wtorek, 19 lipca 2016

Niespełnione obietnice czyli jak zranić dziecko...

Jesteśmy tylko ludźmi, mamy swoje sympatie i antypatie, mamy swoje humory, czasem niesnaski, nieporozumienia, czasem się kłócimy, czasem mamy złe dni, czasem coś nam nie pasuje. Mamy swój, "dorosły" świat, którego dzieci nie powinny poznawać zbyt wcześnie, nie powinny sobie zawracać małych główek naszymi smutkami czy kłótniami. Nasza, rodziców, rola jest je przed tym uchronić, ale i powolutku, bardzo powolutku uczyć tego, że świat nie zawsze jest idealny, nie zawsze można mieć co się chce, że panują pewne zasady, które my mamy pomóc im zrozumieć.

Nasz Filip jest dzieckiem wrażliwym. Bywa bardzo smutny, gdy ktoś go zawiedzie, wiele kojarzy, wyczuwa, wiele słyszy i rozumie. Ma swoje małe straszki, niepokoje, a my próbujemy go uczyć, że w nas ma zawsze oparcie, nam może ufać, my będziemy zawsze z nim, może z nami czuć się dobrze i bezpiecznie. Dlatego najbardziej ruszają mnie sytuacje, które ten, mocno przez nas wypracowywany stan chcą zburzyć, które mocno ingerują w nasze zasady i nasz wewnętrzny ład. Które odbijają się na jego postrzeganiu świata i zaburzają jego spokój.


Obietnice. Pamiętajcie, że jak coś obiecujemy dziecku, to obietnicy dotrzymujemy. Taki trzylatek bardzo dobrze pamięta, co mu się obiecywało. Nie ważne czy obiecamy mu coś za coś, czy opowiemy co będzie jutro, czy wspomniemy, że na zakupach coś dostanie. To nie jest istotne, raz wypowiedziane ma być spełnione i już. Inaczej więcej nam dziecko nie uwierzy. Zapamięta, że nie warto ufać komuś, kto tylko gada dla gadania i nic z tego nie wynika. Nasz Szanowny Tatuś ostatnio zjeździł pół miasta za zasilaczem do radia, które to obiecał naprawić na dzień następny i mu się zapomniało. Ja wolę się czasem ugryźć w język niż powiedzieć coś, czego nie będę w stanie zrobić, zawsze się pilnuję, bo wiem, jak bardzo zawiedzione bywa dziecko, gdy na coś się nastawi, a tego nie będzie. No, ale to my... A co jeśli ktoś dziecku coś nagada, a potem oleje? Pół biedy, jak sam sobie zasłuży na brak zaufania dziecka, trzeba tłumaczyć, odkręcać, pocieszać, ale ja spotkałam się z sytuacją obiecywania czegoś w naszym imieniu. Podważania zaufania do nas, bo jak nazwać obiecanie dziecku, że na zakupach coś mu kupimy, a my nawet o tym nie wiedzieliśmy i wracamy z pustymi rękami. To już ani fajne, ani dobre nie jest i wymaga poważnej rozmowy.

Obgadywanie. Wiem, wiem, brzmi jak z podstawówki, ale zdarza się i starym. Zdarza się starym nadawać na innych do dziecka. Wyobrażacie sobie sytuację, że współmałżonek was wkurzy, a wy pójdziecie do dzieci i powiecie im, że tatuś już ich nie kocha, że czegoś im nie daje, bo jest głupi... Albo powiecie dziecku, że ma się nie zbliżać do nielubianej przez was ciotki, bo im coś za to zabronicie... Absurdalne, prawda? A jednak się zdarza. Zdarza się wśród rodziców, wśród dziadków, wśród rodzeństwa. Zdarza się, że ktoś świadomie nadaje do dziecka na kogoś, kogo sam nie lubi, komu chce zrobić na złość, na kim się chce odegrać. A taki mały człowieczek jest chłonny, wbija sobie te informacje do główki, jest rozdarty, nie wiem co ma robić. Bo on tak bardzo kocha dziadka, ale tata jest niezadowolony za każdym razem, gdy się do niego uśmiecha... Wiem, nie uchronimy dzieci przed wszystkimi takimi podłościami. Pozostając przy podstawówkowym nazewnictwie, są ludzie i parapety, ale my o tym pamiętajmy. Niech nas czasem nie poniesie fantazja i nie zróbmy z kochanej babci wrednej jędzy... Ale od niej oczekujmy tego samego...

Kłamstwa i zatajanie prawdy. Wiadomo, dzieci powinny mieć swoje sekrety. Jedne z mamą, drugie z tatą, inne z dziadkami czy rodzeństwem, a jeszcze inne z kolegami z przedszkola. Ale nie powinno kłamać. Trzylatek zmyśla, kombinuje, lawiruje, ale robi to nieudolnie, zabawnie, koślawo i zazwyczaj mu to z czasem przechodzi. Ale nie przejdzie jeśli ktoś go będzie do tego zachęcał. "Nie mów mamie, nie mów tacie, to będzie nasza tajemnica" - brzmi nie fajnie i nie musi wcale dotyczyć rzeczy wielkich, wystarczy, że my czegoś zabraniamy, a dziecko jest uczone, że nic się nie stanie, nikt się nie dowie, jak się nie wyda. A zdarzyło wam się kiedyś, że dziecku była wmawiana jak mantra inna wersja wydarzeń, żeby zatuszować kłamstwa dorosłych? Zwyczajnie i ono było namawiane do kłamstwa. Jak my, rodzice, mamy uczyć pociechy, że szczerość jest w cenie, że my go nie okłamujemy i ono też nie powinno tego robić, jak inni bliscy wręcz namawiają je do ściemniactwa... Kolejny powód do poważnej rozmowy.

Pretensje i przykre słowa. Uczymy nasze dzieci, że nie wolno przeklinać, to oczywiste, ale też uczymy, że nie wolno się obrażać, przezywać, obwiniać o coś czego się nie zrobiło, zwalać na kogoś winy. Wydaje nam się, że jak powiemy coś przykrego trzylatkowi, to ono nie zrozumie albo i tak zapomni, a nam ulży. Błąd. Dziecko rozumie, pamięta, będzie do tego wracało. Gdy coś zepsuje, przewróci, rozbije, to też nie jest powód do używania określeń przez dorosłych uważanych za obraźliwe. Po nas niejednokrotnie to tak łatwo nie spływa, a co dopiero dziecko, które potem wszystko rozpamiętuje. My bierzemy pod rozwagę nasze słowa i zwracajmy na to uwagę naszym bliskim.

I na koniec coś niedopuszczalnego. Tutaj poważne rozmowy to za mało. Krzyki i, o zgrozo, bicie. Na szczęście u nas się nie zdarzyło, ale drobne krzyknięcia z byle powodu już zauważyłam. Na razie przytuliłam, pocieszyłam, wytłumaczyłam, bo nie chciałam konfliktów. Ale w tej materii więcej nie odpuszczę. Nie pozwolę na takie traktowanie moich dzieci, nikomu... Wszyscy naokoło znają nasze zdanie na ten temat i nikt nie powinien być zaskoczony naszą reakcją. Takich spraw się nie pomija milczeniem, bo na naszych dzieciach pozostawiają trwały ślad. Mało tego, dziecko powiela zachowania dorosłych, potem idzie i powtarza na rówieśnikach, rodzicach, nawet zwierzątkach. Tego najzwyczajniej w świecie nie tolerujemy.

Pewnie jest jeszcze wiele takich rzeczy, które mogą się negatywnie odbić na psychice dziecka, mogą źle wpłynąć na dalsze jego postrzeganie rzeczywistości, mogą zaprzepaścić miesiące naszych starań i tłumaczeń, ale teraz zwyczajnie nie przychodzą mi one do głowy, bo jest tak oczywistym (dla nas), że tak się nie postępuje, że zapomniałam. Zazwyczaj przypominamy sobie o nich, gdy ktoś świadomie lub mniej tak potraktuje nasze dziecko. Nie wahajmy się wtedy zwracać uwagi, mówić głośno o zasadach, protestować. Nie chcemy przecież, by nasze dziecko wyrosło na zakompleksionego, zagubionego lub przewrażliwionego dorosłego. Nie chcemy, by jego poczucie własnej wartości zostało zaburzone, a zasady przez nas wpajane się zdewaluowały. I umówmy się, wrażliwy nie oznacza przewrażliwiony.

środa, 13 lipca 2016

Para zwana rodzicami...

Rozpoczęły się wakacje, z każdego kąta internetu biją zdjęcia z urlopów, z wycieczek, z wojaży bliskich i dalekich. Zdjęcia dzieci na działkach, u dziadków, u ciotek, wujków, na koloniach i obozach. Zdjęcia rodziców z pociechami, ale i bez pociech. Na imprezach, wyjazdach, urlopach... Co chwilkę też wpadam na posty radzące, by skorzystać z letniej pory i wybrać się gdzieś bez dzieci, we dwoje, jako małżeństwo. Odpocząć, przypomnieć sobie siebie nawzajem, zakochać się od nowa, znów poczuć to co na początku. Ale też odsapnąć od potomków, których mamy na co dzień. Budzić się rano i nie pędzić spełniać dziecięce potrzeby, zasypiać wieczorem z głową nieprzepełnioną troskami dnia codziennego, chodzić gdzie się chce, kiedy się chce, mieć luz, blues...

Fajna wizja, prawda? Ja uważam, że ekstra i z ogromną zazdrością czytam kolejne wpisy słomianych rodziców. Z zazdrością, bo my tej możliwości, przynajmniej na razie, nie mamy. Nie dlatego, że jesteśmy tak bardzo uwiązani do naszych dzieci. Owszem, jesteśmy z nimi związani, ciężko byłoby nam się rozstać, ale rozumiemy potrzebę bycia czasem samemu. Rozumiemy i bardzo nam tej możliwości brakuje, ale co zrobić. Bo, żeby takie wakacje w ogóle miały sens, dzieci muszą zostać z kimś, komu ufamy, z kimś, kto je zna, kto wie czego potrzebują, jak wygląda ich plan dnia. I tu zaczynają się schody. Ci, którym ja ufam nie bardzo garną się do takiej pomocy, a ci, którzy od bidy by się zgodzili, niestety godni zaufania są średnio. Mówię od bidy, bo niestety od bidy. A ja nie potrzebuję kogoś, kto dzieci mi przechowa, tylko kogoś, kto zapewni im fajne wakacje, a dodatkowo nie oleje całkiem naszych zasad. Kogoś, dla kogo opieka nad nimi to coś naturalnego, a nie mus. Kogoś godnego zaufania.
Powiecie, mało tu twojej dobrej woli. Och, tej woli było aż nadto, aż nadto było kompromisów i aż nadto było zawiedzionego zaufania. I nie, nie jestem przewrażliwiona, oddaję dzieci do przedszkola i do żłobka, zostawiam z opiekunką, z rodziną, gdy jedziemy na zakupy lub mamy coś załatwić, nie cackam się z nimi nadmiernie, nie mam całej rozpiski z zaleceniami co do nich. Chcę po prostu, żeby ktoś, kto zostaje z moimi dziećmi szanował to co mówię, nie okłamywał mnie, nie zatajał istotnych informacji oraz zapewnił im dobrą, kochającą opiekę. To naprawdę nie są wygórowane wymagania, a wybycie na wakacje z przeświadczeniem, że one nie są spełnione na pewno nie skończy się odpoczynkiem, a jedynie zamartwianiem się więc my na razie z takiej przyjemności zrezygnujemy.


Ale wracając do tematu. Kwestia wyjazdu na wakacje bez dzieci na daną chwilę dla nas nie istnieje, ale przecież od czasu do czasu należy nam się chwilka oddechu. Co wtedy? Ja żyję myślą, że przecież kiedyś wyjadą na jakieś kolonie, że będą na tyle duzi, że spędzą wakacje u rodziny, że kiedyś sytuacja się zmieni. A na razie korzystamy z wieczorów we dwoje, staramy się czasem poprosić opiekunkę o opiekę, wyskoczyć na spacer, do kina, nawet na zakupy. Brakuje nam czasu ze sobą i ja to czuję, czuję, że czasem w natłoku obowiązków zapominamy o sobie nawzajem, że zapominamy, że nie jesteśmy tylko jednostkami, że mamy drugą osobę, do której możemy się zwrócić, z którą porozmawiać. A zgrani, kochający się rodzice są dla dzieci bardzo ważni. I nie chodzi mi tylko o powstrzymywanie się od kłótni czy krzyków, dzieci czują więcej niż nam się wydaje i czują też, gdy między rodzicami jest jakieś napięcie, nieporozumienie, gdy rodzice się od siebie oddalają. I choć wyjazd choćby na weekend we dwoje na pewno dobrze robi każdej parze, nie każda ma takie możliwości, ale za to niemal każda może miło spędzić czas wieczorem, kiedy dzieci już zasną. My, na przykład, co drugi dzień wspólnie odprowadzamy dzieci do przedszkola i wracamy razem spacerkiem. Takie pięć minut na zajście po bułki do sklepu, na pogadanie, na potrzymanie się za rękę. Niby nic, ale tak bardzo potrzebne. 

Naprawdę niewiele trzeba, żeby nie zapomnieć jak to się wszystko zaczynało. I choć teraz jesteście we troje, czworo, pięcioro lub więcej, to zaczynało się właśnie od waszej dwójki. Od waszego porozumienia, miłości, zgodności... Dopiero na tym budowaliście rodzinę... Gdy tego fundamentu zabraknie, wszystko zacznie się chwiać... Pamiętajcie o tym.

piątek, 8 lipca 2016

Wsteczna samodzielność...

Dużo się mówi o tym, że drugie dziecko łatwiej się chowa, że jest samodzielniejsze, wymaga mniej uwagi, szybciej się uczy i rozwija. Że, zwłaszcza przy niewielkm skoku wiekowym, bardzo szybko zacierają się różnice między rodzeństwem, że to starsze ciągnie za uszy to młodsze. Dużo w tym prawdy, bo patrząc z własnego doświadczenie, Zosia wszystko łapie dużo wcześniej niż łapał Filip, szybciej chce być Zosią samosią, cwaniakuje, uczy się, nie tylko tego, co byśmy chcieli by się uczyła. Ma to swoje plusy i minusy, ale faktycznie, tak jest. Fifi miał do naśladowania tylko nas, a takiemu maluchowi czasem ciężko udawać dorosłego, Zosia ma już przykład bardziej zbliżony do siebie.

Ale ja dziś chciałam zwrócić uwagę na drugą stronę medalu. Na zmiany jakie zachodzą w tym starszym z rodzeństwa. Większość zdań jakie słyszałam, większość tekstów, jakie czytałam traktują o zazdrości, o zawiści, o poczuciu odrzucenia przez to starsze z dwójki. U nas tego zbytnio nie było i nie ma, przynajmniej ze strony Filipa. Bardziej Zosia, gdy już zaczęła kojarzyć, zaczęła domagać się swego, ale o tym kiedy indziej. Dziś chcę zwrócić uwagę, że skoro nasza młodsza pociecha się rozwija patrząc na starsze, to czy starsze się cofa? U nas są takie sytuacje, gdy niestety to widać. Może nie do końca cofanie, ale udawanie, że się cofa. Takie udawanie dla zwrócenia na siebie uwagi (http://promotiontops.pl/), udawanie bobasa, udawanie, że się czegoś nie umie, że wymaga się więcej pomocy niż jest to konieczne.


I tak Filip, ten sam, który bierze Zosię w przedszkolu za rączkę i chce jej wszystko pokazywać, który pociesza ją i całuje, gdy płacze, który uczy ją mówić i pierwszy biegnie, żeby ją nakarmić. Ten sam Fifi, który mówi "ale mamo, Zosia jest malutka, ona tego nie umie" albo "Zosiu, to nie dla dzieci, Filip może, a Zosia nie"... Ten sam Filip za chwilę woła "mamo, zobacz jak nie umiem" i "mamo, nakarmisz mnie?". Ten sam Filip zakłada buty lewy na prawą nogę i mnie woła udowodnić mi, że ja mam go ubierać, bo on "tak bardzo nie umie". Ten sam Fifi, który poucza mnie, że Zosia nie zaśnie bez mleczka i bajki za chwilkę woła mnie, żebym go przykryła albo podała mu niekapek. I nie byłoby w tym nic dziwnego, wszak to tylko trzylatek, gdyby wcześniej miał z tym problem i, gdyby w przedszkolu też się tak zachowywał. Ale on w przedszkolu jest chwalony za samodzielność. Mało tego, dostał mega plusa za samodzielność przy jedzeniu, a w domu każdy posiłek kończy się udowadnianiem nam, że on sam nie umie. 

Ponieważ między naszymi bobasami jest niewielka różnica wieku. Ponieważ jest to chłopiec i dziewczynka, a jednak dziewczynki szybciej się rozwijają, mam wrażenie, że jak tak dalej pójdzie, to za chwilkę będziemy mieli w domu dzieci na bardzo podobnym stopniu rozwoju. Już teraz Zosia nie chce w przedszkolu chodzić do Klubu Malucha, a woli siedzieć w przedszkolu. Myśleliśmy, że chodzi o obecność Filipa, i pewnie w jakiejś części tak, ale ona woli zabawy bardziej rozwojowe. W domu z Fifim maluje, przylepia, układa więc w przedszkolu też chce robić to samo, nie chce siedzieć w foteliku pół dnia, tak jak inne bobasy w klubie. Fifi za to chętnie bawi się z rówieśnikami, ale nie może się skupić tak jak oni, często porzuca zajęcia, bo zainteresuje go coś innego i niejednokrotnie woli pójść do "dzidziusiów" pozajmować się nimi. Lubi zgrywać starszego braciszka, lubi pocieszać, pomagać ciociom w karmieniu i uczeniu dzieciaczków nowych rzeczy.

Filip, póki oczywiście o coś się nie pokłócą, jest świetnym starszym bratem. Pomaga, opiekuje się, trzyma za rączkę, pociesza, przytula. Lubi pokazywać, że umie więcej, skąd więc te zmiany, które zachodzą w domu przy najprostszych czynnościach? Mamusie i tatusiowie rodzeństwa, zauważyliście coś takiego u swoich dzieciaków? Wiadomo, jest to troszkę z chęci zwrócenia na siebie uwagi, ale niestety, muszę się przyznać bez bicia, czasami budzi irytację. Wyobraźcie sobie poranek, wszyscy się zbierają, Zosię trzeba nakarmić, ubrać, przebrać, a do tego dochodzi Fifi, który do niedawna świetnie sobie z tym wszystkim radził. A jak sobie nie radził, to przynajmniej pomagał, a teraz "mamo, zrób"... Taka wsteczna samodzielność...

wtorek, 5 lipca 2016

Rodzicielska niedyspozycja...

Pewnie każdy z was wie, że mamom, zdarzają się drobne zaniemożenia. Ciężkie dni, migreny, przeziębienia, konsekwencje szaleństw czy zwykłe "nicniechciejstwa". Zdarzają się dni, gdy wymagamy odpoczynku, odsapnięcia, odchorowania. Gdy to my potrzebujemy troszkę więcej uwagi, zaopiekowania się czy zwykłego zejścia nam z drogi. Dni od nas niezależne, które chciałybyśmy, żeby się nie zdarzały, ale się zdarzają i co wtedy? Wtedy nie bywa łatwo. Co ja mówię, macierzyństwo w ogóle nie jest łatwe, ale w takie dni jest ekstremalnie ciężkie.

No bo przecież nikt nas nie zwolni z bycia mamą, z dbania o dzieci, o dom, o rodzinę. Nikt nam nie da wolnego, nie wyciszy nam sypialni i nie pozwoli odespać, odleżeć, odsapnąć. U nas w domu to ja zawsze pilnuję, żeby wszystko było jak w zegarku, ja pamiętam, ja przypominam, pokazuję palcem. Rzadko zdarza mi się naprawdę zaniemóc, zazwyczaj, nawet gdy źle się czuję, staram się wszystko wkoło ogarnąć, czasem mniej dokładnie, czasem bardziej staram się wysługiwać mężem, czasem daję sobie pięć minut poleżenia zanim mnie dzieciaki nie znajdą, ale paść padłam chyba raz odkąd jestem mamą. No i w sumie dawno o tym zapomniałam aż do teraz.

W ostatni weekend rozłożyło mnie jakieś zatrucie. Niby nic wielkiego, niby nic spektakularnego, ale każdy, kogo choć raz męczyły mdłości i ssanie na żołądku wie, że nie jest to sytuacja komfortowa. Zwłaszcza, gdy wkoło kica dwójka nudzących się dzieci, na dworze piękna pogoda, w domu pustka zakupowa, a niechęć do podróży samochodem przeogromna, a w dodatku w pobliżu nikogo chętnego do pomocy. No, niby jest Szanowny, ale co ja będę dużo tu pisać, on raczej jest powodem do mojej irytacji niż pomocnikiem w chwilach powolnej agonii.

No właśnie, złe samopoczucie, złym samopoczuciem, ale nastroju nie poprawia fakt, że wkoło nic nie jest robione, jak Matka właśnie zaniemogła. Matka leży, znaczy wszyscy mogą leżeć. No i tak leży Matka, leży Ojciec, wszystko leży tylko dzieci nie chcą leżeć i gdy Matka w końcu wstanie, to przekona się, że wszystko co powinno leżeć tu, leży tam, a co miało leżeć tam, leży tu. I ta Matka, która ledwie poczuła się, że może ruszyć nogą czy ręką z marszu rusza do sprzątania, bo kolejne pół godziny leżenia mogłoby doprowadzić do tego, że całe mieszkanie zawali się w gruzach, rozsypie, rozpadnie, a nikt tego, prócz Matki oczywiście, nawet nie zauważy.
Co bardziej przytomny Ojciec, a mój Szanowny do takich należy, stara się zachowywać pozory i oddala się z pociechami do innego pomieszczenia, tak, że niby rozumie, że współczuje i pomaga w ciężkich chwilach. Nieraz nawet przynosi herbatkę na znak troski. I ta Matka leży, napawa się odrobiną spokoju, ale w końcu wstaje i odkrywa skąd był ten spokój i niepokojąca cisza, która tak jej się wtedy podobała. Chyba nikomu nie muszę mówić, co oznacza cisza przy dzieciach... A cisza gdy dzieci znikają z Tatusiem w innym pomieszczeniu nie wróży nic dobrego. Bo tylko na filmach czy reklamach oznacza to, że wszyscy słodko śpią. W rzeczywistości częściej zdarza się, że Tatuś słodko śpi, a dzieci roznoszą nam mieszkanie.
Ale nic nie trwa wiecznie. Po chorobie przychodzi ozdrowienie a z nim nadludzkie siły i chęć ogarnięcia tego całego majdanu, który pewnie wcale nie jest taki straszny, ale w naszych ożywionych głowach jawi się jako istny armagedon. A wtedy zasada leżenia gremialnie przenosi się na sprzątanie gremialne i nie ma przeproś Matka robi, to i wszyscy mają robić. Wtedy sobie Matka odbija te parę chwil niedyspozycji i kieruje, dyryguje, pogania...


Ale bałagan, brak zakupów czy pożywienia to nie to, co jest najgorsze w matczynym chorowaniu. Najgorsze są wyrzuty sumienia. Najgorsze jest zadręczanie się, że ja leżę, a dzieci się nudzą, że jest piękna pogoda, a ja ledwo dycham, że obiecywałam, a ledwo daję rady zadbać o nie na tyle, by nie chodziły głodne i brudne. Naprawdę niewiele jest mnie w stanie powstrzymać przed wycieczkami w weekendy, przed lodami z dziećmi, przed sprawianiem im przyjemności, ale gdy już coś takiego się zdarzy, to zamęczam się tym strasznie. Gdy sama ledwo powłóczę nogami, jak mam wybrać się z dziećmi na plac zabaw, gdzie będę ich musiała pilnować. Oddałabym wiele, by wtedy nie patrzeć na ich zawiedzione mordki, gdy mówię im, że nie pójdziemy na spacer czy nie pojedziemy na basen. Dzieci są dziećmi i nie muszą jeszcze niektórych spraw rozumieć i na pewno nie rozumieją, że mama nie ma siły wstać rano z łóżka. Chorowanie chorowaniem, ale te wyrzuty potem jeszcze długo mam w sobie i odreagowuję je jeszcze dłuższy czas.

Na szczęście takie sytuacje zdarzają mi się rzadko, na szczęście już powoli dochodzę do siebie, na szczęście chałupka już wygląda jak powinna, a dzieci bawią się znakomicie i planów mamy w bród. A z mojej choroby wynikła tylko jedna dobra rzecz. Jako, że niedomagałam, a dzieciom należało się troszkę rozrywki, przemogłam się i pojechaliśmy w weekend na działkę (tę samą, która choć jest nasza, to podobno nie jesteśmy na niej mile widziani). I chyba zaczarowaliśmy rzeczywistość, bo dzień później, pocztą przyszła do nas decyzja o ustaleniu warunków zabudowy. I choć mam wielkiego stracha przed podejmowaniem teraz takich inwestycji, to chyba do odważnych świat należy.

A jak u Was z matczynymi (w zasadzie to i tatusiowymi) niedyspozycjami? Macie wtedy pomoc czy musicie sami sobie dawać radę? Szybko stajecie na nogi czy pozwalacie sobie na odpoczynek? A może macie to szczęście, że takie stany Wam się nie zdarzają?

poniedziałek, 27 czerwca 2016

Wszystko złoto co dla dzieci...

Ostatnio było o usługach. Jest tego mnóstwo i w sumie bardzo dobrze, dzieci są dziećmi i powinny mieć je dostosowane do dziecięcych potrzeb. A tym razem nadal poruszamy się w podobnym temacie, dziś będzie o ogromie przedmiotów skierowanych do dzieci. Do dzieci i do ich rodziców.

Zaczynamy.

Mamy więc cały rynek odzieżowy dla dzieci. Mamy projektantów, którzy specjalizują się w modzie dla najmłodszych. Gdzie nie spojrzę, głównie oczywiście w internecie, natykam się na reklamę, która kusi, naciąga, powoduje u mnie znaczne odchudzenie portfela. Dzieci stroi się teraz na co dzień, nie tylko od wielkiego dzwonu. Mało tego, mamy mnogość fasonów, kolorów czy stylów. Przez to wszystko moje dzieci zajmują więcej miejsca w szafie niż my z Szanownym razem wzięci. Są oczywiście sieciówki, z których już niemal każda ma swój dział dziecięcy, ale są też i bardziej niszowe butiki czy twórcy, którzy za klientów wzięli sobie właśnie nasze pociechy. Jak wszędzie, tak i tu mamy piękne rzeczy, ale mamy i wydumane, które do mnie nie przemawiają, zbyt dorosłe, za smutne. Ale o gustach się nie dyskutuje. Skoro są na rynku, pewnie są i odbiorcy.

Jak jest odzież, to można się było spodziewać, że prędzej czy później pojawi się i biżuteria. Ozdoby do włosów były od dawna. Gumeczki, opaseczki, wsuweczki, już za moich czasów choć jakoś moja mama nigdy nie miała do takich spraw serca. Chyba miałyśmy być z siostrą chłopcami. Ale wracając do tematu. Teraz są pierścioneczki, wisiorki i kolczyki. I nie tylko materiałowe, plastikowe czy blaszane. Mój osobisty małżonek kupił mi ostatnio  bransoletkę z serii przeznaczonej właśnie dla najmłodszych. I nie, nie była to wcale biżuteria, którą kupuje się dziewczynkom na chrzciny, na pamiątkę, była to srebrna bransoletka z przywieszkami, zapakowana w piękne pudełeczko z logiem jednej z najbardziej znanych firm jubilerskich.

Jest odzież i biżuteria, przyszedł czas i na kosmetyki. Nie tylko oliwki i puderki, nie tylko maści na odparzenia i gaziki. Bogactwo chusteczek nawilżanych, balsamów, płynów do kąpieli i do mycia jest takie, że choć lubię testować coraz to nowe produkty, to przez te trzy lata nie przebrnęłam nawet przez jedną piątą tego co jest na rynku. Ba, ostatnio w moje ręce wpadła woda toaletowa dla dziewczynek i specjalny szampon i odżywka dla młodych włosków jednej ze znanych marek kosmetycznych, która do tej pory nie kojarzyła mi się z dziećmi. A spacerując po jednym z dużych marketów natknęłam się przy głównej alejce na cały regał z błyszczykami, pudrami, lakierami do paznokci i cieniami w słodkich opakowaniach skierowanych do małych księżniczek.


No i w końcu coś z mojej branży. Meble, dodatki, wystrój dziecięcych wnętrz. Gdy ja urządzałam pokój Filipa jeszcze nie miałam takiego obeznania w temacie. Trafiły nam się mebelki, które kiedyś jako nastolatka, dostałam ja i wykładzina jedyna dostępna w naszym okolicznym sklepie z wykładzinami. Nad innymi sprawami się nie zastanawiałam. Jakbym teraz miała znów takie zadanie do wykonania, to chyba bym oszalała. Łóżeczka i komódki, to mało... Dywaniki, podusie, tapety ścienne, naklejki, kocyki, pufy, lampki... Jest tego tyle, że nawet ciężko to wszystko wymienić. Ci co szybko się zorientowali i przebojem weszli na ten rynek, na pewno nie mają co narzekać na brak zamówień. Królują rzeczy wykonywane ręcznie, indywidualnie, ale i w dużych sklepach z wyposażeniem wnętrz można się zgubić między makietami pokojów dziecięcych.

Nie mówię tu nawet o tak oczywistych rzeczach, jak smoczki, butelki, pieluszki czy pościele. Oooo, pościele. My już mamy tyle, że się w szafie nie mieszczą, a zewsząd znów kuszą nowe wzory i kolory. Nawet czasem zaczynam żałować, że Fifi tak szybko nauczył się wołać w nocy siusiu, bo, gdy tego nie robił, miałam pretekst i zmieniałam, zmieniałam, zmieniałam na coraz to nowsze i nowsze wmawiając Szanownemu, że potrzebujemy kolejnych kompletów. A ręczniki? Tryliard i za każdym razem mam ochotę kupić nowy. Wszystkie w ulubione Minionki czy Kubusia Puchatka. Zresztą kochani bohaterowie to bardzo dobrzy sprzedawcy, bo kto z was nie ma w domu choćby kubeczka czy miseczki z postacią z bajki?

No właśnie, bohaterowie. Przez niedopatrzenie zapuściłam się jakiś czas temu z Filipem między półki w jednym dużym sklepie z zabawkami. Zegarek, kubeczek, koszulka, parasol... Fifulowi oczy biegały dookoła głowy. Na szczęście skrzat nie jest pazerny i dał sobie wytłumaczyć, że nie są mu te przedmioty potrzebne do szczęście w tej chwili i w tym miejscu, ale wiem, że niektórzy mają w takiej sytuacji dość duży problem. Bajkowi, a potem sportowi czy kinowi bohaterowie są wszędzie i na wszystkim, a co za tym idzie nasze dzieci chcą to mieć i już. Tak jak my kupujemy wszystko w ulubionym kolorze, tak nasz szkrab zapragnie mieć w łazience specjalny pojemnik na mydło z grubą pandą lub żółtym Tic Tac'iem.

Produkty dla dzieci atakują nas z każdej strony. Najpierw my nie możemy się im oprzeć, kupujemy jeszcze przed narodzinami potomka tysiąc kocyków, dziesięć tysięcy wzorzastych pieluszek, smoczków, ubranek. Potem dzieci zaczynają nas atakować jęczeniem. Z każdej strony po oczach biją reklamy, można dostać oczopląsu i przyznam szczerze, podziwiam kogoś, kto się im wszystkim opiera. Ja nie wierzę, że ktoś taki istnieje. Łatwiej się opanować przy drugim dziecku, wiadomo już co można sobie odpuścić, ale kusi, kusi cały czas, bo przecież tamto to chłopięce, teraz przydałoby się dziewczęce, na półkach feria wzorów i kolorów, a biznes się kręci.

środa, 22 czerwca 2016

Dobry biznes czyli usługi skierowane dla dzieci i ich rodziców...

Mówi się, że są dwie rzeczy pewne na świecie, śmierć i podatki. Mówi się także, że biznes pogrzebowy, to najlepszy i najstabilniejszy biznes, bo nie da się temu zaprzeczyć, on się nigdy nie skończy. Trochę to przykre, ale tak jest.
Ale skoro ten biznes jest taki opłacalny, to czemu by nie sięgnąć po tematykę odwrotną. Bo przecież tak samo pewną sprawą są narodziny. Dzieci się rodzą i co by nie krzyczeli politycy z telewizji jakoś ciężko mi uwierzyć w niż demograficzny. Wszędzie, z każdej strony otaczają mnie małe szkraby. Gdzie nie pójdę, wszędzie widzę dzieci, wózki, rodziców, rodziny. Cały czas wpadam na panie w ciąży. Już nawet się śmiałam, że coś mi ewidentnie daje znać, że to już czas. Mało tego, dzieci już nie tylko są, dzieci uczestniczą w naszym życiu, mają swoje miejsce w naszym domu, mają swoje zajęcia, swoje potrzeby. 

No właśnie, wiemy, że lekarz dla dzieci to pediatra. Wiemy, że zabawki, place zabaw, małe ubranka. Ale jak się tak dobrze rozejrzeć, rynek usług okołodzieciowych jest już tak rozbudowany, że w zasadzie ciężko znaleźć dziedzinę, w której nie byłoby jej dziecięcego odpowiednika. Niektóre są jak najbardziej potrzebne, bo fajnie jest załatwić coś w miejscu specjalnie dla dzieci przystosowanym, inne troszkę wydumane, ale pewnie też znajdujące odbiorców, skoro istnieją i utrzymują się na rynku.

No więc pediatra jest pediatra i nikt nie ma w tym temacie wątpliwości, ale od jakiegoś czasu mamy też lekarzy różnych specjalności, którzy specjalizują się w małych dzieciach. Po pierwsze oczywiście lepiej znają się na dzieciach, ale też mają podejście, ich gabinety i poczekalnie są przystosowane do małych pacjentów, są kąciki zabaw, nagrody za wzorową postawę, telewizory z bajkami. Wszystko co dzieciom ma uprzyjemnić wizytę u doktora. My z Filipem nie raz trafialiśmy do lekarzy bez podejścia i teraz mamy problem, bo mały ma uraz i wpada w histerię, jak tylko ubzdura sobie, że idzie do lekarza. Mało tego, trafiliśmy na dentystkę, która nie potrafiła mu zajrzeć do buzi więc orzekła, że nic mu nie jest i nie wymaga żadnych działań. No i sławetna awantura z pobieraniem mu krwi... Na szczęście dana przychodnia poszła po rozum do głowy i teraz umawia małych pacjentów do pań, które wiedzą, co robią. Nie zmienia to faktu, że Fi przeszedł swoje i nic tego nie cofnie. Ale wracając jeszcze raz do stomatologów. Też udało nam się znaleźć "panią tystkę", którą dzieci uwielbiają. Co prawda, Fifi ma dwie czarne plamki i wymaga lapisowania, ale za to sam siada na fotelu, otwiera buzię i pozwala sobie robić wszystko. Zosia też ostatnio zawędrowała do gabinetu na wizytę adaptacyjną i nie było strachu, grymasów i bólu. Aż miło się patrzy, jak ktoś taki zajmuje się naszymi dziećmi.


Kolejna usługa, która mi osobiście kojarzyła się z traumatycznymi przeżyciami, to fryzjerstwo. Pamiętam, jak tata ciągał mnie do takiego pana, który z uporem maniaka ścinał mnie, jak od garnka. Wyglądałam, jak Kudłaty ze Scooby Doo i tak samo wołały za mną dzieci na podwórku. Zawsze płakałam i dlatego zwlekałam dość długo z zabraniem Filipa do fryzjera. Nawet sobie nie zdawałam sprawy, że są takie specjalne zakłady, przystosowane dla dzieci, ze specjalnym cennikiem dostosowanym do charakteru dziecka. Są tam zabawki, fotele fryzjerskie w kształcie samochodów i koników, cukierki w nagrodę za grzeczność i bardzo miłe panie, które szybciutko i bez zbędnych ceregieli obsłużą małego klienta i wszyscy są zadowoleni. Filip teraz sam przypomina, że już czas iść do pani fryzjerki, a ja nie mogę się doczekać, kiedy będę chodziła na stylizację z Zosią.

A że teraz lato, za chwilkę wakacje więc kolejna usługa przychodzi mi na myśl. Oczywiście oferta hotelowa i wakacyjna dostosowana dla najmłodszych. Ja nawet sobie nie zdawałam sprawy, że jest tyle miejsc, które, po pierwsze są dostosowane dla rodziców z dziećmi, a po drugie oferują specjalne pakiety z atrakcjami, dodatkowymi posiłkami dla pociech, z zajęciami dla dzieci. Duże sale zabaw, baseny ze strefami dla maluchów, place zabaw, animatorzy, opiekunki, żeby rodzic mogli odpocząć. Ostatnio trafiłam na hotel, który na jednym z kanałów telewizyjnych ma podgląd na basen i bawialnię, żeby rodzic będący w pokoju, mógł widzieć co się dzieje z jego dzieckiem. Wiadomo, specjalne menu dla dzieci, kąciki zabaw w hotelowych restauracjach, plastikowe naczynia, kolorowe słomki. Wyjazd w takie miejsce niejednokrotnie jest łatwiejszy niż weekend u dziadków, u których nikt nie pomyśli o zabezpieczeniu kontaktów czy o zapewnieniu maty antypoślizgowej do wanny.

Trzymając się w klimacie rozrywkowym przejdźmy do restauracji, kawiarni, bawialni dla dzieci. Wyrosło tego tyle, że nawet w naszym niedużym Lublinie już nie mogę się w tych miejscach połapać. Oferują wszystko, od zabawy dla dzieci, przez chwilę oddechu dla rodziców, po przyjęcia, kinderbale, urodziny, sesje zdjęciowe, imprezy okolicznościowe. W zasadzie rodzic nie musi już o niczym myśleć, pracownicy zadbają o wszystko, o wystrój, o atrakcje, o poczęstunek. Wiadomo, wszystko za odpowiednią zapłatą... Biznes jest biznes.

I skoro odpoczynek i rozrywka, to ja ostatnio trafiłam na ofertę SPA dla dzieci. Mamy więc masaż brzuszka czekoladą, mamy manicure dla małej księżniczki, mamy kolorowe maseczki. Ba, jeden z hoteli, których ofertę ostatnio przeglądałam organizuje dla dziewczynek urodziny w SPA. Takie trochę piżama party w stylu amerykańskim. Basen, sauna, masaże, wszystko w szlafroczkach, a do tego oczywiście lemoniada ze słomką, malowanie pazurków i mnóstwo dobrej zabawy. Szczerze? Jeszcze to do mnie nie przemawia, ale kto wie, jak Zofia dorośnie, to już mi się to opatrzy.

Ale wracając na ziemię. Jest cała feria zajęć dodatkowych dla dzieci, atrakcji, aktywności. Baseny dla niemowlaków, piłka dla dzieci od 6. miesiąca życia, karate, judo, zajęcia z matematyki, z robotyki, angielski, kółka miłośników lego, gier planszowych, programowanie, jazda konna, gimnastyka... Pewnie pominęłam milion innych, bo z miesiąca na miesiąc wpadają mi w ręce coraz to nowe reklamówki, coraz to nowe dziedziny, coraz to nowe miejsca, coraz to nowe pomysły. Dzieci są traktowane jako potencjalny klient i biznes się o nich upomina. A prawda jest taka, że to wszystko kosztuje. Jedni płacą i o nic nie pytają, inni się buntują i psioczą na czym świat stoi. Ale nie oszukujmy się, takie usługi mają prawo mieć swoją cenę. Dziecko nie jest łatwym klientem, trzeba mieć podejście, trzeba włożyć dużo pracy i pieniędzy, żeby miejsce do dzieci dostosować, żeby zadbać o ich komfort i przede wszystkim o bezpieczeństwo.  Nie zmienia to faktu, że dobrze przygotowana usługa dla małych odbiorców na pewno się sprzeda, a wieść o niej rozniesie się pocztą pantoflową i zrobi furorę nie tylko wśród dzieci, ale i wśród ich rodziców.

A Wy? Na jakie usługi dla dzieci się natknęliście? Były wśród nich jakieś, które Was zdziwiły? Podzielcie się, bo chętnie się dowiem, co jeszcze człowiek jest w stanie wymyślić...

piątek, 17 czerwca 2016

Ach, śpij kochanie czyli sposoby na spokojny sen dziecka...

Sen dziecka, to sprawa, która niejednemu rodzicowi zaprząta myśli przez wiele czasu. Czytamy, słuchamy, radzimy się, a i tak nic to nie wnosi do całej sprawy. Dziecko jak nie spało, tak nie śpi, jak się budziło, tak się budzi, a my powoli opadamy z sił i przewracamy się z niewyspania. Ja, jak już nie raz pisałam, jestem zwolenniczką przeczekania, choć sama też stosowałam różne sztuczki, żeby poprawić sobie jakość tego aspektu życia. Niewiele one dawały, ale przynajmniej miałam poczucie, że staram się coś zmienić. Filip zdecydowanie był lepszy w pobudkach nocnych, gdy już przestał się budzić, to odechciało mu się zasypiać, gdy zaczął zasypiać, to zaczął migrować w nocy, ale na szczęście wszystko to (prawie) minęło i teraz, z małymi wyjątkami, ale mamy spokój. Zosia zaczęła od śpiocha, potem się budziła, nie chciała zasypiać, a teraz urządza nam pobudki o 5 nad ranem, czy to świątek, piątek czy niedziela. Nic nie pomagają cuda na kiju, nie pomagają nasze gusła, efekt jest taki, że my się okombinujemy, a dzieci i tak zrobią, jak będą chciały. Nie ma łatwo, trzeba zacisnąć zęby i czekać aż się poprawi. Ale są pewne myki, które mogą mieć wpływ na jakość snu i zasypianie naszych dzieci, ale są to działania długoterminowe.


Po pierwsze sławetne rytuały. Nie jestem zwolennikiem ścisłego trzymania się rozpiski. Czasem mamy plany, coś się obsunie, coś chcemy zrobić i ni jak nam coś nie pasuje. Ale zazwyczaj w dzień każde ma swój rozkład i wieczorem też czynności raczej następują jedne po drugich. Zosia ma mniej więcej stałe godziny posiłków i drzemki, Fi oczywiście, z racji przedszkola też i jakoś się to kręci. Wieczorami, zanim położą się spać, też wiedzą czego się spodziewać. Kolacja, kąpiel, bajeczka, buzi, jeszcze pogadanie na dobranoc i luli. Czasem potrzebują jeszcze zajrzenia, pogłaskania, ale zazwyczaj zasypiają spokojnie. Ale, ale, żeby nie było tak różowo, to przyznam się, że z Fifim tak łatwo się to nie odbywało. Nie wiem, czy jest to zasługa tego, że Zosia widzi, jak Fi usypia, czy jest po prostu mniej wymagająca, ale z Filipem zdecydowanie musiałam więcej siedzieć, gimnastykować się, kombinować. Zosia dużo wcześniej nauczyła się zasypiać sama. Owszem, dostawała pierś na dobranoc, ale już przy niej nie odpływała, dawała się odłożyć, ucałować, czasem coś pośpiewała i pogadała pod nosem i zasypiała. A może to my, z Filipem, mieliśmy już opracowany plan, trzymaliśmy się go, a Zosia po prostu w niego weszła i od urodzenia się go sobie z grubsza przyswoiła. Z Fifim jednak wszystko było nowe, wszystkiego musieliśmy się nauczyć. Nie wiem, na pewno, gdy już minął okres kolek, usypianie Zosi było wiele łatwiejsze niż kiedyś usypianie Filipa. A przecież musiałam usypiać już dwójkę.
Teraz, o ile obu coś nie odbije na bieganie po pokoju, to też motywują się nawzajem do spokojnego odpływania.

Po drugie aktywności w ciągu dnia. Nudzące się dziecko nigdy nie będzie dobrze, mocno spało. Nie mówię tutaj, broń Boże, o wymęczeniu biedaków, że będą padały z nóg, ale siedzenie cały dzień w domu przy bajce też nie jest dobrym rozwiązaniem. Jakiś spacer, zabawa na placu zabaw, wycieczka, coś, co dziecko będzie mogło sobie powspominać przed snem. Zosia jest jeszcze za mała, ale Fifi bardzo lubi, gdy już leży w łóżku, opowiadać mi co robił w przedszkolu, z kim się bawił, co mu się najbardziej podobało na wspólnej wycieczce czy co chce robić w najbliższej przyszłości. To takie nasze przedsenne rozmowy. Ja mu opowiadam jakie mamy plany na następny dzień, a Fifi czym prędzej zamyka oczki, żeby szybciej było jutro. Ale nie tylko Filipowi dobrze robią aktywności, Zosia też jak się wybiega, wybawi, wyszaleje, pada potem jak muszka i tylko widać jak kołderka podskakuje od jej oddechu.
Ale pamiętajmy, że mniejsze dzieci potrafią być zbyt zmęczone by móc usnąć. Zosi jeszcze się to czasem zdarza, że widzę, że jest pół przytomna, a wstaje z łóżeczka, krzyczy, złości się. Wtedy należy się uzbroić w cierpliwość i utulić małego złośliwca. Działa pierś, przytulanie, głaskanie... Wszystko, co na chwilę uspokoi malucha, a wtedy senność weźmie górę i bobas odpłynie.

Po trzecie, zainteresujmy się tym, jak długo śpi nasze dziecko rano i w dzień. Gdy wieczorem maluch kica do 23 i za nic nie chce spać, a w dzień śpi trzy godziny, to może lepiej jakoś to skorygować. Są takie dzieci, jak nasz Fi, który, nawet, gdy nie chce mu się spać, to zazwyczaj leży sobie spokojnie w łóżku i nie biega po domu, ale są też takie, które zapewniają wtedy rodzicom baja bongo do północy. Jak im to nie przeszkadza, to fajnie, ale czasem zwyczajnie wystarczy skrócić dziecięcą drzemkę albo budzić dzieciaka troszkę wcześniej rano. Nasz Fifi potrafi raz na jakiś czas pospać do 8.30 rano i wtedy niemal prosto z wyra biegnie do przedszkola, ale wtedy mogę być niemal pewna, że o 12 ciocie go za nic nie uśpią, ale za to wieczorem padnie mi w minutę.
No i ja się tutaj wymądrzam, a tak naprawdę żalę się, że Zosia budzi nas o 5 i nie wiem co z tym zrobić. No nie wiem, ale mam nadzieję, że w końcu to się zmieni. Filip w zasadzie z dnia na dzień postanowił przestawić się z wstawania bladym świtem na wstawanie koło 9 i choć mu to nie zostało, to do wstawania o 5 już nie powrócił. Może z Zofią będzie podobnie... Na razie staram się nie pędzić od razu, gdy tylko Mała zajęczy. Wałkoni się sama w łóżeczku i póki nie budzi Fifula pozwalam jej na to i powiem Wam, że coraz dłużej potrafi tak wyleżeć. Może powoli dotrze do małego łebka, że nie ma po co wstawać skoro świt, bo mama i tak nie przyjdzie i że warto jeszcze trochę pospać, by wstać od razu na zabawę.

No i w końcu, po czwarte... Nigdy, przenigdy nie kładźmy dzieci spać w złości. Nie zostawiajmy ich samych, nie zamykajmy w pokoju, nie gaśmy światła za karę. Może one wtedy usną, ale my będziemy mieli wyrzuty sumienia, jak stąd do Księżyca. Nawet, jeśli zdarzy nam się odesłać dzieciaki do łóżek, bo dokazują, nawet, gdy na chwilę damy się maluchowi wypłakać, to potem zajrzyjmy, ucałujmy, pogłaszczmy, uspokójmy, przytulmy nasze małe grzejniki. Spokojny, bezpieczny sen jest dla dziecka najlepszy. Pomyślmy sobie, jak nam się śpi, gdy się kładziemy w nerwach. A pomyślmy, co myśli sobie taki maluch, gdy usypia wiedząc, że mama jest na niego zła... Aż się serce kraje. Dlatego zawsze kończmy dzień w zgodzie, spokoju i z czułością.

Oczywiście, jak już pisałam na początku, dziecko i tak zrobi, co będzie uważało za stosowne, ale spokój, bezpieczeństwo, aktywność, ciekawy dzień i czułość rodziców na pewno nie zaszkodzą, a wszystkim nam oszczędzą nerwów i zamartwiania się. Na niewyspanie nic nie poradzę, bo sama ostatnio (tak od trzech lat) z nim walczę, ale mogę powiedzieć jedno, kiedyś nadejdzie taka noc, którą prześpicie całą, kiedyś pobudka o 5.30 rano będzie abstrakcją, a nie codziennością, warto poczekać. A na razie pozostaje nam kawa (ja akurat nie pijam) i wspieranie się nawzajem...

*źródło zdjęcia: https://unsplash.com/@monroefiles