środa, 13 grudnia 2017

5 nieszablonowych seriali na wolne wieczory...

Jak wyglądają wieczory, weekendy, dni wolne rodziców chyba nikomu z tutaj obecnych nie muszę tłumaczyć. O ile w dzień zawsze można pozwiedzać jakieś sale zabaw, parki rozrywki czy kinderbale to wieczorami, gdy w końcu uda nam się klapnąć na tyłku, zbyt wiele alternatyw nie ma. Owszem, są babcie, opiekunki, są nasze drugie połówki, ale nie oszukujmy się, odkąd pojawiają się dzieci nasz czas wolny kurczy się do niezbędnego minimum i do takiego też kurczą się nasze rozrywkowe chęci. Chcemy spokoju, ciszy, odpoczynku, a jak wiadomo statystyczny Polak najlepiej relaksuje się przy telewizji więc dziś coś właśnie dla takiego "szaraczka".

Ja, odkąd mam dzieci, w zasadzie porzuciłam tradycyjną telewizję. Nigdy nie wiem czy uda mi się obejrzeć kolejny odcinek serialu więc najzwyczajniej pod słońcem nagrywam te, które mnie interesują i oglądam, jak już dzieci posnął. Ale że w ogólnodostępnej telewizji mało co jest, wyszukuję ciekawe pozycje gdzie się da. Oto kilka moich ostatnich odkryć. Dość nieszablonowych, ale myślę, że interesujących. I co najważniejsze, na moje (i Szanownego Małżonka) oko idealne nie tylko dla nas, Pań, ale też dla Panów... Coś do obejrzenia we dwoje w długie, jesienno-zimowe wieczory.
Może kogoś zainteresuje.

Durrellowie
O tym, że razem z mężem jesteśmy zauroczeni greckimi wyspami chyba nikomu nie trzeba wspominać. Nie raz już o tym mówiłam, pisałam, nie raz pokazywałam zdjęcia. Pierwszą wyspą, na którą poniosło nas razem było Korfu już dobrych x lat temu. Dlatego, gdy podczas wieczornego przeglądania propozycji serialowych wpadła nam w oko produkcja, której akcja dzieje się właśnie na Korfu, długo się nie wahaliśmy, żeby ją włączyć. I się nie pomyliliśmy.


Całość rozpoczyna się w Wielkiej Brytanii, gdzie wdowa Louisa, samotnie wychowująca czwórkę dzieci, boryka się z problemami finansowymi. Nie radząc już sobie z sytuacją, postanawia podjąć desperacką decyzję i przenosi się z bliskimi właśnie na wyspę Korfu. Nie jest łatwo, ale przy pomocy miejscowych, wspólnymi siłami układają tam sobie nowe życie. 

Serial zabawny, ciepły, momentami abstrakcyjny. Nakręcony na podstawie autobiograficznej powieści Gerarda Durrella, wybitnego przyrodnika i pisarza, który spędził część swego życia właśnie na Korfu. Dołóżmy do tego piękne widoki, grecki klimat i lampkę lekkiego, białego wina i można relaksować się w fotelu. 
Do tej pory powstały dwa sezony po 6 odcinków. Dostępny na HBO GO.


The Crown
Wszyscy, niemal jak jeden mąż, z zainteresowaniem śledzimy losy brytyjskiej Rodziny Królewskiej. Książe William, księżna Kate, ich urocze dzieciaki, teraz kolejne w drodze, zaręczyny księcia Harrego z rozwódką, wcześniej długoletnia miłość księcia Karola, księżna Diana i wiele, wiele innych. A w tle zawsze stoi ona. Niby niewzruszona, ale dla swoich dzieci, wnuków, a teraz w szczególności dla prawnuków gotowa zmienić nawet prawo sukcesji. Królowa Elżbieta II.


Pierwsza seria zaczyna się, gdy Księżniczka Elżbieta jest młodą mężatką. Wszystko układa się pięknie, jest szczęśliwą żoną, młodą matką, ulubienicą ojca, którego kiedyś, w dalekiej przyszłości ma zastąpić na tronie. Niestety, los bywa przewrotny i król umiera, a ona sama zostaje rzucona na głęboką wodę. 

Królowa Elżbieta pokazana  jako kobieta, żona, matka, siostra, córka i wnuczka. Ale również jako wytrawny polityk i przywódca, której początki wcale nie były łatwe. Miło się ogląda, przeżywa się problemy tak, jakby dotyczyły nas, z niecierpliwością się czeka na drugą serię (już od 8 grudnia dostępna na NETFLIX), która w moim mniemaniu jest jeszcze lepsza od pierwszej i zupełnie inaczej potem ogląda się wiadomości z brytyjskiego dworu.

Ania, nie Anna
Nowa, wyczekana przez wielu adaptacja uwielbianej chyba przez wszystkie dziewczynki "Ani z Zielonego Wzgórza". Zdecydowanie odświeżona, uwspółcześniona, doprawiona realnymi problemami podbija serca już nie dziewczynek, a kobiet. Czekałam na ten serial z zapartym tchem i wielkimi nadziejami i przyznam szczerze, że odkąd go obejrzałam Anna Shirley ma dla mnie twarz Amybeth McNulty, odtwórczyni głównej roli dziewczynki, która nie boi się mieć własnego zdania. Choć przyznaję się bez bicia, że przez pierwsze chwile czułam się nieswojo z tą nową Anią, szybko jakoś ją oswoiłam i serial pochłonęłam w dwa dni.


Ale nie tylko Ania podbija w tym wydaniu nasze serca. Ja od zawsze kochałam Mateusza, to chyba moja najulubieńsza postać z książki a potem z różnych ekranizacji, części, w których już go nie ma, nie są dla mnie już takie interesujące... I wiecie co? W nowej jego wersji też się zakochałam. Nową twarz przyjmuje tutaj Maryla, pani Małgorzata czy Gilbert... Bo nie jest to "ryj w ryj" to samo co książka czy poprzednie filmy. Miłośnicy twórczości Lucy Maud Montgomery znajdą tu wiele z jej książek, ale odkryją też wiele nowego.

No, ale co ja będę wam zachwalać. Ja "Anię z Zielonego Wzgórza" pokochałam sto lat temu, gdy od Babci dostałam na urodziny całą serię książek z jej udziałem... Zakochałam się i moja miłość trwa do dziś i mówię wam z ręką na sercu... Ten serial to Ania, nie Anna ;)


Grace i Grace
Kolejna po "Opowieści Podręcznej" ekranizacja powieści Margaret Atwood. Bohaterką i narratorką jest młoda Grace Marks, która podczas pracy w bogatym domu zostaje oskarżona, a potem skazana za zabójstwo swojego pracodawcy i jego gospodyni. Od samego początku utrzymuje, że nic z tych wydarzeń nie pamięta, a dociekliwy doktor od chorób umysłowych stara się krok po kroku, wysłuchując opowieści Grace, dojść do tragicznego dnia i dowiedzieć się co się wtedy stało.


Opowieść, która oparta jest na faktach dzieje się w XIX wieku i jest niesamowicie tajemnicza, niepokojąca i wstrząsająca, pełna seksualności i brutalności. Twórcy w znakomity sposób oddają klimat epoki, z wiarygodnością przedstawiają historię  i choć momentami akcja wydaje nam się mocno przeciągnięta, to nie możemy oderwać się od telewizora i z zapartym tchem czekamy na finał... Czy Grace zabiła czy może jednak została w to wszystko wmanipulowana.
Serial dostępny na Netflix.

Wielkie kłamstewka
Kolejny serial na podstawie powieści (jak widać mam do takich słabość) aczkolwiek tym razem jest to serial nieco inny. Po pierwsze dzieje się w czasach współczesnych, po drugie opowiada o z pozoru zwykłych ludziach, ich problemach czy troskach. Po trzecie, w zasadzie od samego początku możemy się domyślać, "kto zabił", ale akcja tak nas wciąga, że zwyczajnie tego nie nie dostrzegamy i na koniec wydajemy tylko głośne westchnienie "no przecież, wiedziałam!!!".

serial dla par dla kobiet

Jak sam tytuł wskazuje, serial jest o kłamstwach. Różnych. Mniejszych, większych, domowych, rodzinnych, szkolnych, wstydliwych czy błahych. Jest również o trzech kobietach, ich mężach byłych i obecnych, ich dzieciach, przyjaciołach, rodzinach, kochankach... Jest także o zbrodni... A może o nieszczęśliwym wypadku? Kto to wie... Wiadomo tylko, że ktoś nie żyje.
Sielanka na przedmieściach. Z pozoru spokojne i wyważone matki. Dzieci, mężowie... I tak zagmatwana fabuła, że zwyczajnie, gdy kończy się jeden odcinek od razu włączamy następny.
Serial, mimo początkowemu, bardzo krótkiemu wrażeniu nie tylko dla kobiet. Dostępny na HBO GO.

***
Mam nadzieję, że czymś Was zainspirowałam. Ja oglądam, gdy dzieci już zasnął i podczas oglądania dziergam więc tym samym nadrabiam zaległości zamówieniowe i robótkowe. Pomaga mi to się odstresować po dniu pełnym innych obowiązków a jednocześnie optymalizuje czas ;)

A może Wy macie mi do polecenia coś fajnego i przeznaczonego dla obu płci? Chętnie skorzystam i odnotuję choć ostatnio propozycji jest tyle, że wieczorów nam nie starcza.

wtorek, 5 grudnia 2017

Na ostatnią chwilę czyli niesamowicie szybkie pierniczki dla Mikołaja.

Jestem mistrzem w robieniu wszystkiego na ostatnią chwilę. Oczywiście zawsze próbuję zaplanować, zrobić wcześniej, mieć spokojną głowę i potem tylko cieszyć się z efektów, ale za każdym razem coś idzie nie tak. Ostatnio tak się szykowałam do sesji zdjęciowej, że latałam po sklepach w poszukiwaniu stylizacji, a i tak na ostatnią chwilę wygrzebałam z szafy coś, co miałam w niej od lat. Najczęściej jednak po prostu o czymś zapominam i na gorąco próbuję ratować sytuację. 

Jeśli ktoś z was tak jak ja zapomniał, że święty, brodaty Mikołaj lubi mleczko i domowe pierniczki, a dziś trzeba mu je na talerzyku zostawić wraz z mleczkiem do popicia, śpieszę z pomocą i przepisem. Przepisem na proste, szybkie, nietwardniejące a zarazem pyszne "pierdzielki" do zrobienia w niecałą godzinkę (już ze zdobieniem)... A jak się ktoś postara, to nawet szybciej.


Potrzebujemy:
  • 300g. mąki pszennej,
  • 100g. mąki pełnoziarnistej żytniej,
  • 130g. cukru pudru,
  • 1 łyżka przyprawy do piernika,
  • 1 łyżka kakao,
  • 1 łyżeczka sody,
  • 2 jajka,
  • 100g. roztopionego i przestudzonego masła,
  • 100g. miodu (ok. 4 łyżki).

Wszystko wrzucamy razem do dużej miski i mieszamy (ja używam miksera), a potem zagniatamy aż do utworzenia gładkiej kuli. Ciasto rozwałkujemy podsypując lekko mąką na grubość ok. 4-5 mm. i wykrawamy pożądane kształty. 
Ciasteczka układamy na blaszce wyłożonej papierem do pieczenia i wkładamy na ok. 8 minut do piekarnika rozgrzanego do 180 stopni. Radzę jednak doglądać pieczenia, bo cieńsze pierniczki mogą się szybciej przypiec.
Pierniczki po wyjęciu i wystudzeniu są gotowe do jedzenia lub udekorowania. A potem już tylko na talerzyk i czekamy na Mikołaja ;)

My w okolicach Mikołajek, Świąt i potem urodzin Zosi robimy takie pierniczki przynajmniej raz na każdą z tych okazji. Jeszcze nigdy nie było tak, że coś nam zostało lub leżało długo po Nowym Roku. Za każdym razem inaczej dekorowane znikają niemal tak szybko, jak się pojawiły. A do dekoracji używamy wszystkiego co nam się nawinie. Od lukru domowej roboty, przez gotowe pisaki cukrowe, posypki, kolorowe barwniki aż po polewę czekoladową i pokruszone orzechy. Tutaj już fantazja nie zna granic.

Spróbujcie, bo warto!!!

poniedziałek, 4 grudnia 2017

Trafiony prezent dla kobiety... czyli nie takie to trudne, jak się wydaje.

Gdzie się nie obejrzę szaleje prezentowe szaleństwo. Problemy z wyborem prezentu dla drugiej osoby ma chyba każdy i chyba każdy chce, żeby ten prezent tej osobie przypadł do gustu. Raczej staramy się nie kupować czegoś na sztukę, a obdarowywana osoba powinna raczej poczuć się fajnie dostając podarek. Nie jest to łatwe, wiem, sama mam problem z Zosią, która chce "wszystko" i z Szanownym, który nie chce "nic", ale taki urok Świąt, że prezenty się daje i koniec kropka. 
Jeśli chodzi o naszą dwójkę czyli mnie i Szanownego Małżonka, to ja najbardziej lubię takie prezenty, które są wspólne, dla naszej dwójki, z których będziemy korzystać razem (mamy już na przykład konsolę, na której gramy raz do roku), ale w tym roku jedyne co mi przychodzi do głowy, co by nas ucieszyło, to okna do domu. Problem w tym, że prezent doszedłby na wiosnę i raczej i tak musimy te okna zamówić więc jaki to prezent... Nie mam więc wyjścia i muszę się pogłowić...


Co by jednak nie mówić, jak ciężko by nam, kobietom, było znaleźć odpowiedni podarunek dla naszych panów, to i tak częściej słyszę narzekania płci brzydkiej odnośnie podarków dla nas. A tak naprawdę wystarczy tylko bacznie obserwować, słuchać, czasem przejść się z nią po galerii handlowej i podpatrzeć na co świecą jej się oczy, podsłuchać rozmowy telefoniczne, zwyczajnie zapytać i można wyłapać o czym marzy, czego nie ma, a by chciała, co by jej się przydało, a sama sobie nie kupi. Nie ma chyba na świecie takiej kobiety, która dyskretnie nie dawałaby swojemu mężczyźnie sygnałów na co będzie czekała pod choinką, pod poduszką czy na urodziny.

Wiem, że kobiety są różne, ale jest kilka porad, kilka kierunków, które ja, chyba dość przeciętna przedstawicielka płci ładniejszej mogę dać panom. Taka pula tematów, które dobrze wykorzystane nie zawiodą w momencie wybierania prezentu, z którego żona, dziewczyna, siostra, córka (dorosła), a nawet mama czy znajoma się ucieszą. Zacznijmy od trudniejszych zagadnień.

Hobby
Każda, a na pewno prawie każda kobieta ma jakieś zainteresowania. Coś robi, coś zbiera, czymś się interesuje. Zakładam, że kupując jakiejś pani na Święta podarek, jesteśmy z nią dość blisko i wiemy, co to jest. Ja jestem dziergająca i w tamtym roku dostałam do Męża zestaw drutów z wymiennymi żyłkami. Powiem Wam, byłam zaskoczona, bo nie jest łatwo trafić z takim prezentem, a on gdzieś podpatrzył, zajrzał mi przez ramię, jak oglądałam w internecie i trafił w punkt. Czytam też książki i zakładam, że gdyby Szanowny zdecydował się na zakup mi takowej, też by trafił z tematyką, bo zwyczajnie i po ludzku ze sobą rozmawiamy, a pozycje, które chciałabym przeczytać w tych rozmowach się przewijają. Ktoś inny zbiera figurki, lalki, muszelki. Zawsze można tą kolekcję wzbogacić. Inna biega i jeszcze nie zdążyła sobie na zimę kupić rękawiczek na chłodniejsze treningi... 
A nie oszukujmy się, nasze zainteresowania zazwyczaj znajdują się na szarym końcu potrzeb i nie zawsze znajdą się na nie fundusze, czas by poszukać czy zwyczajnie chęci, żeby samemu sobie coś dokupić, jak przecież świetnie sobie dajemy radę bez.

Praktyka.
Praktyczne prezenty, to dobre prezenty. Oczywiście, jeśli nasz małżonek nigdy nie uprasował sobie nawet sztuki odzieży, a nam kupuje żelazko, to odbieram to jako delikatną wtopę. Ale jeśli zdarza mu się prasować, jeśli nie odmawia, jak go o to prosisz, ale to ty jesteś głównym "prasowaczem" w domu, to czemu nie. Wiadomo, że póki działa stare, sama nie pójdziesz i nie kupisz. Nawet jeśli stare grzeje gorzej niż lato nad polskim morzem, a do tego wyrzuca tony kamienia na twoje kruczoczarne odzienia. Działa? Działa... Jakoś zaciskasz zęby i dajesz radę. A jak ktoś cię uwolni i sprawi nowe, to będziesz go po rękach całowała.
Ale praktyczny prezent to nie tylko patelnia czy drapak do kibla. Może to być jakieś akcesorium do komputera, nowa karta pamięci do telefonu (ja dostałam ostatnio na urodziny i wreszcie mogę klepać zdjęć do woli), pokrowiec do telefonu (stilgut.pl/etui-na-telefon-smartfon-huawei) czy szybka przeciwko zadrapaniom. Może to być breloczek do kluczy, portfel, wizytownik, długopis, słuchawki do telefonu, pendrive, szczotka do włosów, pasek do zegarka. Coś, co wiecie, że brakuje, ale też zawsze nie po drodze, żeby sobie kupić. Ja na przykład nie mogę się strasznie zebrać i kupić sobie lampki na biurko do pracy, wcale bym nie pogardziła takim prezentem. Oczywiście, tak jak w kategorii wyżej, sprawa tyczy się panów, którzy wiedzą czego nam brakuje, a jak nie wiedzą, to wiedzą kogo o to zapytać.


Słodycze.
Wiem, wiem, każda kobieta się od nich wzbrania, ale powiem wam w sekrecie, że każda z nas (a przynajmniej większość) musi mieć w domu zachomikowany jakiś łakoć na nagłą potrzebę. Ja mam ten komfort, że mam dzieci i w rodzinie przedstawicieli służby zdrowia (żart) więc zawsze coś się po szafkach znajdzie, ale wiem też, że gdyby nie to, to raczej sama z siebie bym nie poszła i nie kupiła nic. Po co kusić los. A zdarzają się takie chwile, że wyjadłabym cukier z cukiernicy, gdybym nie znalazła choć jednej czekoladki. Dlatego ładna, pięknie zapakowana, odświętna bombonierka to dobry prezent dla niemal każdej kobiety ;)

Perfumy
Kolejny pewnik. Każda kobieta uwielbia perfumy (ja nie znam takiej, która by nie lubiła). A gdy jest to kobieta nam bliska, to raczej wiemy jakie nuty zapachowe lubi. Nie muszą to być od razu mocno odświętne perfumy. W zależności jaka to okazja, jaki jest nasz stopień zażyłości, jaki mamy zasób portfela czy jaki chcemy wywrzeć efekt mogą to być perfumy codzienne, wyjściowe lub mocno wyjątkowe. Nie ma chyba na świecie kobiety, która by powiedziała, że ma za wiele zapachów.


Biżuteria
Podobnie jak z perfumami, jeśli kupujemy prezent bliskiej nam kobiecie, wiemy co lubi, jak lubi i jaki ma gust. Większość z nas lubi biżuterię, ale też większość z nas sama nie pójdzie i nie kupi sobie kolczyków. Tak już mamy. Problem w tym, że lubimy różne ozdoby więc w tym głowa naszych panów, żeby to wybadać. 

No i na koniec, już tak bardziej od siebie, dodam torebki i zegarki. Ale to już wyższa szkoła jazdy ;)

Oczywiście można się jeszcze pokusić na bieliznę lub jakiś ciuszek, ale ja, jako kobieta zmieniająca rozmiar co chwilę i taka, która każdą część garderoby ma w innych wymiarach, raczej bym tego nie doradzała mojemu mężczyźnie (choć fajna piżamka zła nie jest i tu łatwiej trafić w rozmiar). Kiedyś dostałam szlafrok, w którym do dziś tonie Szanowny... Innym razem majteczki w chińskim rozmiarze S... Ale nie wątpię, że gdzieś są tacy mężczyźni, którzy w oczach mają wymiary swoich partnerek i wchodząc do sklepu od razu wiedzą, co będzie cudnie wyglądało na ich kobiecie. 

Wszystkie te podpowiedzi, mniej lub bardziej trafione, mniej lub bardziej dobre, mają na celu pokazanie wam jednego. A mianowicie tego, że dobry prezent, to taki, który dajemy z głębi serca, szczerze, z dobrymi intencjami. A jeśli potrafimy obserwować, słuchać, zadawać pytania, to zawsze znajdziemy coś takiego, co bliskiej osobie sprawi przyjemność, wywoła uśmiech na twarzy, spowoduje, że poczuje się kochana. Nie musi to być coś drogiego, wielkiego, wystrzałowego. Ważne, że dane od nas dla niej... Nawet nietrafiony prezent, ale dany od serca ucieszy bliską nam osobę.


wtorek, 28 listopada 2017

Dobry sen w siedmiu punktach... Czyli jak się wyspać.

Moja Babcia powtarzała, że na głodnego nie ma dobrego snu, człowiek najedzony nie ma koszmarów i przesypia noce, a na kłopoty z zaśnięciem stosowała zawsze i niezmiennie ciepłe mleko z masłem i z miodem... Zawsze pomagało i zawsze działało, ale teraz, po latach, gdy już Babci nie ma z nami, a ja czasem próbuję powielać jej metody, gdy dopada mnie bezsenność, zdałam sobie sprawę, że nie do końca o to najedzenie i o to mleko chodziło. Chodziło o całość, o klimat, o przygotowaną kolację, podane mleko, o rozmowę i o ciepło jakie dostawałam od Babci, a co za tym idzie o spokój i błogość, które pozwalały odpocząć, odstresować się po ciężkim dniu i położyć do łóżka z lekką głową i pozytywnymi myślami.

Teraz, gdy nieuchronnie dopada nas dorosłość, gdy zabrakło w naszym otoczeniu kogoś takiego, kto zadba o te "szczegóły", gdy to my jesteśmy od zapewnienia spokojnego snu naszym dzieciom, a sami schodzimy na plan dalszy, musimy zatroszczyć się również o własny odpoczynek, bo dobry i spokojny sen jest ważny dla naszego zdrowia, samopoczucia i jakości naszego życia. Ale jak to zrobić, gdy nie ma obok nikogo, kto utuli, odgoni koszmary, wygładzi poduszki, żebyśmy spali snem spokojnym i mocnym?


Dziś kilka punktów, które mają duży wpływ na nasz sen, które mogą nam pomóc w zasypianiu i osiągnięciu wymarzonego wypoczynku nocnego.

1. Pozytywne nastawienie
Najważniejsze, a zarazem chyba najtrudniejsze do zrobienia, są optymizm i spokój. Nie tylko przed snem, ale całe życie. A gdy już się nie da "iść na całość", to chociaż przed snem odegnanie złych myśli, stresów, problemów dnia codziennego. Nie pomoże nam przekręcanie się z boku na bok przez całą noc, a wyspani i wypoczęci wstaniemy i będziemy mieli więcej sił i otwartości umysłu, żeby stanąć z tarapatami oko w oko.

2. Rytuały
Żeby wieczorem po ciężkim dniu się odprężyć ważne są rytuały. Wiedzą to bardzo dobrze rodzice małych dzieci, które właśnie dzięki rytuałom uczą się rytmu dnia, ustalają pory snu i czuwania, programują swój plan na co dzień. Postarajmy się codziennie wieczorem, pół godziny przed snem wprowadzać się w nastrój senny. Ciepła kąpiel, przyjemna, ale nie za bardzo wciągająca lektura, filiżanka mleka, umycie ząbków. Organizm z czasem przyzwyczaja się do tego i odbiera te czynności jako sygnał do przestawienia się w stan wypoczynku i snu.
Ważny też jest w miarę stały harmonogram zaśnięć i pobudek oraz stała długość snu.

3. Atmosfera w sypialni.
Najlepiej, żeby sypialnia służyła jedynie do snu, wypoczynku i... Ale wiadomo, że czasem jest z tym ciężko, nie zmienia to faktu, że lepiej powstrzymać się od łączenia miejsca do spania z miejscem do pracy, nie należy kojarzyć sypialni ze stresującymi sytuacjami, a gdy już naprawdę się nie da, to przynajmniej te dwie godziny przed snem zamienić to pomieszczenie, w którym śpimy w pomieszczenie, które się ze snem kojarzy. Załóżmy, że mamy pokój dzienny i w tym pokoju dziennym potem śpimy. Postarajmy się na wieczór przygasić światła, poskładać "pracowe" akcesoria, wyłączyć komputer. Najprościej rzecz ujmując, zróbmy klimat.
Ale wracając do sypialni, to sypialnia powinna być przytulna, powinniśmy się w niej dobrze czuć, powinna być ładna, powinna nam się podobać. Miłe, nastrojowe kolory, ładna pościel, na ścianach coś, co powoduje błogość, zdjęcia dzieci, fajne widoczki. Odpowiednia wilgotność, zaciemnienie, cisza, świeże powietrze. To wszystko wpływa na komfort naszego snu.

4. Wygodne łóżko
O tym, że to na czym śpimy ma znaczenie chyba nikomu nie trzeba przypominać. Dla każdego dobre jest coś innego dlatego warto dużo uwagi poświęcić łóżku i materacowi. Obecnie w każdym sklepie z sypialniami znajdzie się ktoś, kto doradzi jaka miękkość, jaki skład, jaka wielkość i grubość będzie dla nas najlepsza.
Pościel jest niemniej ważna. I samo wypełnienie (nie może nas uczulać, musi powodować komfort termiczny czyli, gdy jest zimno grzać, a gdy gorąco trzymać odpowiednią temperaturę), ale i poszewki. Te ostatnie również powinny być dostosowane do indywidualnych gustów i upodobań. Każdy woli coś innego, każdy w czymś innym lepiej się czuje, każdemu w czym innym jest wygodnie, ale pamiętajmy, im naturalniejsza jest nasza pościel, tym lepiej. Bawełna w tym wypadku przoduje i nie ma lepszej pościeli niż ta 100% bawełniana. Warto przejrzeć ofertę sklepu bertax.pl i zapoznać się z ich ofertą. Dobrany odpowiednio kolor i wzór pościeli może ogromnie wpłynąć na nasze samopoczucie w sypialni i jakości snu, a w ładnej kolorystyce i sny piękniejsze.

5. Codzienna aktywność
Codzienne ćwiczenia fizyczne i aktywność na świeżym powietrzu również dobrze wpłyną na łatwiejsze zasypianie i głębszy, efektywniejszy sen. Nie muszę dodawać o naszym ogólnym stanie zdrowia i samopoczuciu w ciągu dnia. Pamiętajmy jednak, że wymęczenie się przed samym pójściem spać może przynieść odwrotne rezultaty.

6. Unikaj
Należy wystrzegać się wszelkiego rodzaju używek przed snem. Kawa może negatywnie wpłynąć na nasze zasypianie. Alkohol może ułatwi nam zaśnięcie, ale sen, który przyjdzie będzie płytki i łatwo możemy się w nocy wybudzać. Nikotyna zawarta w papierosach pobudza organizm, zaburza sen, a osoby palące nawet po przespanej nocy budzą się zmęczone i niewyspane.
Drzemki w dzień, zwłaszcza te nieregularne, też nie wpływają dobrze na nocny sen, rozregulowują nasz rytm, zaburzają harmonogram.
Dwie godziny przed snem nie napychajmy się jedzeniem. Kolacja powinna być sycąca, ale za razem lekkostrawna.
Przed snem lepiej nie pić zbyt wiele. Unikniemy dzięki temu przymusowych pobudek i wycieczek do toalety, po których może być ciężko znów zasnąć.
Unikajmy wieczorami nieprzyjemnych sytuacji, kłótni czy dyskusji.

7. Może pomóc
Wspomniane już na początku babcine mleko z masłem i z miodem. Dzieciom pomaga więc i nam na pewno nie zaszkodzi.
Ciepła relaksująca kąpiel z olejkami nasennymi: lawendowym, pomarańczowym czy tymiankowym.
Uspokajająca muzyka.
Spacer, dotlenienie organizmu, przewietrzenie.
Ziółka zaparzone wieczorkiem: melisa, kozłek lekarski, chmiel, lawenda.
Seks.

O tym dlaczego sen jest ważny nie będę się dziś rozpisywała więcej. Jedno jest pewne, jest on nam potrzebny jak powietrze i jedzenie. I tak samo jak nie chcemy oddychać zanieczyszczonym powietrzem lub, jak lubimy dobrze i zdrowo zjeść, podobnie powinniśmy fundować dobie zdrowy i efektywny sen. To procentuje. I choć wiem, że czasem nie łatwo o długi sen, to naprawdę wiele można nadrobić jakościowym i twardym spaniem.
Zastanówcie się nad tym i do łóżek marsz!!!

poniedziałek, 27 listopada 2017

Decyzja goni decyzję czyli dylematy budujących... Ocieplenie.

I stało się. Chyba oficjalnie można powiedzieć, że dołączyliśmy do grona szczęśliwców (albo może nieszczęśliwców) budujących dom, a klepisko i pobojowisko na naszej działce już od jakiegoś czasu z dumą aczkolwiek jeszcze nieśmiało nazywamy budową

Nie była to łatwa decyzja. Ba, powiem szczerze, możliwe, że najtrudniejsza w naszym (a przynajmniej w moim) życiu. Wszystkie dotychczasowe życiowe decyzje były konsekwencją czegoś, rozumiały się same przez się i jakoś przychodziły z łatwością. Dom też niby był dla mnie oczywistością i, gdy okazało się, że o własny domek musimy się postarać sami, zaczęło się zastanawianie, jak to zrobić, z której strony to ugryźć, od czego zacząć. Kupno, budowa, kupno, budowa - kołatało się nam po głowach przez bardzo długi czas. Perturbacje działkowe też nie ułatwiały nam zadania. Potem jęczenie rodziny i znajomych, że wybrany przez nas projekt (od samego początku jeden, niezmiennie i twardo) jest za duży, za kwadratowy, za taki, za owaki, co również wpędzało nas w wątpliwości. Ale brnęliśmy do przodu i w pewnym momencie doszliśmy do takiego punktu, że wycofanie się byłoby głupotą. Praca i koszty jakie ponieśliśmy przy załatwianiu formalności i dostosowywaniu działki były spore i nie uśmiechało nam się teraz poddawać. Wszystkie przeszkody, jakie tylko mogły się przydarzyć, nam właśnie się przydarzały, a my jakoś wychodziliśmy z nich obronną ręką więc nie było odwrotu. Ruszyliśmy z budową. I choć dalej wszystko idzie jak po grudzie, ciężko się dogadać z fachowcami, wypływają coraz to nowe trudności, to wsparcie kilku osób wiele nam daje i pozwala spać w miarę spokojnie i z optymizmem patrzeć na tą budowę.

Ale to, że dom się buduje nie oznacza, że my spoczęliśmy na laurach i już o niczym nie musimy myśleć. Dom to ciągłe dylematy, decyzje, rozważania co lepsze, co bardziej praktyczne, co nam się przyda, bez czego się obejdziemy, a co nam jest niezbędnie potrzebne. Powoli wyłazimy z ziemi, a już zaczyna się myślenie jakie okna wstawić, czym pokryć dach, czym ocieplić dom, żebyśmy potem nie marzli i, żebyśmy nie płacili miliona monet za komfort termiczny do jakiego przywykliśmy.

No właśnie, ocieplenie.
Dom kojarzy mi się z ciepłem, z przytulnością, z bosymi stopami dzieciaków, gdy za oknem sypie śnieg, z wieczorami przy kominku, twarzą przy szybie, kiedy na dworze pada deszcz. To nasze miejsce na ziemi, gdzie czujemy się dobrze, gdzie jest bezpiecznie, gdzie nam ciepło, miło, domowo. Dodatkowo to ciepło nie powinno nas kosztować majątku i nie powinno z domu uciekać. Nawet nie zdawałam sobie sprawy, że by dom był ciepły i jednocześnie ekonomiczny każdy szczegół, nawet najmniejszy, ma znaczenie. Wiadomo, ogrzewanie (grzejniki, podłogówka itp.), piec taki czy inny, okna, drzwi, wentylacja... Ocieplenie.


Wydawało mi się, że ocieplenie to dopiero pieśń przyszłości. Ja jako laik nie miałam o wielu sprawach pojęcia i ta nasza inwestycja dała mi nieźle popalić i wymogła doszkolenie się w wielu kwestiach. Nie wiedziałam, że ocieplenie domu zaczyna się już od fundamentów. Że fundament to pierwszy i bardzo ważny krok do przytulnego, ciepłego i ekonomicznego domu. No i nie miałam bladego pojęcia, że w tej kwestii istnieje tyle różnych możliwości a technika wykonania takich ociepleń poszła daleko do przodu odkąd widziałam jak dom ocieplał mój Tata. Najpopularniejszy chyba nadal do ociepleń jest styropian i gdy przeglądam tematyczne grupy powtarza się on najczęściej. Przyznam szczerze, że długo myślałam, że i u nas się na tym skończy, ale w ostatniej chwili, za namową naszego wykonawcy zdecydowaliśmy się na polistyren. Ale co dalej? Przeglądając różne opcje, wyczytując fora, dyskutując na grupach trafiłam na filmik z ociepleniem poddasza pianą natryskową (http://www.cels.pl/ocieplanie-piana/) i zaczęłam się zastanawiać i analizować za i przeciw. Wiadomo, tradycja jest tradycją, sprawdzona przez naszych rodziców, stosowana przez lata... A naprzeciw wychodzi nowoczesność i nowe rozwiązania. Niejednokrotnie tańsze, łatwiejsze, szybsze, ale nie do wykonania samemu "w domu" więc zawsze znajdzie się ktoś, kto skrytykuje. A piana wydaje się rozwiązaniem idealnym dla poddasza, jakie my planujemy. Po pierwsze, jest lekka. Po drugie, dzięki natryskowej metodzie i rozrastaniu się w kierunkach wolnej przestrzeni idealnie izoluje i "wypycha" dziury eliminując tzw. "mostki termiczne" co zapobiega uciekaniu ciepła. Jeśli chodzi o elewację jestem nadal sceptyczna, ale te poddasza do mnie przemawiają... Wpycha się taka pianka w wolne miejsca i zapycha nie pozwalając tym samym na wychładzanie domu. A dobra izolacja dachu to nie tylko ciepło zimą, ale też chłód latem. Zwłaszcza przy dachach pokrywanych blacho-dachówką jest to dość ważne, żeby "odciąć" się od nagrzanej blachy.

Także temat ocieplenia obecnie jest u nas na czasie. Coraz więcej rozwiązań się pojawia, a my mamy coraz większe dylematy, ale nie ważne na co w końcu się zdecydujemy, czy to będzie styropian, piana czy inne cudo, które się do tej pory pojawi, warto przyjrzeć się wszystkim rozwiązaniom, przeanalizować, co jest dobre dla naszej inwestycji, co się u nas sprawdzi, żebyśmy sobie potem nie pluli w brodę przez pochopnie podjętą decyzję.

Trzymajcie się ciepło... Żeby jak najwięcej ciepła pozostawało w waszych domach ;)

niedziela, 26 listopada 2017

Wypoczynek tylko we dwoje... czyli z marzeń powstał świat!

Po raz kolejny wielkimi krokami zbliża się kolejny nasz samotny wyjazd na weekend. Po raz kolejny wyjazd nie jest stricte odpoczynkowy czy randkowy (bo chyba na takie powinno wyjeżdżać małżeństwo), ale zawsze jest to jakaś odskocznia i szansa na pobycie odrobinę sami, bez dzieci i kolejny malutki kroczek do, może kiedyś, wypoczynku tylko we dwoje. Wiem, że teraz nie bardzo potrafiłabym się zrelaksować bez dzieciaków, ale też nie ukrywam, że nie fantazjuję, jak by to wtedy było i co powinien posiadać hotel, w którym wtedy wylądujemy. 
Dziś wam trochę poopowiadam o tych moich fantazjach.



Basen.
Uwielbiam pływać. Szanowny nieco mniej. Może dlatego, że zwyczajnie nie umie, ale w wodzie ciapie się z przyjemnością nie raz uczęszczając z dzieciarnią na różnego rodzaju zajęcia dodatkowe i wyjeżdżając z nimi na wakacje, ferie czy weekendy (z dziećmi basen w hotelu to podstawa). Nie ma też nic przeciwko wylegiwaniu się na brzegu z książką, gdy ja nadrabiam zaległości pływalnicze. Nie oszukujmy się, na co dzień nie mam zbyt wielu okazji i czasu, by na basen chodzić regularnie, a jak już uda się gdzieś wybrać, to wybieramy się całą rodziną a to skutecznie utrudnia mi popracowanie nad formą. Gdy w końcu wyrwiemy się na wymarzony weekend, a za czas jakiś może i na wakacje, niewątpliwie hotel w jakim się zatrzymamy będzie musiał posiadać fajny basen.

Fitness.
Kolejnym moim wiecznym utrapieniem jest brak czasu na siłownię, a gdy się w końcu znajduje, to musimy na nią chodzić oddzielnie z racji wymieniania się przy potomnych. Nie wszyscy lubią ćwiczyć ze swoją drugą połówką, ja lubię i bardzo mi tego brakuje w codziennym życiu. Gdy jesteśmy na wywczasach rodzinnych zawsze gdzieś na chwilkę znajdziemy opiekunkę, nie po to by pójść na kolację czy pospacerować samotnie po lesie, a właśnie po to, by sobie na spokojnie pójść na siłownię. Nie musi to być jakaś wielka, super wyposażona sala, wystarczy jakaś drobna salka cardio, ale dobrze by było, żeby w tym moim wymarzonym miejscu na weekend we dwoje taka się znalazła.

SPA
Na każdym naszym wyjeździe znajduję odrobinkę czasu, zwalam opiekę nad dziećmi na Szanownego i oddaję się w ręce profesjonalistki. Uważam, że nie ma lepszego relaksu jak te kilka chwil, gdy ktoś się mną zajmuje a dodatkowo robi to z korzyścią dla mojego wyglądu. Zawsze sobie obiecuję, że następnym razem więcej skorzystam z uroków spa, że posiedzę w saunie, dam się wymasować, pooddycham pełną piersią w grocie solnej. I za każdym razem mam wiele innych, lepszych, ciekawszych, zazwyczaj atrakcyjniejszych dla dzieci zajęć niż moje leżenie plackiem tylko dla siebie. Moim marzeniem jest kiedyś taki właśnie prezent dla ciała. A przecież nic nie stoi na przeszkodzie, żeby i moja brzydsza połówka skorzystała z takich dobrodziejstw.

Kuchnia.
Ech. Kuchnia to moje wieczne utrapienie. Uwielbiam dobre jedzenie, uwielbiam różnorodne jedzenie, uwielbiam próbować lokalnych speciałów, ale, po pierwsze rzadko mam okazję dobrze zjeść, po drugie, rzadko mam okazję zjeść spokojnie i podelektować się jedzeniem. Do tej pory strasznie cierpiałam na wakacjach, bo wszystkie rarytasy okolicznych kuchni musiałam pochłaniać w pośpiechu, żeby zmieścić się w czasie cierpliwości moich dzieci. Na szczęście to się zmienia, bo dzieci w tej materii powolutku się uczłowieczają i na wyjazdach wreszcie mogę skorzystać z posiłków. Nie ja je muszę gotować, nie ja je podaję i nie ja po nich sprzątam, a do tego zazwyczaj wybieramy miejsca z dobrym i "obfitym" wyżywieniem. Z dziećmi oczywiście w opcji szwedzkiego stołu, ale bez dzieci moglibyśmy zaszaleć i wybrać restaurację a'la carte. Czemu nie, przecież moglibyśmy posiedzieć, nigdzie by się nam nie spieszyło, moglibyśmy napić się wina w oczekiwaniu, w trakcie i po obiedzie czy kolacji. A do tego pyszne śniadanko, bez pośpiechu, bez myślenia, co zjedzą dzieci... A nasze są wyjątkowo wybredne w tej dziedzinie...
Zdecydowanie, kuchnia i nastrój restauracji ma wielkie znaczenie.


Wypoczynek.
Wygodny, przestronny, czysty i cichy pokój. Pokój, w którym jedyny bałagan jaki się pojawi to ten, który zrobimy sami. Piękny widok z balkonu, na którym można posiedzieć, wypić kawę, poczytać, porozmawiać... Podejrzewam, że sen nie koniecznie za pierwszym razem będzie całkiem spokojny w nowym miejscu bez dzieci, bo przyzwyczajeni do bycia czujnym tak szybko się tego nie oduczymy, ale tak... Po wszystkich atrakcjach, po basenie, siłowni, pysznej kolacji... chyba dobrze pobyć tylko we dwoje w pięknych okolicznościach pokoju...

Okolica.
Ale nie samym hotelem i sobą nawzajem człowiek żyje... Zawsze warto coś zobaczyć, pospacerować, odsapnąć innym, niż nasze, lubelskie powietrze... Podelektować się widokami, naturą, pozwiedzać, pooglądać... Może skorzystać z okolicznych atrakcji, zrobić coś, czego jeszcze nie robiliśmy, zaszaleć. Zdecydowanie takie miejsce, do którego byśmy się wybrali, to miejsce, w którym jeszcze nie byliśmy, przynajmniej nie razem. Miejsce, które na każdym kroku nie będzie nam się kojarzyło z pociechami, które zostawiliśmy w domu. Miejsce, do którego może kiedyś wrócimy z dziećmi, ale najpierw sami się z nim zapoznamy. 

W wielu miejscach Polski byliśmy, w wielu nie byliśmy i w wielu chcielibyśmy być. Ale od dłuższego czasu w naszych głowach siedzą nasze polskie, piękne góry... Góry, Beskidy, Krynica Zdrój, Stary Sącz... Perła Południa w Rytlu (perlapoludnia.pl). Odpoczynek, relaks, widoki, okolice, baseny, narty, spa... Górski wypoczynek z dala od utartych szlaków, w Dolinie Wielkiej Roztoki na terenie Popradzkiego Parku krajobrazowego. Chyba dobre miejsce na naładowanie akumulatorów o każdej porze roku...
Nie tylko we dwoje... Jeśli nie znajdziemy w sobie zbyt wiele odwagi na wypad bez dzieci, one też znajdą tu coś dla siebie.

poniedziałek, 20 listopada 2017

Weekendy kiedyś, weekendy dziś... czyli Druga Dycha do Maratonu.

Pamiętacie, jak spędzaliście weekendy czy czas wolny, gdy na świecie nie było jeszcze waszych dzieci? Pamiętacie ile czasu zajmowało wam wyjście w niedzielę z łóżka czy zebranie się, żeby gdzieś wyruszyć z domu? Zakładam, że wiele z nas (nie mówię, że wszyscy, ale większość) nieco mniej ambitnie podchodziła do czasu "pozapracowego". Tak naprawdę czas nam przepływał przez palce, bo wydawało nam się, że przecież mamy go tak wiele. Weekendy jawiły się niemal jak wakacje, raj, a teraz, z perspektywy czasu, jak się na nie przyjrzeć, to tak naprawdę nie robiliśmy wtedy nic ciekawego... Bo tu sobie człowiek zabalował, tu sobie pospał, tu połaził bez celu i bez sensu, zakupy zrobił, pooglądał telewizję i weekend zleciał. A popołudniami podobnie... Owszem, wśród naszych znajomych byli tacy, którzy popołudniami wypuszczali się na piłkę, bo sala wynajęta lub na basen, żeby się trochę poruszać i tacy, co w sobotę nie wypili nawet grama alkoholu na imprezie, bo w niedzielę startowali na zawodach... Zawsze patrzyliśmy na nich trochę jak na dziwaków... A do tego zazwyczaj byli to już ludzie z rodzinami, dziećmi więc dopisywaliśmy sobie do tego historyjki o frustracji, uciekaniu z domu czy o innych takich  dyrdymałach... Wydawało nam się wtedy, że gdy urodzą się dzieci, to pewien etap się skończy i przed nami już wtedy na pewno tylko kanapa, pieluchy i koc więc staraliśmy się ten pozostały nam czas jak najlepiej wykorzystać. A tak naprawdę, z tej naszej obecnej, rodzicowej perspektywy, to ten czas zwyczajnie "przebimbaliśmy"...

Jest tyle miejsc, których nie odwiedziłam, a przecież mogłam, bo miałam na to czas. Tyle sportów, które mogłam uprawiać, bo miałam na to czas i siłę. Tyle książek, filmów, teatrów i oper, których nie zobaczyłam, a przecież mogłam... Miałam czas i go marnowałam, na siedzenie na kanapie, na głupie telenowele, na leczenie kaca lub nic nie robienie... W sumie niczego nie żałuję, bo żałowanie czegokolwiek w życiu dobrym nie jest, ale zauważam, że tyle mogłam a mimo to tego nie robiłam, a teraz, gdy dzieci (nie oszukujmy się, ale tak jest) ograniczają nasz czas i nasze możliwości, to my na przekór wszystkiemu i wszystkim takim sceptykom jakimi kiedyś my byliśmy, właśnie staramy się te zaległości nadrabiać. 

Po moim ostatnim poście o wypoczynku z dziećmi wywiązała się między mną a moimi znajomymi dyskusja o tym, jak zmieniło się nasze spędzanie czasu wolnego odkąd jesteśmy rodzicami... Ile rzeczy robimy teraz, których wcześniej za nic w świecie byśmy nie zrobili. Oczywiście, chodzimy do kina na filmy dla dzieci (w naszym przypadku, w ogóle chodzimy do kina, bo wcześniej nam się nie chciało), odwiedzamy parki rozrywki, zwiedzamy muzea, fajne miejsca, poznajemy Polskę, bo wcześniej tylko wczasy w ciepłych krajach były nam w głowie, odkryliśmy, że samochodem z dziećmi naprawdę można wszędzie dojechać, a Polska jest pełna super miejsc przystosowanych do dzieci. Popołudnia spędzamy na zabawach, grach, książkach, wylepiamy, malujemy, konstruujemy rzeczy, które nigdy nie przyszły nam do głowy. Zwyczajnie i po ludzku, oddziadzieliśmy i pokazujemy dzieciom, że nam się chce...


I tutaj dochodzę do sedna.
Ruch, sport, zdrowie, aktywność, nie tylko ta sportowa...
Jak zaszczepić w dzieciach chęć do tego typu aktywności, do ruchu, do gimnastyki, do biegania, do robienia czegoś dla samego robienia, dla przyjemności, jak nie mają przykładu w domu. Jak wytłumaczyć dziecku, że papierosy szkodzą, gdy samemu się pali? Jak przekonać dziecko do picia wody, gdy w domu non stop stoi butelka z ulepkiem koloru brązowego (którego ja osobiście lubię i jeszcze dwa lata temu nie wyobrażałam sobie dnia bez wytrąbolenia 2 litrów).
W tamtych, dawnych czasach do głowy by mi się przyszło, że w mroźną, jesienną niedzielę, przed południem będę pomykała po stadionie zamiast siedzieć w ciepłym mieszkaniu i oglądać Kevina w Nowym Jorku czy innego Beethovena. Ba, w najśmielszych snach bym nie wyśniła mojego Szanownego w sportowych łachach właśnie startującego w biegu na 10 km. A moje dziecko z medalem? W sporcie? O ile, to chyba wirtualnym... A tu proszę, taka niespodzianka... (Pamiętacie Pierwszą Dychę do Maratonu?).


Ja wiem, że w naszym wieku mistrzami już nie zostaniemy, że medali zdobywać nie będziemy, że tenis czy narty przeszły nam koło nosa, bo nikt w odpowiednim czasie ich w nas nie zaszczepił, a potem sami mieliśmy zawsze coś innego do roboty. Ale jakakolwiek gimnastyka, krótka przebieżka wieczorem, to zawsze coś, co daje pozytywny przykład. Biegacze z nas nigdy nie będą bo i czasu i kondycji brak, ale sam fakt przebiegnięcia 10 km (Szanowny Małżonek), 5 km (to Ja) czy nawet 50 m (Fifi) to wyczyn i satysfakcja. A wtedy łatwiej oswoić inne sporty, jak się ma taką zachętę i wsparcie w domu. A jak ktoś pyta po co, bo i tacy się zdarzają, to odpowiadamy - zwyczajnie, dla frajdy...

Niedzielny festyn dla rodziny zawsze kojarzył mi się bardziej z koncertem Ich Troje, watą cukrową, kiełbasą z grilla i piwem z kija w ciepły, letni dzień (choć niektórym to i na takie imprezy czasu szkoda) niż z listopadowym bieganiem po stadionie przy temperaturze bliskiej zeru, z pikantną zupą dyniową na rozgrzewkę i oddawaniem krwi w namiocie, ale to wciąga i uzależnia. No i daje porządnego kopa, jak się patrzy na tą grupę 1500 biegaczy, w różnym wieku, z różnym tempem, różną wagą, różnymi czasami i wynikami, którzy mniej lub bardziej zmęczeni dobiegają do mety. A emocje, gdy biegają dzieciaki... Nawet nie miałam pojęcia, że tyle małych i trochę większych skrzatów dotrze w taki dzień, żeby przebiec te swoje pierwsze metry... Mi oczy się szkliły, gdy patrzyłam nie tylko na swoje, ale i całkiem obce krasnale, które człapią nawet na szarym końcu, ale wytrwale i z zapałem... 


No i znów, żeby było jasne. Ja na wymienionej wyżej imprezie występuję sobie jako Matka Polka i Żona Poganiaczka. Dumna z Syna i Męża nosicielka tobołków, podawaczka wody, dokarmiatorka, organizatorka i motywatorka pilnująca czy morale w drużynie nie spada. Mój czas nadchodzi, gdy wszyscy już grzecznie zasiądą w domku, a ja mam swoje kilkadziesiąt minut dla siebie. Raz starcza sił na 3 km, raz na 5, a czasem nic, raz włączam aplikację, raz wcale się tym nie przejmuję. I kiedyś jeszcze im wszystkim pokażę. Ważne, że już nie marnuję weekendów na leżenie na kanapie choć nie przeczę, czasem miałabym na to wielką ochotę. 

PS.
Druga Dycha do Maratonu, to impreza organizowana w cyklu Grand Prix Lublina. Przy okazji biegów dla dorosłych organizowane są też biegi dla najmłodszych od 1000 m. dla najstarszych po 50 m dla najmłodszych skrzatów w tym naszego Filipa. W zasadzie mogłaby też biegać Zosia, bo 50 m. jest dla dzieci od rocznika 2013 i młodszych, ale choć biegają i takie mini mini krasnalki, to Zofia wydaje się jeszcze troszkę za nieśmiała na takie imprezy, ona biega ze mną za rączkę i też się przy tym super bawi ;)