środa, 30 listopada 2016

Dekoracja wnętrz... czy warto korzystać z pomocy profesjonalisty?

Chyba niewiele jest osób na świecie, którym nie zależy, żeby ładnie mieszkać, żeby ich miejsce na ziemi było przytulne, dostosowane do jego potrzeb, spełniające większość jego wymagań. Ja osobiście znam jedną osobę, której jest to obojętne, ale zdecydowana większość urządza, remontuje, dekoruje swoje mieszkania, domy czy biura według swojego gustu i według swoich standardów. Dobrze, jeśli takie wnętrze jest jednocześnie ładnie, jak i funkcjonalne i praktyczne. Pytanie tylko, jak to pogodzić.

Ja, chodząc po marketach budowlano-wykończeniowo-wnętrzarskich oglądam wiele aranżacji, przeglądam gazetki i internety. Wiele rzeczy mi się podoba w zestawieniu, wiele pomysłów chciałabym przenieść do swojego domu czy biura. Patrzę, podziwiam, a jak przychodzi co do czego, to mam problem, jak to wkomponować w swoje wnętrze. Jeśli chodzi o mieszkanie, to takiego kłopotu raczej nie mam, bo, żeby coś pozmieniać musiałabym zaorać wszystko i dopiero działać. Na to sobie pozwolić nie możemy więc łatamy co się da swoimi siłami i niewielkimi nakładami środków, zmieniając tylko niewielkie fragmenty naszej rzeczywistości. Schody zaczęły się ostatnio, gdy w pracy, całkowicie zrównana z ziemią łazienka, wymagała jakiegoś pomysłu na siebie. Coś tam postanowiliśmy, ale szczerze powiem, dalej nie wiem, jaki będzie efekt końcowy. Ale to praca. Chciałabym, żeby tam było ładnie, ale nie inwestując w to całego majątku. Mogę sobie pozwolić na jakieś niedociągnięcia czy dysonanse. A co z domem?

No właśnie, dom. Miejsce, które większość z nas urządza od początku do końca. Zapełnia je według swojego pomysłu, dokłada meble, dodatki, oświetlenie. Każde pomieszczenie, to kolejny zawrót głowy, kolejne decyzje, miliony koncepcji, aranżacji. Na co się zdecydować, jak to ogarnąć, żeby było dobrze, żeby wszystko pasowało do siebie nawzajem, żeby było tak, jak być powinno. Jeśli ktoś nie ma dobrze rozbudowanej wyobraźni przestrzennej, to bywa z tym ciężko. Nawet jedna, nie do końca dobrze dobrana rzecz, może wprowadzić niemały rozdźwięk. Ja, mimo tego, że jako taką wizję wszystkiego mam, chyba przy ogólnym koncepcie zasięgnę rady kogoś mądrzejszego. Mam to szczęście, że znajomych zajmujących się tą branżą kilku posiadam, nie będę musiała daleko szukać, mam nadzieję, że pomogą, wiem, że znają się na swojej robocie i mają pomysły lepsze od moich, ale moja wrodzona ciekawość kazała się też przyjrzeć tematyce szerzej.


Firm i firemek na rynku jest mnóstwo. Od takich mocno nadętych, z cenami niemal z kosmosu i pomysłami dla Carringronów po małe, niejednokrotnie jednoosobowe, które chętnie pomogą lub poradzą takiemu komuś, kto potrzebuje niedrogiej porady. Od takich, co to zajmują się całymi willami czy apartamentami po takie, które doradzą na jakiej wysokości powiesić półki, żeby było ładnie. Od takich, które wezmą od nas klucze i, gdy jak wrócimy, zastaniemy dom gotowy do zamieszkania po takie, które wytłumaczą co jak zrobić i przejrzą z nami katalogi marketów wnętrzarskich doradzając co kupić. Można szaleć według własnych możliwości. 

Jedną z takich pośrednich firm jest http://ardeko24.pl/. Firma specjalizuje się w dekoracji wnętrz. Doradza, konsultuje z klientem, podsuwa pomysły. Ze swojej strony oferuje również bogaty wachlarz produktów dopasowanych do konkretnego stylu  oraz elementy wystroju tworzone na zamówienie. Towarzyszy urządzającemu na wszystkich etapach pracy nad wnętrzem, nadzoruje, pomaga, by na koniec nasz dom lub mieszkanie spełniało wszystkie nasze wymagania i cieszyło oko jeszcze przez bardzo długi czas. Taki dobry kolega z doświadczeniem jeśli ktoś nie ma tyle szczęścia co ja i nie ma gdzieś blisko kogoś, kto popatrzy i komu zaświeci się żaróweczka z pomysłami, co by można było z naszym wnętrzem jeszcze uczynić.

No cóż, podsumowując. Dobrze, przy tak ważnym etapie tworzenia własnego gniazdka, mieć kogoś, kto jeszcze spojrzy z boku, oceni bardziej krytycznym wzrokiem, doradzi, gdy nam zabraknie pomysłu, a może podsunie coś fajnego i praktycznego. Nawet, gdy sami mamy zmysł dekoratorski, to ktoś "obcy" może spojrzeć na całość z innej perspektywy, może dostrzec coś czego sami nie widzimy, coś ująć, coś dodać. Ja mam nadzieję, że kogoś takiego znajdę, gdy przyjdzie ten czas, ale gdyby nie, to rynek jest pełen ofert i warto się im przyjrzeć. Naprawdę, jak lepiej poszukamy, przeanalizujemy, to wcale nie wychodzi, że jest to luksus tylko dla najbogatszych i sprawa, na którą nie można sobie pozwolić. A niejednokrotnie, ktoś z większym doświadczeniem znajdzie dla nas rozwiązanie, które jeszcze pozwoli nam zaoszczędzić. Nie tylko pieniądze, ale i czas i miejsce.

poniedziałek, 28 listopada 2016

Szkło czyli nie lada wyzwanie - Dziecko na Warsztat.

Listopad nas nie rozpieszczał... I nastrojowo i chorobowo dał nam się nieźle w kość. Ale powiedziało się A, trzeba powiedzieć B i wziąć byka za rogi. Szkło stało nam kością w gardle, pomysłów było może i sporo, ale wiek i roztrzepanie moich dzieci skutecznie eliminowało kolejne z nich z realizacji. Chodziły nam po głowie szklane kulki, wycieczka do fabryki bombek, zdobienie butelek... Niestety, jakoś w głowie to tylko pozostało. Może kiedyś uda się i za takie aktywności zabrać... Może już ze starszymi dzieciakami. Ale nie pozostawimy Was z niczym na te listopadowe i grudniowe popołudnia i zasypane weekendy. 

***
Czasem ciężko jest opanować warsztaty z dwójką dzieciaków więc w tym miesiącu postanowiłam skorzystać z tego, że Szanowny zabiera je pojedynczo na basen i urządzić im twórczość trochę bardziej zbliżoną do ich indywidualnych możliwości. Na pierwszy ogień poszła Zosia i jej list do Mikołaja pisany na szkle. Poszłam po najmniejszej linii oporu i wykorzystałam gotowe, dostępne w sklepach rozwiązania.
  • ramka na zdjęcia (ja wykorzystałam taką, którą miałam w domu, kupioną kiedyś na zapas w Pepco),
  • mazaki do rysowania na szkle


Większości dzieci lubi rysować, malować, tworzyć... Jeśli dodamy do tego, że robi to razem z mamą, to frajda jest podwójna. Zosia z takim zaangażowaniem dobierała kolory, podawała mi te, którymi miałam malować ja, sama też mazała z zacięciem. Godzinka nieobecności brata upłynęła tak szybko, że nawet się nie spostrzegłyśmy. Żal tylko, że miałyśmy jedną rameczkę, bo Zofia tak się rozpędziła, że spokojnie stworzyłybyśmy list do Mikołaja i stojące laurki dla dziadków na meblościankę ;)


Zabawa zabawą, ale naukę jakąś z tego wyciągnąć trzeba. Poza twórczym rozwojem oczywiście ;) Po wszystkim Zosia z nie mniejszym zapałem zabrała się za sprzątanie po sobie. Och, ona nas kiedyś wszystkich porozstawia po kątach... Bo przecież porządek musi być. Cóż, że czasem taki zosiowy, ale zawsze...


A oto nasze, a raczej Zosi dzieło w całości... Myślę, że niejeden dziadek ucieszyłby się z takiego prezentu. Można dodać w kąciku jakieś zdjęcie autora i mamy podarunek jak znalazł.


 ***
Na dzień następny to Zosia basenowała, a warsztatował Filip. Plan był taki, że będziemy robić witraże. Zaopatrzyłam nas w specjalny zestaw, farbki, folijki, szablony do odrysowania i mnóstwo dobrych chęci. No i niestety trochę polegliśmy. Może, gdybyśmy mieli więcej cierpliwości... Średnio szło mi, starej babie po szkole plastycznej, a co mówić dziecku 3,5-letniemu. Efekty możecie zobaczyć niżej...

Pozostał nam po tej próbie taki oto koślawy żółw. Może kiedyś go dokończymy, może ja sama spróbuję, co to z tego wyjdzie, na razie w tej kwestii skapitulowaliśmy, ale nie do końca. W sklepach już się zaczął szał świąteczny, różne ozdóbki DIY święcą triumfy więc i ja znalazłam coś dla nas. Sam w sobie zestaw nie zawiera szkła, ale przeznaczony jest do powieszenia w oknie więc myślę, że mieścimy się w temacie. Miał być witraż, będzie witraż.


Zestaw bardzo fajny. Jest ich kilka wzorów do wyboru. Ja go kupiłam w jednym z marketów, ale widziałam i w innych sklepach. Farbki akurat na jedno użycie, potem można wyrzucić, a nawet trzeba, bo przysychają, więc odchodzi wieczny problem ze słoiczkami niedobitków. Jedno co radzę od siebie, to zaopatrzyć się w więcej pędzelków w różnych wielkościach.

Szczerze powiem, że nie wierzyłam w swojego synka. Myślałam, że raczej będzie smarował farbą jak popadnie, pomiesza kolory lub coś takiego. Może znudzi się od razu, może będzie chciał rozsmarowywać po stole wszystko chusteczkami. Nic z tych rzeczy. Malowaliśmy w skupieniu, razem ustalaliśmy kolory, wielkość pędzli, kolejność. Ja mniejsze fragmenty, Fi większe. Precyzyjnie i starannie. 


Efekt przeszedł nasze najśmielsze oczekiwania. Nawet Zosia po powrocie z basenu wykrzyknęła gromkie "WOW". Nie zdążyłam jeszcze powiesić ozdoby w oknie, ale zaświadczam, że pod światło wygląda o wiele, wiele efektowniej niż na białej powierzchni. A ja już dokupiłam kolejne. Będziemy działać dalej...

 
***
Ale żeby nie było, że ja tak teraz rozdzielam dzieciaki, zrobiliśmy też coś razem. A mianowicie wykorzystaliśmy nasze mazaki do malowania po oknach i... , jak pewnie ciężko Wam się domyślić..., pomalowaliśmy okno... Filip jak zwykle orzekł, że to list do Mikołaja i po wstępnych mazach kazał mi dorysowywać właśnie domki mikołajowe, sanie i inne stwory, a on z własnej strony dołożył dwie zjeżdżalnie... Zosia też nie pozostała obojętna. Chętnie przyłożyła małe łapki do ozdabiania naszej szyby balkonowej. 


Teraz pytanie czy to się zmyje. Producent zapewnia, że tak... Ale jak na razie nam się podoba więc pewnie jeszcze u nas pogości. Do tego dzieci są strasznie dumne ze swojej pracy i już zapowiadają takie przystrojenie reszty okien a w perspektywie nawet ścian ;)


A oto nasze dzieło w pełnej okazałości wraz z zadowolonymi z siebie autorami.


Mam nadzieję, że nasze pomysły na wykorzystanie powierzchni szklanych Wam się podobają. Ja niestety z tego miejsca muszę się pożalić, że tym razem nasz Szanowny Tatuś odpadł z warsztatowania, a tak obiecywał pomoc i zaangażowanie, ale nic, następnym razem bardziej go przyciśniemy.  A na razie Filip na tym korzysta i szkoli się w fotografii. Podpatrzył, że ja robię mu zdjęcia, jak maluje, klei, rysuje, to i on mnie fotografuje. I powiem Wam, że coraz lepiej mu to wychodzi... 
Oto jedno z jego zdjęć...


Nieco niewyraźne, ale czyni postępy. Biorąc pod uwagę, że na imieniny dostał swój własny aparat dla dzieci, to wróżę mu szybki rozwój w tym kierunku. Choć nadal woli mi podprowadzić komórkę i nią fotografować wszystko wkoło.

DZIECKO NA WARSZTAT Dziecko na warsztat Namaluj mi Latorośle Borsuczkowo Schwytane chwile I&K w domowym zaciszu Jake, jeże nici i inne takie Animart - animacje z twojej bajki Tymoszko Dzwoneczkowa Karolowa mama Co robi Robcio Dzika Jabłoń Gugusiowo Cały świat Karli Elena po polsku Sopelkowo Igranie z Tosią Świat Tomskiego Ina i Sewa On ona i dzieciaki Czytoczary Kreatywnie z dzieciakami Kreatywna dżungla Mama Aga sztuka i dzieciaki Więc bawmy się My home and heart Myshowelove Słowo mamy Kusiatka Zakręcony Belfer Kreatywna mama Kreatywnym Okiem Pomysłowe Smyki Kreatywnie w domu Kinderki Worldschool Explorers Nasza szkoła domowa Jej cały świat Nasza przygoda DIY

piątek, 25 listopada 2016

Człowiek człowiekowi... czyli chamstwa nie zniese...

Jak jedna, w sumie mała rzecz, potrafi zepsuć humor na sporą część dnia...
Przedwczoraj, gdzieś tak koło 11, zadzwonił kurier, że ma paczkę... Zostawi w kiosku, już tak zostawiał, ale pyta, żeby nie było... Ok... Po jakimś czasie dostaję smsa, że zostawił jednak u fryzjerek w bloku obok... Myślę, ok, znam, mąż tam lata... Nic specjalnego, ale tanio i chłopa jakoś ostrzygą, nie będzie problemu... 
Wczoraj, koło 10 wychodzimy z domu... Po drodze zajdziemy po paczkę... Humory nam dopisują, trzeba się jakoś nastawić na cały, zaganiany dzień... Wchodzimy... Pani fryzjerka mi wcześniej nie znana... Szanowny miło przedstawia sprawę, że kurier, paczka, wczoraj...
"I co z tego?" - to pani fryzjerka tonem, który zbił mnie z tropu...
"No" - duka Szanowny, bo jego chyba też zaskoczyła - "Czy moglibyśmy ją odebrać?"
"A dlaczego on tutaj zostawia? Nas się szefowa czepia... To nie są moje obowiązki... Ja nie muszę jej wam oddawać..."
Ton pani jest daleki od uprzejmego, jest raczej opryskliwy i chamski, co bardzo nieładnie się prezentuje w komplecie z jej bardzo ładną, umalowaną buzią... Mąż próbuje się tłumaczyć, że przecież my nie mieliśmy na to wpływu, że jeśli to taki problem, to przecież mogła odmówić, przyjechałby kiedy indziej lub zostawił u kogoś innego. Do mnie też nie raz kurier dzwonił z prośbą czy wezmę paczkę dla któregoś z sąsiadów, którego nie znam i grzecznie odmawiałam. Nie ma problemu. Pani ani drgnie i nadal toczy pianę z ust z miną wściekłego psa. A na fotelu przed nią siedzi właśnie strzyżony klient, który już sam nie wie czy ma się śmiać, czy wstać i wyjść.

"Ale dlaczego pani ma do nas pretensje...?" - próbuję zacząć grzecznie...
"Czy ja coś do pani mówię? Ja nie z panią rozmawiam? Niech się pani nie odzywa" - powiem Wam szczerze, że po tych słowach zdębiałam. 
Niby nic, zwykła nieuprzejmość, ale gdy na człowieka spada taki cios znikąd, to nie bardzo wie jak zareagować. Pani w końcu niemal rzuciła w męża tą nieszczęsną paczką, mi autentycznie łzy w oczach stanęły. Wyszłam roztrzęsiona. Humor i nastawienie poszło się paść. Nie wiem, może ja jestem jakaś inna, może się mylę, ale uprzejmość w zawodzie fryzjerki jest dość podstawową cechą. Mało tego, ona jest wizytówką salonu, jest w pracy i nawet, gdybym weszła z ulicy zapytać o jakąkolwiek rzecz, to jestem potencjalnym klientem i odrobina kultury osobistej obowiązuje. Druga sprawa, że regularnym klientem jest, a raczej był mój mąż i od czasu do czasu teść. Od tej pory mają o tych dwóch klientów mniej. Dodam do tego to, że na fotelu, przez cały czas trwania tej żenującej sceny, siedział strzyżony pan, od którego się oderwała, żeby prawić nam swoje chamskie tyrady.

PS.
Zadzwonił kurier... Nie było nas w domu... Powiedziałam mu, żeby oddał paczkę do punktu, sama sobie odbiorę, nie potrzebuję już takich uprzejmości... Ja sobie cenię swój nastrój i nie pozwolę się tak traktować... A pani długiej kariery nie wróżę...

EDIT
Dziś...
Jako, że  niesiona nerwem wystawiłam pani fryzjerce ocenę bliską 1 (zostałam potem posądzona, że przecież ocena powinna dotyczyć usług ich zakładu, a nie fryzjerki... no nie wiem, pracownik jest wizytówką firmy przecież), odezwała się do mnie, o zgrozo, córka właścicielki "salonu" (to chyba jakieś nowe stanowisko) z prośbą o wyjaśnienia... Myślę, co mi szkodzi, interesują się, dobrze to o nich świadczy. Wyjaśniłam również grzecznie, dostałam odpowiedź... Powiem to najdelikatniej, jak umiem, najwyraźniej szefostwo dobiera sobie kadrę stosując się do dobrze sobie znanych standardów, a wzorce zachowań czerpie z samych siebie... Najdziwniejszą obelgą (chyba obelgą, bo sama nie wiem, co to miało być) było to, że chyba czytuję tylko aukcje internetowe... Może Wy wiecie czy powinnam się czuć urażona czy raczej pani coś nie styka pod sufitem i takie bzdury wypisuje... Ogólnie, dowiedziałam się, że tak sobie po prostu lubię z rana, przed pracą narobić rabanu, naobrażać ludzi, szkalować dobre imię ich firmy, a do tego wszystko na oczach ich "stałego klienta", który poświadcza, że to fryzjerka została zaatakowana przeze mnie, arogancką, niewychowaną, nieoczytaną (?) chamicę... Gdyby nie to, że kosztowała mnie ta sytuacja trochę nerwów, to uznałabym ją za kuriozalną i śmieszną... A tak, mogę tylko spuścić głowę i przejść nad tym do porządku dziennego...

czwartek, 24 listopada 2016

Jesień - oczekiwania vs. rzeczywistość...

Jesień.
Listopad.
Plucha.
Nawet jak ładnie, to zimno.
Wcześnie ciemno.
Nudno i marudno.

Co roku niesamowicie cieszę się z jesieni, mam wobec niej poważne plany, oczekiwania. Gdy byłam młodsza jesień kojarzyła mi się z powrotem do szkoły, na studia, z kocykiem, herbatką, większą ilością czasu na aktywności domowe, czasem spędzonym tylko we dwoje, nadrabianiem zaległości filmowych. Gdy pojawiły się dzieci, z czasem, gdy stają się coraz większe, coraz kreatywniejsze, czekam na jesień i na nasze wspólne popołudnia, na nowe pomysły, na książeczki, wylepianki, czytanki, wspólne zabawy i wiele, wiele radości. Czekam, czekam, gromadzę materiały, żeby nic nie zbrakło, gdy tak będziemy razem tworzyć, a za oknami będzie hulał wiatr. A jak już się w końcu doczekam, to jakoś nie jest tak kolorowo, jak to sobie wyobrażałam.


Nie, nie jest źle. Jest fajnie, wesoło, barwnie i ciekawie, ale jest też głośno, bałaganiarsko, kłótliwie, a nawet czasem agresywnie. Tak, tak, moje dzieci potrafią też się bić. Codziennie, gdy zbliża się pora powrotu do domu, dwoję się i troję, żeby wymyślić coś, co zajmie moje małe pociechy na jakiś czas. Trochę nas mobilizuje projekt Dziecko na Warsztat, trochę podpowiadają inni, trochę wychodzi spontanicznie, ale czasem pomysłów brak, czasem mamy ochotę na odrobinę odsapnięcia. Zaczynają nas męczyć nasze cztery ściany, które już po dwóch minutach od wejścia dzieciaków zaczyna przypominać pobojowisko. Każdy, kto ma dzieci, zwłaszcza takie żywe, jak nasze, wie, że najlepsza zabawa jest z rodzicami, że najlepiej, gdy rodzice cały czas zwracają na nie uwagę, najlepiej niczego po sobie nie sprzątać, a jeszcze lepiej jest się pobić o jedną zabawkę, która do tej pory leżała przez pół roku nie używana, a w tym jednym, konkretnym momencie, chcą ją wszyscy.

Wspomagamy się zajęciami dodatkowymi, tańcami, piłkami, salami zabaw, nawet zakupami, które dla dzieciaków są atrakcją. I żeby nie było, ja bardzo to lubię. Przecież właśnie na te popołudnia czekałam, przecież wystarczy uwaga poświęcona dzieciom i nie ma tych wrzasków, nie ma kłótni, nie ma gryzienia się nawzajem, czas upływa miło i przyjemnie choć czasem z małymi zgrzytami. Problem leży w tym, że oprócz tej zabawy przeciętny rodzic ma też inne obowiązki. Może nie ma ich zbyt wiele, ograniczył je do minimum, gdy wrócił z pierwszym bobasem ze szpitala, ale jednak. Czasem trzeba się odwrócić na pięcie i zrobić coś innego.

I tutaj dochodzę do sedna sprawy... Weekend poza domem, wakacje, wcale nie długie, trzydniowe, pobyt, z dziećmi oczywiście, gdzieś, gdzie te wszystkie obowiązki przestają obowiązywać. Jest końcówka listopada, a mi się marzy jakaś odskocznia, miejsce, gdzie mogę wybawić się z dziećmi za wszystkie czasy, gdzie nie muszę gotować, sprzątać, nie muszę myśleć o praniu czy prasowaniu. Nie mamy dziadków na wsi, u których można się zaszyć, a którzy zajmą nam się dziećmi, ale zawsze, gdy tylko jest okazja, a finanse na to pozwalają, uciekam gdzieś na chwilkę. Nie za często. Przynajmniej nie tak często, jakby to nam się marzyło. Nie zawsze pozwala na to czas lub finanse, ale marzyć można zawsze. Można marzyć, fantazjować, pomagać szczęściu grając w totka (to takie moje małe uzależnienie), no i dokształcać się, co by, gdy już wygramy tą wycieczkę na Malediwy nie wydawać majątku na tłumacza...

I wziąć udział w konkursie. Wystarczy mieć konto na Instagramie, wykazać się odrobiną kreatywności i już. Można zawalczyć o miesięczny kurs online z native speakerem, który zdecydowanie zwiększy naszą pewność siebie w posługiwaniu się językiem angielskim, a co za tym idzie, wszelkie wakacje i wyjazdy uczyni przyjemniejszymi. Po więcej szczegółów zapraszam na http://angloville.pl/konkurs/ .

poniedziałek, 21 listopada 2016

Działam... z domu...

Większość z Was, czytających mojego bloga, wie, że mam tą przyjemność/nieprzyjemność pracować w domu (a raczej z domu). Część też pewnie zauważyła, że od jakiegoś czasu czynię starania, żeby choć część tej pracy wynieść jednak gdzieś indziej, do miejsca bardziej do tego przystosowanego, do miejsca, gdzie można się skupić tylko na jednym, gdzie rekwizyty do pracy potrzebne nikomu nie przeszkadzają i, co chyba jeszcze ważniejsze, im nic nie zagraża.

Ktoś kiedyś zauważył, nie powiem, że do końca niesłusznie, że nie powinnam narzekać, bo mam ten przywilej, że tą pracę mogę wykonywać tutaj, w domu, nie odrywając się od obowiązków mamy i żony. No właśnie, z jednej strony to przywilej, ale jak tak to głębiej przeanalizować, to chyba nie do końca. Bo niby jak pracować nie odrywając się od obowiązków domowych...? Jednocześnie zajmując się dziećmi, gotując, sprzątając? Jednocześnie mam przekładać papiery, wypełniać druki czy, biorąc pod uwagę Borsuczkowy domek, rozłożyć się z drutami i szydełkiem? Każdy kto ma dzieci wie, że średnio to możliwe.  Powiecie, że przecież dzieci chodzą do przedszkola, mogę się wszystkim zająć, wszystko zorganizować tak, żeby było łatwo, miło i przyjemnie. Niby tak, i powiem Wam, że zdarzają się takie dni, gdy to się udaje, ale nadal jest to czas pracy dzielony z zajmowaniem się domem, bo "przecież, jak siedzisz w domu, to możesz ugotować i ogarnąć". Cały czas, zasiadając przed komputerem, widzę tę stertę prania, mam z tyłu głowy nieposkładane dziecięce ubranka i to co zjedzą, jak wrócą z przedszkola. Dodajmy do tego okres jesienny, częste choroby, zostawania w domu, wizyty u lekarzy i mamy kolejne schody. Terminy gonią, wszystko poumawiane, a ja tulę, przytulam, leczę, odkładam, przekładam. A potem nadganiam zaległości wieczorami, gdy Szanowny Małżonek leży już w najlepsze na kanapie, bo przecież on był w pracy, a ja siedziałam w domu.


Oczywiście, plusów taka sytuacja ma również sporo. Sam fakt, że nie musiałam na złamanie karku wracać do pracy po zakończeniu macierzyńskiego, że mogę tu być zawsze, jak zachorują, że gdy coś się dzieje, jestem dyspozycyjna, że widziałam wszystkie pierwsze razy, nacieszyłam się, naprzytulałam, nabawiłam. Ale takie są uroki i walory prowadzenia własnego interesu. Szanowny też by mógł, ale mi wygodniej, jestem przyzwyczajona, moje plany są łatwiejsze do zmiany. 

I tak staram się godzić wszystko w jednym miejscu, powiem szczerze, że czasem z problemami. Co by nie mówić, pewnie znajdą się i zwolennicy i przeciwnicy takiego rozwiązania. Moim celem jest pogodzenie pracy w domu, bo Borsuczkowy domek niewątpliwie lepiej się sprawdza w tych warunkach (choć niesamowicie marzy mi się własna pracownia, gdzie cicho gra radyjko, wszystko ma swoje miejsce, a ja mogę się rozłożyć i nie składać w pośpiechu, jak dzieci wrócą lub wstaną), z pracą biurowo-firmową, która, jak sama nazwa wskazuje, lepiej odnajduje się w miejscu do tego przystosowanym, gdzie można w ciszy się skupić nad tym, co wymaga odrobiny pomyślenia. W tej kwestii rzeczywiście mam luksus, ale zanim do tego dojdzie czeka mnie jeszcze wiele przygotowań i organizacji, a na razie przychodzi mi mierzyć się z pomieszczeniem się ze wszystkimi odnogami mojej działalności w naszym mieszkaniu. A radzić sobie jakoś trzeba. Trzeba ogarnąć miejsce, żeby się ze wszystkim upchnąć, trzeba mieć czas, gdy nie przeszkadzają nam dzieci i domowe obowiązki, trzeba zorganizować sobie pracę, gdy los nam nie sprzyja, gdy jestem uziemiona w domu, gdy u nogi przez większość dnia mam moje malutkie pociechy.
I tutaj z pomocą zdecydowanie przychodzą mi wszelkie usługi internetowe. Zdecydowanie, wiele rzeczy można załatwić przez sieć. Obejrzeć, zainspirować się, poradzić, zamówić i wysłać. Właśnie ta ostatnia, wysyłka, do tej pory była moim utrapieniem. Musiałam stawać na głowie, żeby towar zapakować, musiałam lecieć na pocztę, stać w kolejce, do tego nigdy nie wiedziałam ile taka wysyłka mnie, a co za tym idzie, klienta, pokosztuje. Nie raz się zdarzało, że koszty ponosiłam ja, bo źle oszacowałam wysyłkę. Ale jakiś czas temu Szanowny podsunął mi rozwiązanie.  Zajrzałam do serwisu http://www.epaka.pl/ . Mój małżonek już wcześniej korzystał z ich usług, ale nie był zarejestrowany na stronie internetowej. Ja postanowiłam to zmienić i sprawdzić, jak dam radę z nimi współpracować. No i już dobrych parę miesięcy udaje mi się sprawnie wysyłać swoje prace bez zbędnych kombinacji, wiedząc na czym stoję, ile zapłacę i mając wybór między firmami kurierskimi i usługami przez nie oferowanymi.

Także, ja nie narzekam, doceniam swoją sytuację, cieszę się, że mam co robić, ale przyznaję, że czasem brakuje mi komfortu pracy, jaki daje odpowiednie do tego celu miejsce. Brakuje mi własnego kącika, spokoju i wyliczonego czasu tylko na pracę. Na głowie staję, proszę Małżonka o pomoc, jęczę i kwęczę, żeby coś z tym zrobił, ale na razie, już prawie trzy lata doprosić się nie mogę... A moja działalność się rozrasta i zajmuje coraz więcej miejsca...

sobota, 19 listopada 2016

W sferze marzeń czyli wykańczanie, meblowanie...

Mówi się, że wykańczanie domu/mieszkania/biura/pokoju wykańcza samego wykańczającego. Wykańcza finansowo, wykańcza czasowo, ale i wykańcza nadmiarem wrażeń, nadmiarem wyborów i możliwości. Ci bardziej niezdecydowani mogą wykańczanie odczuć jako coś co można porównać z pracą w kamieniołomach. Nie ma jednak chyba nikogo, kto na takie wykańczanie nie czekałby z zapartym tchem jak na Mikołaja. Bo to chyba, mimo tych wszystkich niedogodności, jest całkiem fajne. I ja czekam i czasem lubię sobie tak pomarzyć i czasem lubię się z Wami tymi marzeniami podzielić.

My do wykańczanie na razie nie mamy za wiele. Mamy mieszkanie do wiecznego remontu, ale to już nie to samo. Remont ma to do siebie, że najpierw trzeba zaorać to co jest, żeby potem coś poprawić. Trzeba gdzieś upchnąć siebie i dzieci, nasze rzeczy, nasze obowiązki i znaleźć czas, żeby wszystko z powrotem doprowadzić do porządku. Nie jest to łatwe, wymaga gimnastyki, dlatego my skutecznie się od tego migamy. Pewnie po nowym roku nie uciekniemy przed remontem w dziecięcym pokoju, trzeba pomyśleć o łóżku dla Zofii, może o piętrowym, ale na razie odganiam od siebie te myśli. Nie zmienia to faktu, że oglądam i analizuje. To nic nie kosztuje.


Mamy do urządzenia jeszcze nasze miejsce pracy, ale to też nie to samo, bo ciągnie się jak lazania, wiecznie są jakieś przestoje, zmieniają się koncepcje i nie na wszystko, mimo szczerych chęci, mam wpływ. Do tego wieczne wyrzuty sumienia ze względu na koszty, w końcu z tyłu głowy wiecznie siedzi ten nasz wymarzony, własny dom, i jakoś tak zapał spada. Co prawda, ostatnio miałam niewielką namiastkę wykańczania i jego wykańczającej siły, gdy przyszło mi od nowa wybierać płytki, bo te, które wybrałam ostatnio jakimś dziwnym sposobem wyparowały ze sklepu. Cóż, po pół roku miały prawo. Na szczęście trafiłam do sklepu z małym wyborem, ale i tak łatwo nie było. Potem przyszedł czas na wymierzanie, wyliczanie i przeszacowanie kosztów, które miały być skromne, a wyszły jak zwykle. Ale myślę, że o wiele łatwiej byłoby przełknąć tą pigułkę, gdyby to był ten nasz wymarzony...

No nic, nie o tym chciałam dziś. Dziś chciałam o tym, jak bardzo nie mogę się powstrzymać przed oglądaniem ofert sklepów, jak bardzo nie mogę się powstrzymać przed przeskoczeniem etapu planowania, etapu budowy, nawet etapu wykańczanie, żeby wielkim susem wskoczyć w etap urządzania. I tutaj też można dostać oczopląsu. Meble, mebelki, takie, owakie, eleganckie, luzackie, skandynawskie, biurowe, sypialniane, dziecięce, kolorowe, stonowane... No, nawet nie wiem, jakie jeszcze, bo dzień za dniem rzuca mi się coś nowego w oczy, co "koniecznie muszę mieć u siebie w domu". Istne szaleństwo, zwłaszcza, że na razie więcej skaczę po sklepach internetowych niż po stacjonarnych. Aż się boję myśleć, co będzie, jak w końcu zacznę zwiedzać sklepy stacjonarne. Takim tropem, już po raz któryś trafiłam na http://kdcmeble.com/.  Co by nie mówić, jak bardzo by się nie starać, wyobraźnia zaczyna pracować i pojawiają się piękne obrazy. Dodając do tego, że każdy z mebli można dostosować pod siebie, dobrać tapicerkę, kolor czy wzór, można się rozmarzyć. Piękne wypoczynki, gustowne sypialnie, najchętniej już bym się do takiego domu przeprowadziła.

Ech, co poradzić, że na razie jest to tylko w strefie marzeń. Ale jak to mówią, trzeba o czymś marzyć, do czegoś dążyć, czymś się kierować. W najbliższym czasie się okaże czy będziemy wykańczać i urządzać ten nasz wymarzony, czy w końcu doprowadzimy nasze mieszkanie do takiego stanu, że nie będzie nam się chciało stąd wyprowadzać. Na razie nadal przeglądam i zapisuję pomysły "do zrealizowania".

A jakie jest Wasze doświadczenie w tym temacie? Słusznie na to czekam czy raczej jeszcze kiedyś będę głośno przeklinała ten czas, gdy będę wcielała w życie wizje mojego wymarzonego gniazdka?
Jak to jest z tym wykańczaniem? Rzeczywiście wykańcza?

poniedziałek, 14 listopada 2016

Ciążowym kapciom mówimy nie!!!

Zdradzę Wam pewną naszą tajemnicę. Jakiś czas temu podjęliśmy decyzję o tym, że będziemy mieć trzecie dziecko. Wszystko było zaplanowane, lekarze poodwiedzani, nawet większe samochody pooglądane. Plan był chytry, bo gdyby wszystko ułożyło się po naszej myśli, to termin porodu wypadałby dokładnie w moje urodziny. Ale jak już nie raz pisałam, plany mają to do siebie, że lubią się zmieniać. Pewne nieplanowane okoliczności kazały nam jeszcze raz wszystko przemyśleć i przeanalizować. Co będzie, jeszcze nie wiemy... Może odłożymy plany na później, może całkiem z nich zrezygnujemy... Czas pokaże, ale nie o tym dzisiaj chciałam...

Przez pewien czas żyłam przeświadczeniem, że już za chwilkę, już za chwileczkę będę w ciąży... Że potem zalegnę uziemiona w domu znów na jakieś półtora do dwóch lat... Że moje inne plany będą musiały poczekać, bo przecież kto, jak nie ja to wszystko lepiej ogarnie. Potem był pewien czas, gdy musiałam wiele przetrawić, przeżyć zmianę decyzji, troszkę ochłonąć, a potem... Potem spojrzałam na siebie w lustrze i autentycznie się przestraszyłam. Przeraziłam się nie na żarty, bo nie poznałam siebie sprzed pewnego czasu. Nie poznałam tej kobiety, która planowała siłownie, baseny, nowe interesy, budowę domu, zajęcia dodatkowe dla dzieci. Nie poznałam tej kobiety, której już od jakiegoś czasu weszło w nawyk regularne odwiedzanie fryzjera czy kosmetyczki. Nie poznałam tej kobiety, która postanowiła zmienić swoje nawyki żywieniowe, żyć zdrowiej i aktywniej.

Co takiego się stało, że momentalnie na wadze pojawiło się plus dwa kilo, że buzia zrobiła się szara, że paznokcie obskubane, a brwi jakieś takie zakrzaczone? Co wpłynęło na takie skapcawacenie i jak bym wyglądała, gdyby jednak wszystko poszło po naszej myśli? Czemu sama decyzja o kolejnej ciąży spowodowała moje zleniwienie, zaniedbanie, zaszycie się w domowych pieleszach i sflaczenie? No właśnie, co?

Powiem tak, jestem matką już ponad trzy lata. Mam na swoim koncie dwie, zupełnie różne od siebie ciąże. Mam też wiele koleżanek z dziećmi i widziałam je w ciąży. Zdecydowana większość z nich właśnie tak reaguje, tak się zachowuje w ciąży. Myślenie w stylu, po co mam o siebie dbać, jak i tak nikt tego nie będzie oglądał? Po co mi nowe ciuchy, jak zaraz i tak się w nich nie będę mieściłam? Po co mi ładne ciążowe ciuchy, jak to tylko na parę miesięcy i to miesięcy, w których nie będzie mi się nigdzie chciało wychodzić? Po co fryzjer, po co manikiurzystka, po co kawa z koleżanką na mieście? 
Błąd...
Duży błąd...
Bardzo duży błąd...


Wiem coś o tym, bo podobnie zachowywałam się w ciąży z Filipem. Owszem, pracowałam do dziewiątego miesiąca, ale pracowałam u siebie i nikomu się nie pokazywałam. Kupiłam parę par spodni, przywdziałam rozciągliwe swetry, stare buty, wyciągniętą kurtkę typu oversize w kolorze czarnym i już. Jedyny kontakt z ludźmi miałam na szkole rodzenia, a i tam czułam się niezbyt komfortowo, bo jakoś tak szaro na tle tych kolorowych, wesołych przyszłych matek. Do porodu i do szpitala wzięłam ze sobą popularne, ale szare i niezbyt atrakcyjne koszulki do karmienia, bo ktoś mi doradził, że i tak się zniszczą więc nie warto inwestować. I co było potem? Potem ciężko było się wygrzebać z tego marazmu, z tej szarości, ciężko było wyjść do ludzi, zacząć żyć od nowa.

Z Zosią było inaczej. Szłam przez ciążę przebojem. Fryzjerka miała okazję obserwować moją ciążę miesiąc po miesiącu, kupowałam nowe ciuchy, nie za dużo, ale wystarczająco, żeby nie czuć się jak szara myszka, jeździłam, zwiedzałam, planowałam. A wszystko z małym Filipem u boku. I żeby nie było, ciążę z Zośką znosiłam gorzej niż z Filipem. Przez pierwsze trzy miesiące męczyły mnie straszne mdłości, trzy ostatnie miesiące bolało mnie wszystko i czułam się jak ogromny, ociężały słoń, ale to mi nie przeszkadzało zadbać o siebie. Do porodu kupiłam sobie śliczną koszulkę, która owszem, trochę ucierpiała, ale ja, mimo sflaczenia, czułam się ładnie. No i dla Zofii zabrałam śliczne pajacyki, w które niestety się nie mieściła, bo urodziła się wyjątkowa. A potem? Potem łatwiej było wyjść, pokazać się, odwiedzić kosmetyczkę czy zobaczyć się ze znajomymi. Wiadomo, co nie co po ciążach zostało, ale podejście jest ważniejsze od jakichś tam wałeczków na brzuchu.

Także drogie ciężaróweczki.... Te późniejsze i te całkiem wczesne... Można poczuć się jak księżniczki, można się wylegiwać na kanapie, to wasz czas, trzeba korzystać. Ale nikt o was tak nie zadba, jak wy same. A warto, bo to procentuje. Nastawienie jest naprawdę ważne. Uśmiech, zadowolenie z siebie i wszystko staje się piękniejsze. A potem, nawet gdy zostanie wam troszkę po ciąży, nawet, gdy będziecie trochę niewyspane, to banan na buzi wszystko zatuszuje.