wtorek, 23 sierpnia 2016

Czy to już czas?

Dokładnie tyle lat, miesięcy i dni co dziś ma Zosia, miał Filip, gdy wyżej wymieniona przyszła na świat... To takie niesamowite, bo Fifi wydawał mi się wtedy już taki duży, już dojrzały, już gotowy na młodsze rodzeństwo, a przecież Zośka to taki mały skrzat. Ona jeszcze tyle opieki potrzebuje, tyle uwagi, a z Filipem przeszłam już ciążę, zostawiłam go na tak długo, żeby wrócić z małym, rozwrzeszczanym tobołkiem. Pamiętam do dziś jego minę, gdy mnie zobaczył... Był taki zdezorientowany, taki zagubiony, nie wiedział czy podejść, czy uciekać... A mi wydał się taki duży, taki inny, taki.. trochę obcy...

No i właśnie dziś jest ten dzień, kiedy idąc dalej tym tropem, powinnam urodzić trzecie dziecko. Powinnam być już po ciąży, po tych wszystkich trudach, znojach, mdłościach, bezsennościach... Powinnam, ale nie urodziłam... Powiem Wam w tajemnicy, że nawet w ciąży nie jestem... Choć uważamy, że to jeszcze nie koniec, że jeszcze czegoś nam brakuje, że idealny model to dwa plus trzy, to nasza Zosia, ba, nasze oba skrzaty są jeszcze takie małe, jeszcze tyle uwagi potrzebujące, są takie czaso i energochłonne. Myślimy o powiększeniu rodziny, uwzględniamy w planach jeszcze jedno dziecko, rozmawiamy, jak to będzie, ale ciągle mamy jakieś obawy, wątpliwości, niepewności.


Bo wiecie, ja od czterech lat jestem w pewien sposób uziemiona. Całe moje życie, całe dnie, godziny kręcą się wokół dzieci. Teraz, gdy Zosia zaczyna się robić minimalnie samodzielna, przesypia noce, zaczyna swoją przygodę z przedszkolem, ja zaczynam wciskać w plan dnia też swoje plany. Zaczynam myśleć o pracy, o wygospodarowaniu więcej czasu na własny biznes, o zadbaniu o siebie, o jakimś hobby. Dzieci zaczynają wchodzić w wiek, gdy można im wymyślić dodatkowe zajęcia, zająć czymś innym niż wchodzenie mi na głowę. Ta sławetna wygoda i powiedzenie "dwoje już odchowałam więc po co mi więcej" pojawia się często po stronie, może nie minusów, co wątpliwości. Bo kolejne dziecko, to kolejne miesiące z pobudkami, kolejne godziny spędzone na poszukiwaniu staników do karmienia, kolejne wprowadzanie posiłków, pieluchy, stawania, nauka chodzenia, zęby, rozbite głowy...

Wygoda, wygodą, można ją poświęcić jeśli nie ma się nic innego do roboty, ale my od dłuższego czasu mamy plany. Firma, dom, remonty, inwestycje... Średnio wykonalne z malutkim dzieckiem uczepionym biustu w komplecie z dwójką, której też nie ma gdzie podrzucić, a z oka spuścić nie można. Do tego oboje już zaczynają mieć swoje zajęcia, baseny, piłki, za chwilę pojawią się koledzy, trzeba wozić, dowozić, odprowadzać. Owszem, wszystko się da, ale już z dwójką wymaga to wiele gimnastyki, a jak dojdzie niemowlę, które non stop potrzebuje konkretnie mnie? Teraz czasem ciężko nam się podzielić obowiązkami, a wtedy chyba musielibyśmy rozpisać specjalny grafik. Powtarzam sobie, że przecież z jednym Filipem myślałam, że już nie wyrabiam, miałam obawy czy dam radę z dwóją, a teraz wszystko nabiera jakiś kształtów, jakiegoś rytmu więc i z trójką, prędzej czy później tak by było...

Oczywiście dochodzi aspekt finansowy... Nie obeszłoby się bez niego. Nie oszukujmy się, ale 500+ nikogo przy zdrowych zmysłach nie skłoni do posiadania dziecka. Owszem, może być pomocne, ale za nas dziecka nie utrzyma więc nic dziwnego, że przy planowaniu powiększenia rodziny bierzemy pod uwagę i tę stronę naszego życia. Czy będziemy w stanie posłać całą trójkę do dobrych szkół, utrzymać na studiach (o ile będą chciały na takowe pójść), zapewnić jakiś start w dorosłe życie? To już teraz kołacze mi z tyłu głowy.

No i są przecież nasze dwa bobasy... Filip mówi cały czas, że chciałby dzidziusia, najlepiej małego braciszka, bo siostrzyczkę już ma, ale Zosia nie zna czegoś takiego, co mogłoby odwracać uwagę rodziców właśnie od niej. Pamiętam jak strasznie przeżywałam ciążę z Zośką, jakie targały mną wyrzuty sumienia, że skrzywdzę tym Fifula, że będzie zazdrosny, że będzie czuł się odrzucony. Pomyliłam się po całości, dzieciaki się kłócą, biją, nawet gryzą, ale żyć bez siebie nie mogą. Filip troszczy się o Zosię, jednocześnie zabierając jej wszystko, co tylko sobie weźmie. A Zosia? Zosia w Filipa zapatrzona jak w obrazek. Naśladuje, małpuje, nawet w przedszkolu wypatruje go non stop i jak długo nie ma go w pobliżu, to się niepokoi. No tak, ale Filip był malutki, jak urodziła się Zosia. Nawet jak teraz zdecydowalibyśmy się na kolejne, to nasze dzieciaki i tak będą starsze, będą więcej rozumiały...

A na koniec dochodzi moje zdrowie. Moja szalejąca tarczyca teoretycznie pozwala na zajście i donoszenie ciąży, ale będzie to na pewno bardziej problematyczne niż dwie poprzednie ciąże, które owszem, były wspomagane farmakologicznie, ale nie aż tak. I tutaj pojawiają się poważne wątpliwości czy warto tak ryzykować, czy skoro wiem, że nie będę mogła sobie pozwolić na totalne leniuchowanie w ciąży, bo są przecież dzieci, to podejmować takie wyzwanie. I nie, nie martwię się o siebie, bo mi nic nie będzie, martwię się o maleństwo czy aby na pewno będzie bezpieczne, czy dotrwa zdrowo do porodu i jak potem z jego zdrowiem. Już zaczęłam taką rozmowę z panią doktor, niby nie widzi przeciwwskazań, ale radzi się jeszcze wstrzymać... Przynajmniej do zimy...

No nic, tak sobie na razie dywagujemy, tak sobie rozważamy, tak sobie rozmawiamy. I tak na poważne decyzje w tej chwili jest jeszcze za wcześnie, daliśmy sobie jeszcze chwilkę choć wydaje mi się, że sprawa jest już przesądzona. Oboje bardzo chcemy mieć dużą rodzinę, ale mamy też obawy... Poważne obawy czy podołamy, czy nie będzie to ponad nasze siły i możliwości. Nie chcemy, żeby któreś z naszych dzieci było poszkodowane, żeby miały czegoś mniej lub czegoś im brakowało. Jak to mówią, trzeba mierzyć siły na zamiary. Samo chcenie tutaj nie wystarczy. A prawda jest taka, że mamy dwoje zdrowych, fajnych dzieciaków..., chłopca i dziewczynkę, konfiguracja, za którą niejeden dał by się pokroić... Czasem sobie myślę, że po co ryzykować... A z drugiej strony ten instynkt... To coś, co siedzi gdzieś głęboko i za nic nie chce się wynieść...

A dziś? Dziś jest ten dzień, gdy Zosia jest dokładnie w wieku Filipa, gdy on został starszym bratem... A ja jeszcze bardziej biję się z myślami...

PS.
Zapomniałabym jeszcze o ważnym "ale"... Co ludzie powiedzą? Już nasza szybka decyzja o drugim dziecku była szeroko komentowana jako wpadka więc boję się, że teraz rozpęta się prawdziwa burza, a ta garstka znajomych, która jeszcze się do nas przyznaje też rozmyje się w mrokach niebytu... (żart, żart, żart!!!)


piątek, 19 sierpnia 2016

Co nas wygnało nad morze czyli Spotkajmy się w Trójmieście vol. 2...

Morze, morze, nasze polskie morze... 
Jakoś zawsze w planach było na ostatnim miejscu. Zawsze za zimno, zawsze za tłoczno, zawsze za daleko. Chcieliśmy powczasować krajowo, ale gdzieś w okolicy, w znanych rejonach, na spokojnie, bez wielkiego planowania. Ale, gdy na mapie spotkań blogowych pojawiła się Gdynia, do tego organizowana przez znaną mi tylko internetowo Żanetę z bloga Mother and Son, zaświtała mi w głowie myśl, że może czas pewne sprawy nadrobić. I znajomość internetową przenieść na grunt rzeczywisty, a i zaprzyjaźnić się bliżej z naszym morze (o morzu może napiszę później). Jak pomyślałam, tak zrobiłam i 6 sierpnia byłam jedną z uczestniczek wydarzenia o zgrabnej nazwie Spotkajmy się w Trójmieście vol. 2.


Spotkanie odbywało się w bardzo fajnie położonym hotelu Różany Gaj w Gdyni (już go zapisałam w pamięci, jako miejsce warte odwiedzenie). Co prawda, my widoków nie miałyśmy czasu podziwiać, ale dzieciaki bawiły się świetnie pod okiem pań animatorek z grupy O rety - animacja na pięknie położonym placu zabaw z widokiem na morze. Chłopina mój osobisty oczywiście dzielnie doglądał, trochę psioczył jak zwykle, ale ogólnie dał radę, a ja miałam możliwość zagłębić się w to, po co tam przyjechałam czyli w nawiązywanie nowych oraz pogłębianie starych znajomości. A grono było zacne, w części już mi znane, także stres związany z zapoznawaniam jakoś rozmył się zaraz po zajrzeniu do sali, gdzie cały event miał miejsce.


A oto i lista uczestniczek tego wydarzenia:
  1. Żaneta Bomba (http://mother-andson.blogspot.com/
  2. Basia Tomczak (www.pierwsze-kroki.com)
  3. Monika Kilijańska (www.konfabula.pl)
  4. Katarzyna Grzywaczewska (http://poradymamykasi.blogspot.pl)
  5. Aleksandra Protasewicz (http://okiemalexa.blogspot.com)
  6. Joanna Misiak (www.krzywaprosta.pl)
  7. Ola Greszczeszyn (www.wokoldzieci.pl)
  8. Marta Kalamon (http://kalmarkitchen.blogspot.com)
  9. Sylwia Narkowicz (www.oczamimamy.pl)
  10. Natalia Majewska (www.schwytanechwile.pl)
oraz ja...

Niestety, nie udało się dotrzeć Ani Chwastowskiej z bloga Mama Cukiereczki.

A co tam ciekawego robiłyśmy?
A no poszerzałyśmy horyzonty.
Na początku za uświadamianie nas na temat fotografii zabrał się Pan Mateusz, który równocześnie odpowiadał za oprawę fotograficzną wydarzenia. Co prawda, ja zawsze będę się upierała, że nie tylko lustrzanką można robić dobre zdjęcia, ale chętnie posłuchałam o paru trikach, które pewnie kiedyś mi się przydadzą.

Następnie pałeczkę przejęła Pani Magda z Baby Shower Trójmiasto. Słuchałam jej z rozmarzeniem, bo w moim otoczeniu mało kto w ogóle wpadł na pomysł zapytania czy coś nam potrzeba, nie mówiąc już nawet o zorganizowaniu takiego przyjęcia. Fajnie by było przeżyć coś takiego, ale przy trzecim dziecku chyba już nikomu się nawet nie chciałoby zawracać głowy ;) No i do Trójmiasta trochę daleko... Ale posłuchałam, zanotowałam pomysł, będę miała na uwadze.


No i nadszedł czas na coś, co zawsze powoduje u mnie ciarki na plecach i przewracanie oczami czyli prelekcja o odżywianiu. Nie będę ukrywała, bardzo często mam wrażenie, że panie (i panowie) zajmujący się żywieniem, mają trochę nie po kolei w głowie i nas wszystkich (tak, wszystkich, bo u każdego znajdą jakieś grzechy) wsadziliby do więzienia za trucie siebie i dzieci. Na szczęście, w tym wypadku bardzo się pomyliłam. Pani Agnieszka Danielewicz z Instytutu Żywienia i Rozwoju Eligo przedstawiła temat bardzo rzeczowo, ciekawie, z pasją i energią, przy okazji nikogo nie oskarżając, doradzając, tłumacząc i jednocześnie dając wiele do myślenia. Wykorzystując między innymi pomoc mojego Filipa, obrazowo pokazywała, jak powinny wyglądać posiłki naszych dzieci. Ja wyniosłam z wykładu bardzo wiele i myślę, że dał mi on więcej niż niejedno pokrzykiwanie mądrych głów.


Oczywiście, nie mogło zabraknąć tortu. Pyszny, nie za słodki, truskawkowy wypiek zapewniła Kraina Wypieków. Tydzień po podjęciu decyzji o uważaniu na dietę nie mogłam się powstrzymać przed dokładką. Dziękuję!!!


W między czasie wzięłyśmy udział w licytacji w słusznym celu i otrzymałyśmy upominki od sponsorów, ale o tym w kolejnej części relacji. Czekajcie z niecierpliwością, bo warto. A na zachętę jeszcze troszkę zdjęć...





Lubię takie spotkania, lubię. Zawsze są fajnym pretekstem, żeby ruszyć się gdzieś z domu... I do ludzi i w nowe miejsca... Mam nadzieję, że tą relacją przekonałam niezdecydowanych.

A Wam dziewczyny, dziękuję za super dzień. Mam nadzieję, że do szybkiego zobaczenia!!!



czwartek, 18 sierpnia 2016

34...

Do czegoś wam się przyznam... Zdradzę mój pilnie strzeżony sekret... Otóż jestem stara... Czasem sfrustrowana tą swoją starością, czasem marudząca, zrzędliwa, gderliwa, zabiegana, zmęczona, z niedoskonałościami tu i ówdzie, z kompleksami, pretensjami do siebie i innych. Czasem mam ochotę zabrać te swoje wszystkie lata, wszystkie swoje wady, wszystkie ubytki i uciec gdzieś, gdzie mogłabym wszystko zacząć od nowa. Z nowymi marzeniami, celami, zadaniami. Czasem...

Ale oprócz tego czasem mam to, co jest tu i teraz. Mam 34 lata. Dużo? Nie wydaje mi się. Mam za sobą fajne 34 lata. Ciekawe dzieciństwo, bardzo ciekawą wczesną młodość, przyjaźnie, miłości, przygody. Mam doświadczenia, mądrości, mam wiedzę, której nie oddałabym za żadne skarby. Może mam za mało dyplomów, za mało kursów językowych pokończyłam, ale tych wszystkich przeczytanych książek, miejsc, które zobaczyłam, ludzi, których poznałam, nikt mi nie odbierze. Wreszcie mam rodzinę. Tworzę ją każdego kolejnego dnia, z mężem, z dziećmi, nawet z kotem. Mam jeszcze tyle do zobaczenia, tyle do usłyszenia, tyle do odkrycia, tyle do wymarzenia. Mam plany, ambicje, cele. I choć czasem patrzę z rozrzewnieniem w przeszłość, to z nadzieją zerkam w przyszłość. 


Kończę kolejny, fajny rok swojego życia. I zaczynam następny, pewnie jeszcze fajniejszy.

wtorek, 16 sierpnia 2016

Zasady... warto czasem je złamać...

Często słyszę deklaracje, że nie ważne, co by się działo, nie ważne są okoliczności, nie ważne miejsce czy data, dla dzieci odstępstw od reguł nie ma. Chodzi mi o godziny snu, jedzenie, jadłospis, czas zabaw i przyjemności oraz tym podobne sprawy zazwyczaj regulowane przez pewne zasady, które ustalamy, wprowadzamy i wypracowujemy. Od samego początku pracujemy nad planem dnia, nad rytmem, rytuałami, które potem procentują przewidywalnością (oczywiście w dziecięcych granicach), możliwością opanowania i posiadania kontroli. Dzieci, mniej lub bardziej, wiedzą, co im wolno, co następuje po czym, wiedzą kiedy trzeba zbierać się do spania, co wolno jeść, a co wypada tylko od czasu do czasu. No właśnie, kiedy jest to "od czasu do czasu" i czy w ogóle powinno się zdarzać.

Niektórzy mówią, że kategorycznie nie, bo ustępstwa powodują precedens, który potem może być wykorzystany poniekąd przeciwko nam. Ale zastanówmy się czy wychowujemy zaprogramowane roboty czy istoty zdolne do samodzielnego myślenia. Czy dziecko ma mieć ustalone wszystko jak w zegarku, ma kierować się regulaminem, w którym każda sytuacja jest opisana w oddzielnym punkcie, wyodrębnione rzeczy dozwolone i te zakazane? A co z wakacjami, weekendami u dziadków, odwiedzinami znajomych, urodzinami dzieciaków lub ich kolegów? Wtedy też mają obwiązywać te zasady? Nie ważne, że na dworze jasno, że całe podwórko rozbrzmiewa śmiechem dzieciaków, nasze pociechy mają grzecznie iść o 19 czy 20 do wanienki, paciorek i spać? A na urodzinach Jasia, gdy podawany jest tort, powinno grzecznie odmówić, powiedzieć, że ono takich rzeczy nie je i odwrócić się na pięcie? Czy naprawdę taka jedna, sporadyczna sytuacja zaburzy cały system wartości takiego dziecka? Czy od tej pory stanie się zbuntowane, rozwydrzone i pazerne na słodycze? Może takie dzieci są, nie przeczę, choć sama się z takimi nie spotkałam. Spotkałam się za to z całą rzeszą mądrych ludzików, wychowywanych przez mądrych rodziców, którzy potrafią dzieciom wpoić jedną bardzo ważną zasadę... są zasady i są odstępstwa od zasad, ale te odstępstwa są w wyjątkowych sytuacjach i potem wszystko wraca do normy.


Właśnie zakończyliśmy wczasowanie z naszymi skrzatami. Wakacje nad morzem, hotel, dwa posiłki, dużo zwiedzania, multum atrakcji, ogrom pokus, na które dzieciakom świecą się oczy. Mogliśmy się zaprzeć, skrupulatnie odmawiać, trzymać się godzin posiłków, snu, zabaw. Ale jak i po co? Zwyczajnie odpuściliśmy, daliśmy sobie trochę wejść na głowę, oczywiście w granicach rozsądku, pozwoliliśmy się pobawić do 22, zjeść więcej nie do końca zdrowych rzeczy, potłuc się na mechanicznych pojazdach, które na co dzień uważam za głupie. Zrobiliśmy to dla frajdy dzieciaków, ale i dla swojej wygody. Marudzące, protestujące dzieci, wiecznie obrażone, nie są fajnym towarzyszem zwiedzania. Zapieranie się przy całej restauracji, że teraz jest pora na jedzenie ogórka, gdy wszyscy wkoło wcinają kluski też do przyjemności nie należy. A pobudki o 6 rano? O nie, tego chcieliśmy uniknąć i udało się... Po kolacji basen, potem sala zabaw do 21, bajeczka i do łóżeczek, zasypiały koło 22, rotacyjnie, bo zawsze któreś w dzień jeszcze ucięło sobie drzemkę. A na drugi dzień pobudka najwcześniej o 7.30. Żyć nie umierać. Oczywiście, nie uniknęliśmy drobnych spięć, ale każdy, kto ma dzieci wie, że tego zwyczajnie nie da się uniknąć, ale i my, i dzieciaki mieliśmy wyjątkowy tydzień. Właśnie, wyjątkowy, inny od codzienności, wart zapamiętania, zwyczajnie fajny.

Powiecie, że wszystko pięknie, ale teraz będziemy mieli przerąbane w domu. Nic bardziej mylnego. Nasza zwykła codzienność wróciła praktycznie w momencie, gdy przekroczyliśmy próg mieszkania. Normalny wieczór, normalna kolacja, kąpiel, bajka, spanie, a na drugi dzień normalny poranek i pytanie czy już dziś idziemy do przedszkola. Wakacje się skończyły, pozostały wspomnienia, przypominki wieczorową porą i fantazje na temat kolejnych atrakcji i wycieczek. A póki co, wiedzą, że żeby było wyjątkowo, najpierw musi być normalnie, co wcale nie oznacza, że nie jest fajnie. Ale żeby było nam tak fajnie i normalnie, najpierw musieliśmy troszkę do tego dojrzeć, musieliśmy się nieźle nagimnastykować, by najpierw wprowadzić rytm dnia, od którego teraz stosujemy odstępstwa. I powiem wam, Fifi jest już w takim wieku, że swój rozumek ma, wie kiedy jest weekend, kiedy wakacje, kiedy wyjątkowy czas, a kiedy trzeba troszkę się sprężyć i dostosować. A Zosia? Zosia bierze z niego przykład, naśladuje go we wszystkim i też się uczy.
Myślę, że zamiast stosować się w każdej sytuacji do jasno określonych zasad, zamiast nie odstępować nawet na krok od reguł, powinniśmy czasem zaufać naszym dzieciom. Niech spróbują czasem czegoś innego, niech raz na jakiś czas wyszaleją się do późna, niech zjedzą cukierka na urodzinach kolegi. One naprawdę od tego nie zdziczeją, nie poprzestawia im się w główkach, a może przekonają się, że wcale im się to nie podoba. Bo powiem Wam tak w tajemnicy, moja Zofia woli ogórka kiszonego od każdej, nawet najbardziej słodkiej czekoladki, a Fifi potrafi sam zażądać piżamki, bo on jest zmęczony i idzie spać, i nie w głowie mu siedzenie nie wiadomo do jakich godzin. Mają swoje rozumki i to jest ważniejsze od, nawet najbardziej przestrzeganego, rygoru...

czwartek, 4 sierpnia 2016

Udawana zielona szkoła czyli test dla dzieci i... dla dziadków...

Jeszcze nie ostygły nam emocje po majowych wakacjach na Krecie, a już za chwilkę wsiądziemy w samochód i udamy się na nasze najdalsze samochodowe wczasy, nad morze. Filip chodzi podekscytowany już od tygodnia, Zośka z właściwą dla siebie obojętnością nie pokazuje po sobie nic, a my jacyś tacy niezorganizowani. Trochę nam się nie chce, trochę narzekamy na finanse i na nadmiar pracy w tym okresie, ale słowo się rzekło, postanowienie powzięte, Polskę też trochę pozwiedzać trzeba, dzieciom atrakcje zapewnić.

No właśnie, dzieci. Przecież dzieci mają wakacje, trzeba jakoś im czas zorganizować. Owszem, chodzą do przedszkola, lubią nawet, ale gdzieś głęboko mam przekonanie, że naszym obowiązkiem jest zapewnić im jakieś wyjątkowe rozrywki na ten czas. Nam z głowy nikt nie zdejmie obowiązków, prócz ładniejszej pogody nie odczuwamy specjalnej różnicy pomiędzy zwykłym czasem a wakacyjnym. Dla nas każdy jest zwykły. Ale to poczucie, że dzieciom się należy jest silniejsze. Ja zawsze zazdrościłam innym dzieciom, że mają rodzinę na wsi, że mogą pojechać do dziadków, do ciotek. Ja mieszkałam w małym miasteczku więc i tak źle nie miałam, ale jednak takie wiejskie kolonie mi się marzyły. Ba, mnie cieszył nawet wyjazd do babci do miasta. To było coś innego, coś fascynującego. Zawsze wracałam potem stęskniona i szczęśliwa, że znów jestem w swoim domu, w swoim pokoju, wśród swoich kolegów i koleżanek.

Zawsze kręcę nosem, jak mam zostawić gdzieś moje dzieci. Nie mam zaufania, chciałabym kontrolować, mieć na wszystko wpływ. Zbyt długie przebywanie u dziadków zawsze skutkuje tym, że w domu mam potem małego zbuntowanego diabełka, który odgraża się, że "więcej go nie zobaczę". Ale z drugiej strony działka, basen, krzaczki z malinami, cały dzień na świeżym powietrzu. To kusi. No i nasz luz, trochę spokoju, brak pośpiechu, parę chwil dla siebie. Ale czy dziadkowie sobie poradzą, czy dzieci ich nie zamęczą? Hmmm... A może dać im się przekonać, że dwójka dzieci, to nie tylko cukier lukier? Przecież dzieciom krzywda się nie stanie, przecież nam ich do reszty nie rozbisurmanią, przecież dzieci nagle nie przestaną nas kochać. Kusi jeszcze bardziej. No i wreszcie, dzieciom należy się taka atrakcja, potem całą jesień i całą zimę będą chodziły do przedszkola, będzie mniej możliwości do szaleństw, kiedy korzystać, jak nie w lecie?

Po ogromnej bitwie z myślami zdecydowaliśmy. Jeśli dziadkowie nie będą protestowali, a nie protestowali, urządzimy dzieciakom półkolonie pod miastem (na nocowanie nie jestem jeszcze gotowa). Rano, po drodze do pracy, dzieci hyc, w samochód i na działkę. Cały majdan, kopa wskazówek, stres, co będzie ze spaniem, jak z jedzeniem, jak z rozstaniem. I wolność. Moje obawy były nieuzasadnione. Dzieciaki już pierwszego dnia postanowiły nas wyrzucić jak najszybciej. Pomachały na pożegnanie i poszły do swoich atrakcji. A atrakcji w takim miejscu jest co nie miara. Zośki spanie jakoś udało się zorganizować, gorzej z Filipem, on nie dał się tak łatwo spacyfikować, co dla nas akurat było plusem, bo po powrocie do domu zasypiał w dwie minuty. Głodne też nie chodziły. Trochę brudne, mocno zmęczone, ale zadowolone.


A dziadkowie? No, wyglądali na troszkę umęczonych, nie nalegali, żebyśmy dłużej zostali, gdy przyjeżdżaliśmy po dzieci. Teściowej się wyrwało, że przy dwójce dzieci, to ona nic nie może zrobić (co też ona wygaduje ;), że brak jej pomysłów, co Fifi-niejadek może jeść. Ale też chyba byli zadowoleni. Wiadomo, że wnuki są najlepsze na chwilę i najlepiej, gdy rodzice są w pobliżu, ale od czasu do czasu i takie doświadczenie im nie zaszkodzi.
A co z nami? Mieliśmy nadgonić pracę, odgruzować mieszkanie, nacieszyć się sobą, może wyskoczyć na jakiś obiad, a tak naprawdę wszystko dotknęliśmy tylko po łebkach. Prawdę powiedziawszy, po tych paru dniach "bez dzieci" byliśmy bardziej zmęczeni niż normalnie. Mieliśmy się nigdzie nie śpieszyć, a poczucie, że tyle mieliśmy zrobić wiecznie wisiało nam nad głowami. Chcieliśmy tak bardzo wykorzystać ten czas, że to chcenie aż nas przytłoczyło. Nie wiem jak Szanowny, ale ja się cieszyłam, że już wszystko wraca do normy.

A jak wygląda ta norma? Normalnie. Dzieci chodzą do przedszkola. Chętnie. Filip tak się cieszy, że wraca do kolegów i koleżanek, że aż wstaje bladym świtem i bez śniadania się ubiera. Zośka nadal jeszcze trochę marudzi w klubie malucha, ale tylko, gdy Fi jest w pobliżu, mijają jej wszystkie smutki. O dziwo nie nudzą się, nie trajgolą non stop o działce i o dziadkach. Mamy chwilkę spokoju od tego tematu, chyba na jakiś czas mają przesyt, a my odpoczynek od codziennego jęczenia o wyjazd za miasto. 

Także ten... Jeśli macie taką możliwość, jeśli dziadkowie nie pracują, mają urlop i nie protestują, to takie półkolonie, choć trochę problematyczne przez wożenie w obie strony, są super atrakcją dla dzieciaków. Nawet w mieście w bloku, zawsze to jakaś odmienność od codzienności. Dla nas trochę luzu i nauka, że nie tylko my możemy dzieciom zapewnić opiekę i rozrywkę, dla dzieci frajda, a potem jaka radość ze zwykłej rutyny. A dla dziadków lekcja, że my też czasem potrzebujemy odpoczynku, bo dzieci, choć słodkie i kochane, zajmują nasz czas w 100%. A teraz pozostaje nam cieszyć się sobą i czekać rok na następny urlop babci... Może wtedy będą kolonie z nocowaniem...?

poniedziałek, 1 sierpnia 2016

Świętujemy Międzynarodowy Tydzień Karmienia Piersią...

Pierwszy tydzień sierpnia, to szczególny tydzień dla wszystkich karmiących mam i ich dzieci. Jest to bowiem Międzynarodowy Tydzień Karmienia Piersią, a 1. sierpień ogłoszony jest Międzynarodowym Dniem Karmienia Piersią. O tym, jak ważne jest mleko matki dla dziecka nie będę się dziś rozpisywała. Pamiętam, jak urodził się Filip, położna przyszła robić nam wykład, co można, czego nie można, a najważniejsze, co grozi dziecku, które karmione piersią nie będzie (to w zasadzie była jedyna "pomoc" jaką wtedy uzyskałam). M. zapytał wtedy wprost czy to znaczy, że dziecko karmione mlekiem modyfikowanym będzie gorsze, chorowitsze, a może głupsze...? Odpowiedzi nie uzyskał. Pani zrobiła głupią minę i powiedziała, że mam karmić, bo inaczej nas ze szpitala nie wypuszczą i wyszła. Ale przecież to nie prawda i przecież nie to jest najważniejsze w karmieniu piersią. Karmienie piersią to więź, która się nie wytworzy, gdy będziemy się do tego zmuszać, gdy będziemy to robiły, bo ktoś tak chce, wbrew sobie, gdy my, matki, nie będziemy tego czuły.

Przyznam Wam się szczerze, że gdy byłam w ciąży z Fifim, nie zakładałam długiego karmienia. Cztery miesiące i to nie koniecznie tylko piersią, i koniec. Po pobycie w szpitalu, gdzie nikt, absolutnie nikt, nie pokazał, jak karmić, nie wytłumaczył co, kiedy, dlaczego, wróciłam do domu z przekonaniem, że na 100% będę karmić mieszanie, bo tylko to zagwarantuje mi choć chwilkę snu. Przypadek szybko zweryfikował moje plany. Fi po pierwszym podaniu mieszanki dostał strasznych bóli brzuszka, ulewało mu się co chwilkę, a ja się tak wystraszyłam, że na chwilkę odpuściłam. I ta chwilka wystarczyła, żebym poczuła ogromną potrzebę karmienia. Niestety, niedoinformowanie na początku, brak odpowiedniej wiedzy, a czasem błędna wiedza doprowadziły do tego, że choć bardzo chciałam karmić, to też się przy tym męczyłam. Próbowałam coś regulować, ustawiać, kojarzyłam nocne pobudki właśnie z karmieniem, drżałam o dietę (pamiętam, jak wylałam do zlewu cały garnek zupy kalafiorowej, bo Filip, według mnie, niespokojnie spał i jak płakałam na widok truskawek, których przecież nie można mi było tknąć). A Fifi rzeczywiście był w tej kwestii wymagający. Był karmiony na żądanie, a żądał często a mało, był okres, że w dzień karmiłam 12 razy, ale za to noce były spokojniejsze. Potem we dnie już nie prosił, ale za to w nocy potrafił się budzić 8 razy. Wymęczyło mnie to strasznie (zwłaszcza, że po przebytym ropniu, karmiłam jedną piersią), ale, gdy w wieku 14 miesięcy po prostu się ode mnie odwrócił i tym zakończył naszą mleczną przygodę, przepłakałam parę nocy. Brakowało mi tej bliskości i zasypiania w moich ramionach.

Z Zosią było inaczej. Bardzo chciałam karmić, nie chciałam popełniać tych błędów, co za pierwszym razem, chciałam czerpać z tego jak najwięcej przyjemności, chciałam, żeby było to naturalne, lekkie, bez napinania. No i niestety, te wszystkie chcenia troszkę stresu u mnie wywołały, bo tak bardzo się bałam, że się nie uda. Dmuchałam na zimne, pytałam, prosiłam o pomoc i ją otrzymywałam. Byłam po ciężkiej cesarce, nie wstawałam, leżałam pod kroplówką, a mimo wszystko nam się udało. Udało się mi, udało się Zofii, ale też udało się paniom położnym i pielęgniarkom, którym będę wdzięczna do końca życia (tak, rodziłam w innym szpitalu niż Filipa). Przetrwałam połóg, Filipa przeszkadzającego w karmieniu, lekarzy, którzy uważali, że nie można leczyć tarczycy karmiąc, ząbkowania, nieprzespane noce. Byłabym nieszczera, gdybym napisała, że nie miałam kryzysów, gdy nie mówiłam, że mam już dość. Nadal wiązałam nocne pobudki z karmieniem, jak się potem okazało, niesłusznie. Zosia ma teraz 19 miesięcy, przesypia noce od jakiś 4 miesięcy, a ja nadal karmię. Są takie dni, gdy nie karmimy się wcale, są takie, gdy tylko wieczorem, przed snem, czasem w dzień, też przed snem, ale są też takie dni, gdy Zosia nie chce, albo ja nie mam ochoty. Nikt się wtedy na nikogo nie obraża, nie ma histerii, nie ma krzyków. Wiadomo, zdarzają się jeszcze takie smuteczki, które ukoi tylko mama i jej biust, ale powoli udaje się go zastąpić zwykłym przytuleniem.


I tak nam się toczy ta mleczna przygoda. Spokojnie, bez wymuszania, z przyjemnością. I tak być powinno. Karmienie piersią powinno być naturalne. Gdy czytam o braku pomocy, kobietach, które bez wsparcia porzucają karmienie lub odwrotnie, gdy słyszę o obrażaniu matek, które, z różnych przyczyn, zdecydowały o innym sposobie karmienia dziecka, to coś się we mnie burzy. Karmienie piersią to bliskość, bliskość niewymuszona, dobrowolna, spontaniczna. Czasem trzeba w niej pomóc, ale nie można do niej zmuszać. Są kobiety, które decydują, że nie jest im potrzebna akurat taka forma bliskości i trzeba to uszanować. Czasem tego nie rozumiem, czasem wydaje mi się, że przecież to takie fajne, łatwe, bezproblemowe, ale za chwilę przypominam sobie swoje kryzysy, swoje złorzeczenia w poduszkę, łzy bólu i zniechęcenia i wtedy jeszcze bardziej szanuję kobiety, które wytrwały, ale też rozumiem te, które podjęły inną decyzję.

I choć pewnie wiele mogłam zrobić lepiej, nie popełniać błędów, może walczyć o dłuższe karmienie, to jestem z siebie dumna. Jestem dumna z tych 14 miesięcy z Filipem i już 19 z Zosią... I jak kiedyś będę miała jeszcze jedno dziecko... Jeśli będę miała jeszcze jedno dziecko, to wybór chyba pozostaje dla mnie jasny...

A jak u Was było z karmieniem? Łatwo, trudno, z przyjemnością czy może z niechęcią? Pomagał Wam ktoś, wspierał czy wręcz terroryzował? A może zdecydowałyście, że nie chcecie karmić piersią? Chętnie poczytam, jeśli będziecie chciały się podzielić swoimi historiami.

piątek, 29 lipca 2016

SPA Day!!!

Dawno temu, w dzikim kraju, na pustynnych dróg rozstaju... Gdyby Fifi pisał ten post, pewnie tak by się zaczynał (to cytat z jednej z jego ulubionych bajeczek)... Bo faktycznie, patrząc wstecz, historia działa się już jakiś czas temu, a swój początek miała jeszcze dawniej. Już powoli zaczyna mi ona, i wrażenia z nią związane, wylatywać z głowy, a to chyba znak, że czas ją powtórzyć.

A było to tak... Małżonek Szanowny, nie mając już chyba więcej pomysłów na prezenty, i trochę jednak przeze mnie naprowadzony wcześniej, postanowił na Dzień Kobiet sprezentować mi voucher na SPA. A konkretniej na hialuronowy zabieg na twarz i masaż dłoni. Wymyśliliśmy sobie więc, że pojedziemy razem. Ja na zabiegi, Szanowny na siłownię, a może, jak czas pozwoli, razem na basen. Dla mnie wow, ale jak się potem okazało, tak łatwo nie było. Najpierw nam się nie śpieszyło, potem w hotelu były jakieś wydarzenia, potem było obłożenie, potem my wyjeżdżaliśmy, dzieci się rozchorowały i tak dalej, i tym podobne. Ale w końcu się udało, spięliśmy się w sobie, umówiliśmy się w naszym ulubionym hotelu, dzieci porozdawaliśmy po ludziach i pojechaliśmy.


No, powiem Wam Kochani, każda matka, ba, nawet każdy ojciec, powinien sobie zafundować raz na jakiś czas taki relaks, takie totalne wyluzowanie, taki moment, gdy to inni zajmują się nami, a nie my kimś. W domu nie jest to możliwe. Od trzech lat nie miałam czasu w zupełności skupić się na sobie, a tam, muszę to ze wstydem przyznać, na chwilę zapomniałam o tym, że gdzieś tam, w przedszkolu i z opiekunką, siedzą moje dzieci. Zapomniałam o pracy, problemach, zmartwieniach, smuteczkach... Zapomniałam o bożym świecie. Niby tylko trzy godziny, a wróciłam inna. Nawet moja twarz, która bez makijażu zazwyczaj jest blada, szara i wymiętolona, promieniała. Bez makijażu!!! Byłam w szoku. Zdecydowanie muszę to powtórzyć.

Byłam u wielu kosmetyczek, wiele razy robiłam sobie paznokcie, chodziłam do fryzjera. Przyznam się szczerze, że często mnie te wizyty stresowały, wydawały się koniecznością, nie potrafiłam się w trakcie wyluzować, odpocząć, wygadać, zrelaksować. Przyznam, że choć się cieszyłam z prezentu, to w pewnym momencie, po tych wszystkich przeciwnościach, chciałam już mieć to z głowy. Tym razem stało się jednak inaczej. Atmosfera hotelu, miłe przyjęcie już na wejściu, wszystko przyszykowane w szatni, uśmiechnięta pani kosmetolog, czekoladka na powitanie, nastrojowa muzyka, wszystko to super wprowadziło mnie w nastrój. Myślałam, że będzie to tylko wklepanie jakiegoś kremu w buzię (już miałam takie doświadczenia z tzw. "zabiegami na twarz"), ale nie, całość trwała długo, polegała na masażu twarzy, a jakże, ale i ramion, karku, pleców, dekoltu. Maseczka, regulacja brwi, pierwszy raz nie chciałam, żeby to się skończyło. No i masaż dłoni, który też nie ograniczał się tylko do dłoni, ale objął całe ręce. No, dosłownie odpłynęłam. Czułam, jakbym ciało miała z gumy... Ja, która zawsze chce mieć nad wszystkim kontrolę. Gdy po tym wszystkim wstałam z leżanki, to byłam w innym świecie. Ale to nie koniec. Jako, że musieliśmy zrezygnować z basenu, to w zamian postanowiłam skorzystać i zrobić (a raczej dać sobie zrobić) pedicure. Umordowane kobiece kopytka bardzo długo tego nie zapomną. Znów masaż, znów relaks i znów piękne, zadbane stópki. No nie, nie wierzyłam, że tak można. Nie wierzyłam, że trzy godziny wystarczą, żeby postawić mnie na nogi, żeby wywołać aż taki uśmiech, żeby sprawić, że w podskokach i pełna energii wracałam do domu, do dzieci, do nieobranych ziemniaków. I wiadomo, że chciałoby się więcej, ale te trzy godziny naprawdę wystarczyły.

Morał z tej historii jest taki. Warto. Naprawdę warto raz na jakiś czas zrobić coś dla siebie, oddać się w ręce specjalisty, który wie, jak nas rozluźnić (a łatwe to nie jest), który wie, jak podejść do całego przedsięwzięcia, żeby dało efekty. Ja wyszłam z hotelu na miękkich nogach, z rumieńcami i wielkim uśmiechem na buzi. Wracałam jak na skrzydłach, pełna energii i entuzjazmu. Jak nowa.

Drodzy Panowie, Wasze małżonki naprawdę są warte od czasu do czasu takich atrakcji. Wiem, że same sobie ich nie zorganizują, będzie im żal czasu i pieniędzy, ale wy możecie postawić je przed faktem dokonanym. Gwarantuje, że będzie to lepszym prezentem niż kolejna torebka.
Drogie Panie, dla panów też się coś miłego w takim miejscu znajdzie. Sami będą się wstydzić zapytać, potem umówić, powiedzieć o co im chodzi, ale wy? Przecież to nic złego, że chcemy, żeby nasz mężczyzna miał gładką buzię czy zadbane dłonie.
A może by tak podrzucić dzieci do dziadków i urządzić sobie wspólne day SPA? Może na rocznicę ślubu? Co o tym myślicie?