środa, 25 maja 2016

Trzylatek, aniołek czy potworek...

Ledwo odtrąbiłam koniec sławetnego buntu dwulatka, ledwo odetchnęłam na moment z ulgą, ledwo zdążyłam się nacieszyć chwilką spokoju, a tu znowu coś. I to nie jedno, nie dwa, ale cała seria różnych krytycznych momentów w życiu moich dzieci. I o ile Zofii zachowanie jest mi znane, już przerabiałam podobny model, choć nim zirytowana, to je rozumiem, spodziewałam się, że ten okres nastąpi i też wiem, że prędzej czy później przeminie, to zachowanie Filipa całkowicie zbija mnie z tropu. Ba, czuję się zagubiona w całej sytuacji, nie wiem, co mam robić, a niejednokrotnie mam wrażenie, że zbraknie mi cierpliwości. Postanowiłam poczytać, popytać, dowiedzieć się...

Bunt dwulatka, bunt dwulatka, skoki rozwojowe w pierwszym roku życia, kolki, ząbkowanie. O tym się mówi, czyta, pisze, a co potem... Potem jest cała masa takich okresów, gdy nam, rodzicom puszczają nerwy, czujemy się bezradni, nie wiemy co robić choć bardzo chcemy opanować sytuację. Są różne inne bunty, bóle wzrostowe, lęki separacyjne, lęki integracyjne, adaptacyjne, pierwsze koszmary nocne, moczenie i tak dalej, i tak wciąż. Do osiemnastki, chciałoby się rzec, ale na osiemnastce pewnie się nie kończy. 

O ile Zofia weszła w dobrze nam znany okres egzekwowania swojej niezależności, walenia głową o podłogę i ciągłego jęczenia o byle co, tak Filip chyba przechodzi rozdwojenie jaźni. Owszem, znam to ze sławnego buntu dwulatka, ale teraz granica między aniołkiem a diabełkiem jest tak cienka i gwałtowna, że czasem mam wrażenie, że przenoszę się, teleportuję między dwoma światami. W jedną milionową sekundy, z kochanego szkrabka, przytulającego się i mówiącego, że mnie kocha, zmienia się w potwora, który krzyczy, piszczy, wyrywa się, ucieka, rozrzuca wszystko, co mu wpadnie w łapki, a nawet zdarza mu się uderzyć czy popchnąć Zosię. Układa buzię w obrażoną minkę i obniżonym głosem mówi: "nie lubię cię". Staram się tłumaczyć, nie krzyczeć, mówić, mówić, mówić, przytulać i jeszcze raz tłumaczyć choć czasem nie jest to łatwe. A Fifi, gdy widzi, że jestem już na tyle zła, że mogę zabrać mu jakieś przywileje albo, gdy zapowiem, że nie dostanie nagrody, to nagle zmienia się w posłusznego, kochanego, przepraszającego syneczka. Przytula, obiecuje, że będzie grzeczny, a ja głupia zazwyczaj daję się nabrać. A cwaniaczek, gdy już osiągnie to co chciał znów zaczyna swoje harce, które prędzej czy później zmieniają się w brojenie, w moje upominanie, w protesty, znów w krzyk i obrażanie. I tak w koło Macieju. Chwila spokoju, aniołeczek, którym mogłabym się każdemu chwalić i bach...


Jak to się dzieje, że taki inteligentny, super rozwijający się, kumaty chłopczyk w sekundę zmienia się w, przepraszam za określenie, bachora, rozwydrzonego, rozpieszczonego, źle wychowanego. Tak, tak, takie właśnie zdanie ma większość pobocznych obserwatorów, gdy widzą takie sceny w sklepie czy na spacerze. Ba, do niedawna sama miałam takie zdanie. Przecież, jak dziecko tak się zachowuje, to ewidentna wina rodziców, ich wychowanie, ich błędów. O niebiosa, jak ja przepraszam wszystkie matki, na które choć raz zerknęłam nieprzychylnym okiem. Teraz zawsze, gdy taka mamusia spojrzy na mnie przepraszająco, kiwam głową ze zrozumieniem. Bo wiem, że nie ma  w tym ani krzty naszej winy. Co byśmy nie robiły, jak bardzo byśmy się nie starały, stosowały się do zasad i wytycznych, to przychodzą takie okresy w życiu dziecka, które zwyczajnie musimy przejść, które musimy znieść, przeczekać. Należy się uzbroić w tony cierpliwości, w ogrom miłości i zrozumienia, trzeba zacisnąć zęby i poczekać aż minie. Bo minie, ja to wiem. Tak, jak minął bunt dwulatka, jak minęły częste pobudki w nocy, jak minęły inne, jak sama nazwa wskazuje, przejściowe okresy w życiu naszych dzieci.

Bunt trzylatka jest normalnym elementem rozwoju naszych dzieci. U jednych przechodzi gwałtownie, u innych troszkę niezauważony, ale nie ma w nim nic nadzwyczajnego i niezwykłego. Dziecko manifestuje swoją niezależność, próbuje na nas wpływać, nie podoba mu się podział ról panujący w domu. Zwyczajnie się buntuje i bada grunt. Dla nas jest to okres trudny, ale dla dzieci również więc musimy sobie nawzajem pomóc przez niego przejść.
Po pierwsze spokój, spokój, spokój. Uspokajajmy siebie i dzieci, a gdy już nie mamy cierpliwości, gdy chce nam się krzyczeć, to może lepiej zamknąć się na pół godzinki w łazience, przeczekać złość, nabrać nowej energii i dopiero wtedy wrócić. Może lepiej zostawić rozrabiakę z tatusiem i wyjść na spacer, wyciszyć się. Bo najgorsze jest wypowiedzenie lub wykrzyczenie czegoś w złości.
Po drugie upór. Wkurza nas u dzieci i wkurza dzieci u nas więc może czasem dobrze jest nieznacznie ustąpić. Oczywiście w granicach rozsądku, nie łamiąc określonych wcześniej zasad. Wytłumaczyć dlaczego się to robi, w zamian za co i ustąpić.
Po trzecie uczucia, mówienie o uczuciach, okazywanie uczuć. Przytulanie, tłumaczenie emocji. Trzylatek jest już na tyle duży, żeby bardzo wiele zrozumieć i dużo do niego dociera. On wie, co się do niego mówi. Fakt, że czasem nie chce słuchać, sprzeciwia się temu, co mówimy, ale przekaz jest jasny i czytelny, nawet dla takiego malucha.
A po czwarte, pozytywne nastawienie. Ono naprawdę potrafi zdziałać cuda... A bunt przeminie i nie będziemy już o nim pamiętać.

A jak jest u Was z tzw. kamieniami milowymi w życiu dziecka? Z przytupem czy raczej spokojnie i niezauważenie? A może Wasze dzieci mają inne pomysły na manifestowanie swojej niezależności? Ciekawsze? Oryginalniejsze?

poniedziałek, 23 maja 2016

Wakacje z dziećmi? Niemożliwe!!! A jednak...

Gdy byłam w ciąży z Filipem, słyszałam całą masę opinii, że teraz to przez najbliższe lata już nigdzie się nie ruszymy. Z dzieckiem się nie da i już. Wtedy jeszcze byłam zdania, że ja to już po pół roku będę w stanie oddać potomka pod czułą opiekę dziadków i wybyć się na tygodniowe, ba nawet dwutygodniowe wczasy gdzieś pod palmy. O wyjściach na randki z mężem czy do kina nawet nie wspominam. To było oczywiste, że rodzina nie zawiedzie i będzie nam pomagać przy każdej okazji. Rzeczywistość okazała się jak zwykle inna niż nasze oczekiwania, ja nie widziałam możliwości, żeby Filipa spuścić z oka, rodzina nie wychodziła z żadnymi propozycjami i zostaliśmy troszkę uwiązani z dzieckiem 24 godziny na dobę. Jak nauczyło nas doświadczenie, z niemowlakiem można zrobić niemal wszystko, ale głosy rozsądku nadal przemawiały gdzieś z tyłu głowy, że wakacje to fanaberia, że nasze widzimisię, że kombinujemy. I tak minęło lato, jesień, przyszła wczesna zima, na zakupach spotkałam ciocię, co to właśnie wróciła z Teneryfy. Zapytała mnie czemu nigdzie nie byliśmy, przecież z takim niemowlakiem to sama przyjemność... Zdębiałam i zaczęłam myśleć. Postawiłam mężowi, co to już przebąkiwał o kolejnym dziecku, warunek, że owszem, ale po wakacjach, bo z dwójką, to już na pewno nigdzie się nie ruszymy, że najpierw, to ja muszę się zrelaksować, przetestować wypoczynek z jednym potworkiem zanim pojawi się drugi. Nie zdążyliśmy, gdy przyszła wiosna ja już byłam w ciąży, wczesnej, takiej jeszcze niepewnej, baliśmy się ruszyć. Jednak cały czas ckniło nam się do wczasów, przygody, bo takie wczasy z dzieckiem, to była dla nas przygoda, do udowodnienia innym, że się da, bo w sumie czemu miałoby się nie dać. W połowie czerwca, gdy szczęśliwie przeszłam przez pierwszy trymestr ciąży, gdy minęły mdłości i wszelkie niedogodności pierwszych trzech miesięcy, lekarz orzekł, że już wszystko jest w porządku, oznajmiliśmy rodzinie, że po raz kolejny zostaną dziadkami, a zaraz potem, że za dwa dni lecimy to uczcić w Grecji. Oczywiście Filip leci z nami. Jak powiedzieliśmy, tak też zrobiliśmy i na tydzień wylecieliśmy na Kos.

Ależ nam się wtedy wydawało, że jesteśmy herosami. Czego my nie dokonaliśmy. Rodzina głośno nie komentowała, ale wiem, że po cichu potępiała (nie moja), bo po co to nam takie ekscesy. Jeszcze z dzieckiem, samolotem, jakby nie można było posiedzieć na tyłku na działce i też przecież byłoby dobrze. A poza tym, jaki to odpoczynek z dzieckiem. Ani go z oka spuścić, ani odsapnąć, ani się wyspać. I faktycznie, z kąpieli pozostawał brodzik, szwedzki stół w restauracji podziwialiśmy raczej z daleka łapiąc na szybko co się dało zanim Filipowi znudziło się siedzenie w foteliku, stragany i sklepy trzeba było omijać szerokim łukiem, o knajpkach czy tawernach nawet nie wspominając. Ale te wieczory we dwoje na tarasie z książką, te spacery czy popołudnia przy frappe, gdy Fifi drzemkował, tego się nie da zamienić na nic innego i jest warte każdej ceny i każdego wysiłku. Ta odległość od wszystkich spraw zostawionych gdzieś w domu, od obowiązków, problemów. Totalne wyluzowanie na tydzień, czas spędzony tylko we trójkę, odpoczynek, może nie do końca fizyczny, ale psychiczny, to bardzo dużo robi i ładuje akumulatory na długi czas.


A potem pojawiła się Zosia, usłyszeliśmy od cioci, która jeszcze wcześniej, od czasu do czasu się zajmowała Filipem, jak musieliśmy coś razem załatwić, że z dwójką, to już nie, to już nie da rady więc i o wakacjach przestaliśmy chwilowo myśleć. Ale to była zima, z czasem, jak zbliżała się wiosna zaczęliśmy planować. Najpierw Mazury, potem wycieczki okoliczne, potem jeziora i znów Mazury. Nabieraliśmy wprawy i coraz bardziej dochodziliśmy do wniosku, że jednak się da, że inni mogą sobie gadać, a to są nasze dzieci i przecież nie są takim wielkim obciążeniem, że miałyby nas usadzić na miejscu. Zwłaszcza, że dla Filipa, trzylatka pełną gębą, to przecież też już atrakcja. Strach był, obawy były, dzieci przechodziły na zmianę trudne okresy, nigdy nie było dobrego czasu, ale nieprzyjemna sytuacja rodzinna zaczynała nam mocno doskwierać, postanowiliśmy, pal licho, jakoś to będzie, tydzień niemyślenia o problemach jest wart nawet umęczenia przez naszą dwójkę rozrabiaków. Wybraliśmy termin, między sądami, urodzinami cioci, lekarzami. Umówiliśmy opiekę do kota, wyposażyliśmy siebie i dzieciaki w letnią garderobę, zarezerwowaliśmy i polecieliśmy.

I wiecie co? Nie powiem, że było super łatwo. Zdarzały się momenty, gdy trzeba było się nagimnastykować, żeby je ogarnąć. Nasze dzieci do spokojnych nie należą plus nowa sytuacja, która ich dodatkowo nakręcała i mamy czasem kłopoty ze spaniem, niedojadanie, marudzenie i nie do końca zrealizowane plany. Ale było łatwiej niż z jednym Filipem. Choć byliśmy nastawieni na koszmar lotniskowy i ciągłą gonitwę na miejscu, my naprawdę wypoczęliśmy i skorzystaliśmy z tego wyjazdu. Wiadomo, nie wymyślaliśmy zwiedzania całymi dniami, byliśmy przygotowani raczej na leniuchowanie nad basenem i na plaży, ale co nie co zobaczyliśmy, troszkę pospacerowaliśmy, posmażyliśmy się na słoneczku, pomoczyliśmy tyłki w brodziku i morzu, poczytaliśmy, poodwiedzaliśmy sklepy i za wszystkie czasy najedliśmy się greckich specjałów. A ile radochy dla dzieci. Zosia jeszcze może za bardzo nie kojarzyła o co chodzie, ale Fifi... on przeżywał wszystko, od lotu samolotem przez baseniki po zwykły cukier w restauracji pakowany w papierowe tutki. I od razu postanowiliśmy, że lecimy tylko na tydzień. Po dłuższym czasie dzieci zaczęły by nam włazić na głowę czując rozluźnienie sytuacji. Zresztą już pod koniec tego tygodnia Filip postanowił przetestować naszą cierpliwość i nie dało się z nim nic wynegocjować. Tydzień okazał się optymalny.


I niech mi teraz ktoś powie, że z dziećmi się nie da. Jak to mówi mój mąż, wakacje z dziećmi są katorgą dla tych rodziców, którym na co dzień dziadkowie zajmują się potomkami, my mamy je 24 godziny na dobę, 7 dni w tygodniu, bez chwili przerwy, robimy z nimi wszystko więc czemu na wakacjach miałoby być ciężej czy inaczej. Normalna sprawa, trochę jak wyjście na zakupy czy dłuższa wycieczka, a wprawy nabiera się bardzo szybko. Trochę zgrania, pozytywne myślenie, optymistyczne nastawienie i mamy sposób na to, że się da.

środa, 18 maja 2016

Zwierzę w domu... obowiązek, ale i przyjaciel...

W moim rodzinnym domu zawsze były zwierzęta. Moja mama była doktorem weterynarii (specjalnie tak piszę, bo strasznie się irytowała, jak tata, żeby ją zezłościć mówił, że jest weterynarką ), moja siostra poszła w jej ślady, tata był chyba trochę zmuszony też polubić zwierzęta, a mi się to lubienie dostało w genach. Nasze dzieciństwo upływało pod znakiem zwierząt. Psy były zawsze, koty się pojawiały, świnki morskie, chomiki, szynszyle, myszki czy króliki są dla mnie nie do policzenie. Zdarzyły się i papużki i inne latające stworki, ale i gąski czy dzikie kaczki. Był też okres, gdy nieodłącznym elementem wyposażenia naszego domu, a potem firmy było wielkie akwarium. Jakby tego było mało, obie z siostrą próbowałyśmy swoich sił w jeździe konnej czy w pomocy wujkom na wsi. Czasem miałam wrażenie, że mama bardziej troszczy się o swoje pupilki niż o nas, a na pewno zawsze miała do nich więcej cierpliwości niż do dzieci. Nie zmienia to jednak faktu, że zawsze uczyła nas dbania o przychówek, zajmowania się zwierzątkami, karmienia, pielęgnowania. No i rzecz jasna odpowiedzialności. 

W tej chwili, w naszym domu jest jeden kot. Pojawił się przypadkiem trochę, gdy zmarła moja babcia i zostałam w mieszkaniu sama. Uznałam, że dobrze mieć kogoś do towarzystwa, a kot będzie odpowiedniejszy dla kogoś, kto studiuje i czasem przez chwilkę nie pojawia się w domu. Gdy urodził się Fifi, były już u nas dwa koty i wszyscy pokochali się miłością dla mnie niezrozumiałą, ale wielką. Niestety zanim na świat przyszła Zosia, byliśmy zmuszeni uśpić kocurka... Obecnie nadal kwitnie miłość między jedną kocicą i dwójką dzieci. Raz się przytulają, karmią, głaszczą, a raz się ganiają, szarpią, noszą, a szturchają. Zaskakuje mnie to, jak szybko dzieci pojmują, co można z takim kotkiem zrobić, a czego nie. Filip, mimo swoich tylko trzech lat, wie, kiedy kotka trzeba nakarmić, zwraca mi uwagę, gdy w misce zabraknie wody, upomina Zosię, gdy ta niedelikatnie się z nim obchodzi. No i zadziwia mnie kocica, która znosi fanaberie i niedelikatności już drugiego z kolei dziecka. Już teraz boję się co będzie, gdy Bestia już przecież wiekowa, zacznie się zbierać z tego świata. Nie da się tego faktu zamieść pod dywan, bo dzieciaki już po przebudzeniu szukają kotka po domu. Nie chcę sobie wyobrażać tego smutku, jaki będziemy musieli wtedy znieść.


Powiecie, że może w takim razie nie powinno się mieć zwierząt, wtedy uniknie się niepotrzebnych zmartwień związanych z ich utratą. Może, ale ja w życiu przeżyłam wiele zwierząt, nad niejednym rozpaczałam, płakałam, tęskniłam, ale za chwilkę pojawiało się inne zwierzątko, trzeba było się nim zająć, zaopiekować i o smutku zapominałam. A radość z obcowania z psem, kotem czy innym żyjątkiem jest niewspółmierna do wysiłku włożonego w opiekę nad nim. Zwierzęta uczą odpowiedzialności i obowiązkowości, to powie każdy, ale uczą też delikatności, uczuciowości, wrażliwości. Jeśli tylko jest taka możliwość i nie ma przeciwwskazań do trzymania w domu zwierzęcia, to jestem całym sercem za tym. Ale zanim w domu pojawi się nowy mieszkaniec, trzeba przeanalizować wiele za i przeciw, trzeba się zastanowić nad wszystkim i zdać sobie sprawę z tego, że to nie jest na tydzień lub dwa.


Ja bardzo marzę o piesku, moje dzieci pewnie też, bo widzę, jak reagują na dziadkowego kundelka, ale w tej chwili, myśląc zdroworozsądkowo, nie możemy sobie na niego pozwolić. Blok, dwójka dzieci, zalatany tryb życia, dość częste wyjazdy. Tylko byśmy unieszczęśliwili futrzaka. Ale gdy w końcu dochrapiemy się własnego podwórza, nie mówię nie, a raczej mówię zdecydowane tak. Małe klatkowe zwierzątko też raczej odpada przy naszych dzieciach. Stres, zagłaskiwanie na śmierć i zawał murowane. Za jakiś czas oczywiście możemy pomyśleć, ale w tej chwili dzieci są jeszcze za małe. Ptaszyska nigdy mnie nie interesowały, strasznie hałasują nad ranem, nie znam się na nich, ale kto wie, co przyniesie los. Ja do mojego rodzinnego domu przytaszczyłam klatkę z papużką ze szkoły, bo nie miał się kto nią zająć na wakacje i tak jakoś została. Nikt nie protestował. Mojemu mężowi z kolei marzy się wielkie akwarium, które też na razie nie ma racji bytu w naszym mieszkaniu. Ale małe akwarium, dla dzieci w wieku przedszkolnym czy szkolnym, to niezła sprawa. Gdy ja hodowałam rybki, było z tym sporo zachodu, dlatego na samo wspomnienie tych czynności od razu się jeżyłam i odmawiałam jakichkolwiek dyskusji na temat takiego uzwierzęcenia naszego domu. Dałam się jednak przekonać i poszperałam troszkę po sieci i jestem mile zaskoczona tym, że teraz w zasadzie wszystko można kupić, wszystko można dostać, można urządzić akwarium tak, by zminimalizować pracę, jaką trzeba włożyć w jego utrzymanie. Niedowiarków zapraszam na stronę http://www.plantica.pl/, można tam znaleźć przysłowiowe cuda na kiju, rzeczy, o których naszym rodzicom się nie śniło, gdy urządzali nam akwaria w naszych pokojach. A na rybki może sobie pozwolić niemal każdy, bo nawet wyjeżdżając na kilka dni, specjalne urządzenie je za nas dokarmi.


Ja chwilowo pozostanę przy naszej Bestii i ewentualnym przeszukiwaniu otchłani internetu w poszukiwaniu informacji o ragdoll'ach, ale myślę, że gdy tylko uda nam się w końcu zagnieździć w swoim własnym domku, to liczba stworzonek w naszym życiu się zwiększy. Zapewne też znajdzie się miejsce na wymarzone, mężowe akwarium więc strona http://www.plantica.pl/ pozostaje w moich zakładkach. Nie mam jednak żadnych wątpliwości, co do zasadności posiadania zwierzątka w domu, gdzie są małe dzieci. Nie przeczę, że zwierzę, to kłopot, obowiązek i przywiązanie, ale też, to przyjaciel, nauczyciel i towarzysz. Zdecydowanie więcej jest plusów niż minusów...

PS.
A Wy macie jakieś zwierzątka? Lubicie, nie lubicie (bo pewnie zdarzają się i tacy co nie lubią lub się zwierząt boją)? Jak dogadują się z dziećmi?

piątek, 13 maja 2016

Upominki czyli Spotkajmy się w Rzeszowie vol. 3

Kwietniowe Spotkajmy się w Rzeszowie już dawno przeszło do historii. Czas leci, wspomnienia się zacierają, z uśmiechem na ustach wracamy do zdjęć i relacji uczestniczek. Ja dziś chciałabym jeszcze raz podziękować naszym wspaniałym sponsorom. A było ich bardzo, bardzo wielu. Dzięki nim właśnie udało nam się spotkać, dzięki nim miałyśmy możliwość dowiedzieć się wielu ciekawych rzeczy, dzięki nim uzbierałyśmy zawrotną kwotę na Fundację Podkarpackie Hospicjum dla Dzieci z siedzibą w Rzeszowie i dzięki nim wróciłyśmy do domów z torbami pełnymi prezentów.



A oto, co przywiozłam ze sobą z Rzeszowa:

Colway International 


Nukka,
SeeSee,


Mama i ja,


Miętowy Królik - Art Studio,
Oillan,


Świat Książki,
Eco Blik,


Muppet ShopZabawkatorTianDe ChrzanówMonczicziPatatoy, IV Baby, HonsiuMisiu,
Rajchelka
WoodenStoryLinomagBobeloPracownia AgrafkaLooliKasia at homeHelion,
Ouhmania,


LudiloZiajaNovae Res - Wydawnictwo InnowacyjneChocolissimo,
Szydełkowe Noski,


WhisbearNatelandDr BarbaraDinoDino,
Pracownia RodzinnaTulokoProjektogramFace&Look,
Oleofarm,


Redro,


DabrovkaHally DesignMalinova AnielovaBetter LandAttipas, MumkaMajuntoCiuCiu Cukier Artist,
Eveline Cosmetics,


Wydawnictwo DebitPepper Bed,
Dax Cosmetics,


Mamy Kalendarz,


Kram Pauli,


Księgarnie Matras, JuraPark BałtówTwinkle twinkleLittleWonders,
Farmona,
 

ElemeleTata SzyjePaisleyHopSiupKaku&Love,
Zyzio - zabawki ręcznie robioneMamalulamCelestiniBosco DesignManufacture A&MArt Shop Handmade,
Stella,


Mały ArtystaOH TullyNibylandiaSensusBezdroża,
Akatia,


GaboDres,
Brioko,


Muzyka BobasaTuptupki, Boogie WoodieSango TradePassion4Home,
Revitalash,


Plazanet,
CzaCzu,


Angela Jewelery,


MilomiBaby Lena HandmadeBobux.




Sporo tego, prawda? Dodajmy do tego wszystko to, co wylicytowałyśmy na licytacji... TUTAJ i naprawdę nazbierał się cały bagażnik różności... A wierzcie mi, samochód mam dość duży ;) Część zostawię sobie i dzieciom do przetestowania, część oddam znajomym, a część oczywiście trafi do Was. Zresztą jedno rozdanie już było... Dajcie mi czas, odsapnę wakacyjnie i będziemy rozdawać, recenzować i pokazywać...





wtorek, 10 maja 2016

Już byłam tuż, tuż... czyli podstępna tarczyca...

Już byłam tuż, tuż. Już, jak to mówią, witałam się z gąską. Już myślałam, że powoli zbliżam się do szczęśliwego finału i jestem w tym procencie chorych, którym udaje się wejść w stan remisji już po pierwszym rzucie choroby. Mało tego, moja pani doktor, gdy zobaczyła ponad miesiąc temu moje wyniki, była pewna, że jak na razie to koniec i można powoli odstawiać leki. Trzy razy się upewniałam, trzy razy pytałam czy na pewno nie grozi mi nawrót nadczynności albo czy nie wskoczę jakimś cudem w niedoczynność. I trzy razy usłyszałam odpowiedź, że nie, że na pewno nie teraz, że może za jakiś czas, za dwa, trzy lata, może nawet dłużej, że jak się coś zdarzy, duży stres, załamanie odporności, infekcja... Że wtedy możliwe, że tak, ale teraz mogę spać spokojnie. 

Bardzo ucieszyła mnie ta wiadomość, chciałam już mieć to za sobą, chciałam odstawić w końcu leki lub brać ich zdecydowanie mniej, przestać bać się, że jak zapomnę je wziąć, to znów mi się pogorszy. Męczyły mnie kołatania serca przy każdej, nawet najmniejszej emocji, bałam się każdego wysiłku, a teraz w końcu bylo dobrze. Nawet udało mi się wyrwać ósemkę, zaczęłam już się cieszyć zbliżającymi się ciepłymi dniami, przestałam układać sobie plany uwzględniając w nich wieczne wizyty u lekarza i badania. Ostatnie miesiące miałam już dużo lepsze wyniki, pani doktor tłumaczyła gorsze samopoczucie dochodzeniem organizmu do siebie po dość długiej i dużej nadczynności. Zalecała spokój i odpoczynek, może jakieś wakacje, odsapnięcie od problemów dnia codziennego. Luzik, pomyślałam, damy radę, ważne, że zdrowieję, a wszystko inne samo się poukłada.

Niestety otoczenie nie jest tak wspaniałomyślne, jak mi się wydawało i w ostatnich tygodniach dało mi się mocno we znaki. A wiecie, nie chciałam wierzyć, że stres ma aż taki wpływ na nasze zdrowie. No, to miałam okazję się przekonać. Jak na początku, zrzucałam swoje nadmierne zdenerwowanie właśnie na stres, uspokoję się, będzie dobrze. Ale potem przyszła bezsenność, lęki, drżenie rąk i zmęczenie..., potworne zmęczenie. Ale jak? Przecież pani doktor mówiła, że to niemożliwe. Zwlekałam z badaniami, bo przecież, nawet lekarka ich już nie zlecała pewna swojej diagnozy. Atmosfera w życiu prywatnym nie ułatwiała sprawy. Nerwy, stres, do tego praca, sprawy poboczne. Im więcej potrzebowałam spokoju, tym mniej go miałam, im bardziej się nakręcałam, tym gorzej się czułam. Budziłam się w nocy, nie mogłam spać, myślałam, przychodziły irracjonalne lęki i teorie, zaczęłam wariować. Aż w końcu poszłam jednak na te badania. I bach... Nie jest może tak źle, jak na początku, ale jednak leczenia teraz nie przerwę... Przez stres i zdenerwowanie wyniki posypały się w kilka dni. Nawet pani doktor była bardzo zdziwiona takim obrotem sprawy, ale co zrobić.

Na szczęście, od samego początku dobrze reagowałam na leki. Dość szybko ustępują mi objawy, a przynajmniej stają się mniej uciążliwe, dają żyć. Nadal jestem roztrzęsiona, jak zaminowana, niepewna czy zaraz nie wybuchnę, nadal płaczę z byle powodu, nadal budzę się w nocy z głupimi myślami, ale już po chwili zasypiam. Mniej trzęsą mi się ręce, mniej się pocę, choć napady duszności i kołatania serca nadal bywają niepokojace. Owszem, męczę się szybko i nic mi się nie chce, ale z każdym dniem jest coraz lepiej. Jestem zła, bo wiem, co spowodowało tak nagły nawrót choroby, ale wiem, że dałam sobie radę, jak byłam w gorszym stanie, to i dam sobie radę teraz, wyreguluję wszystko i doprowadzę się do porządku. Wiadomo, od stresu człowiek się całkiem nie odseparuje, ale można próbować jakoś sobie z nim radzić. Może jakaś joga? Zapisałabym się na siłownię lub na basen, żeby się wyżyć, ale niestety..., serce szaleje przy wejściu na drugie piętro więc nici z tego... Wieczorami siadam, wyciszam się i zajmuję swoim hobby, to trochę uspokaja. A za parę dni wybieramy się na wakacje. Daleko od wszystkiego. Taki relaks na początek nowego, spokojniejszego życia...

I nie piszę tego, żeby się pożalić, nie chcę narzekać. Po prostu zwracam uwagę na to, jak bardzo trzeba na siebie uważać, jak trzeba słuchać zaleceń lekarza, jak dbać o siebie samemu, bo jak nie my, to nikt się nie domyśli, że potrzebujemy pomocy. Zaburzenia tarczycy są tak przebiegłą dolegliwością, która nie rzuca się w oczy, a jest bardzo, bardzo uciążliwa i potrafi zdezorganizować nam życie w dużym stopniu. A trzeba z nią jakoś żyć dla siebie i dla dzieci. Trzeba funkcjonować w miarę normalnie, bawić się z dziećmi, wstawać rano, wypełniać swoje obowiązki, a do tego się uśmiechać i starać nie denerwować z byle powodu. A potrzeba naprawdę niewiele, żeby względnie wyregulowany organizm znów się rozregulował...

piątek, 6 maja 2016

Trzy lata...

Czwartego maja w środę obudziłam się bardzo rano, pierwszy raz od bardzo dawna przed Zosią. Dręczyły mnie jakieś niepokoje, nie mogłam spać. Wzięłam do ręki telefon i sobie przypomniałam... Przecież to właśnie tego dnia, trzy lata temu, na świat przyszedł nasz Fifi. Jego urodziny świętowaliśmy od paru dni, nie wytrzymaliśmy i zaczęliśmy już na początku długiego weekendu, przecież w bagażniku czekał już wymarzony rowerek, a chcieliśmy, żeby się nim nacieszył zanim zaleje go fala gości i prezentów. Goście też rozłożyli swoje wizyty na raty, przychodzili codziennie, a Fi dzielnie dmuchał świeczki po trzy razy na dzień. Nie myślałam, że ten konkretny dzień tak przeżyję, przecież to zwykły dzień, Fifi miał iść do przedszkola, ja miałam zaplanowaną wyprawę do pracy, a jednak... Wzięłam telefon, a tam facebook przypomniał mi trzy ostatnie lata i łzy same stanęły w oczach. To już trzy lata. Niby aż, a jednak tak mało. Niby taki duży, a nadal malutki chłopczyk, któremu drżą ustaczka, gdy ktoś go zawiedzie. I właśnie dlatego rano, oprócz wzruszenia, dręczyły mnie niepokoje. Bo wiedziałam, że tego dnia ktoś go zawiedzie, ktoś z powodu swoich, nieznanych mi racji, ostentacyjnie, po raz kolejny się nie zjawi, nie zadzwoni, nawet się nie odezwie. Wiedziałam o tym i musiałam zrobić wszystko, by on tego nie zauważył. I powiem Wam, że mi się udało. Mi, nam, gościom.
To były udane urodziny. Rozwlekłe, wesołe, pełne radości, spacerów, gości, prezentów, cukierków, tortów, świeczek, balonów i Minionków. Ale i męczące, pełne emocji, wzruszeń, przyjaciół i sprzątania. No i w przedszkolu niezapomniana imprezka. Sto lat, przytulania, całusy, laurki, tort i cukierki. Dużo śpiewania, tańców i śmiechów wśród kolegów i koleżanek. Gdy już minął czwarty maj, gdy już wyszli ostatni goście, dzieci padły w łóżeczkach, a my padliśmy na fotelach. Ale na tym się jeszcze nie skończyło. Ogrom słodyczy i wrażeń dał o sobie znać w nocy... i to wszystkim... 


A sam jubilat? Nie wierzę, że jest już taki duży, taki inteligentny, taki uczuciowy i sprytny. Przywiązuje się do ludzi, wybiera sobie swoich ulubieńców. Wiecie, że wlazł mojemu tacie na kolana (temu samemu, który bywa u nas dwa razy w roku, w urodziny dzieci, a my u niego bywamy kolejne dwa razy, w święta) i wywalił prosto z mostu, że go kocha. Mina mojego taty, bezcenna. A mi serducho rośnie, bo choć widujemy się rzadko, to widzę, jak bardzo Fifi się do niego garnie i widzę, że obydwojgu te wizyty sprawiają ogromną radość.
Ale Filip to też mały cwaniaczek. Wie kogo może wykorzystać, ograbić z telefonu, komu władować się bezceremonialnie na kolana, od kogo wydębić słodycze. Lubi gdy przychodzą ciotki, gdy wpadają nasi znajomi z dziećmi (zbiegiem okoliczności w podobnym wieku). Dzieli się wtedy zabawkami (choć w przedszkolu podobno dzieciom zabiera), popisuje się, a po odwiedzinach sprząta ze stołu, wynosi talerzyki do kuchni. Zawsze mi go szkoda, bo jest taki zawiedziony, jak wychodzą goście, ale wiem, że niedługo odwiedzą go znów, że nie zniknął bez słowa na nie wiadomo jak długo.
Fifi to też gaduła, lubiący się popisywać akrobata. Śpiewa, recytuje, opowiada, żeby, jak przyjdzie co do czego, nie wyjść na scenę na przedszkolnym przedstawieniu. Do tego humorzasty. Od uśmiechu, przez płacz, po wszystko na nie... Nigdy nie wiadomo, czego można się po nim spodziewać, co zrobi, dokąd pójdzie...


Te urodziny dały mi wiele do myślenia, uświadomiły wiele, trochę zmusiły do podjęcia pewnych decyzji. Nie wiem, jak Zosia, bo jest jeszcze malutka, ale Filip jest bardzo emocjonalny i wrażliwy. Pewnie nie uchronię go przed całym złem tego świata, pewnie niejedna osoba go kiedyś zostawi, odejdzie i ja nie będę mogła nic z tym zrobić. Ale teraz, gdy mam na to realny wpływ, nie pozwolę pogrywać sobie emocjami mojego dziecka. Na co dzień tego nie widać, ale przychodzą takie dni, święta, okazje, na które czeka każde dziecko. Ja nie pozwolę, żeby coś przyćmiewało mu tą radość. Zrobię wszystko, żeby jego wspomnienia były tylko różowe. To jest moje postanowienie na te okrągłe, trzecie urodziny.

A za rok kolejne, okrągłe, czwarte...

czwartek, 5 maja 2016

Pomagamy szczęściu... szczepimy!!!

W obydwu moich ciążach (tych donoszonych), gdy już minął okres najniebezpieczniejszy, gdy czułam już w brzuchu malutkie motylki, gdy dopuściłam do siebie myśl, że to się uda, że nic już nie może się stać, wtedy przyszedł strach. Strach, który towarzyszył mi do samego porodu, a potem ewoluował, troszkę się zmienił, ale pozostał ze mną do dziś. Strach o zdrowie moich dzieci, strach czy wszystko z nimi w porządku, czy nic im nie grozi i czy nie przegapię żadnych niepokojących sygnałów. 

Już na samym początku znaleźliśmy dla Filipa naszą własną, prywatną panią doktor. Owszem, chodziliśmy na szczepienia i bilanse do przychodni, ale też jeździliśmy do pani doktor. Troszkę się z nas śmiała, mówiła, że przesadzamy, uspokajała, że z takimi troskliwymi i spostrzegawczymi rodzicami na pewno nic nam nie umknie i zareagujemy na czas, nie ma potrzeby biegać z nim co miesiąc na "przegląd". Na szczęście przez długi czas nic mu nie dolegało, nawet katar nas omijał, dopiero, gdy pojawiła się Zosia i poszedł do przedszkola, zaczęły się nam drobne problemy ze zdrowiem. Przeziębiały się na zmianę, pojawiły się problemy z uszkami, czasem kaszel. Nie było to nic poważnego i z czasem zaczęliśmy w większości przypadków polegać na konsultacji, zwłaszcza, że nasz synek-cykor jakoś histerycznie reagował na stetoskop i grzebanie w uszach i gardle. I tym sposobem przez trzy lata filipiego życia i przez prawie półtorej z Zosią udało nam się przebrnąć bez antybiotyku. Raz co prawda był kupiony, ale zanim go podaliśmy, Zosia nagle ozdrowiała.

Ale jakiś czas temu spotkała nas bardzo nieprzyjemna przygoda. Nasza pani doktor, podczas badania, zauważyła u Fifula plamki na buzi i szyi. Wyglądały, jakby był brudny, musiały się pojawić niedługo przedtem, był chory, na więcej mu pozwalaliśmy, nie zauważyliśmy. Zaniepokoiła się tym, kazała zwracać uwagę, niestety się powtórzyły, trzeba było zrobić badania. Oczywiście w międzyczasie wujek Google zrobił swoje i stracha mieliśmy dość poważnego. O problemach związanych z pobraniem dziecku krwi, o stresie z tym związanym pisałam już wcześniej TUTAJ. Było to dla nas straszne przeżycie, dla Filipa jeszcze gorsze, bo zdarza się, że jeszcze teraz czasami przed snem pochlipuje, że on nie chce kuj. Aż się boję pomyśleć, co będzie, jak przyjdzie konieczność kolejnego go przebadania. Serce mi się kraje na myśl o tych wszystkich chorych dzieciach, o tym ile muszą wycierpieć ze względu na chorobę, ale i ze względu na badania, leczenie, podawanie leków. Gdy przeglądam strony różnych fundacji, gdy po raz kolejny wyszukuję dzieci potrzebujących pomocy, gdy widzę te wszystkie malutkie rączki podpięte pod kable, te wszystkie druciki wystające z nosków, to wszystko, co nawet nie wiem, do czego służy, to niejednokrotnie łzy napływają mi do oczu. I potem układam moje szkraby do snu, otulam je kołderkami i myślę sobie, że mamy wyjątkowe szczęście, że mamy dzieci zdrowe. Bo to niewątpliwie jest szczęście, ale temu szczęściu trzeba pomóc, gdy jest taka możliwość.


Jakiś czas temu zostałam poproszona o wzięcie udziału w kampanii "Pneumokokom mówimy: szczepimy!!!" Nie zastanawiałam się długo, bo odkąd Fifi pojawił się na świecie, wiedziałam, że będzie to jedno ze szczepień na naszej liście obowiązkowych szczepień dodatkowych. Nie jestem specjalistą, nie będę wam tutaj sypała statystykami, bo z wszystkimi możecie się zapoznać na stronie kampanii, chcę byście się jednak przyjrzeli chorobom, które mogą powodować pneumokoki i żebyście pomyśleli czy jeśli można ograniczyć ryzyko, to czy nie warto. A akcji nawet darmowych szczepień jest sporo, warto się tym zainteresować, bo w naszej przychodni, choć też była pula bezpłatnych szczepionek, nikt nawet o tym nie wspomniał i dowiedzieliśmy się dopiero po fakcie czyli po zapłaceniu za szczepienie. Ale nie ma tego złego, w końcu zdrowie naszych dzieci jest najważniejsze i nie ma ceny.