środa, 21 czerwca 2017

Drobne cwaniaczki...

Naszą narodową cechą jest kombinowanie... Kombinowanie na różnych polach, w różnych dziedzinach, w różnych aspektach życia... Chodzi o ugranie czegoś, o korzyści, o wygodę, albo zwyczajnie, tak po ludzku, żeby inni nie mieli... Wystarczy wyjść na chwilkę z domu, włączyć telewizję lub otworzyć gazetę, żeby natknąć się na jakąś super historię... I nawet nie chodzi mi o jakieś wielkie przekręty, bo do tych trzeba mieć choć trochę głowę na karku, mi chodzi o takich drobnych cwaniaczków, których spotyka się na co dzień... O takich, co to wepchną się w kolejkę, wydębią darmowego batonika czy przejadą się za darmo autobusem... Taka mała rzecz, a jak cieszy takiego cwaniaczka... Ba, tak go cieszy, że z czasem takie małe cwaniactwa wchodzą mu w krew i wykorzystuje każdą nadarzającą się okazję, żeby coś ugrać... Nawet jeśli nie jest mu to do niczego potrzebne...

Ale zacznę od głośnego ostatnio uszczelniania programu 500+. Żeby było jasne, ja nadal uważam, że ten program jest źle skrojony i nie do końca popieram nasz rząd w jego działaniach, ale pomysł uszczelnienia programu uważam za słuszny. I nie, nie dotknie on wcale tych najbardziej potrzebujących, ale tych, co sobie dopasowali sytuację życiową i materialną konkretnie pod wymagania 500+. Samotne matki, które w rzeczywistości samotne nie są, tatusiów bez pracy, a w rzeczywistości robiących na czarno, pracowników, którzy nagle zostali zdegradowani i dostali trzykrotnie niższą pensję niż dotychczas, ale za to łapią się na zasiłek od państwa. Brawo za przedsiębiorczość, ale nie temu chyba miał ten program służyć. A tracimy na tym wszyscy, w szczególności ci, co najbardziej potrzebują. A poza tym, właśnie przez takich kombinujących program 500+ jest wyśmiewany, a pobierający świadczenie wrzucani do jednego, paskudnego worka...

Ale ja nadal nie o tym chciałam. To tylko taki drobny komentarz wydarzeń bieżących, ale jakoś skojarzył mi się z tematem tego postu. 
Stoję sobie ostatnio w markecie przy kasie. Kasy tak skonstruowane, że dwie kolejki idą obok siebie więc, jak stoję w swojej, mam możliwość zaobserwować co dzieje się w sąsiedniej. Ja czekam, a w  tej obok ostatni klient jest obsługiwany. Czyli można podejść i jest się w zasadzie pierwszym. Tak też zrobiła pewna starsza pani. Podeszła, przymierzyła się do wyjęcia pierwszego towaru, a tu bach... Wbija się przed nią kobieta w średnim wieku, wypacykowana i, że ona tu stała, koszyczek nawet pod kasą zostawiła i poszła tylko na chwilkę, bo czegoś zapomniała. Ok, ja wszystko rozumiem, też mi się zdarzało, ale... No właśnie... Kasa była niemal pusta, starsza kobieta miała ze dwa, może trzy artykuły, ta druga cały wypchany koszyk... Pomijam fakt, że starsza pani była naprawdę panią starszą, poruszała się o lasce, należało jej się pierwszeństwo... A poza tym, następnym razem może od razu po wejściu do marketu postawić pod jakąś kasą koszyk i potem tylko przyjść i wepchnąć się na początek kolejki, bo przecież koszyczek stał i miejsce trzymał... To trzeba mieć jednak tupet.


Druga sytuacja dotyczy już bezpośrednio nas. Piknik rodzinny, wiadomo, najwięcej czasu spędza się w kolejkach do atrakcji, do lemoniady, do waty cukrowej czy do malowania buzi czy włosów. Zosia od początku napaliła się na te włoski i bardzo chciała mieć pomalowane. Robiliśmy kilka podejść, ale za każdym razem kapitulowaliśmy, bo 2,5-latka się nudzi, chce gdzieś iść, jest jej gorąco. Na sam koniec już się zawzięliśmy, poszliśmy we dwóję, ja zajmowałam się Zosiulą, która szalała naokoło, a Szanowny pilnował kolejki. Cały czas byłyśmy obok. Widziałam, jak kolejka się przemieszcza i gdy było już tuż, tuż przyszłyśmy czekać na swoją kolej. I nagle, znikąd pojawia się pani i znów... "Pan tu nie stał, pan stał za mną i za tym panem..." A państwo razem mają troje dzieci, na oko w wieku 8-10 lat, trochę to potrwa, a poza tym ich wcale tam nie było... Ani na początku naszego stania, ani potem, aż do chwili, kiedy przyszła nasza kolej, nikt ze stojących tego nie potwierdza, pani powołuje się na jakiś chłopców, których tam dawno nie ma... Zaprotestowałam i usłyszała, że oni byli, ale poszli po lemoniadę, ale byli... No ludzie, cyrk jakiś!!! No w takim razie, ja z Zosią od rana byłam tu już trzy razy, tylko poszłam po lemoniadę, na zamek dmuchany, odebrać medale i na siku. Pani przybrała waleczną minę, widać że nie popuści 2,5 letniej dziewczynce z pięcioma włoskami na krzyż, farba się skończyła, pani fryzjerka się zawinęła, a ja obiecałam Zosi, że pomaluję jej włoski następnym razem... Trudno... Na szczęście moje dziecko jest rozumne i niektóre rzeczy potrafi pojąć, a ja nie mam ochoty na pikniku rodzinnym wdawać się w kłótnie z kimś, kto... i tu trzykropek, bo to co sobie wtedy pomyślałam to moje...

Ogólnie takich sytuacji jest wiele. Te dwie akurat zdarzyły się niemal jedna po drugiej. O przepuszczaniu kobiet w ciąży, parkowaniu na miejscach dla rodzin czy dla niepełnosprawnych, o wpychaniu się do szybkich kas z całymi koszykami wypakowanymi produktami, o docinkach, o uprzejmości na drodze, o dorzucaniu towaru do już zważonej torebeczki nawet nie będę się rozpisywać. Gubi gdzieś się społeczeństwo, traci elementarną przyzwoitość, uczciwość, wrażliwość. Dla wielu liczy się tylko jego własne ja, jego własny interes...  Nie chodzi tu nawet o mnie z małym dzieckiem czy starszą panią o lasce... Chodzi o każdego. Po to jest kolejka, żeby w niej stać, po to są przepisy, żeby ich przestrzegać, wyznaczone miejsca po coś są wyznaczone. Mi niestety zbyt działają takie sytuacje na nerwy, często się wycofuję, a to źle... Im więcej osób godzi się na takie traktowanie, tym więcej cwaniaczków się pojawia z nadzieją, że ugrają te pięć minut czy miejsce o dwa metry bliżej wejścia. I o ile jestem w stanie choć trochę zrozumieć tych od 500+, o których pisałam na samym początku, potrafię sobie wytłumaczyć, że to przecież dla rodziny, dla lepszego życia (choć jak dla mnie jest to dość krótkowzroczne działanie), to zabijcie mnie, ale nie wiem, co takim drobnym cwaniaczkom leży na wątrobie... Chyba tyko tyle, żeby udowodnić sobie: "zobacz, ale ich zrobiłem w ch...a, ale ze mnie gość"...

poniedziałek, 12 czerwca 2017

Odskocznia od codzienności czyli Jura Park w Bałtowie.

Zbliża się powoli czas naszych wakacyjnych szaleństw. Powoli zaczynamy planować i organizować sobie czas, żeby jak najlepiej skorzystać z krótkiego polskiego lata. Żeby potem nic nie żałować i mieć co wspominać w paskudne, zapadane, jesienno-zimowe popołudnia. Jak nam się uda, na ile pozwoli czas, na ile fundusze, to się jeszcze okaże, ale co nie co powakacjować trzeba. Jedno takie miejsce, które chcemy odwiedzić (ponownie) w niedługim czasie, dziś chcę wam w skrócie przedstawić. Byliśmy już tam raz, spodobało się nam, spodobało się dzieciakom więc nie widzę przeszkód, żeby ten wypad powtórzyć. Mam na myśli Jura Park w Bałtowie.

Do Bałtowa zawitaliśmy na jesieni ubiegłego roku przez przypadek. A w zasadzie nie przez przypadek, a przez charytatywną licytację, na której wylicytowałam voucher rodzinny z noclegiem. Szkoda było nie skorzystać, ważność się kończyła więc rzutem na taśmę spakowaliśmy się i pojechaliśmy. I to był strzał w dziesiątkę. Udało nam się znakomicie. Ostatnie dwa dni września okazały się niemal letnim dniami, ostatnimi takimi w tamtym roku, tłumów już nie było, a my mieliśmy fajne zakończenie sezonu. Fakt, że z wyżywieniem było troszkę kiepsko w takie dni, ale nie jest to pustkowie i sobie znakomicie poradziliśmy i z tym problemem. A Filip do dziś wspomina dinozaury i domek, w którym nocowaliśmy, co dla 3,5 latka zdecydowanie była jedna z większych atrakcji.

Zacznę jednak od maleńkiego zgrzytu, żeby potem już tylko słodzić, słodzić i słodzić. Otóż, mieliśmy bilet rodzinny obejmujący wszystkie atrakcje i mieliśmy nocleg więc logiczne, że będziemy dwa dni. Nikt nas nie poinformował przy odbieraniu biletów i opasek, że te atrakcje są do wykorzystania jednego dnia, tego pierwszego. Pal sześć, gdy chcieliśmy drugi raz jechać autobusem, zapłaciliśmy za drugi przejazd, ale pierwszy mieliśmy w ramach biletu. Gorzej, że część atrakcji odłożyliśmy sobie na dzień następny, zwłaszcza, że przedłużaliśmy sobie "dobę" do popołudnia, żeby jeszcze troszkę poszaleć, i niestety zostaliśmy poinformowani, że bilet wygasł. Obecnie na stronie Parku, jest taka informacja, że bilet jest do wykorzystania tylko w dniu zakupu, ale my nie czytaliśmy strony tylko pytaliśmy na "bramce", a tam nas nikt o tym nie poinformował. A dwa... Mimo opaski na ręku, która miała oznaczać, że jesteśmy gośćmi nocującymi w kompleksie, na drugi dzień musieliśmy się tłumaczyć nawet w tych atrakcjach, które są dostępne w pakiecie przez cały pobyt. Troszkę nam to odebrało przyjemność choćby z zabawy w wiosce czarownic. Na szczęście takie niedogodności się szybko zapomina i zostaje tylko dobre wrażenie, ale zwracam uwagę, żebyście zawsze dokładnie doczytywali lub dopytywali, bo we wszystkich pakietowych biletach bywają takie kruczki, na które byśmy nie zwrócili uwagi, a które mogą nam troszkę "urozmaicić" wyjazd.

Ale to tyle narzekania, reszta już tylko godna pochwały.

Atrakcje same w sobie ciężkie są do wyliczenia i opisania. Jedno jest pewne, jest tego sporo i każdy znajdzie tam coś dla siebie. Na początek zaczęliśmy od JuraParku czyli parku z dinozaurami, po którym świetnie się spaceruje, można przysiąść, coś zjeść, pobawić się na placu zabaw, nawet popływać łódkami. Jest też prehistoryczna wioska i Gondwana, w której nieco starsze dzieci mogą się pobawić w archeologów i sprawdzić swoją wiedzę na temat dinozaurów. Dzieciaki mogą się powozić samochodem jaskiniowców, ale też wrzucić monetkę do limuzyny Presleya... ;)





Największą frajdę nasze dzieciaki, poza noclegiem oczywiście, miały ze zwierzyńca. Pierwszego dnia zwiedziliśmy tak zwany Zwierzyniec Górny czyli przejechaliśmy się amerykańskim autobusem szkolnym po takim naszym swojskim, mini safari. Sama przejażdżka była już nie lada atrakcją, pan kierowca i przewodnik  również nie pozwalali się nudzić, a taka bliskość zwierząt niemal nas onieśmielała. W zwierzyńcu można zobaczyć niemal 400 zwierząt żyjących w zbliżonych do naturalnych warunkach. Są tam żubry, wielbłądy, lamy, alpaki, daniele, jelenie (różne gatunki), kozy afrykańskie, owce (różne gatunki z różnych części świata), bydło zebu, bydło szkockie i watusi, jaki, antylopy Nilgau, dziki, emu, strusie afrykańskie, kuce szetlandzkie. Powiem wam, po prostu szał... Zosia popiskiwała z zachwytu, podskakiwała, przechodziła od okienka do okienka, żeby po wyjściu z autobusu zwyczajnie i po dzidziusiowemu odpłynąć z emocji...





Drugiego dnia zrobiliśmy sobie spacer po drugiej części zwierzyńca, po tzw. Zwierzyńcu Dolnym. Tutaj królują ptaki i mniejsze ssaki. Serce dzieciaków podbijają kuce, osiołki, małpki, szopy, wiewiórki, surykatki i wiele, wiele innych. Jest też Wiejska Zagroda, w której możemy podejrzeć zwierzaczki rzadko spotykane przez mieszczuchów czyli kaczki, gęsi a nawet krowy.



Warta zobaczenia jest też Wioska Czarownic, która w różnych porach roku zmienia swoje przeznaczenie. My przyjechaliśmy pod koniec września więc już trwały przygotowania do obchodów Halloween. Wszędzie królowały dynie i zabawy w iście przerażającym stylu. Żałuję, że nie załapaliśmy się na tematyczne animacje, ale panie Czarownice z Wioski nawet poza planem zajęły się nami świetnie i Fifi mógł wziąć udział w konkursach i zabawach ku rozpaczy Zosi, która była za mała, żeby wejść w tunel strachu...


To oczywiście nie koniec atrakcji. Te wymienione na początku, to te, które nam sprawiły największą frajdę czyli takie, które nadają się w szczególności dla mniejszych dzieci i, które one na pewno zapamiętają na dłużej. Oczywiście nie znaczy to, że resztę ominęliśmy i nie skorzystaliśmy. Zaszliśmy niemal do każdego kąta i każdego zakamarka. No może z wyjątkiem Kina 5D, na które mieliśmy ochotę, ale to była jedna z tych atrakcji, którą zostawiliśmy sobie na dzień następny, bo nie wiedzieliśmy czy nasze dzieci będą się nadawały, a gdy okazało się, że bilet już nie obowiązuje, to zwyczajnie zrezygnowaliśmy. Teraz żałuję tej decyzji, ale przecież jeszcze to nadrobimy. 

Zwiedziliśmy zatem Muzeum Jurajskie, które na dzieciach specjalnego wrażenia nie zrobiło, ale nam sprawiło radochę i poczuliśmy się trochę rozpieszczeni. Ja w szczególności zakochałam się w ekspozycji poświęconej minerałom. 
Zobaczyliśmy Prehistoryczne Oceanarium i stanęliśmy oko w oko z wielkimi gadami, które zapary nam dech w piersiach, a Filip nawet troszkę się przestraszył. Zosia natomiast była zachwycona wielkimi zębiskami rekina.
Wybawiliśmy się na Placu Zabaw i pospacerowaliśmy po Pszczelim Skansenie.

Spora część atrakcji jeszcze wydawała nam się zbyt "dorosła" dla naszych szkrabów więc tylko je podziwialiśmy z odległości, ale zawsze będzie powód, żeby wrócić tam i wszystko nadrobić. Dlatego już teraz kupimy bilety i wyczekamy na odpowiedni moment, by tym razem bardziej aktywnie odwiedzić Krainę Koni, skorzystać z Wodnych Atrakcji i Parku Rozrywki, obejrzeć Żydowski Jar, a może kiedyś, jak już bobasy przestaną być bobasami, zjechać na Rollercoasterze

A teraz powiem wam, dlaczego warto zatrzymać się w Bałtowie na noc. Otóż sam JuraPark i przyległości, to nie wszystko. Okolica też jest piękna i godna pospacerowania lub pozwiedzania. My przy okazji odwiedzin w Bałtowie, zwiedziliśmy zamek Krzyżtopór... Ale nie trzeba się wcale ruszać daleko. Wystarczy krótki spacer, żeby podziwiać widoki, a nawet trafić na domek do góry nogami. 


A o nocleg martwić się nie trzeba. Domki dostępne w Zajeździe "Przystocze" nie odbiegają niczym od dobrych hoteli. My zatrzymaliśmy się w pokoju rodzinnym. Jest to dwupoziomowy apartament (chyba śmiało mogę tak powiedzieć) gdzie na parterze znajduje się salonik z telewizorem, aneksem kuchennym i łazienką, a na górze dwa pokoiki z łóżkami. Na antresoli dwa tapczaniki dla dzieci, a w pokoju obok łóżko małżeńskie. My poprosiliśmy jeszcze o łóżeczko dla dziecka. Miejsca jest dużo, wygodnie, fajnie i przytulnie. Dla samego noclegu warto się tam wybrać. I dla takich widoków z okna z rana:


Miejsce zdecydowanie godne polecenia. Tak na jeden dzień dla osób z bliska, jak i na kilka dni dla tych z dalsza. Zobaczymy czy w tym roku spodoba nam się tak samo, jak w zeszłym, ale na pewno już niedługo zawitamy do Bałtowa ponownie, bo dzieci nie dadzą nam spokoju. No i tym razem też zaplanujemy jakieś wycieczki krajoznawcze po okolicy. W końcu dzieci coraz większe i coraz więcej rzeczy je interesuje...

PS. A może wy znacie jakieś fajne i ciekawe miejsca, gdzie można wyskoczyć na dzień lub dwa. Odpocząć, odsapnąć od dnia codziennego i sprawić dzieciom radochę. Chętnie skorzystamy z podpowiedzi...

wtorek, 6 czerwca 2017

Bo są tacy, co się nie chcą bać... czyli pięć sposobów na noc bez lęku...

Jedną z moich mocno upierdliwych dolegliwości jest to, że jestem lękliwa. Boję się być sama w domu wieczorami lub w nocy, boję się ciemności, boję się strasznych filmów, mam lęki, strachy, obawy. Moja wyobraźnia pracuje tak mocno, że czasem jestem w stanie nawet zobaczyć coś, czego tak naprawdę nie ma w danym pomieszczeniu. Męczy mnie to od najmłodszych lat, gdy budziłam się z krzykiem i zamęczałam babcię spaniem w jej łóżku, przez dzieciństwo, kiedy to starałam się zasypiać przed mamą, żeby w samotności się potem nie nakręcać, przez okres późniejszy, gdy mieszkałam sama i wieczory były dla mnie mocno uciążliwe aż po dni dzisiejsze, kiedy czasem muszę się mocno przełamywać, by w nocy wstać do dzieci. Teraz nie są to już potwory czy dinozaury z Parku Jurajskiego, teraz mam bardziej metafizyczne wyobrażenia, mniej racjonalne (o ile dinozaur może być racjonalny), ale męczące tak samo... Już staram się nad tym panować, rozumowo  podchodzić do problemu, odstawiłam horrory, które uwielbiam, ale mi nie służą, wyłączam myślenie, gdy tylko wyobraźnia zaczyna podsuwać złe obrazy, ogarnia się i kontroluję, ale...


Ale coraz częściej boję się, żeby moje dzieci nie przejęły ode mnie tej skłonności do lęków. I choć ciężko mi w swoim dzieciństwie znaleźć takie fakty, które mogłyby u mnie te lęki powodować, to jednak, choć do tej pory nie zdawałam sobie z tego sprawy, są takie opowieści czy wydarzenia, które podświadomie działały i działają na moją wyobraźnię. Analizując to wszystko stworzyłam sobie taki własny punkt odniesienia, którym muszę się kierować, by moje dzieci uchronić przed strzygami przynajmniej w tym stopniu na jaki mam wpływ.

***
Uważajmy przy dziecku, o czym mówimy. I nie chodzi tu tylko o bajki czy opowiastki. Dzieci wychwytują dużo z naszych rozmów. Nam się wydaje, że nie słucha, nie rozumie, nie pojmuje... Nic bardziej mylnego. Ja jako malutka dziewczynka panicznie bałam się wojny. Że wybuchnie, że wejdą źli ludzie, że będzie groźnie i niebezpiecznie. Najzwyczajniej w świecie nasłuchałam się rozmów dziadka ze znajomymi i gdzieś w głowie pozostało. Nie pamiętam opowieści wojennych z późniejszych lat, ale z tego czasu, gdy byłam małym dzieckiem owszem. Także darujmy sobie opowieści o morderstwach, komentowanie zbrodni czy innych okropności. Dziecka wyobraźnia jest ogromna, nie widzi obrazów, ale je sobie wyobraża, niejednokrotnie okropniejszymi niż są.
Nie przed wszystkimi opowiastkami jesteśmy w stanie dziecko uchronić. Czasem coś usłyszy na ulicy, od kolegów w przedszkolu, nawet od babci czy dziadka, którzy nie widzą nic złego w postraszeniu niesfornego rozrabiaki "czarnym ludem", ale część jesteśmy w stanie kontrolować.

***
Skoro zwracamy uwagę na to co my mówimy, to zwróćmy też uwagę na grający telewizor. Nas nie rażą kolejne doniesienia w wiadomościach. Kto kogo zabił, kto zginął w wypadku, wojna, bomba, zwłoki... A dla dziecka to jest niesamowicie straszne i może wrócić w nocy, we śnie, w wyobraźni. Ja pamiętam do dziś jedną scenę z filmu, gdzie przez ułamek sekundy pokazano ciało chłopca potrąconego przez pociąg. Nie roztrzaskanego, nie brodzącego krwią, ale leżącego na nasypie, sinego, martwego chłopca. Przez długi czas ten obraz majaczył w moich snach. A daleko nie trzeba szukać, bo wiadomości dla podbicia oglądalności nie liczą się z uczuciami czy odczuciami, pokazują wszystko jak leci.
Zresztą dziecięce bajki też nie są pozbawione stworów i okropności, które nam się wydają niegroźne, ale dla czterolatka już są i to bardzo.

***
Gdy już zdarzy się, że dziecko się boi, wymyśla sobie swoje strachy, to nie bagatelizujmy ich, nie wyśmiewajmy, nie trywializujmy jego lęków. Wytłumaczmy na spokojnie, wysłuchajmy obaw, zapewnijmy, że jest bezpieczne, że jesteście obok. Starajmy się nie mówić, że nie ma się czego bać, bo dziecko, skoro się boi, najwyraźniej ma do tego swoje powody. Raczej spróbujmy znaleźć wspólne rozwiązanie, zajrzyjmy w ciemne zakątki, "wypędźmy strachy". Łagodność, czułość, poczucie bezpieczeństwa, to naprawdę robi dużą robotę.

***
Nie bądźmy uparci jak osły, nie trzymajmy się z uporem jakiś wymyślonych zasad, odpuśćmy czasem. Gdy dziecko boi się ciemności, zapalmy mu lampkę. U nas dzieci śpią przy cotton balls'ach, ale czasem przed zaśnięciem proszą o zapalenie światła w przedpokoju. Teraz jest dostępnych tyle dyskretnych lampeczek czy lampek do pokoju dziecka, że spokojnie można sobie na to pozwolić, jeśli dzieci tego potrzebują. Starszemu dziecku może wystarczy dla bezpieczeństwa samo poczucie, że ma pod ręką włącznik i w każdej chwili może go włączyć. Podobnie sprawa ma się ze spanie z dzieckiem. Ja nie jestem za spaniem razem od początku do końca, bo każdy powinien mieć swoje wyrko, ale czasem warto odpuścić. Dla naszej wygody i poczucia bezpieczeństwa dziecka.

 ***
A na sam koniec coś, co u nas sprawdzało się nie raz. Maskotka. Dzieci lubią swoje misie czy inne stworki. Czemu by im nie wymyślić funkcji obronnej. U nas pierwszy był Dzielny Królik. Malutka, wydziergana przeze mnie zabaweczka, która położona na podusi obok Filipa działała cuda. A zaczęło się od tego, że Fifi nie chciał mnie wypuścić z pokoju, bo bał się być sam. Opowiedziałam mu bajkę o Dzielnym Króliku, który zawsze go będzie pilnował i zawsze ma kontakt z mamą i od tej pory zawsze wieczorem towarzyszył mu dziergany przyjaciel.

Co byśmy jednak nie robili i tak pewnie nie uchronimy dziecka całkiem przed lękiem czy koszmarami. Możemy jednak sprawić, by nie stały się patologiczne i nie utrudniały mu życia. Ja wiele filmów i opowieści bym sobie darowała, gdybym wiedziała, jak długo będą mi siedziały w głowie w tym najgorszym znaczeniu. Teraz to wiem i sobie takie rzeczy odpuszczam. Swoją drogę, wiem też, że dzieci same z siebie lubią się bać, ale w "stadzie", w grupie, z innymi, gorzej się robi, gdy wieczorem zostają same w ciemnym pokoju. I wtedy zaczyna się nasza rola, by je z takimi lękami jakoś oswoić. Bo przecież chcemy, żeby te nasze aniołki spały spokojnie, bezpiecznie, żeby śniły im się same piękne rzeczy...

poniedziałek, 29 maja 2017

Co przedszkolak powinien wiedzieć o pieniądzach? - wpis gościnny.

Edukacja finansowa najmłodszych to temat niezwykle istotny, choć bardzo często przez rodziców pomijany i bagatelizowany. Powody przyjmowania takiej postawy bywają różne. Często jest to spowodowane brakiem wiedzy w zakresie przedsiębiorczości i zarządzania domowym budżetem, przekonaniem, że na edukację finansową jest zbyt wcześnie lub zrzucaniem tego obowiązku na pedagogów. Kiedy rozpocząć uświadamiać dziecko w kwestii finansów? 


Co przedszkolaki wiedzą o pieniądzach?
Co na temat wiedzy dzieci o pieniądzach mówią badania? Socjalizacja ekonomiczna to od lat przedmiot zainteresowania wielu badaczy. Wśród czynników, które wpływają na rozumienie przez dzieci zjawisk ekonomicznych wymieniają oni: środowisko, sytuację społeczną, a także kulturę i religię danego kraju. Jako pierwszy badania na temat dzieci i pieniędzy przeprowadził Anselm Strauss w 1952 roku. Na bazie przeprowadzonych wywiadów wyróżnił on pięć etapów rozumienia pieniądza przez najmłodszych, z których pierwszy przypada na 3-4 rok życia i odznacza się umiejętności odróżniania pieniędzy od innych przedmiotów. Ostatnim przypada na 8-11 rok życia i charakteryzuje się pełnym zrozumieniem przez dziecko procesu wymiany ekonomicznej i roli poszczególnych jego uczestników.
Eksperci przekonują, że edukację finansową dzieci warto rozpocząć od jak najmłodszych lat. Wprawdzie maluchy w wieku 4-6 lat nie znają jeszcze wartości pieniądza i nie są rozwinięte jeszcze na tyle, aby zrozumieć mechanizmy rządzące rynkiem, ale są za to doskonałymi obserwatorami rzeczywistości. Wielu z nich, przypatrując się zachowaniom rodziców, jest przekonanych, że pieniądze nie są efektem ciężkiej pracy, ale ogólnie dostępnym dobrem, które w każdej chwili można podjąć w bankomacie.
Mając na uwadze powyższe, warto od najmłodszych lat dawać dziecku dobry przykład i rozsądnie gospodarować pieniędzmi. Niegospodarność, uleganie pokusom i łatanie dziur w domowym budżecie krótkoterminowymi pożyczkami to zachowania, które nie będą najlepszym przykładem dla malucha. W pierwszej kolejności należy przyjrzeć się kwestii właściwego zarządzania domowym budżetem, a następnie dobre wzorce powoli przekazywać potomstwu. Wprowadzanie krok po kroku dziecka w świat finansów, pozwoli mu szybko zrozumieć dlaczego nie może mieć każdej zabawki, o której tylko zamarzy. Nauka samodyscypliny i odpowiedzialności, szczególnie w dzisiejszym świecie, przesiąkniętym materializmem i konsumpcją, z pewnością zaprocentuje w przyszłości.

Od czego zacząć edukację finansową dzieci?
Socjalizację finansową dziecka warto rozpocząć od nauczenia dziecka odróżniania pieniędzy od innych przedmiotów. Gdy dziecko nauczy się już liczyć, można przystąpić do nauki rozpoznawania nominałów. Doskonałym pomysłem będzie niewątpliwie połączenie teorii z praktyką – liczenie oszczędności malucha zgromadzonych w skarbonce, wspólne wyprawy na zakupy, w celu uświadomienia dziecku, że każdy zakup wiąże się z koniecznością zapłaty. Uświadomienie dziecku takich podstawowych praw rynku, szybko przyniesie efekty i pozwoli uniknąć wielu rozpaczliwych scen w sklepach z zabawkami czy słodyczami. Bardzo istotne jest wykazanie się na tym etapie dużą cierpliwością i systematycznością. Edukacja finansowa malucha powinna następować w sposób naturalny, zgodny z jego rozwojem i zainteresowaniem. Powolne oswajanie z tematem i poruszanie coraz to bardziej zaawansowanych zagadnień to najskuteczniejsza ze wszystkich metod.

Codzienne czynności pretekstem do nauki
Biorąc pod uwagę fakt, iż dzieci bacznie obserwują swoich rodziców i starają się ich naśladować, warto angażować je w codzienne zakupy, nakłaniać do porównywania cen produktów w sklepie, płacenia przy kasie czy odbierania reszty. Dzięki temu maluch szybko zrozumie, że nie można do koszyka wrzucać wszystkiego, bo za każdy produkt trzeba zapłacić. O ile początkowo trudno będzie mu zrezygnować z nadmiernej ilości słodyczy czy zabawek, o tyle w dłuższej perspektywie czasu stanie się to dla niego naturalne. Kolejnym krokiem, po wspólnych zabawach z pieniędzmi w tle, niech będzie uświadomienie dziecku, w jaki sposób trafiają one do portfela czy na rachunek bankowy. Wyjaśnienie dziecku czym zajmują się rodzice to z kolei doskonały wstęp do nauki zawodów i próby poznania zainteresowań malucha. 

Kieszonkowe - pierwszy krok do nauki zarządzania budżetem
Kiedy dziecko będzie już nieco bardziej samodzielne i zaznajomione z tematem pieniędzy, warto pomyśleć o przyznaniu mu kieszonkowego (w przypadku malucha substytutem pieniądza mogą być np. cukierki). Kieszonkowe to potężny instrument finansowej socjalizacji dziecka, dlatego rodzic powinien się do tego etapu odpowiednio przygotować. Bardzo istotną kwestię stanowi ustalenie zasad i trzymanie się ich przez obie strony. Dziecko musi rozumieć, że od teraz samodzielnie finansuje swoje zachcianki, zaś rodzice, że ustalona kwota kieszonkowego nie ulega sporadycznemu zwiększaniu. To również świetny moment na naukę o produktach bankowych – pożyczkach i lokatach, które nauczą dziecko, że odroczenie konsumpcji może się opłacać, zaś uleganie kaprysom bardzo często generuje dodatkowe koszty.


Wpis gościnny napisany przez Jakuba Góreckiego, ekonomistę z pasji i zamiłowania, redaktora portalu MySaver o tematyce oszczędzania i inwestowania.

poniedziałek, 22 maja 2017

Im starsze dzieci tym łatwiej... czyli rozważania matki niewyspanej...

Dziś miałam plan się wyspać. Pospać rano w spokoju do tej 6.30 może nawet, jak dzieci się zlitują, to do 7... Plan był, ale z wykonaniem troszkę gorzej. Po piętnastu pobudkach raz do jednego, raz do drugiego, po godzinie 4 obudził mnie budzik Szanownego Małżonka, który wył, wył, wył (budzik, nie małżonek), a jemu wcale nie przeszkadzał. Zlitował się w końcu, wstał i sobie poszedł wyłączając na szczęście ryczącego potwora, a ja zostałam z nadzieją, że jeszcze usnę... Może to by było możliwe, gdyby właśnie w momencie przykładania głowy do poduszki kot nie postanowił zamaszyście zagrzebać w kuwecie... Raz, drugi, trzeci, dziesiąty... Myślę, wstanę, przegonię, dzieci mi pobudzi, a wtedy to już nici ze spania. 
Dobra, w końcu nastała cisza...
Tup... Tup... Tup... w stronę salonu... Tup... Tup... Tup... tym razem coraz bliżej. Wpuściłam, przytuliłam, leżymy... Swoją drogą teraz jeszcze bardziej zwracam uwagę na zabezpieczenia drzwi i okien (http://www.gerda.pl/), bo migracje i pomysły zaspanego brzdąca bywają zaskakujące...
Cisza...
"Mamooo, nie ma" - dobiega z drugiego pokoju... Wstałam, nakryłam, wróciłam do wyrka, a tam ani się wpasować. Jakoś próbuję, jakoś się układam...
No nic, w końcu skapitulowałam, z wyra wylazłam na dobre...
6.05
 

To tylko jedna taka noc i poranek. Czasem jeszcze do kompletu dochodzą okoliczni balangowicze, śmieciarze, sąsiedzi, dziecięce koszmary, choroby, chrapanie męża i wiele, wiele innych. Ogólnie rzecz ujmując, wyspać, to ja się nie wyspałam od bardzo, bardzo dawna. W sumie mogłabym chodzić wcześniej spać, ale jakoś nigdy mi nie wychodzi. Swoją drogą, sen matki jest tak czuły na dziecięce potrzeby, że nawet śpiąc w drugim końcu mieszkania, ja wiem, że jestem w stanie na czas zareagować. A z drugiej strony nie jest w stanie mi przeszkodzić we śnie rycząca nieopodal Agnieszka Chylińska (zawsze w maju mam zaszczyt wysłuchiwać wszystkich tych sław z racji sąsiedztwa z miasteczkiem akademickim i odbywających się w tym czasie wszystkich kulturalnych imprez) więc chyba to taki ewolucyjny cud. Na szczęście zazwyczaj w soboty więc dzieciaki zmęczone działką też nie reagują na dość głośne bity i wokale.

Nie, nie... Ja nie narzekam, ja przywykłam. Ale do czego zmierzam? Otóż, czas jakiś temu usłyszałam, że ja to mam lepiej, bo ja już mam starsze dzieci, że już się wysypiam, że dziadkom podrzucić mogę, na piwo pójść... 
No pewnie... 
Nie ma to jak podrzucić dziadkom dzieci, pójść na balety, a potem się wyspać do południa... Tylko po co? Jakbym oddała dzieci na noc dziadkom, to raczej bym się porządnie wyspała zamiast gdzieś łazić. Alkohol też raczej mi w większych ilościach nie w głowie, bo potem trzeba jakoś wrócić do normalności, a to z dwójką dzieci może być ciężkie, a co do wysypiania... patrzcie wyżej... zawsze coś...

Zastanawia mnie w tym momencie skąd u niektórych takie przekonanie, że rodzice starszych dzieci (2,5 i 4 lata - wow, niemal dorosłe) mają tak, nie powiem lepiej, bo zabrzmi, jakby rodzice mieli źle, ale łatwiej, sprawniej... Nie wiem, jak to nazwać. Może już przywykliśmy, ułożyliśmy sobie jakoś wszystko na nowo z nowymi lokatorami, może już nie pamiętamy, jak to było kiedyś i nie tęsknimy za tą "wolnością", ale nadal wstajemy w nocy, nadal wycieramy pupy, przebieramy tysiące razy, karmimy, nosimy, usypiamy. Fakt, wysyłamy dzieci do przedszkola, ale w tym czasie pracujemy, wcale ten czas nie jest naszym czasem wolnym. Owszem, ustaliliśmy jakieś pomoce z dziadkami, wypracowaliśmy sobie dyżury i "czasy wolne", ale też kiedyś byliśmy takimi świeżynkami, też byliśmy przerażeni i wydawało nam się, że taki niemowlak to tyle pracy i obowiązków, że kupa tak niesamowicie śmierdzi, a ulewanie to najgorsza rzecz pod słońcem... A potem przyszedł drugi niemowlak, a potem podrosły, zaczęły biegać, gadać, wiecznie czegoś chcieć... I zrobiło się tylko ciekawiej.

Ale czym ja się przejmuję... Jak to mówią, małe dzieci - mały kłopot, duże dzieci - duży kłopot... Więc jeszcze wszystko przed nami ;)

piątek, 12 maja 2017

Całe życie...

Siedzę sobie w pracy, patrzę na nieciekawe widoki za nie do końca czystym oknem, próbuję się jakoś umościć, żeby nie zdrętwiały mi nogi. Coraz lepiej idzie mi jazda samochodem, ogarniam nowe obowiązki, mam plany i ambicje. Za czas jakiś pozbieram swoje zabawki, rzucę wszystko i pojadę świętować piątek z moją dwuletnią córą i czteroletnim synkiem. Tak, dokładnie, już czteroletnim... W zasadzie, to biorąc pod uwagę mój staż na tym świecie, to mogłabym powiedzieć, że dopiero, ale dla mnie to już... Dla mnie te jego cztery lata to całe moje życie.


Zanim dotarłam do tej pracy musiałam wstać wcześnie, zebrać siebie, zebrać dzieci, przedyskutować z nimi pięćdziesiąt razy kwestię śniadania, ubioru, ewentualnych zabawek do przedszkola, planów na popołudnie. Musiałam odprowadzić, pożegnać się, dojechać, po drodze próbując przypomnieć sobie o ilu rzeczach zapomniałam, co mam dziś zrobić, co kupić w drodze powrotnej, na jakie wizyty i atrakcje poumawiać, za co popłacić, jakie okazje mamy w najbliższym czasie. W drodze powrotnej sytuacja wygląda podobnie. Układanie sobie w głowie jadłospisu, planów zajęć całej czwórki, rozmyślanie nad obowiązkami... Zresztą, co ja się będę dalej rozpisywała, każda mama wie, jak mniej więcej to wszystko się toczy. Od rana do wieczora trzeba sytuację kontrolować, planować, opanowywać i przy tym nie zwariować. Bo życie, odkąd pojawiają się dzieci, przyśpiesza niesamowicie, by zwalniać na te chwile, gdy jesteśmy tylko dla nich...

O ile obowiązki pracowe, zakupy, swoje sprawy, jesteśmy w stanie jakoś przełożyć, jakoś rozplanować inaczej, jakoś poprzesuwać, poupychać, o tyle dziecięcej bajki na dobranoc nawet nie chcemy usuwać z planu dnia. O ile swoje posiłki możemy modyfikować, możemy raz na jakiś czas podejść do nich trochę po macoszemu, o tyle w głowie nam się nie mieści, że mogłybyśmy zaniedbać tak wyżywienie naszego dziecka. To, że my w tym tygodniu/miesiącu/roku nie pójdziemy ze znajomymi na przysłowiowe piwo, nie obejrzymy filmu wieczorem czy nie wyszalejemy się na nartach... Cóż... Nic się nie stanie, ale dziecięca zabawa, kinder bale zaplanowane przez koleżanki z przedszkola, wycieczki do zoo i za miasto... To nigdy nie spada z wokandy i pod to planowana jest reszta naszego dorosłego dnia. W zasadzie nie ma co się oszukiwać, mamy swoje życie, swoje pasje, swoje plany i marzenia, ale wszystkie one kręcą się nieustannie wokół dzieci. Odkąd one są na świecie, wszystko teraz i za lat dwadzieścia jest i będzie w pierwszej kolejności im podporządkowane. Wiadomo, z czasem zapewne proporcje się zmienią (nie wiem tego na 100%, ale tak mniemam), ale teraz czas naszej pracy warunkują godziny otwarcia przedszkola i dziecięce choroby (tfu, tfu, odpukać, ostatnio jakoś się prześlizgujemy), czas wolny zależy od dziecięcej senności, pracy babci, dostępności opiekunki... Miejsca, dokąd się wybieramy, to miejsca, które mają podobać się dzieciom... Godziny, w których wycieczkujemy, to godziny skrupulatnie rozplanowane między drzemkami, posiłkami, zajęciami...

PS.
Czasem próbuję sobie przypomnieć czas przed dziećmi. Migocze gdzieś we wspomnieniach jak jakaś bajka, jak inne życie, jak film, który się kiedyś oglądało, ale jest tak nierealny, że aż ciężko sobie wyobrazić, że gdzieś tam byłam i żyłam... Bez dzieci... Osoba, którą byłam wydaje mi się tak obca, tak inna, tak nieznajoma... Fajnie się to wspomina, ale to już nie to samo... Moje życie jest tu i teraz i ma całe, wielkie, długie cztery lata ;)







sobota, 29 kwietnia 2017

Każdy ma jakiegoś bzika...

Powiem Wam w sekrecie, że ja chyba w niczym nie jestem tak jakoś ponad przeciętną dobra. Nic specjalnie nie zajęło mnie na tyle, żebym się w tym szkoliła, doskonaliła, osiągała sukcesy. Zawsze raczej byłam z tych przeciętnych, średnich, dobrze sobie radzących, ale nie wybitnych. Próbowałam swoich sił w tańcu, trochę w koszykówce, trochę jeździłam konno, nawet kiedyś chodziłam na chór, ale z braku motywacji i wsparcia wszystko umierało śmiercią naturalną. Nawet pływanie wyszło mi jakoś tak przypadkiem, bo pewnie gdyby nie koleżanka, która się zaparła, to do tej pory bym nie umiała. Jazda samochodem podobnie. Zdałam za pierwszym razem, wszyscy mnie chwalili (ba, nawet teraz mąż nie może się nadziwić, że ja tak po prostu wsiadam i jakoś jadę), ale co z tego... Jazdy raz na jakiś czas samochodem kolegi to było za mało i w końcu spoczęłam na laurach i nawet przestałam prosić i jak wiecie, do tej pory niemal nie jeździłam.

Nie jestem za nadgorliwym pchaniem dziecka na wszystkie aktywności, nie jestem za nadambitnym rodzicielstwem, za leczeniem swoich niedoskonałości sukcesami dziecka, ale jestem za pokazaniem mu alternatyw i możliwości. Jestem za wspieraniem w wyborach, za dopingowaniem w osiąganiu poszczególnych umiejętności i poziomów, za udostępnianiem pomocy merytorycznych czy naukowych. Wiadomo, że plan dziecka też nie jest z gumy, że dzieciństwo musi się wyszumieć i wyszaleć, że przymuszane do niczego nie dojdzie, a nawet jeśli, to jakim kosztem. Ale teraz wszystkie zajęcia mają godziny próbne, a jak nie mają, to zawsze można się dogadać. Zawsze można dziecku pokazać, zobaczyć czy mu się dana aktywność podoba, czy sprawia mu radość chodzenie na karate, tańce, angielski, śpiew czy wspinaczkę. Teraz jest taka gama sportów, zajęć dodatkowych, zabaw czy kółek zainteresowań, że na pewno nasza pociecha coś dla siebie wybierze. Tylko nasza w tym głowa, żeby coś jej zaproponować. Nie mówię od razu, żeby wychować małego olimpijczyka ( a nóż, widelec przypadkiem coś wyjdzie), mówię, żeby czymś je zainteresować.


Moje dzieciaki ukochały sobie basen. Nie tylko ukochały, ale robię w tym niesamowite postępy, a mi aż miło popatrzeć, jak Filip nurkuje i próbuje swoich sił w samodzielnym pływaniu, a ja biedna kaleczę nawet żabkę. Filip zakochał się w tańcach i z uporem szukamy mu jakiejś fajnej szkoły, która połączy zajęcia taneczne z dobrą zabawą. Niestety poprzednia szkoła okazała się oszustem, wyłudzaczem i naciągaczem, a my pozostaliśmy z zapłaconym czesnym (to pół biedy) i Fifim, który dalej od czasu do czasu pyta, kiedy pojedzie na balety. Oboje chodzą na piłkę, ale już teraz widzę, że jeśli któreś przy tym pozostanie, to raczej będzie Zosia. Dodatkowo, Fi w przedszkolu uczy się angielskiego, co ja osobiście uważam za podstawę i czego sama wielce żałuję, że nie dopilnowałam lepiej w swojej młodości. No i nasza Zośka ślicznie naśladuje wszystkie zasłyszane melodie. 

We wszystkich tych aktywnościach mam zamiar je wspierać i pomagać jak tylko mogę. Nie we wszystkim jestem kompetentna więc wyszukuję specjalistów. Dzieci mają frajdę i dobrze się bawię przy okazji czegoś się ucząc, a ja mam niesamowitą przyjemność z patrzenia na ich uśmiechnięte buzie. Chciałabym im jeszcze pokazać narty. Choć sama nie jeżdżę, uważam, że w tych czasach warto... Ba, może sama skorzystam i popróbuję, podobno na naukę nigdy nie jest za późno i może za czas jakiś wybierzemy się na wspólne szusowanie ( http://naferie.pl/ ). Ale jeśli im się nie spodoba, to trudno. Fifi już kategorycznie ogłosił, że na karate chodzić nie zamierza i ja to szanuję. Nie zmienia to faktu, że mogę go za czas jakiś zabrać na coś innego, może mu się spodoba. A mąż chce mu pokazać wspinaczkę. Już nawet były pierwsze przymiarki i było zaciekawienie, ale na razie ja jestem troszkę sceptyczna. Trochę się boję... Ale może przesadzam, jego kolega z przedszkola właśnie zaczyna chodzić na motocross...

Moim zdaniem to my, rodzice, jesteśmy od tego, żeby zaproponować coś dzieciom. Pokazać, zaprosić do działania, zapoznać z odpowiednimi ludźmi. A nasze dzieci są od tego, żeby sobie coś z tego wszystkiego wyłuskać, wybrać i kiedyś w tym się doskonalić lub tylko uprawiać hobbystycznie. Z czasem wiele nowych rzeczy podsunął im rówieśnicy, z czasem może być tak, że coś do tej pory ukochanego odejdzie w zapomnienie, bo ktoś pokaże im coś fajniejszego. Bywa i tak, ale na razie to nasza w tym głowa, żeby czymś je zająć. Bo przecież już taki mały szkrab coś lubi, coś go interesuje, lubi konkretne książeczki, rysuneczki, potem bajki, zabawki... Przyglądając się temu wszystkiemu można wysnuwać pewne wnioski. Nasz Fi uwielbia wszelkiego rodzaju elektronikę i dinozaury... Nie zakładam od razu, że zostanie informatykiem albo paleontologiem, ale skoro lubi, to czemu mu ich nie pokazywać, nie opowiadać o nich, nie zabierać na zajęcia związane z tym wszystkim. Zosia natomiast kocha księżniczki... Ma dwa lata więc na razie zainteresowanie zamyka się w książeczkach, bajkach i talerzykach...

PS.
Mój Tata zawsze mówił, że trzeba mieć jakieś hobby, trzeba się czymś interesować, jakoś spędzać wolny czas, bo inaczej człowiek z nudów dziwaczeje i ja się z nim zgadzam...

PS 2.
Jak niektórzy z was wiedzą, ja swój wolny czas spędzam na robótkach ręcznych... Robię na drutach, szydełkuję, czasem szyję... Cały czas się uczę, doskonalę, poprawiam... Może nie jest to coś spektakularnego, ale ja to lubię i daje mi to wiele satysfakcji... Nie byłoby tego wszystkiego, tych wszystkich serwetek, kocyków, poduszek czy maskotek, gdyby nie moja babcia, która x lat temu pokazała mi pierwsze oczko łańcuszka i, gdyby nie moja druga babcia, która dała mi pierwszy prosty wzór i, gdyby nie moja mama, która zawsze mnie wspierała i kupowała kolejne kordonki i włóczki...
Ale to tylko jedna z rzeczy, które lubię robić...