piątek, 6 października 2017

Boskie Matki... i nie tylko... czyli o zdrowiu słów kilka...

6 października to od dwóch lat Dzień Boskich Matek. Określenie to przyjęło się w odniesieniu do kobiet, którym w okresie ciąży zdiagnozowano raka i, którym przyszło mierzyć się z chorobą w tym jakże ważnym dla każdej z nas okresie. Temat i program z tym związany zapoczątkowała Fundacja Rak'n'Roll i już od lat wspiera kobiety zmagające się z tym problemem. Zapewnia im pomoc onkologiczną, położniczo-ginekologiczną, ale i bardzo ważną, a czasem i najważniejszą pomoc psychologiczną. Jednym z głównych założeń fundacji, poza wsparciem w każdym jego aspekcie, jest szerzenie wiedzy na temat możliwości leczenia onkologicznego z jednoczesnym prowadzeniem ciąży... Czyli na ludzki... Nie każda kobieta, która w ciąży dowie się, że choruje na raka, musi tą ciążę usunąć i na odwrót, nie każda kobieta chora na raka, która zajdzie w ciąże musi przerwać leczenie, by tą ciążę donosić szczęśliwie do końca. Obie te sprawy można spróbować pogodzić i tutaj właśnie wielką robotę robi fundacja, kierując takie kobiety, ale i ich rodziny, do odpowiednich lekarzy, uświadamia, zapewnia pomoc psychologiczną i poradę. 

Boskie Matki to te, które mimo dochodzących do nich ze wszystkich stron rad, że żeby wyzdrowieć, muszą usunąć ciążę, decydują się o nią walczyć, decydują się podjąć własną, niejednokrotnie bardzo trudną decyzję i zrobić wszystko, by urodzić dziecko. Ryzyko jest zawsze, ale jest też ogromna szansa. Szansa na to, że urodzą zdrowe dziecko, że zobaczą jak rośnie, jak się rozwija, jak idzie do szkoły, na studia, do pracy... To kobiety, które od samego początku wiedzą, że ta decyzja, to jedyna jaką mogły podjąć, i choć czasem spotykają się z powątpiewaniem, to walczą o siebie i swoją rodzinę.


Zbiegiem okoliczności Dzień Boskich Matek następuje dzień po rocznicy śmierci Ani Przybylskiej. Śmierci, którą ja osobiście bardzo przeżyłam jako matka. Śmierci mamy trójki dzieci, która zbyt szybko opuściła swoją rodzinę, którą ciężka choroba zabrała dzieciom i pozbawiła ich ciepła i opieki jakie im dawała. Matki, która do samego końca rodzinę i dzieci uważała za najważniejsze. 
Ja wiem, że takich matek jest wiele, że ta śmierć dotknęła osoby znanej, medialnej i dlatego się o niej mówi, sama straciłam mamę, gdy miałam 27 lat, co uważam za zbyt wcześnie i mimo, że miałam świadomość co następuję, nie byłam na to gotowa i do tej pory nie jestem w stanie się z tym pogodzić. I w tym właśnie dniu mam takie swoje przemyślenia, na temat wszystkich matek, ich zdrowia, dbania o nie i odchodzenia. Bo owszem, Boskie Matki, to Boskie Matki, ale przecież choroba każdej matki jest dla niej i dla jej rodziny ogromnym dramatem, Bo to właśnie matki niejednokrotnie scalają rodzinę, trzymają ją w kupie, dbają, kochają, wspierają. Matka dla dziecka, nie tylko tego najmniejszego, jest całym światem. Gdy przychodzi choroba, niejednokrotnie ją bagatelizują, nie chcą martwić, zawracać głowy, mają inne zmartwienia, dzieci są małe, nie można im zabierać dzieciństwa, nie raz nie chodzą do lekarzy, bo lepiej nie wiedzieć, tak jest przecież bezpieczniej. Matka, która tak bardzo boi się, że gdy na dwa dni pójdzie do szpitala się porządnie przebadać, jej rodzina sobie nie poradzi, ryzykuje tym samym to, że jeśli wcześnie czegoś nie zrobi, może jej zabraknąć na zawsze. Matka, która nie poświęci przedpołudnia na pójście do lekarza, bo przecież ktoś musi dzieciom ugotować obiad, żeby miały, świeży gdy wrócą ze szkoły, nie zdaje sobie sprawy z tego, że gdy podupadnie na zdrowiu to może już nie być tylko jeden obiad nie ugotowany na czas. Czasami łatwo przegapić ten czas, łatwo pójść o krok za daleko, łatwo przegrać z losem. Ja wiem, że nikt nie ma przyjemności myśleć, że może go zabraknąć, ale czasem takie przypomnienie jest potrzebne.

Drogie Mamy, ja wiem, że nie jest łatwo, wiem, że ciężko jest chorować, gdy mamy pod opieką dzieci, wiem, że wszystko zawsze jest ważniejsze od nas, wiem, że jednokrotnie przyzwyczajony do tego, że jesteśmy "niezniszczalne" mąż nie zwraca na nasze problemy uwagi. Zawsze jest tyle ważniejszych spraw, tyle obowiązków, o tylu rzeczach musimy myśleć. Czasem przed nami samymi ciężko się nam przyznać, że coś nam jest, za bardzo się boimy, że jeśli coś powiemy na głos, to "zajudzimy". Piętnaście razy wspominamy, że coś nam dolega, a nikt nie zwraca na to uwagi więc i my przestajemy się tym przejmować. Leczymy się domowymi sposobami, po cichu, po kryjomu i tak ciągniemy dzień po dniu... Wiecie dlaczego tak dużo kobiet w ciąży dowiaduje się o swojej chorobie? Bo wtedy są zmuszone zrobić badania, pójść do lekarza i zwyczajnie przez przypadek coś może wyjść. Wcześniej nawet by im do głowy nie przyszło się przebadać. A przecież dbamy o dzieci, niepokoi nas każdy katarek, zwracamy uwagę na najmniejszą zmianę nastroju, umieramy z niepokoju, gdy tylko jest coś nie tak. To my, mamy, jako pierwsze zauważamy chorobę naszych pociech, to my wstajemy w nocy, przytulamy, podajemy leki. A teraz pomyślmy... Co by było, gdyby nas zabrakło? Kto by nas zastąpił? Kto by utulił w bólu i chorobie, kto otarłby łzy, był zawsze, gdy jesteśmy potrzebne?

Kochane Mamy... Dla naszych dzieci my wszystkie jesteśmy boskie. Jeśli chcemy dla nich jak najlepiej, jeśli chcemy o nie jak najdłużej dbać, to dbajmy też o siebie. Myślmy o sobie, o swoim zdrowiu, badajmy się, odwiedzajmy lekarzy, interesujmy się i nie bójmy się... Wczesna diagnoza, nawet ta najbardziej niepokojąca, daje nam duże szanse, a przemilczenie tematu nie powoduje, że on zniknie. I nie dotyczy to tylko chorób onkologicznych, choć dzisiejszego dnia one właśnie stają się przyczynkiem do rozmowy, ale wszelkich dolegliwości jakie mogą nas dotknąć. Myślmy o sobie, bo jak my tego nie zrobimy, to nikt tego nie zrobi...

poniedziałek, 2 października 2017

Pierwsza Dycha do Maratonu... czyli lubelska jesień na sportowo...

Gdyby czas jakiś temu ktoś mi powiedział, że ja lub Szanowny będziemy brać udział w imprezach sportowych, to popukałabym się w głowę i uśmiechnęła pod nosem. Owszem, zawsze mi się marzyło kibicowanie własnym dzieciom, chciałam, żeby uprawiały jakieś sporty, były, jak to się teraz modnie mówi: "fit", ale że rodzinnie, że razem, że w niedzielę zamiast siedzieć w domu lub podrzucić dzieci dziadkom my wybierzemy się na sportową imprezę i będziemy w niej czynnie brać udział. Ok, zazdrościłam znajomym, co tak czas wolny spędzają, ale żeby ja, żeby my?!

Ale chyba nadeszła stateczność, nadeszła stabilizacja, dojrzałość (żeby nie powiedzieć: starość). Gdy wspominam dawne, przeddzieciowe czasy, piątkowe czy sobotnie wieczory, troszkę mniej przyjemne niedzielne poranki, gdy przypominam sobie, co się wtedy myślało... Na kogoś, kto w sobotę odmówił wyjścia na miasto, bo ma zawody w niedzielę patrzono jak na kosmitę. Z czasem towarzystwo zaczęło się wykruszać, na Facebookach i w internetach nad zdjęciami z imprez zaczęły górować zdjęcia z wycieczek, kinderbali, rajdów rowerowych, pobitych rekordów i festynów rodzinnych. Coraz więcej osób wolny czas spędzało na działce, na zajęciach dodatkowych z dzieciakami, na siłowni czy biegając. Ja, powtórzę się znowu, gdy myślałam o bieganiu, to czułam mdłości. Gdy przypominałam sobie koszmar biegu na 600 metrów w podstawówce czy liceum, skutecznie mnie od tego typu aktywności odrzucało, aż do czasu, gdy dzieci mnie wkurzyły, musiałam wyjść z domu, a nie bardzo miałam pomysł gdzie i z kim więc wyszłam i zaczęłam biec przed siebie. No i tak się zaczęło. Troszkę, bo troszkę... Nie tak jak niektórzy znajomi, wolniej i z zadyszką, ale za każdym razem lepiej, za każdym razem dalej i zawsze z satysfakcją. 


Szanowny biegał wcześniej, zachwycił się tym i choć czasem mu się nie chce, to zapisał się na Pierwszą Dychę do Maratonu. Pierwszą imprezę w ramach przygotowań do Maratonu Lubelskiego (organizowane są także inne biegi: Chęć na Pięć, Półmaraton Lubelski i dla dzieci Przez Metry Po Kilometry) czyli tzw. Grand Prix Lublina 2017/2018. Przyznam szczerze, że marnie to widziałam, bo przygotowując się do biegu we wrześniu przebiegł mniej niż ja i zwyczajnie myślałam, że albo wymięknie, albo dobiegnie w stanie agonalnym (ach ta wiara we własnego męża)... Ale ok, niech biegnie... Na początku nawet nie miałam zamiaru z nim jechać, ale w między czasie okazało się, że w ramach całej imprezy organizowane są też biegi dla dzieci, nawet dla takich kajtusiów jak nasz Fifi. Nic strasznego, całe 50 metrów, ale Filip strasznie się interesuje naszym bieganiem więc postanowiliśmy dać mu spróbować i tym samym ukręciłam na siebie bicz pod tytułem: musimy pojechać wszyscy i dać się porwać tym emocjom i zabawie jaka towarzyszy takim imprezom.

Powiem szczerze, że nie przypuszczałam, że tak mi się to spodoba. Zwłaszcza, że rano było zwyczajnie zimno, ale potem pogoda nam dopisała. Muzyka, jedzenie, kupa ludzi, atrakcje dla dzieci i dla dorosłych, sponsorzy. Wszystko stworzyło tak niesamowity klimat, że ja, niemiłośniczka imprez masowych, nielubiąca tłumów i nieprzepadająca za takimi eventami, dałam się wkręcić tak, że nawet Zośka, która zdecydowanie miała gorszy dzień, nie zepsuła nam zabawy.

Na pierwszy ogień poszły dzieciaki w ramach projektu Przez Metry Po Kilometry. Najpierw najstarsze, w biegu na 1000 metrów i stopniowo coraz młodsze na krótszych dystansach, aż do przedszkolaków w biegu na 50 m. z naszym Fifim wśród nich. Och, przeżywał Fifulec ten start strasznie. Mówił, że chce biec, ale za rękę mnie trzymał, kręcił się, wiercił aż w końcu pobiegł. Dostał medal i naklejkę do albumu, w którym można odnotowywać wszystkie biegi w sezonie. Już dziś zadeklarował, że chce biec w następnym, który o dziwo wypada w dzień jego imienin czyli 22 października. A ja wam w tajemnicy powiem, że miałam łzy w oczach, jak widziałam jego śmiech i dumę z jaką nosił medal. A dziś poszedł z nim do przedszkola pochwalić się kolegom.


Potem przyszedł czas na gwóźdź programu czyli tytułową Dychę... Chłopina mój osobisty poszedł sam, a cały plac niemal opustoszał. Nawet nie wiedziałam, że tyle ludzi bierze udział w takiej mało nagłaśnianej imprezie. Rozumiem Bieg Powstania Warszawskiego, ale jakaś Pierwsza Dycha do Maratonu i to na dodatek nad Zalewem w Lublinie??? Szli, szli, szli... Ustawiali się na starcie dobrych 20 minut. Ogrom ludzi. Ja nawet z dwójką dzieci nie porywałam się na oglądanie tego z bliska, umówiliśmy się tylko, że spotkamy się przy aucie, a ja będę co jakiś czas sprawdzała na Endomondo kiedy mogę się go spodziewać. No i pobiegł. 



A my? Myślałam, że będziemy się nudzić, ale nie... Placyk zabaw dla dzieci i animacje były tak pomyślane, że nawet nie miałam czasu spojrzeć, jak Szanownemu idzie i gdy w końcu doszuraliśmy się do auta po jabłuszko, okazało się, że on już dobiegł. I o dziwo wcale nie wyglądał jak walking dead... A potem to już tylko sama przyjemność. Wata cukrowa, gofry, spotkania ze znajomymi, o których nawet się nie miało pojęcia, że biegają... Albo z tymi, na których do tej pory patrzyło się z podziwem, co to nie oni, my tak nigdy nie będziemy potrafili... Teraz każdy jak równy z równym, bo nie liczył się wynik a obecność. A my, matki i żony lub ojcowie i mężowie, którzy tylko towarzyszyliśmy byliśmy traktowani jak team, jak drużyna, bo ktoś musi zająć się dziećmi, ktoś musi podać wodę, popilnować rzeczy, zrobić pamiątkowe zdjęcie... Ktoś musi nie biec, żeby biec mógł ktoś. I powiem wam jeszcze jedno, nikomu, kto nigdy nie biegał, nie wytłumaczy się, jak bardzo to uzależnia i tak samo, nikomu, kto nigdy nie był na takiej imprezie, nie wytłumaczy się, jak bardzo takie coś wciąga. Jak, mimo początkowego zimna, rozgrzewają nas emocje, jak fajnie patrzy się na radość innych, którym udało się dobiec, jak fajnie bawią się dzieci, jaka tam jest atmosfera i ciepło. No i sam fakt przykładu, tego, że dzieci widzą, że rodzice biorą udział w imprezach sportowych, że trenują, dbają o zdrowie i kondycje... To jest bezcenne...


A ja? A ja, gdy już w końcu dotarliśmy do domu, gdy dzieciaki porozkładały się zmęczone na kanapie przed zasłużoną bajką, a Szanowny z telefonem w ręku zbierał gratulacje w fotelu, założyłam buty, geterki, wygodny stanik... Wsadziłam w uszy słuchawki i poszłam pobiegać... Swoje 5 kilometrów z zadyszką i wypiekami... W czasie gorszym niż niejeden z wczorajszych biegaczy pokonuje dychę...  Ale za szybciej niż ja dotychczas o ponad dwie minuty... Taki mój, mały sukces...

PS. A gdyby ktoś z Lublina był zainteresowany, to wszystkie potrzebne informacje znajdziecie na stronie http://www.maraton.lublin.eu/home.

środa, 20 września 2017

Zapiekanka z cukinii i mięsa mielonego...

Nie mieliśmy w tym roku zbyt wielu okazji by skorzystać z dobrodziejstw działkowych plonów. Dużo się działo za naszymi plecami i w efekcie musiałam się zadowolić robieniem przecieru z kupnych pomidorów, a ogórki kisiłam z samosiejek wyhodowanych na zapomnianym kompoście, ale za to jakoś nikt nie łaknął cukinii więc ilość ich ogromna przypadła w spadku nam i przyszedł czas, żeby zdecydować co z nią zrobić. Jedliśmy już placki wszelakiej maści, leczo z kiełbaską, leczo bez kiełbaski, a teraz przyszedł czas na coś nowego. Za przetworami nie przepadam, dzieci już na tyle wyrośnięte, że mrożenie na przeciery też nas nie bawi więc przejrzałam chyba wszyskie dostępne dania z cukinii, kombinowałam, kombinowałam i wykombinowałam i dziś wam sprzedam przepis na zapiekankę z właśnie wspomnianej cukinii. A że miała to być potrawa niespodziankowa dla Szanownego, to bez mięsa mielonego się nie obeszło.

Potrzebujemy:
  • dużą cukinię,
  • 4 spore ziemniaki,
  • tarty ser żółty (1 szklanka do zapiekanki, około 0,5 szklanki do posypania)
  • 2 łyżki tartej bułki,
  • 2 jajka,
  • mięso mielone (około 200-250 gram),
  • dużą cebula,
  • kilka ząbków czosnku,
  • przyprawy (bazylia, tymianek, mielona gałka muszkatołowa, natka pietruszki, sól, pieprz)

Cukinię obieramy, wypatroszamy z pestek i ścieramy na tarce z grubymi oczkami. Solimy i odstawiamy na czas jakiś, żeby puściła sok. Odciskamy.
Ziemniaki gotujemy w skorupach, ale nie rozgotowujemy, studzimy, obieramy ze skórki, ścieramy na tarce.
Cebulkę kroimy w drobną kostkę, czosnek siekamy na małe plasterki, podsmażamy na odrobinie oleju aż zmiękną i się troszkę podrumienią.
Cukinię, ziemniaki, szklankę sera żółtego, bułkę tartą, jajka, mięso i podsmażoną cebulkę z czosnkiem mieszamy razem w dużej misce. Wszystko doprawiamy do smaku według własnego uznania.
Naczynie żaroodporne smarujemy olejem lub wykładamy papierem do pieczenia i przekładamy do niego gotową masę zapiekankową. Uklepujemy, ugładzamy i wstawiamy na około 40 minut do piekarnika rozgrzanego do 200 stopni. Pieczemy aż wierzch się zarumieni. Po tym czasie wyjmujemy, posypujemy pozostałym żółtym serem i wstawiamy jeszcze na 5 minut aż serek się roztopi. Gotowe!!!


Troszkę takie już jesienne danie, ale zawsze je można uletnić pomidorkiem, sałatą czy ogóraskiem.  Dobrą towarzyszką w podaniu będzie też sałatka grecka. Swoją drogą mojemu mężowi od razu skojarzyło się z musaką, choć ja dla mnie to taka bardzo uboga krewna greckiej koleżanki, ale za to szybsza i bardziej swojska. No i bez bakłażana ;)


PS. Można też spróbować zrobić taką zapiekankę bez mięsa lub, gdy mamy młodsze cukinie, to możemy darować sobie ich obieranie.

Zachęcam do skosztowania i życzę smacznego!!!

środa, 13 września 2017

Hello September!!!

Lato nam uciekło z dnia na dzień. Wraz z nastaniem września, z początkiem roku szkolno-przedszkolnego, skończył się okres sukieneczek, krótkich majteczek i sandałków. Ja nad tym strasznie ubolewam, bo nie ukrywam, że czas okutywania dzieci w piętnaście warstw, a i tak którejś jest za mało lub za dużo, uważam za najgorszy czas w roku. Moje dzieci zawsze wyglądają po takim ubieraniu, jak ze śmietnika wyciągnięte i nawet trzy godziny poprawiania marny przynoszą efekt. Co innego już srogą zimą, gdy wszystkie niedoskonałości ubraniowe można przykryć grubymi kapotami, ale to inna para kaloszy, i o zimie nawet nie chcę myśleć, bo ta z kolei ma swoje inne, większego kalibru, minusy.
 

Co jesień staram się nastrajać pozytywnie. W końcu idzie nowe. Nowe zajęcia, nowe panie w przedszkolu, nowi koledzy, nowa pogoda, nowe zajęcia dodatkowe, nowe prace domowe... Wszystko nowe, wszystko trzeba od nowa poukładać, zorganizować, wdrożyć się w nowy rytm i nowe obowiązki. Trzydzieści razy przekalkulować, na co warto, na co nie warto, na co mamy czas, na co nie mamy czasu, na co nas stać, a na co nas nie stać. A z każdej strony atakują nas coraz to nowe, "niezbędne" dla naszego dziecka aktywności. Bo, tak na przykład, jak w tym wieku nie zacznie uprawiać baletu, to potem już marne szanse... W przedszkolu, w sklepie, na ulicy... Przez telefon, przez internet, przez znajomych... Piłki nożne, języki, baseny, klocki lego, zumba dla najmłodszych, karate (czy inne tekłondo, ajkido, dzudzitsu), stanie na rękach, recytowanie, śpiewanie... I jak tu nie zmarnować szansy dziecka swojego na karierę w operze czy na motocrossie? Jak nie przeoczyć czegoś, czego zapewne by się nie przeoczyło, gdybyśmy je wcześniej wysłali do doświadczonych trenerów. Jak upchnąć to wszystko w te kilka krótkich jesiennych popołudni. Jak dowieźć, zawieźć, rozplanować? Jak na tym wszystkim nie zbankrutować? Jak nie zwariować? 
Kurcze, a ja mam przecież dwójkę dzieciaków... Chyba powinnam rzucić pracę, ale jak wtedy za to wszystko zapłacę?

Dobra, troszkę dramatyzuję i żartuję, ale tak poważnie, to wrzesień jest miesiącem wykańczającym psychicznie niemal każdego rodzica. Pal sześć to rozplanowanie dnia, tygodnia, miesiąca na nowo... Weź tu rodzicu najpierw podejmij te wszystkie decyzje. Począwszy od podręczników i książek, przez zajęcia dodatkowe w przedszkolu, ubezpieczenie, catering dla dzieci, religia tak czy nie, wyjścia tak czy nie, w końcu drugi język (zaskoczyło mnie to, bo Fifi jest w grupie czterolatków, ale cóż... jest propozycja hiszpańskiego, muszę przemyśleć, zdecydować o jego dalszym losie...). Potem zaczynają się zajęcia dodatkowe poza przedszkolem. Każde oddzielnie, każde gdzie indziej, każde innego dnia o innej porze. Każde chce inaczej, każde chce coś innego, każde może się pięć razy rozmyślić. Ale załóżmy, że w końcu to się uda jakoś ogarnąć i zdecydować które chcemy, gdzie chcemy, jak chcemy i oczywiście, co się dzieciarni podoba, trzeba ten plan wykuć na blachę, żeby potem, przy umawianiu dentysty czy fryzjera nie wkleić się w czasie, gdy właśnie Filip fika koziołki w wodzie, a Zośka nie kopie piłki. Bilobil zdecydowanie się wtedy przydaje... W ilościach najlepiej hurtowych. No i na koniec trzeba sobie wklepać w głowę, że tablica ogłoszeń w przedszkolu nie gryzie i trzeba na nią zerkać codziennie, by potem, przyprowadzając dziecko do przedszkola nie zastać niespodzianki w postaci braku innych dzieci, które właśnie poszły do kina...
Zanim to tak na dobre opanujemy, dojrzejemy do wszystkiego, przyzwyczaimy się, to zazwyczaj zastaje nas już przerwa świąteczna w grudniu, a po feriach znów wszystko wywraca się do góry nogami, ale umówmy się... wrzesień jest miesiącem przełomowym, najbardziej napakowanym emocjami i atrakcjami, najbardziej jeszcze chaotycznym i zwariowanym. Piętnaście spotkań organizacyjnych, tyleż samo składek, setki podjętych decyzji, tysiące wprasowanych etykietek z imieniem i nazwiskiem, przeorganizowanie swojej pracy, swojego snu, swojego życia... i wiele, wiele innych, o których albo w tej chwili nie pamiętam, albo jeszcze nie mam pojęcia, bo dowiem się dopiero jak przyjdzie zerówka, szkoła, liceum, studia i inne tego typu rozrywki, z którymi jeszcze będziemy się w przyszłości mierzyć.

A tak całkiem, całkiem, całkiem poważnie... Choć nie lubię jesieni za ciuchy, za zimno, za wiatr (bo deszcz nawet czasem lubię), to lubię ją właśnie za ten kop w tyłek. Za tą motywację do działania, za przyśpieszenie, za energię, jaką daje to nowe. Lubię ją za ciekawe zajęcia dla dzieci, za długie popołudnia razem, za oglądanie bajek, za nowe zabawy, za nowych ludzi poznawanych na nowych imprezach rodzinnych, za czas na pieczenie babeczek, za kasztany, dynie, nawet kaloszki. Za te kolory, za czerwień, za żółć, za brąz, ale i za niebieski na przedszkolnych salach, za uśmiechnięte ciocie, które witają nas w drzwiach, gdy zmoknięci wbiegamy do szatni, za nazwy grup (Kropelki i Rybki), za popołudniowe wycinanki, za wylepianki... I choć czasem nie jest łatwo, czasem się nie chce wyjść z domu, a czasem wręcz przeciwnie, chce się z niego uciec gdzieś w samotność, to jeszcze nie było takiej jesieni i zimy, to której nie przyszłaby wiosna i lato więc tego się trzymajmy ciepło. Ja już odpaliłam grzejniczek, na balkonie szczerzy się pierwsza dyniowa buzia, a najbliższy wolny dzień poświęcę na kompletowanie jesiennej garderoby. 


Tak więc...
Czuwaj jesieni!!! Obyś była miła...

A ja włączam myślenie, jak dziś pogodzić odebranie dzieci z przedszkola, ich posiłek, zebranie organizacyjne u młodszej, piłkę nożną u tej samej, obiecane placki dla starszego, a przecież jeszcze gdzieś tam w tle majaczą zaczęte projekty i niezaczęty dom...

poniedziałek, 11 września 2017

To się nigdy nie nudzi... czyli lubelski skansen po raz n-ty...

Jesień zdecydowanie zawitała do nas chyba na dobre. Coraz więcej deszczu, chłodnych dni, trzeba się powoli oswajać z perspektywą nieuniknionego. Letnie wypady nad wodę czy na basen powoli odchodzą w zapomnienie, ale przecież jeszcze nie trzeba się zamykać pod kołderką w domu. Jeszcze czasem słońce świeci, jeszcze można założyć krótki rękawek, jeszcze można wyskoczyć gdzieś na wycieczkę, pospacerować, pocieszyć się końcówką lata.

My często gdzieś uciekamy, świerzbią nas nóżki, żeby gdzieś powakacjować, powczasować, wyjechać gdzieś daleko. Nie zmienia to faktu, że Lublin i okolice to nasz dom i zawsze chętnie wracamy w nasze zaprzyjaźnione miejsca. Jednym z takich miejsc jest Muzeum Wsi Lubelskiej potocznie zwany przez Lubelaków skansenem. Klimat tego miejsca zawsze nas urzeka, wracamy tu chętnie, spacerujemy, oglądamy ekspozycję, która z roku na rok, z miesiąca na miesiąc ewoluuje, zmienia się, powstają nowe eksponaty, budynki, atrakcje. Dzieci ganiają z kurkami, głaszczą kozy i przytulają koniki, a gdy się zmęczymy zasiadamy w karczmie na przepyszne pierogi lubelskie


Samo muzeum jest jednym z największych tego typu muzeów w Polsce. Gromadzi przedmioty związane z dawnym życiem na wsiach, na dworach czy w miasteczkach. Już zza ogrodzenia wita nas ogromny wiatrak z Zygmuntowa, który był pierwszym eksponatem, jaki zawitał w to miejsce. Chyba każdy, kto odwiedza Skansen Lubelski ma zdjęcie przy tym właśnie wiatraku. Warta zobaczenia jest też starogrecka cerkiew, która o ile dobrze się orientuję, nadal pełni swoją funkcję i odbywają się w niej prawosławne msze. Jest też oczywiście i rzymskokatolicki kościółek. Ostatnia nasza wizyta pozwoliła nam podpatrzeć ślub odprawiany właśnie w Skansenie, w tym starym kościele. Oczywiście wesele też było przygotowane w obejściach Muzeum, a mnie troszkę zadra zazdrości zakuła w serducho, bo powiem Wam... Fajne to było... Oryginalne, niepowtarzalne i z klimatem...



Moim ulubionym dotąd miejscem było Powiśle czyli dolna część Muzeum, nad rzeką Czechówką, gdzie można było posiedzieć na kocyku lub na ławeczce, popatrzeć na wodę, gdzie śmiesznie łączyły się dwa światy: biegnąca górą trasa szybkiego ruchu i drewniane, spokojne chaty na dole. To właśnie tutaj wybudowane były dekoracje do filmu Wołyń (same fasady budynków), przy których Fifi robił sobie zdjęcia i, których, ku naszemu wielkiemu zawodowi już nie ma. Oczywiście reszta budynków i terenu też miała swój udział w filmie i powiem Wam, pamiętając ten film, czasem, jak przechadzam się między tymi chałupkami, to mam dreszcze na plecach. Robi to niesamowite wrażenie. 



Ale na sam koniec zostawię swoistą wisienkę na torcie. Otóż na naszych oczach przez ostatnie lata rosło miasteczko. Właśnie w miasteczku z każdą naszą wizytą zastajemy coś nowego. Pamiętam jak były tu tylko dwa budyneczki, jakiś sklepik, może szewc... Już nie pamiętam dokładnie, ale teraz to dopiero jest prawdziwe miasteczko. Są sklepy, buty, poczta, restauracja, warsztaty, piwiarnia, a nawet dentysta. Od miłego pana wiem również, że niedługo otworzy się szkoła. Bogactwo eksponatów zaskakuje, dbałość o szczegóły, klimat. To jest coś niepowtarzanego. To właśnie w miasteczku, za rynkiem jest wspomniany wcześniej kościół z Matczyna i plebania. Tutaj też stoi stary wóz strażacki. I tutaj można pochodzić po prawdziwym bruku. A czasu mało zawsze, żeby wszystkiemu się przyjrzeć, wszystko pooglądać. Chyba musiałabym tam zamieszkać, żeby nacieszyć się tym do syta.



Wydawać by się mogło, że to tylko muzeum, że wystarczy tu przyjechać raz, zobaczyć i sobie odpuścić, ale nie. Skansen jest muzeum wyjątkowym. Nie tylko dlatego, że cały czas się rozwija, ale też dlatego, że ono żyje. Zawsze są tu ludzie, można zrobić sobie piknik, posiedzieć w karczmie przy pierożkach, ale i przy piwie, można spędzić cały dzień. A dodatkowo w Skansenie życie toczy się tak, jak toczyło się w dawnych czasach na wsi. Organizowane są pokazy obrządków wiejskich, są wystawy czasowe, wydarzenia, pokazy pieczenia chleba, tkania, wykopki, kiszenie kapusty. Niemal w każdy weekend coś się dzieje, coś się zmienia, coś sprawia, że warto tutaj przybyć. 

A wszystkim, którzy planują wycieczkę na Lubelszczyznę nakazuję wpisać sobie Skansen Wsi Lubelskiej do kajecika obok innych atrakcyjnych miejsc jako absolutną konieczność do zobaczenia. Lublin z dzieckiem nie musi być nudny. Ceny biletów nie są chyba wygórowane więc myślę, że warto!!!

PS. Ja dziś opisałam pobieżnie tylko niewielką część tego, co można zobaczyć w Skansenie. Idąc z dziećmi zazwyczaj skupiamy się bardziej na jakiejś części, żeby przez inne przebiec szybciej. Tak też ostatnio zrobiliśmy z zespołem dworskim z pięknym dworem z Żyrzyna, spokojnie przespacerowaliśmy się przez część Muzeum przedstawiającą Podlasie i Nadbuże, żeby już z narzekającymi z głodu dziećmi niemal przebiec przez Roztocze i dotrzeć do karczmy, a potem do Czworaka, w którym to właśnie zaczynało się wymienione wyżej wesele.

poniedziałek, 4 września 2017

Po któreś... NIE WYŚMIEWAJ!!!

Już nie raz pisałam tutaj, że nasz Filip jest bardzo wrażliwym dzieckiem. Jest rozrabiaką, trzpiotem, uśmieszkiem, ale też wszystko przeżywa, bierze do siebie, robi się skryty i nie raz muszę sporo się natrudzić, żeby wyciągnąć z niego, co go trapi. Sama całe życie zmagam się z chorobliwą wręcz momentami nieśmiałością, wiem, jak to może uprzykrzyć życie, ale też po części zdaję sobie sprawę z tego, skąd te moje lęki się wzięły, dlatego już dawno temu obiecałam sobie, że będę chroniła swoje dzieci przed czynnikami, które mogą takie obawy i zachowania powodować. Niestety, przed wszystkim ich nie uchronię, ale zawsze warto próbować. A zacząć najlepiej od siebie i swojego otoczenia czyli, nie oszukujmy się, od rodziny, bo to ona ma największy wpływ na kształtowanie psychiki takiego małego człowieka.


Jakiś czas temu moje dzieci zgodnym chórem zakochały się w kucykach na swoich blond główkach. Ucieszyłam się ogromnie, bo Zosia w końcu zaczęła przypominać dzieweczkę, a nie chłopczycę, ale troszkę się zaniepokoiłam, bo w ślad za nią poszedł Filip ze swoimi po lecie zapuszczonymi, bujnymi lokami. Oba zażyczyły sobie kolorowe gumeczki i mini kitki, a ja posłusznie im je zawiązałam, machając ręką na Filipa. Jak chce, niech ma. Przerabiałam już wiele takich fanaberii, były torebunie, różowe kucyki, piżamki w serduszka, specjalnie się tym nie przejęłam, a że jego radość była tak wielka,  aż się serducho ściskało ze szczęścia. Nosiły, przeglądały się, spały w kucykach, poprawiały, podziwiały siebie nawzajem. Miło było na to patrzeć więc, gdy przyszedł czas na wyprawę do rodziny, wyszykowałam ich tak, jak stały czyli z tymi ogonkami. Miałam trochę złe przeczucie, bo już wcześniej słyszałam w kierunku Filipa komentarze, co wypada robić chłopcu, a co dziewczynkom (na przykład takie zmywanie naczyń jest dla chłopca kategorycznie zakazane?!), zwracałam na to uwagę mężowi, ale może się nie przejął, może po innych spłynęło jak po kaczce, nie wiem. Grunt, że Fifi za swoje gumeczki został wyśmiany... Nie, nie dowiedziałam się tego od razu... Mój zamknięty w sobie synek po prostu gumki wyrzucił, powiedział, że są głupie, a on chce już jutro iść do fryzjera obciąć włosy... Długo go podchodziłam, długo rozmawiałam i wypytywałam, żeby dowiedzieć się, co się stało, skąd taka zmiana nastroju, aż wydukał, że został nazwany "dziewczyną", "Zosią" itp... Niby nic, ale od kogoś teoretycznie bliskiego, komu chciał się pochwalić jak wygląda, to był cios, który go bardzo zabolał, a gdy w końcu mi to opowiedział, z trudem powstrzymywał łzy. A mnie, jak się o tym dowiedziałam, coś pękło w sercu. Jak można w minutę zgasić w dziecku radość? Jak można je tak zranić? Bo co? Bo to takie męskie? Takie odpowiednie? Bo chłopaki, nie powinny nosić kucyków? A kto tak powiedział? A dziewczynki powinny i co? A spróbujcie utrzymać je Zośce na głowie dłużej niż 10 minut. Niech każdy robi co chce. Wyśmiewaniem się takich spraw nie załatwia.

No właśnie... Bo dobry humor, żart, uśmiech, to podstawa. Dziecko powinno być wychowywane w radosnej, czasem żartobliwej atmosferze, trochę zabawy i śmiechu nigdy nikomu nie zaszkodziło. Ale weźmy pod uwagę jedną rzecz, że dzieci mają jeszcze bardzo kruche poczucie własnej wartości, czasem coś, co my uznamy za głupi żart i się tym nie przejmiemy, zostanie w dziecku na bardzo długo... Wyśmiewanie się czy ironizowanie jest zwyczajnie złośliwe, a wykorzystywanie sytuacji komicznych z udziałem dziecka do sprawienia mu cierpienia, a zawstydzenie jest w pewnym stopniu dla niego cierpieniem, jest formą przemocy. Dziecko czuje się upokorzone, jego wartość leci w dół, zamyka się w sobie, staje się lękliwe, niepewne siebie, zakompleksione. Ciężko potem takiemu dziecku zdobyć się na szczerość nawet wobec nas, bo skoro raz, drugi, trzeci zostało wyśmiane, to może zostać wyśmiane po raz kolejny, a powoli traci pewność komu może zaufać, a komu nie. 

Ja wiem, że czasem sami nie zwracamy na te sprawy uwagi, bo skoro teraz dziadek docina wnukowi, to zapewne synowi też docinał, a dla niego z czasem staje się to normalne. Skoro babcia wiecznie wypomina wnuczce, co źle robi, to zapewne podobnie wypominała córce. Takie wzorce przechodzą z pokolenia na pokolenie i żeby je powstrzymać, trzeba jasno i wyraźnie stawiać granice. Stawać w obronie dziecka, nie pozwalać na wyśmiewanie, na podważanie jego wartości, na podważanie naszego autorytetu, na łamanie zasad, które dziecko ma wpajane w domu. Wszystkie te zachowania burzą poczucie bezpieczeństwa naszego dziecka, a to jest bardzo trudno odbudować. 

Owszem, z czasem przyjdą takie sytuacje, w których nie będziemy w stanie interweniować. Będą koledzy w przedszkolu czy szkole, będą obcy na ulicy czy w innych miejscach, będą porażki, które zabolą i osoby, które nie docenią.  Ale to właśnie tu, w rodzinie, dziecko powinno się nauczyć, że jest wartościowe, odważne, piękne, mądre, a co najważniejsze, że w nas ma zawsze oparcie i, że zawsze może nam wszystko powiedzieć lub pokazać. Dla nas nigdy nie będzie to powodem do żartów czy kpin. To my tutaj i teraz mamy mu przekazać wzorce godne naśladowania, a potępić te, które na to naśladowanie nie zasługują. Potem to one, nasze dzieci, pójdą w świat i będą najlepszym świadectwem tego, co dostały w domu, w rodzinie. Tak samo silne będzie ich poczucie wartości, jak silna i bezpieczna jest rodzina, którą od nas otrzymują.

poniedziałek, 28 sierpnia 2017

Tyyyle możliwości... czyli zabawy z ciastoliną.

Ostatnie dni bardzo dobitnie pokazują nam, że jesień zaczyna czaić się mocno za rogiem. Musimy wyciągać z szaf nieco cieplejsze ciuszki a zza pazuchy wydobyć troszkę inne, zmodyfikowane pod pogodę pomysły na spędzenie czasu. Pojawiły się bajeczki w telewizji, zabawy w wylepianki, przewalanie się po kocykach. Przypomnieliśmy sobie o zaniedbanej przez nas w okresie wiosenno-letnim ulubionej bawialni, odwiedziliśmy babcię, której mieszkanie w taką pogodę jest niesamowitym miejscem do odkrywania i wygrzebaliśmy z piwnicy wyniesione tam dawno zabawki. 

Już nie pierwszy raz piszę, że początek jesieni, choć troszkę smuci, to napawa nas nowymi inspiracjami, a z roku na rok zajęć, jakie można wymyślić dla ciągle to większych i większych dzieci jest coraz to więcej. Ale prawda jest taka, że w taki jeden wyjątkowo deszczowy dzień jeszcze jesteśmy w stanie poświęcić niemal całą uwagę dzieciakom, to przez całą jesień, potem zimę, a i zapewne wiosnę nasza inwencja, i nie oszukujmy się, cierpliwość czasem się wypala. Dlatego ja bardzo chętnie sięgam po "gotowe" pomoce, które ułatwią nam zadanie i troszkę nas odciążą w ciągłym wymyślaniu czegoś nowego.

Gdy na drugie urodziny Fifi dostał swój pierwszy zestaw z ciastoliną, to myślałam, że to głupi pomysł, bo przecież on jest za mały. I faktycznie, długo nie wychodziło mu specjalnie nic, a patrzenie się, jak jak wygniatam którąś z kolei foremkę nudziło mu się w tempie ekspresowym. Zabawka leżała, ciastolina zasychała, aż do czasu, gdy znów na jakąś okazję dzieciaki nie dostały jakiegoś zestawu. Wtedy jak rażony piorunem Filip przypomniał sobie, że przecież coś takiego już widział, miał i nawet próbował się tym bawić. Zapanował szał, a że zbiegło się to z sezonem mocno zasmarkanym i siedzącym z tej racji w domu (z dwójką), to byłam uratowana. Nawet nie przypuszczałam, że moje roztrzepańce tyle czasu są w stanie poświęcić jednemu zajęciu. Bawią się same, wałkują, wyciskają, formują, robią przy tym oczywiście nieco bałaganu, ale co z tego, ciastolina naprawdę łatwo się sprząta więc to nie problem. Bawią się same, ale też wciągają do zabawy mnie...


1. Zabawa w kolory.
Coś dla nieco młodszych dzieci. Nasza Zosia bardzo lubi się tak bawić, ale Fifi też nie pogardzi. 
Kulkujemy kuleczki. Po kilka w różnych kolorach. Mogą też kulkować dzieciaki. Nawet, jak im nie bardzo wychodzi, to zabawy przy tym jest sporo. Potem mieszamy kuleczki, a zadaniem dzieci jest przypasowanie ich kolorami do siebie. Taka zabawa nie tylko uczy kolorów, ale też pomaga się skupić i ćwiczy zdolności manualne.


2. Zapraszamy na lody.
Przydadzą się kuleczki z poprzedniej zabawy. W niektórych zestawach można też znaleźć specjalne łyżki do nakładania i miseczki czy pucharki. A jak nie mamy takich, to na pewno znajdziemy coś przydatnego w domu. A jak mamy wyciskadełko do masy, to i wyczarujemy loda włoskiego z dodatkami. 
Nasza Zosia uwielbia podawać do stołu, częstuje nas nawet wymyślonymi potrawami, a jak ma możliwość sama coś stworzyć, to jest w niebo wzięta. Wyobraźnia pracuje, kolorki się dobierają, a małe rączki lepią.



3. Kształty, literki, liczby...
Gdy już nam znudzi się jedzenie lodów, możemy się troszkę pouczyć. Czemu by nie użyć do tego ciastoliny? Każdy na pewno ma w domu różne foremki, którymi możemy powyciskać różne kwadraty, gwiazdki czy kółeczka i serduszka. Jak tego nam mało, możemy też stworzyć kolorowy alfabet. Nasza Zosia uwielbia literę A... A żeby takie cuda powyciskać trzeba się dużo nawałkować. Można do tego użyć specjalnego wałeczka lub zwykłego wałka do ciasta, który chyba każdy ma w domu. My mamy nawet dwa... I dobrze, bo o wałkowanie, to u nas są najgłośniejsze kłótnie.


4. A może ciasteczko?
Kto nie lubi ciasteczek...? Kolorowe kształty, które zrobiliśmy poprzednio możemy poukładać na talerzykach, przyozdobić kolorowymi posypkami i podać mamie. Nawet odrobina kremu się znajdzie... A jak nam za słodko, to możemy zrobić kanapkę lub pizzę. Do wyboru do koloru.



 5. Zwierzątka.
Coś, co mi osobiście najbardziej się kojarzy z moim dzieciństwem. Kiedyś, dawno temu, w paśmie wakacyjnym, jeden pan krok po kroku pokazywał jak ulepić zwierzątka z modeliny. Miałam potem całą półkę w jamnikach, słonikach i tygryskach. Dziś wystarczy poszperać w internetach, wyciągnąć ciastolinę, zaprosić dzieciaki i całe zoo gotowe. A rozdziawione buzie dzieci - bezcenne.


To tylko niewielka namiastka tego, co można robić z ciastoliną. Ja podpowiedziałam pięć pomysłów, producenci zestawów gotowych jeszcze pewnie sto pięć, a internet tysiąc sto pięćdziesiąt pięć (widziałam już zestaw z dentystą, z fryzjerem i taki, gdzie można było budować zamki). Jak dla mnie każdy pomysł jest dobry, bo ciastolina niewątpliwie rozwija zdolności manualne, wyobraźnię, kreatywność, ale i uczy koncentracji. Do tego łatwo się modeluje, nadaje się nawet dla dwuletniego dziecka, jest nietoksyczna, bajecznie kolorowa (ja niedawno widziałam ciastoliny z brokatem i neonowe) i nie brudzi (spróbujcie usunąć z dywanu plastelinę). No i naprawdę, potrafi zająć dzieci, nawet bez naszej ingerencji, na długie minuty, jak nie na godziny. 


My osobiście mamy kilka gotowych zestawów. Dzieci dostały na jakieś okazje. Co prawda są już pomieszane i wrzucone do jednego pudła, ale to akurat daje pole do popisu wyobraźni. A jeśli chcecie przyjrzeć się co jeszcze proponują producenci, zajrzyjcie do sklepu modino.pl/plastyczne-masy-plastyczne po kilka inspiracji. A jeśli chodzi o same zestawy ciastolin, to ja zawsze poluję na promocje. Zwłaszcza w okresie jesiennym i przedświątecznym jest tego sporo. Warto kupić nawet z górką, bo nigdy nie wiadomo, kiedy może się przydać. Można też samemu pokusić się o zrobienie ciastoliny w domu. Jeśli choć raz robiliście masę solną, to i z ciastoliną nie powinniście mieć problemu. Następnym razem pokażę wam jak się do tego zabrać.