czwartek, 15 lutego 2018

Pływanie małych dzieci... dlaczego warto?

Choć sama nie potrafię dobrze pływać, choć panicznie boję się głębokiej wody, choć zanurzenie twarzy uważam za szczyt heroizmu, to aktywności związane z wodą i pływaniem są chyba moimi ulubionymi aktywnościami. Gdy tylko mam okazję, staram się popływać i od dawien dawna obiecuję sobie, że w końcu zacznę regularnie chodzić na basen, a od zawsze pluję sobie w brodę, że nie męczyłam rodziców o nauki i pływalnie w dzieciństwie. Strasznie zazdroszczę tym wszystkim, którzy mieli baseny w ramach w-f, i którzy teraz w wodzie czują się jak ryby. Pływanie obok nauki języków obcych i jazdy samochodem są moim zdaniem jednymi z ważniejszych umiejętności, które powinno się zaczynać wcześniej niż my to robiliśmy (pokolenie obecnych ponad 30-latków) i tego postaram się dopilnować u moich dzieci.

wtorek, 6 lutego 2018

Jestę blogerę...

Zawsze się zastanawiałam, kiedy przyjdzie ten moment, że będę o sobie bez krępacji mówiła "bloger", "blogerka", "influencerka"... Jakie zasięgi muszę mieć, ilu followersów, ile "lubisiów", ile postów w tygodniu muszę publikować, jakich i ilu ludzi z branży znać, na jakich imprezach bywać, jakie miejsca odwiedzać, gdzie się pokazywać, z kim rozmawiać, o czym pisać, jakich tematów unikać, co jeść, co słuchać, jak wyglądać...???


Oczywiście są wielcy, znani, lubiani, tacy, którzy z tego co robią zrobili niezły interes i nie muszą się skupiać na niczym innym. Ale nie oszukujmy się, duży odsetek nas, szaraczków internetowych, prócz bloga, facebooka, instagrama, twittera i innych cudeńków, ma jeszcze rodzinę, dom, dzieci i pracę, żeby to wszystko utrzymać. Nasze pisanie i istnienie w sieci jest raczej działalnością honoris causa i nie niesie za sobą zbyt dużych kokosów, wielkiej popularności i ogólnie pojętego luksusu. Jest dodatkiem do reszty i dzieje się raczej przy okazji...

niedziela, 4 lutego 2018

Zdalne życie... czyli co możemy przez internet.

Zima to nie jest łatwy czas dla rodziców... Dla nie rodziców również, ale to właśnie rodzice mają więcej okazji w tym czasie zostać uziemionymi w domu... Im więcej dzieci tym więcej okazji do chorób, tym więcej wzajemnego zarażania, a co za tym idzie, więcej dni spędzonych na siedzeniu w domu i doglądaniu latorośli. Jakby tego było mało, w tym okresie także nasza odporność spada obniżona jeszcze dodatkowo przez stres spowodowany chorobą dziecka, kolejnymi nieobecnościami w pracy i odizolowaniem od normalnego społeczeństwa. Zdecydowanie organizacja czasu w takim okresie zimowo-chorobowym mocno kuleje, a co za tym idzie kuleje nasza psychika.

Nie oszukujmy się, jesteśmy dorośli i raczej przywykliśmy do tego, że wszystko załatwiamy sami, jesteśmy samowystarczalni, ze wszystkim sobie radzimy. Choroba nasza czy dzieci odbiera nam te możliwości, skazuje nas na pomoc bliskich, a to w rezultacie może powodować naszą frustrację. Ale czasy mamy takie, że technologia wiele nam ułatwia. Możemy dyskutować nad prawidłowością tego, że nieco uzależniliśmy się od bycia w sieci, od załatwiania wielu spraw zdalnie, ale w niektórych sytuacjach niewątpliwie jest to błogosławieństwo.

poniedziałek, 29 stycznia 2018

Trzy latka po raz drugi... czyli czym naprawdę jest ten owiany złą sławą "bunt"?

Gdy już niemal dwa lata temu pisałam TEN (pisany zaraz po tym, jak Fifi skończył trzy latka i mieliśmy z nim duuużo zabawy) tekst i, gdy całkiem niedawno znów do niego wróciłam, odezwały się głosy, że coś takiego jak bunt trzylatka nie istnieje, że już w tym wieku dziecko zachowujące się tak, jak wtedy Fifi i jak teraz Zofia jest zwyczajnie niewychowane i z żadnym buntem nie ma to nic wspólnego. Nie powiem, poczułam się nieco urażona, bo zabrzmiało to jak zarzut do mnie, że nie potrafię zapanować nad swoimi dziećmi. Usiadłam więc i na spokojnie przeanalizowałam zachowanie Filipa sprzed dwóch lat, zachowanie Zośki teraz i zachowanie Filipa teraz... 

Z jednym mogę się zgodzić... Nieco na wyrost jest nazywanie tego okresu w życiu dzieci buntem... Dla mnie bliższe by była nazwa "rozdwojenie jaźni" (żarcik). Mam wrażenie, że jest to takie trochę po omacku szukanie swojej drogi, sprawdzanie czy mama (lub tata, babcia, dziadek, przedszkolanka) ma jednak rację, czy może ja (już taka "duzia") wiem lepiej. Przecież już taka dorosła dziewczynka, jak czegoś chce, to chce i ma to być tak jak ona chce, wtedy kiedy ona chce, wykonane przez tego przez kogo ona chce i najlepiej bez zbędnej zwłoki... Bo jak nie, to następuje obraza majestatu, "nie lubię cię", podkręcenie do granic wytrzymałości decybeli, a w skrajnych (ale wcale nie takich rzadkich) przypadkach buntowanie się lub nawet "przemoc" fizyczna. Napad taki zdarzyć się może w najmniej spodziewanym momencie, gdy coś księżniczce nie przypasuje. Znane już chyba wszystkim rodzicom złe ukrojenie jabłka, nie taki kolor łyżeczki, naciśnięcie guzika windy czy założona przez nieuprawnioną osobę czapka. Iskierką zapalną może być dosłownie wszystko.


piątek, 26 stycznia 2018

Frustracja Matki...

Z definicji, każda matka powinna być oazą spokoju, ciepła, cierpliwości i wyrozumiałości. Powinna tryskać humorem, rozdawać uśmiechy i uściski na lewo i prawo, zawsze mieć na wszystko dobrą radę, zawsze gotowa nieść pomoc, pociechę i posiłek. Matka nie powinna być zmęczona, nie powinna chorować, nie powinna mieć gorszego dnia, a gdy już się zdarzy, to powinna trzymać to w głębokiej tajemnicy przed dziećmi, mężem i teściami... Matka to skarbnica wspaniałych pomysłów, kreatywnych zabaw, inspiracji na obiad... Matka zawsze jest wyspana, wstaje przed wszystkimi, zasypia na szarym końcu, uwielbia prasować, gotować i ścierać podłogi... Matka nigdy nie podnosi głosu na dzieci, na kota, a już w szczególności na Bogu ducha winnego męża, który przecież jest tylko człowiekiem i choruje, jest zmęczony i niewyspany.
Taka jest definicja matki, która wypływa z internetu, przekazów telewizyjnych i tych płynących od rodziny i teściów. Niestety ta definicja ma tyle wspólnego z rzeczywistością co ja z brytyjską królową czyli bardzo, bardzo niewiele. Można by wszystkie te stwierdzenia z pierwszego akapitu odwrócić i wyszła by bardziej prawdopodobna definicja matki niż ta, która do nas dociera.


środa, 17 stycznia 2018

Koktajl z avocado... czyli wiosenne orzeźwienie w środku zimy.

Początek nowego, 2018 roku nie jest dla nas łaskawy... Plany były z rozmachem, z przytupem, z ambicjami, a jak do tej pory nie szczególnie coś nam z nich wychodzi... W pracy jak do tej pory byłam dwa razy, z czego raz pojechałam tylko dlatego, że miałam blisko do doktora... Biegać, nie biegałam wcale... A jedyna dieta to taka, że jak jestem chora, to prawie nic nie jem, bo nie mam ochoty, a jak dzieci są chore też nie jem, bo nie mam czasu... Pogoda też jak na razie nas nie rozpieszczała, było szaro, buro, ponuro i nieprzyjemnie, a jak w końcu wyszło słońce, to zrobiło się mroźno za czym też specjalnie nie przepadam, ale w tym roku wyjątkowo, bo budowa jak stała, tak stoi w miejscu... 

Próbuję wszelkimi sposobami jakoś odczarowywać tą złą passę, jakoś się postawić na nogi mimo domowej, przedłużającej się w nieskończoność kwarantanny i dziś mam właśnie prosty sposób, żeby się wzmocnić, odżywić, poczuć wiosnę w środku zimy i niewątpliwie zrobić sobie kulinarną przyjemność. Jako że gotować wymyślnych potraw mi się ostatnio wyjątkowo nie chce, wolę knajpiane jedzenie dowożone przez Małżonka, to chociaż prostym koktajlem się rozpieszczę, a i zafunduję sobie porządną dawkę witamin.


czwartek, 11 stycznia 2018

Guma od majtek i klozet... czyli dziecko się śmieje, a Kapitan Majtas szaleje...

"Było sobie dwóch świetnych chłopaków, George i Harold. 
I był też wstrętny dyrektor szkoły. Nazywał się Krupp.
Pewnego razu chłopcy zahipnotyzowali dyrektora pierścieniem hipnozy.
Chłopcy wmówili mu, że jest superbohaterem - Kapitanem Majtasem.
Było to zabawne dopóki pan Krupp nie wyskoczył przez okno.
George i Harold nie mogli go zostawić samego, bo zrobiłby sobie coś złego.
Potem spotkały ich różne przygody i robili niesamowite rzeczy.
Pewnego dnia pan Krupp niechcący wypił supersok.
Teraz ma supersiłę i może nawet latać."