie zaprzątając sobie myśli niepotrzebnymi sprawami. Tak bardzo się potwierdziły, że nie jestem sobie w stanie wyobrazić innego miejsca na nasz krajowy wywczas wakacyjny w tym roku. Ba, nie tylko ja nie mogę sobie tego wyobrazić, dzieciaki też od samego powrotu z ferii pytają, kiedy znów pojedziemy na "palazury". Filip każe sobie pokazywać codziennie pokój, w którym będzie spał i opowiada co będzie robił, podkreślając, że wtedy już na pewno będzie ciepło i będzie mógł się pobawić na placu zabaw.


Tym miejscem jest oczywiście Zalesie Mazury Active Spa położone około 15 kilometrów od Olsztyna nad samym jeziorem Orzyc Wielki. Z uroków tego ostatniego nie było nam jeszcze dane w pełni skorzystać, ale mieliśmy możliwość podziwiać widoki  nawet z okien pokoju, ponieważ poprzednio nasz balkon wychodził wprost na prywatną plażę hotelu. Mieliśmy za to okazję skorzystać z wielu innych atrakcji, które ośrodek oferuje. Oczywiście w szczególności dla dzieci, ale i dla staruszków coś się znajdzie.


Już na wejściu wita nas miła obsługa, piękny hol, króliczki i drobne upominki dla dzieciaków (z którymi do tej pory nie mogą się rozstać). Sam hotel jest ślicznie, przytulnie urządzony. Połączone ze sobą budynki tworzą niepowtarzalny klimat. Pokoje są duże, fajnie skomponowane, łazienki przestronne. Nawet nasza rozbrykana czteroosobowa rodzina czuła się w nich świetnie. Do dyspozycji gości jest wszystko czego dusza zapragnie. Wszelkie udogodnienia dla dzieci, mnóstwo książek do czytania i oglądania, gry zabawy. Wszystko to można wypożyczyć do pokoju i miło spędzać czas pomiędzy innymi atrakcjami.


A co do innych atrakcji, to największą i niezaprzeczalną jest oczywiście wielka sala zabaw i panujący tam animatorzy. A nasze dzieci z miesiąca na miesiąc coraz bardziej doceniają urządzane przez nich animacje, a w te ferie nawet na chwilkę zostały pod opieką sympatycznego pana Leszka i mam nadzieję, że nie przysporzyły mu zbyt wiele kłopotu. A my, w tym czasie poszliśmy sobie na siłownie. A co? Starym też się coś należy, a po coś ona tam jest tak fajnie wyposażona i tak miło, kameralnie położona. 
Swoją drogą, na tej sali zabaw coś dla siebie znajdą dzieciaki w każdym wieku. Jest mini przedszkole z basenem z kulkami, kuchenkami, lalkami, klocuszkami dla najmłodszych. Jest małpi gaj i mnóstwo miejsca dla tych troszeczkę większych. I są konsole, gry, zabawy dla tych jeszcze starszych. Wszystko oczywiście uzupełnione pomysłami animatorów, którzy do swoich zabaw wciągają także rodziców. A program animacyjny jest tak zaplanowany, że nie sposób się nudzić.


Niewątpliwą atrakcją dla wszystkich jest też basen. Moje dzieciaki mogłyby tam siedzieć cały dzień. Pluskają się, zjeżdżają i jeszcze raz pluskają, a w tym czasie rodzice (w naszym wypadku jeden rodzic, bo drugi jest konieczny do pilnowania) mogą popływać, zrelaksować się w strefie SPA czy wziąć udział w aqua aerobiku.


Gdy już w końcu uda się wyciągnąć małe pluskacze na spacer po okolicy, to już na samym początku trafiamy do mini zoo. Koniki, osiołki,inne zwierzaczki. Są fajnym uzupełnieniem tej przepięknej okolicy. My nie mieliśmy jeszcze okazji pospacerować za wiele, udało nam się wybrać na kulig, z którego wracaliśmy pieszo przez las i była to zdecydowanie najlepsza decyzja, bo widoki i klimat okolicy są niepowtarzalne. Mam nadzieję, że uda nam się to nadrobić w cieplejsze dni.


Tak jak wcześniej pisałam, dla rodziców też się znajdzie coś miłego. Mamy basen, mamy SPA ze strefą relaksu, mamy siłownię, zajęcia z trenerami, spacery z kijkami, wspólne zabawy z pociechami. A jak się zmęczymy możemy usiąść, zamówić sobie kawkę, herbatkę, ciastko, lody lub coś mocniejszego, jak ktoś woli. Oczywiście jest możliwość zostawienie szkrabów pod opieką animatorów.


No i na koniec coś, co zgubi w tym miejscu każdego. Nieziemska kuchnia, ogromny wybór potraw, a każda lepsza od drugiej, można jeść, jeść i jeść... O ile dzieci nam na to pozwolą. Sama restauracja już nastraja pozytywnie. Bardzo domowo, przytulnie urządzona, z zastawą dla dzieci, specjalnym menu, kolorowa i zachęcająca. A potem jest już tylko lepiej i lepiej. Nie ma możliwości, żeby z Zalesia wrócić bez kilku dodatkowych kilogramów. No, nie da się, bo to byłby grzech. Szkoda tylko, że moje dzieci nie potrafią choć na chwilkę usiąść na tyłkach i nie dają podelektować się posiłkami tak, jakbyśmy mieli na to ochotę. Ale mam nadzieję, że kiedyś nadejdzie ten czas, że i one docenią pyszności serwowane w Zalesiu.


Cóż ja mogę więcej dodać. My w miejscu się zakochaliśmy, nie wyobrażamy sobie możliwości, że mielibyśmy tam już więcej nie pojechać, czujemy się tam niemal jak w domu, a może i lepiej, bo nie musimy się przejmować niczym oprócz dzieci. A gdy się trafi na ferie lub wakacje, to nawet można stamtąd się nie ruszać. Plan animacyjny i żywieniowy jest tak wypełniony, że nie zmieści się żadna atrakcja z zewnątrz i nie prześliźnie się żadna dodatkowa przekąska, bo po prostu się jej już nie upchnie do brzuszka (w ferie mieliśmy 6 posiłków (słownie:sześć!!!) dziennie). No i atmosfera, uśmiech pań i panów z obsługi, podejście do dzieci, wyrozumiałość w chwilach cięższych (wiecie co mam na myśli). Wyjeżdżając już pytaliśmy o terminy wakacyjne, bo same nóżki przebierają by być tam znowu. A jak ktoś mi nie wierzy, niech sam się wybierze... ;)


Na zdjęciach oczywiście Zalesie w środku zimy, ale jesteśmy sobie w stanie wyobrazić, jak pięknie jest tam latem. Nie możemy się już doczekać i mamy nadzieję, że nic naszych planów nie pokrzyżuje. A jak zaczynacie już planować wakacyjny wypoczynek, zastanówcie się nad tym miejscem. Z ręką na sercu mówię, że naprawdę warto!!!