środa, 16 sierpnia 2017

Nauka przez zabawę czyli... nie ważne jak, ważne, że razem... + KONKURS!!!

Od września nasza Zosia trafi z Klubu Malucha do prawdziwej grupy przedszkolnej, będzie miała swoją szafeczkę, będzie się uczyć pilnie, będzie miała dodatkowe zajęcia i powolutku, powolutku będzie już przygotowywana do szkoły (wiem, wiem, jeszcze do tego daleka droga, ale przedszkole to przedszkole, taka przed szkoła). Oczywiście nasze panie mają swoje materiały, mamy możliwość oglądać je na spotkaniach organizacyjnych czy konsultacjach z wychowawcami, ale przecież nie tylko w przedszkolu dziecko się uczy. Powiem więcej, to na nas, rodzicach, w dużej mierze leży wychowywanie i kształtowanie naszej pociechy. Przedszkole i potem szkoła jest tylko pomocą, nakierowaniem nas na właściwe tory, ale to nasza rola.

W dzisiejszych czasach rodzicom jest łatwiej, mamy do dyspozycji niezliczone pomoce dydaktyczne, zabawki edukacyjne, kreatywne, elektronikę, a nawet nowoczesną technologię. Osobiście nie jestem za trzymaniem dzieci z dala od komputerów czy tabletów. Nie chciałabym, żeby potem miały w tym temacie braki, a wiadomo, że obecnie już dzieci w podstawówce niejednokrotnie lepiej ogarniają temat niż my, dorośli. Nie zmienia to faktu, że wszystko powinno się odbywać z umiarem i na pierwszym miejscu powinniśmy być my i wspólna praca-zabawa z dzieckiem. Dlatego, gdy tylko zbliża się połowa wakacji, za chwilę wrzesień, jesień, w sklepach zaczynają się pojawiać przybory szkolne, różnego rodzaju pomoce edukacyjne, ja szaleję i zatowarowuję się na całą zimę. Potem w długie, ciemne już wieczory działamy z dziećmi, tworzymy, robimy zadania i dobrze się przy tym bawimy. W ruch idą różne ciastoliny, wycinanki, klocki, wyklejanki, ale też różne książeczki z zadaniami i gry...

Lubię nowe wynalazki i bardzo się ucieszyłam, że ostatnio trafiły w nasze ręce zestawy od Kapitana Nauka. Są to zbiory zagadek, gier i zadań przeznaczonych dla dzieci w wieku od 2 do trzech lat, ale ja spokojnie mogę powiedzieć, że jak się ma takiego roztrzepańca jak nasz Fifi, któremu ciężko skupić na czymkolwiek uwagę, to te proste formy nadają się dla niego jak najbardziej. Nie jest to nic skomplikowanego. W zestawie o emocjach dziecko intuicyjnie stara się dobrać kolory do nastrojów postaci na rysunkach, starają się te nastroje nazywać i okazywać. W zestawie ze zwierzątkami nazywa zwierzaki, uczy się, gdzie mieszkają, czym się charakteryzują, jakie są ich zachowania, do jakich grup należą.


Oba zestawy składają się z książeczki z zadaniami, łamigłówkami, kolorowankami. Rozwijają wiedzę, spostrzegawczość i logiczne myślenie. Dodatkowo w obu zestawach mamy karty z obrazkowe z ilustracjami lub zdjęciami. Jedne przedstawiają mimikę, zachowania i emocje, a drugie zwierzątka. Podpisy na drugiej stronie kart są duże, wyraźne i drukowane, co pomaga w nauce czytania.


Ciekawym pomysłem są też książeczko-karty z zagadkami obrazkowymi. Moim zdaniem niektóre są nieco za trudne dla 2,5 latka, ale właśnie na tym polega nasza rola, żeby malucha naprowadzić, podpowiedzieć, pomóc pomyśleć i wymyślić prawidłową odpowiedź. Zagadki rozwijają logiczne myślenie, rozwijają wiedzę o świecie i sytuacjach w nim zachodzących. A do tego są kolorowe, pomysłowe i zabawnie przedstawione.


Cóż mogę Wam jeszcze napisać. Zdecydowane plusy są takie, że wszystko, oprócz książeczek, które są jednorazowego użytku, jest trwałe i posłuży nam bardzo długo. Nawet ze starszymi dziećmi zawsze fajnie wraca się do takich gier i zabaw w zgadywanie i odgadywanie. A co do książeczki, to też ma swoje zalety, bo jest na tyle krótka, łatwa i przyjemna, że dziecko przy jednym posiedzeniu się nie znudzi, a my się nie zirytujemy na rzuconą w kąt, wypełnioną i pokolorowaną tylko do połowy. 


* Na fotografii powyżej Zosia pokazuje osę ;)


A na koniec jeszcze dodam, że warto w ten sposób spędzać z dziećmi czas, bo choć nazwa wydawnictwa brzmi Kapitan Nauka, to jest w tym więcej zabawy i frajdy niż nauki, która wychodzi nam tak jakby przy okazji. Wygospodarujmy więc popołudniami, między bajkami, pracą, zajęciami dodatkowymi tą godzinkę z dziećmi. Zestawy Kapitana Nauka są tylko małą cząstką tego, co możemy wymyślić i czym się wspomóc, ale warto po nie sięgnąć. My, na przykład, z naszą dwójką urządzamy sobie taką małą rywalizację... Kto odgadnie więcej zagadek ten wygrywa. Nie dość, że emocje wtedy występują w zadaniach, to jeszcze mamy okazję je poczuć na własnych skórach. A czas spędzony razem procentuje. Zosia lubi pokazywać całą sobą "jak robią" poszczególne zwierzątka, a Fifi urządza nam co jakiś czas losowania i odgadywania. Pomysłów i inwencji na zastosowanie jest mnóstwo, a frajda z wspólnie spędzonego czasu nie do wycenienia.



KONKURS

Ale żeby nie być gołosłowną i dać wam również możliwość zapoznania się z zestawami mam dla Was konkurs. Do wygrania będą dwa dowolnie wybrane zestawy z wyżej prezentowanych (po jednym dla każdego). Konkurs jest dostępny na naszym Facebooku (TUTAJ) i przeznaczony jest dla naszych fanów (oczywiście miło nam będzie, jak również zajrzycie i polubicie sponsora oraz podzielicie się wiadomością o konkursie ze znajomymi).
Zabawa jest prosta. Wystarczy pod postem konkursowym zaproponować nam jakąś fajną formę spędzania czasu z dziećmi, która jednocześnie będzie miała charakter edukacyjny. Oczywiście forma może być dowolna. Możecie wkleić zdjęcie, nagrać film, napisać parę słów czy nawet narysować.
Konkurs trwa do 25 sierpnia do północy. Do tej pory zbieramy zgłoszenia, a po tym czasie nasza borsuczkowa komisja wybierze dwie odpowiedzi, które nagrodzimy zestawami.


Mam nadzieję, że zabawa przypadnie Wam do gustu.
Zapraszamy!!!

poniedziałek, 7 sierpnia 2017

Co udowodniłam i czego się dowiedziałam karmiąc piersią...?

Długo zastanawiałam się czy w tym roku poruszać ten temat czy sobie go odpuścić i spuścić na niego zasłonę milczenia co by nikogo nie urazić, nikomu nie zajść za skórę, nikogo nie skrzywdzić. Wszak matką karmiącą nie jestem już dobre kilka miesięcy, ba nawet od kilku dni zaobserwowałam, że mleko przestaje mi w końcu z biustu wyciekać i chyba instynkt karmicielki jakoś tak słabnie. Ale... Ale przecież karmienie piersią to dość spory kawał mojego życia, a na pewno ogromny kawał życia moich dzieci więc będę o nim jeszcze pewnie jeszcze długo pisała i się "wymądrzała"...

Nie będę słodzić, że karmienie naturalne to sam cud, miód i orzeszki. Każda Matka Karmiąca wie, że nie tylko początki bywają trudne, ale i cała reszta też do łatwych nie należy. I nie ma tu znaczenia ile dzieci się wcześniej wykarmiło, ile się urodziło, ile się od piersi odstawiło. Stara jak świat prawda mówi, że każde dziecko jest inne więc i każda "mleczna droga" też jest inna. Choć nie ukrywam także, że moja współpraca z Zosią przebiegała w o wiele spokojniej i harmonijniej niż z Filipem, na którym uczyłam się wszystkiego, na którym trochę eksperymentowałam i, na którym popełniałam niemało błędów. Z Zosią wszystko przebiegało płynnie, bez zbędnych napięć i spinania się, że coś mi nie pasuje, że za często, że się nie wysypiam czy, że mam już dość... Po prostu robiłyśmy swoje i, gdy minęło pół roku, po którym w końcu trzeba było wprowadzać nowe pokarmy, ja zwyczajnie przegapiłam ten moment, bo jakoś mi się do niego nie śpieszyło.
Teraz, z perspektywy czasy, czuję trochę żal, że to już, że to koniec, że może za krótko, za mało intensywnie... Brakuje mi tej bliskości, tych wieczornych przytulań przed snem, tej świadomości, że każdy smutek, każdą krzywdę, każdy niepokój jestem w stanie ukoić w tak prosty sposób...


Nie było mi dane urodzić swoich dzieci naturalnie. Nie do końca była to moja decyzja, nie do końca miałam na to wpływ (gdy słyszy się od lekarza, że trzeba zrobić CC, bo to, to i to, raczej zbyt wielkiego pola do popisu nie ma), ale gdy przyszło co do czego, postanowiłam, że przynajmniej w ten sposób wykażę się jak najlepiej potrafią. Nie do końca mi to wyszło super i na medal. Z Filipem mocno chaotyczne były początki, z Zosią niesatysfakcjonująca końcówka, ale w między czasie udowodniłam, że:
  • - nawet z ropniem można karmić piersią...,
  • - nawet biorąc antybiotyki można karmić piersią...,
  • - można karmić jedną piersią i dziecku nie dzieje się krzywda...,
  • - można karmić w ciąży...,
  • - można karmić piersią nawet po cesarce z komplikacjami wisząc na kroplówkach nie mogąc o własnych siłach podnieść głowy,
  • - zapalenie tarczycy, ogromna nadczynność i leki na nią przyjmowane też nie są przeszkodą, jeśli są dobrze dobrane i przyjmowane o odpowiednich porach...,
  • - dziecko karmione piersią może przesypiać noce (tak, Zosia bardzo wcześnie przestała jeść w nocy, co nie przeszkadzało jej dalej sięgać po pierś w dzień),
  • - z dzieckiem karmionym piersią można wychodzić, wyjeżdżać, bywać i zwiedzać nikogo przy tym nie gorsząc,
  • - odstawienie dziecka od piersi może przebiec samoistnie, spokojnie i za zgodą obydwu stron..., ba... nie wymaga to jakiś specjalnych guseł i rytuałów... (Fifi po prostu któregoś dnia odwrócił się od piersi i zasnął, a Zosia jednak dłużej wymagała przytulania, ale wtedy i mi to było potrzebne więc rozstawałyśmy się stopniowo),
  • i wiele, wiele innych, o których już teraz nie pamiętam...
Po drodze dowiedziałam się także, że fachowa pomoc w naszym kraju istnieje, ale trzeba się jej długo naszukać... Poradnie laktacyjne w szpitalach są fikcją, wiedza niektórych lekarzy, w tym i endokrynologów na temat leków w połączeniu z karmieniem też jest znikoma, chęć pomocy żadna, a empatii brak. Wszystkich serdecznych ludzi, którzy mi w tej drodze pomogli, znalazłam sama, z pomocą bliskich, po wielu nieudanych próbach... Najbardziej wdzięczna jestem mojej pani doktor, która wyprowadziła moją tarczycę na prostą szanując przy tym moją decyzję o chęci dalszego karmienia Zofii (doszła do wniosku, że nerwy i stres towarzyszące odstawieniu mogą mi bardziej zaszkodzić niż obniżenie do minimum dawek leków). Aaa, zapomniałabym, i panu doktorowi, który udowodnił, że ropnia można zaopatrzyć w znieczuleniu, a nie jak dotychczas próbowano, "na żywca" i, dzięki któremu na mojej piersi nie ma nawet śladu po dziurze wielkości kciuka, która tam była trzy lata temu...

Nie powiem, były chwile zwątpienia, ale w takim telegraficznym skrócie... WARTO BYŁO, bo to jedyna taka szansa, jedyny taki czas, jedyne takie doznania... 
I Kochane Młode Mamy, jeśli jest w was choć trochę chęci, jeśli chcecie, a nie dajecie rady, to szukajcie pomocy, szukajcie wsparcia, bo naprawdę, niewiele jest takich problemów, których przy uporze i zaparciu nie da się pokonać... Wystarczy cierpliwość i zdanie się na swoje wyczucie... A satysfakcja potem przeogromna, której nikt nam nie odbierze...

PS. Zdjęcie do posta zostało zrobione dwa dni po narodzinach Filipa... Za każdym razem do niego wracam i przerabiam je w inny sposób... Wtedy, na tym zdjęciu, jeszcze miałam w głowie karmienie mieszane, odciąganie pokarmu, Męża wstającego w nocy, żebym ja mogła się wyspać, butelki, sterylizatory... Los pokazał mi jaki jest przewrotny i teraz widzę te pierwsze chwile i nieumiejętne próby właśnie w takich barwach... Bo zaczynała się dla mnie całkiem nowa, kolorowa przygoda...

piątek, 28 lipca 2017

To trzeba zobaczyć czyli Zamek w Janowcu...

Ostatnio polecałam wam Magiczne Ogrody, w których spędziliśmy bajeczny dzień z dzieciakami. Obiecałam wam wtedy, że zaproszę was również do samego Janowca nad Wisłą, obok którego w/w Ogrody są położone. Powiem wam bez bicia, że choć mieszkamy całkiem niedaleko, że w Kazimierzu nad Wisłą bywamy bardzo często, to drugi brzeg rzeki odwiedziliśmy po raz pierwszy. Wstyd się do tego przyznać, ale zamek w Janowcu znałam do tej pory tylko z opowieści i zdjęć. Nic więc dziwnego, że gdy już byliśmy tak bardzo, bardzo blisko, nie odpuściłam i postanowiliśmy tam zawitać choćby na chwilkę.


Jak już pisałam, Janowiec leży koło Kazimierza Dolnego. Problem w tym, że koło, ale po drugiej stronie Wisły. Co prawda kursują między tymi dwoma miastami promy, ale ja jakoś nigdy nie miałam na taką przeprawę odwagi. Tym razem dojechaliśmy tam lądem czyli od Lublina, przez Puławy (swoją drogą, następnym naszym celem muszą być Puławy, w których też już wieki nie byliśmy).


Sam zamek pochodzi z początku XVI wieku, był siedzibą rodów Firlejów, Tarłów i Lubomirskich. W czasach PRL był własnością prywatną, żeby w latach 70 ubiegłego wieku przejść na własność Muzeum Nadwiślańskiego, które od lat 90 prowadzi tam prace konserwacyjno-restauratorskie. Obecnie w trzech salach zgromadzono eksponaty poświęcone historii zamku, jej właścicielom oraz dziejom jego konserwacji. Atrakcją dla turystów są wielopoziomowe krużganki (na ostatni poziom ja niestety nie odważyłam się wejść), z których można podziwiać dziedziniec zamkowy i dolinę Wisły.





W obrębie parku, w cenie biletu można również zwiedzić Dwór z Moniak. Pochodzący z drugiej połowy XVIII wieku dworek przeniesiony do Janowca ze wsi Moniaki z Urzędowa na Lubelszczyźnie ze stałą wystawą wnętrz domu ziemiańskiego z tamtego okresu. 



Obok znajduje się również stodoła z wystawą zabytkowych pojazdów konnych, spichlerz, w którym znajduje się ekspozycja związana z transportem wodnym, rybołówstwem, rzemiosłem i sztuką ludową oraz lamus (wszystko to z XIX wieku) i domek mieszkalny z początku XX wieku. Wszystko dostępne dla zwiedzających i godne polecenia w bardzo miłym, przytulnym, spokojnym parku z pięknym widokiem na dolinę Wisły.


Miejsce naprawdę urokliwe. Warto poczytać o jego historii, o legendach z nim związanych (ponoć w czasie pełni Księżyca straszy tu Czarna Dama), warto pozwiedzać, pooglądać. Często wiele z Was wspomina mi, że mam fajnie, bo mieszkam niedaleko Nałęczowa czy Kazimierza nad Wisłą... Owszem, bardzo lubię te dwa miejsca i jestem w nich często, ale sama sobie pluję w brodę, że do tej listy nie dodałam jeszcze Janowca. To się na pewno zmieni...

A na koniec dwa moje ulubione zdjęcia z Janowca... 



Mam nadzieję, że choć trochę zachęciłam Was do odwiedzenia naszych stron i obejrzenia tych pięknych widoków na własne oczy. Może jesteście stąd i nie wiecie, gdzie się wybrać... A może jesteście z daleka i odwiedzacie rodzinę lub zwiedzacie Polskę... Nie ważne... Ja polecam wizytę w Janowcu...

poniedziałek, 24 lipca 2017

Mój sekretny składnik czyli domowy przecier pomidorowy...

Nie ma chyba na świecie dziecka, które by nie lubiło zupy pomidorowej. Nie rozumiem tego fenomenu, ale go toleruję i zdarza mi się gotować ją nawet trzy razy pod rząd. Pamiętam, jak Filip był mały, przyjaciółka mojego taty wymądrzała się na temat właśnie pomidorówki, że każde dziecko da się na nią namówić. Pokiwałam głową z niedowierzaniem, bo Fi oprócz słoiczków nie bardzo coś chciał ruszać, a potem musiałam jej zwracać honor, bo mój syn niejadek wcinał zupiznę aż mu się uszy trzęsły. Tłumaczyłam to "babciowatością" tej zupy, bo sama nie wiedziałam, gdzie leży sekret. Aż do czasu. Sekret babcinej zupy pomidorowej leży w tym, z czego ona jest robiona. Ja, nauczona gotowania na marketach, gotowałam na koncentracie i nijak nie mogłam uzyskać tego smaku, który pamiętałam z dzieciństwa czy tego, który znam z domu męża, gdy gotuje babcia. A nie tędy droga, sekret smaku leży w domowym przecierze pomidorowym. To jest clou całego problemu.

A problem jest, bo skąd ten przecier wziąć. A nic trudnego, trzeba go sobie zrobić. I to najprostszym sposobem jakim się da. Ja wam ten sposób zdradzę.
Potrzeba pomidorów, słoików i czasem dobrego męża co pomoże przy gorącym.

Pomidory myjemy, kroimy na mniejsze kawałki, ładujemy do garnka i gotujemy. Gotujemy, gotujemy, gotujemy aż zrobi się pulpa. Najlepiej, jak część wody odparuje wtedy mamy bardziej esencjonalną breję. Przecieramy przez sitko, druciak i znów wlewamy do garnka. Słoiki myjemy, wycieramy i wstawiamy do zimnego piekarnika. Nastawiamy na ok. 120 stopni i, gdy się nagrzeje, "pieczemy" jeszcze ok. 15-20 minut. W tym czasie przecier jeszcze gotujemy i wrzący wlewamy do rozgrzanych słoików (tu przydaje się mąż i specjalny, gruby lejek do wlewania takich gęstwinek). Zakręcamy mocno i ustawiamy do góry dnem na ściereczce. Po przestygnięciu stawiamy już normalnie i jeśli nakrętka złapała, to mamy gotowy przetwór. Mi się jeszcze nie zdarzyło, żeby się nie udało, ale kto wie, wypadki chodzą po ludziach więc jeśli nie wyjdzie, możemy taki przecier zlać i spróbować jeszcze raz.


Praca miła, lekka i przyjemna. Można takie przetwory zrobić w zasadzie przy okazji innych kuchennych prac, a warto, bo wiem z doświadczenia, że zupka z domowego przecieru smakuje po prostu wyjątkowo.

PS.
Wiem, że niektórzy pasteryzują słoiczki, pieką je w piekarniku lub gotują, ale ja pozostaje przy metodzie wlewania na gorąco. U mnie się sprawdza i jest zdecydowanie szybsza i przyjemniejsza.

PS 2. Przepis pochodzi z tamtego roku więc wypróbowany, w tym jeszcze nie robiłam, ale na działce zaczynają się czerwienić pomidorki więc już za chwileczkę, już za momencik... A w piwnicy już pustki... Całość zapasu poszła do małych i dużych brzuszków...

środa, 12 lipca 2017

Magiczne Ogrody czyli niesamowity świat tak blisko nas...

Bardzo długo zbieraliśmy się na tą wycieczkę. Przerażały nas dzikie tłumy, o których mówili wszyscy, wydawało nam się, że mamy za daleko, że dzieci są za małe i nie skorzystają, czasem zwyczajnie nam się nie chciało... A przecież często bywamy w Kazimierzu Dolnym, a stamtąd promem to rzut beretem. Nadszedł jednak taki czas, że i my się przemogliśmy i wybraliśmy się do Magicznych Ogrodów. I był to strzał w dziesiątkę. 

To że Lubelszczyzna jest wyjątkowa mówiłam nie raz. To, że bardzo fajnie nam się tu mieszka i żyje też podkreślałam niejednokrotnie. Ale zawsze narzekałam na brak rodzinnych miejsc z prawdziwego zdarzenia, takich nastawionych w 100% na dzieci, rodziców, rodziny. Stworzonych przez kogoś, kto wie co robi, zna się na tym i ciągle chce swoją wizję udoskonalać. Nie miałam pojęcia, że na takie miejsce kiedyś tutaj, w niedalekiej okolicy uda nam się trafić. A jednak. Magiczne ogrody są właśnie takim miejscem.
Położone kilkadziesiąt kilometrów od Lublina, rzut beretem od Puław, obok Janowca nie rzucają się w oczy przypadkowemu przejeżdżającemu. Oczywiście zachęcają wielkie billboardy i wygrodzone na polach miejsca parkingowe, ale dopiero przejście przez magiczną bramę sprawia, że znajdujemy się w innym świecie. Bilety jak na mój gust w cenach przystępnych. Dzieci do 100 cm wzrostu wchodzą za darmo więc udało nam się załapać na bilet rodzinny trzyosobowy. Za radą znajomych, na samym początku udaliśmy się coś zjeść, bo wiem z doświadczenia, że moje dzieci zawsze głodnieją w najmniej oczekiwanym momencie, a od śniadania minęło już sporo czasu. Na szczęście, pierwsze co nam się rzuciło w oczy po wejściu to właśnie restauracje... oprócz przesympatycznego stwora siedzącego i przysypiającego na ławce. Wybór potraw spory, napoje wszelakie, miła obsługa i nawet moje niejadki najadły się za stado żarłoków. My zresztą też. Mogliśmy przystąpić do podróży.



Cały teren nie jest jakoś strasznie wielki. Spokojnie można spacerować nie męcząc się przy tym okropnie dla młodszych dzieci polecam jednak wziąć wózek lub wypożyczyć specjalne jeździdło, w którym można ciągać całą wałówkę. Jest wiele miejsc na odpoczynek, warto wziąć kocyk, można urządzić sobie piknik lub nawet grilla. A jeśli nie chcemy robić nic na własną rękę, można przysiąść w miłej atmosferze przy kawce, koktajlu lub na lodach. Niczego nie powinno nam zbraknąć. Ale mimo to, mamy też sporo przestrzeni, atrakcje nie są poupychane jedna na drugiej, nie ma się wrażenia ścisku. Nie wiem, jak jest w osławione weekendy, bo my specjalnie wybraliśmy się na tygodniu, ale dla nas było w sam raz. Odpowiednio dużo ludzi by nie było smutno, ale bez okropnego natłoku i kolejek do wszystkiego.



A co można zobaczyć w Magicznych Ogrodach, z czego skorzystać, gdzie się wybawić?
Wszędzie. Są zamki do wspinania, zjeżdżalnie, różne stwory, kolejka, sadzawka, po której można pływać tratwami, plaża, zamek krasnoludów, Mordole, dmuchane konstrukcje i wiele, wiele innych (na część mogłam nie zwrócić uwagi z racji mniejszych dzieci, ale jest tego od groma). A wszystko to w cudnym, kwiecistym, pełnym zakamarków ogrodzie, po którym można spacerować bez końca i ciągle coś odkrywać.


Bez dwóch zdań, był to cudowny czas, fajnie spędzony czas, rodzinny czas... Chyba nie było momentu, że nasze dzieci się nudziły, marudziły, czy narzekały. Podobało im się chyba wszystko i na pewno chcą tam wrócić ponownie. A póki co zaopatrzyliśmy się w pamiątki (sklepik z pamiątkami jest taki, że nie ma dziecka, które by tam nie dostało oczopląsu) i wróciliśmy do domu z bardzo dobrym wrażeniem i wspaniałymi wspomnieniami.

A oto krótka fotorelacja... Zapraszam!!!
Już na samym początku wita nas przemiły skrzat. Mojego Filipa nie można było od niego odciągnąć, a jak w końcu się udało, to i tak wracał trzy razy. Inne dzieci też stały jak zaczarowane, a Zosia na koniec zażyczyła sobie kubeczek z "Dziadem"...
Potem spotykamy Mordole, które są niekwestionowanymi władcami tej krainy i które potem spotykamy raz jeszcze w ich grocie. 



Spacerując natykamy się na wiele atrakcji, przyjaznych istotek, wielkich roślinek. Dzieci głupieją z radości i zapoznają się ze wszystkimi po kolei. Włażą na nie, zaczepiają, dojeżdżają, zagadują... Jedne są przyjazne, inne tajemnicze, a inne powodują, że Zosia odwraca się i mówi: "to, beee", co oznacza, że mamy sobie jak najprędzej pójść.






Szaleństw jest wiele. I dla młodszych, i dla starszych. Ja z racji moich bobasów opowiadam Wam o tych przeznaczonych dla młodszych dzieci, ale nawet te trochę starsze będą zadowolone, jak pozjeżdżają na zjeżdżalniach czy przejadą się kolejką po krainie Bulwiaków (ja do tej pory żałuję, że wysłałam Filipa z Tatą, a z Zosią zostałam na peronie... chyba będę musiała to nadrobić). Nie mniej jednak, po tych wszystkich wrażeniach każdemu przyda się chwilka oddechu, nabrania sił i odpoczynku. A miejsc do tego przeznaczonych jest od groma...
Od kawiarni i barków z przepysznym frappe i lodami...


... po rozmieszczone po całym parku wygodne i oryginalne miejsca do polegiwania...



A jak już wypoczniemy, najemy się, napijemy, podelektujemy się pięknymi widokami możemy wracać do dalszej zabawy. Bilet wstępu upoważnia do korzystania ze wszelkich atrakcji przez cały dzień więc żal za wcześnie opuszczać to magiczne miejsce. A zadowolenie dzieci gwarantowane...




Myślę, że zachęciłam Was do odwiedzenia tego miejsca. My wybawiliśmy się za wszystkie czasy, wrażenia niesamowite, intensywnie i miło spędzony czas. Piękne miejsce, bajeczne przeżycia, super... Komuś, kto wymyślił taki park należy się zdecydowanie nagroda. A jeśli jeszcze Wam mało, to zapraszam na filmik TUTAJ z przejażdżki Filipa przez krainę Bulwiaków...

PS. A będąc w okolicy grzech nie odwiedzić zamku w Janowcu z przyległościami i pięknymi widokami na dolinę Wisły. 

****
Od dnia 04.08 do 13.08 na naszym Facebooku (TUTAJ) trwa konkurs, w którym do wygrania jest czteroosobowy bilet właśnie do Magicznych ogrodów. Wszystkich zainteresowanych serdecznie zapraszam do kreatywnej zabawy. Naprawdę warto!!!

poniedziałek, 3 lipca 2017

Lekka sałatka na kolację dla dwojga.

Miało być zdrowo, aktywnie, rozmaicie i z uśmiechem na ustach... Rzeczywistość niestety trochę wkradła się w nasze plany i je odrobinkę pokrzyżowała, ale powiedziało się A, trzeba powiedzieć B. I choć często bieganie zastępują długie spacery, a ćwiczenia wszelakie ustępują pola pracom polowym, to raz na czas jakiś, zamiast sławetnych już warzyw na patelnię, można sobie kolacyjkę urozmaicić, a przy okazji podbudować nasze relacje z drugą połówką... Bo co jak co, ale wspólne posiłki zbliżają, a ich wspólne przygotowanie i potem po nich posprzątanie, to już w szczególności.

Propozycja na dziś... Prosta i lekka sałatka na kolację, ale nie tylko.

  • roszponka - dwie pełne garście,
  • pomidor - 1,5-2 sztuki,
  • ogórek zielony, obrany - około pół,
  • gotowana pierś z kurczaka - mi wyszło około 100g czyli pół piersi (czasem zostanie z rosołu, czasem dzieciarnia nie zje),
  • oliwki - kilka - ja dałam zielone nadziewane, bo takie miałam, ale zdecydowanie bardziej wolę czarne... no i lepiej się prezentują,
  • odrobina jogurtu naturalnego (można dodać do niego ząbek lub dwa czosnku jak ktoś lubi),
  • sól, pieprz lub inne przyprawy do smaku.


Roszponkę umyć, rozdzielić listki, wrzucić do salaterki. Pomidory i ogórki pokroić w średnią kostkę, rzucić na roszponkę. Kurczaka pokroić lub poszarpać też dodać. Oliwki poprzekrajać na pół i też wrzucić. Wszystko pociapać paroma, 2-3 łyżeczkami jogurtu lub jogurtu z czosnkiem. Doprawić i voila...



Można rozsiadać się do kolacji. I myślę, że przy takiej sałatce jedna lampka wina nie zaszkodzi, a może nawet pomoże w tym umacnianiu więzi, o którym pisałam na początku ;)

Smacznego!!!


PS. Sałatka jest też znakomita dla innych członków rodziny ;)

wtorek, 27 czerwca 2017

Pięć książek wartych przeczytania tego lata.

Sezon urlopowy tuż, tuż... Już za chwilkę spakujemy walizki, wyjedziemy nad jeziora, morza, w góry i na Mazury... A tam czasu w bród, można nadgonić lektury... Ja najwięcej czytam na wczasach zagranicznych, bo zagraniczna telewizja tak nie ciągnie wieczorami, a coś trzeba robić, jak dzieciaki pójdą spać. Przecież ich samych nie zostawimy i nie pójdziemy na balety. No i na działce w leniwe, upalne dni, gdy trzeba mieć oko na basenujące dzieci... A poza tym, to czas jakoś goni i czytam zdecydowanie za mało niż bym chciała, a sterta książek do przeczytania rośnie w zawrotnym tempie. Ale może w wakacje nadrobię...

Na razie mam dla Was kilka pozycji, które jakimś cudem udało mi się pochłonąć i, które były strzałem w dziesiątkę, choć może nie wszystkie należą do gatunku literatury ambitnej...

***
1. "Dziewczyna z pociągu" Paula Hawkins


Wciągająca, intrygująca, zagmatwana, ale jednocześnie napisana przystępnym i gładkim językiem. Postacie budzące różne emocje, niejednoznaczne, nie czarno-białe. Rozwiedziona alkoholiczka, która wyobraża sobie, że żyje innym życiem, niespełniona artystka, która notorycznie zdradza męża, ta trzecia, która zajmuje miejsce byłej żony i wydaje jej się, że jest wyjątkowa... Niby proste, a jednak nie do końca... 
Ja niestety, zanim przeczytałam książkę, widziałam w kinie trailer filmu na jej podstawie i w zasadzie na jego podstawie domyśliłam się, kto jest zabójcą, ale nie przeszkodziło mi to czytać z zapartym tchem i z niechęcią odkładać książkę choć na chwilę. Fabuła jest tak zagmatwana, że chce się więcej i więcej... 
 
***
2. "Światło między oceanami" M.L. Stedman

Historia prosta, momentami niemal banalna, ale o tak ogromnym ładunku emocjonalnym, że czytając zanosiłam się prawie histerycznym płaczem. Zapada w pamięć na długo, każe bić się z myślami, siedzi w głowie, by raz na jakiś czas wypłynąć i znów podrażnić matczyne uczucie. Bo opowieść jest o macierzyństwie, o miłości, o dwóch matkach i jednym dziecku... O dobrych ludziach, którzy dokonują złych wyborów, podejmują złe decyzje... Na zakończenie czeka się jak na wybawienie od tych szarpiących emocji, ale ono nie nadchodzi, bo opowieść nie może się dobrze skończyć... Żadne rozwiązanie tej sytuacji nie jest dobre...
Piękny język, pięknie opisana sceneria, wyobraźnia zdecydowanie ma co robić. Film, choć dobry  wizualnie, nie oddaje tych uczuć, co książka.


"Dobro i zło są jak cholerne węże, splatają się ze sobą tak ciasno, że człowiek nie potrafi ich rozróżnić dopóki obu nie zastrzeli."

 ***
3. "Beksińscy. Portret podwójny." Magdalena Grzebałkowska.
Od dawna interesowałam się Beksińskimi. Z racji szkoły i moich zainteresowań, bardziej Zdzisławem przez pryzmat jego twórczości niż resztą rodziny. Po obejrzeniu "Ostatniej rodziny" czułam niedosyt tak duży, chciałam poznać ich bliżej już nie przez sztukę, a przez nich samych, chciałam dowiedzieć się więcej w szczególności o Zofii Beksińskiej, której postać, choć poboczna, bardzo mnie zaintrygowała. Więc, gdy ktoś zaproponował mi "Portret podwójny" rzuciłam się na niego bez mrugnięcia okiem choć nie przepadam za dokumentalnymi biografiami. Ale "Portret podwójny" nie jest typową biografią. Jest opowieścią tak momentami irracjonalną, tak przerażającą, tak wciągającą, że nie chce nam się wierzyć, że jest najprawdziwszą prawdą. 
Książka o uczuciach, wzajemnych relacjach, samotności i lękach. Ze strasznym zakończeniem. Przejmująca, ale warta polecenia dla każdego, kto kiedykolwiek słyszał o rodzinie Beksińskich.


"Zdzisław Beksiński do trzech największych totalitaryzmów będzie zaliczał: faszyzm, komunizm i katolicyzm."

***
4. "Czekoladowy tort z Hitlerem" Emma Craigie

Historia wszystkim znana, nie raz opisywana, nie raz ekranizowana... Upadek III Rzeszy, ostatnie dni Hitlera i jego współpracowników... Wśród nich Joseph Goebbels wraz z małżonką i sześciorgiem dzieci... Najstarsza z nich, Helga, ma już dwanaście lat. Wiele widzi, dużo rozumie, umie czytać między wierszami...
Poruszająca opowieść o upadku Niemiec, obłędzie, paranoi... A wszystko oczami dziecka.
Książka inna, zaskakująca mimo znanej wszystkim fabuły, momentami przerażająca...


"Czytelnik może zapytać, jak odróżnić prawdę od fikcji. Wskazówka ogólna: wszystko, co wydaje się wyjątkowo nieprawdopodobne, jest prawdopodobnie prawdą". 
Hilary Mantel, A Place of Greater Safety


***
5. "Pochłaniacz" Katarzyna Bonda

Pierwsza i jak do tej pory jedyna książka Katarzyny Bondy po jaką sięgnęłam, ale nie mówię, że ostatnia. Długo nie mogłam się na nią zdecydować mimo recenzji, piania w każdym medium, ja omijałam ją szerokim łukiem, bo przecież mam swoje ulubione kryminały i nic się z nimi równać nie może... Ale jednak coś mnie tknęło i postanowiłam spróbować... I co się okazało? 
Historia nieco powikłana, rozciągnięta, ale przedstawiona w ciekawy sposób, ciągnie się i ciągnie, a nas za sobą, bo po prostu chcemy więcej... Bohaterowie, każdy jeden, z główną na czele (niepijącą alkoholiczką, samotną matką, czarną owcą w rodzinie), wyraźni, z cechami tak uwidocznionymi, że wydaje nam się, że ich znamy, że możemy wejść w ich tok rozumowania... No i coś, co ja lubię... Jedna zbrodnia, druga zbrodnia sprzed lat, obie się łączą, powoli zazębiają... Uwielbiam takie retrospekcje...


Nie powiem, żeby ta książka mną wstrząsnęła, ale na pewno jest dobrze napisana, fajnie się czyta, jest wciągająca. A na wyjazd wakacyjny na pewno wezmę drugi tom cyklu o Saszy Załuskiej. 


Mam nadzieję, że coś z tej piątki wybierzecie dla siebie, że w czymś byłam pomocna. A może Wy macie mi coś do polecenia? Coś innego, wyjątkowego, oryginalnego lub zwyczajnie wciągającego? Z chęcią w wakacje nadrobię zaległości czytelnicze, bo wstyd się przyznać, ale zaniedbuję ostatnio tą aktywność na rzecz innych, nie mniej przyjemnych, ale jednak zaniedbuję... Trzeba coś z tym koniecznie zrobić ;)

środa, 21 czerwca 2017

Drobne cwaniaczki...

Naszą narodową cechą jest kombinowanie... Kombinowanie na różnych polach, w różnych dziedzinach, w różnych aspektach życia... Chodzi o ugranie czegoś, o korzyści, o wygodę, albo zwyczajnie, tak po ludzku, żeby inni nie mieli... Wystarczy wyjść na chwilkę z domu, włączyć telewizję lub otworzyć gazetę, żeby natknąć się na jakąś super historię... I nawet nie chodzi mi o jakieś wielkie przekręty, bo do tych trzeba mieć choć trochę głowę na karku, mi chodzi o takich drobnych cwaniaczków, których spotyka się na co dzień... O takich, co to wepchną się w kolejkę, wydębią darmowego batonika czy przejadą się za darmo autobusem... Taka mała rzecz, a jak cieszy takiego cwaniaczka... Ba, tak go cieszy, że z czasem takie małe cwaniactwa wchodzą mu w krew i wykorzystuje każdą nadarzającą się okazję, żeby coś ugrać... Nawet jeśli nie jest mu to do niczego potrzebne...

Ale zacznę od głośnego ostatnio uszczelniania programu 500+. Żeby było jasne, ja nadal uważam, że ten program jest źle skrojony i nie do końca popieram nasz rząd w jego działaniach, ale pomysł uszczelnienia programu uważam za słuszny. I nie, nie dotknie on wcale tych najbardziej potrzebujących, ale tych, co sobie dopasowali sytuację życiową i materialną konkretnie pod wymagania 500+. Samotne matki, które w rzeczywistości samotne nie są, tatusiów bez pracy, a w rzeczywistości robiących na czarno, pracowników, którzy nagle zostali zdegradowani i dostali trzykrotnie niższą pensję niż dotychczas, ale za to łapią się na zasiłek od państwa. Brawo za przedsiębiorczość, ale nie temu chyba miał ten program służyć. A tracimy na tym wszyscy, w szczególności ci, co najbardziej potrzebują. A poza tym, właśnie przez takich kombinujących program 500+ jest wyśmiewany, a pobierający świadczenie wrzucani do jednego, paskudnego worka...

Ale ja nadal nie o tym chciałam. To tylko taki drobny komentarz wydarzeń bieżących, ale jakoś skojarzył mi się z tematem tego postu. 
Stoję sobie ostatnio w markecie przy kasie. Kasy tak skonstruowane, że dwie kolejki idą obok siebie więc, jak stoję w swojej, mam możliwość zaobserwować co dzieje się w sąsiedniej. Ja czekam, a w  tej obok ostatni klient jest obsługiwany. Czyli można podejść i jest się w zasadzie pierwszym. Tak też zrobiła pewna starsza pani. Podeszła, przymierzyła się do wyjęcia pierwszego towaru, a tu bach... Wbija się przed nią kobieta w średnim wieku, wypacykowana i, że ona tu stała, koszyczek nawet pod kasą zostawiła i poszła tylko na chwilkę, bo czegoś zapomniała. Ok, ja wszystko rozumiem, też mi się zdarzało, ale... No właśnie... Kasa była niemal pusta, starsza kobieta miała ze dwa, może trzy artykuły, ta druga cały wypchany koszyk... Pomijam fakt, że starsza pani była naprawdę panią starszą, poruszała się o lasce, należało jej się pierwszeństwo... A poza tym, następnym razem może od razu po wejściu do marketu postawić pod jakąś kasą koszyk i potem tylko przyjść i wepchnąć się na początek kolejki, bo przecież koszyczek stał i miejsce trzymał... To trzeba mieć jednak tupet.


Druga sytuacja dotyczy już bezpośrednio nas. Piknik rodzinny, wiadomo, najwięcej czasu spędza się w kolejkach do atrakcji, do lemoniady, do waty cukrowej czy do malowania buzi czy włosów. Zosia od początku napaliła się na te włoski i bardzo chciała mieć pomalowane. Robiliśmy kilka podejść, ale za każdym razem kapitulowaliśmy, bo 2,5-latka się nudzi, chce gdzieś iść, jest jej gorąco. Na sam koniec już się zawzięliśmy, poszliśmy we dwóję, ja zajmowałam się Zosiulą, która szalała naokoło, a Szanowny pilnował kolejki. Cały czas byłyśmy obok. Widziałam, jak kolejka się przemieszcza i gdy było już tuż, tuż przyszłyśmy czekać na swoją kolej. I nagle, znikąd pojawia się pani i znów... "Pan tu nie stał, pan stał za mną i za tym panem..." A państwo razem mają troje dzieci, na oko w wieku 8-10 lat, trochę to potrwa, a poza tym ich wcale tam nie było... Ani na początku naszego stania, ani potem, aż do chwili, kiedy przyszła nasza kolej, nikt ze stojących tego nie potwierdza, pani powołuje się na jakiś chłopców, których tam dawno nie ma... Zaprotestowałam i usłyszała, że oni byli, ale poszli po lemoniadę, ale byli... No ludzie, cyrk jakiś!!! No w takim razie, ja z Zosią od rana byłam tu już trzy razy, tylko poszłam po lemoniadę, na zamek dmuchany, odebrać medale i na siku. Pani przybrała waleczną minę, widać że nie popuści 2,5 letniej dziewczynce z pięcioma włoskami na krzyż, farba się skończyła, pani fryzjerka się zawinęła, a ja obiecałam Zosi, że pomaluję jej włoski następnym razem... Trudno... Na szczęście moje dziecko jest rozumne i niektóre rzeczy potrafi pojąć, a ja nie mam ochoty na pikniku rodzinnym wdawać się w kłótnie z kimś, kto... i tu trzykropek, bo to co sobie wtedy pomyślałam to moje...

Ogólnie takich sytuacji jest wiele. Te dwie akurat zdarzyły się niemal jedna po drugiej. O przepuszczaniu kobiet w ciąży, parkowaniu na miejscach dla rodzin czy dla niepełnosprawnych, o wpychaniu się do szybkich kas z całymi koszykami wypakowanymi produktami, o docinkach, o uprzejmości na drodze, o dorzucaniu towaru do już zważonej torebeczki nawet nie będę się rozpisywać. Gubi gdzieś się społeczeństwo, traci elementarną przyzwoitość, uczciwość, wrażliwość. Dla wielu liczy się tylko jego własne ja, jego własny interes...  Nie chodzi tu nawet o mnie z małym dzieckiem czy starszą panią o lasce... Chodzi o każdego. Po to jest kolejka, żeby w niej stać, po to są przepisy, żeby ich przestrzegać, wyznaczone miejsca po coś są wyznaczone. Mi niestety zbyt działają takie sytuacje na nerwy, często się wycofuję, a to źle... Im więcej osób godzi się na takie traktowanie, tym więcej cwaniaczków się pojawia z nadzieją, że ugrają te pięć minut czy miejsce o dwa metry bliżej wejścia. I o ile jestem w stanie choć trochę zrozumieć tych od 500+, o których pisałam na samym początku, potrafię sobie wytłumaczyć, że to przecież dla rodziny, dla lepszego życia (choć jak dla mnie jest to dość krótkowzroczne działanie), to zabijcie mnie, ale nie wiem, co takim drobnym cwaniaczkom leży na wątrobie... Chyba tyko tyle, żeby udowodnić sobie: "zobacz, ale ich zrobiłem w ch...a, ale ze mnie gość"...

poniedziałek, 12 czerwca 2017

Odskocznia od codzienności czyli Jura Park w Bałtowie.

Zbliża się powoli czas naszych wakacyjnych szaleństw. Powoli zaczynamy planować i organizować sobie czas, żeby jak najlepiej skorzystać z krótkiego polskiego lata. Żeby potem nic nie żałować i mieć co wspominać w paskudne, zapadane, jesienno-zimowe popołudnia. Jak nam się uda, na ile pozwoli czas, na ile fundusze, to się jeszcze okaże, ale co nie co powakacjować trzeba. Jedno takie miejsce, które chcemy odwiedzić (ponownie) w niedługim czasie, dziś chcę wam w skrócie przedstawić. Byliśmy już tam raz, spodobało się nam, spodobało się dzieciakom więc nie widzę przeszkód, żeby ten wypad powtórzyć. Mam na myśli Jura Park w Bałtowie.

Do Bałtowa zawitaliśmy na jesieni ubiegłego roku przez przypadek. A w zasadzie nie przez przypadek, a przez charytatywną licytację, na której wylicytowałam voucher rodzinny z noclegiem. Szkoda było nie skorzystać, ważność się kończyła więc rzutem na taśmę spakowaliśmy się i pojechaliśmy. I to był strzał w dziesiątkę. Udało nam się znakomicie. Ostatnie dwa dni września okazały się niemal letnim dniami, ostatnimi takimi w tamtym roku, tłumów już nie było, a my mieliśmy fajne zakończenie sezonu. Fakt, że z wyżywieniem było troszkę kiepsko w takie dni, ale nie jest to pustkowie i sobie znakomicie poradziliśmy i z tym problemem. A Filip do dziś wspomina dinozaury i domek, w którym nocowaliśmy, co dla 3,5 latka zdecydowanie była jedna z większych atrakcji.

Zacznę jednak od maleńkiego zgrzytu, żeby potem już tylko słodzić, słodzić i słodzić. Otóż, mieliśmy bilet rodzinny obejmujący wszystkie atrakcje i mieliśmy nocleg więc logiczne, że będziemy dwa dni. Nikt nas nie poinformował przy odbieraniu biletów i opasek, że te atrakcje są do wykorzystania jednego dnia, tego pierwszego. Pal sześć, gdy chcieliśmy drugi raz jechać autobusem, zapłaciliśmy za drugi przejazd, ale pierwszy mieliśmy w ramach biletu. Gorzej, że część atrakcji odłożyliśmy sobie na dzień następny, zwłaszcza, że przedłużaliśmy sobie "dobę" do popołudnia, żeby jeszcze troszkę poszaleć, i niestety zostaliśmy poinformowani, że bilet wygasł. Obecnie na stronie Parku, jest taka informacja, że bilet jest do wykorzystania tylko w dniu zakupu, ale my nie czytaliśmy strony tylko pytaliśmy na "bramce", a tam nas nikt o tym nie poinformował. A dwa... Mimo opaski na ręku, która miała oznaczać, że jesteśmy gośćmi nocującymi w kompleksie, na drugi dzień musieliśmy się tłumaczyć nawet w tych atrakcjach, które są dostępne w pakiecie przez cały pobyt. Troszkę nam to odebrało przyjemność choćby z zabawy w wiosce czarownic. Na szczęście takie niedogodności się szybko zapomina i zostaje tylko dobre wrażenie, ale zwracam uwagę, żebyście zawsze dokładnie doczytywali lub dopytywali, bo we wszystkich pakietowych biletach bywają takie kruczki, na które byśmy nie zwrócili uwagi, a które mogą nam troszkę "urozmaicić" wyjazd.

Ale to tyle narzekania, reszta już tylko godna pochwały.

Atrakcje same w sobie ciężkie są do wyliczenia i opisania. Jedno jest pewne, jest tego sporo i każdy znajdzie tam coś dla siebie. Na początek zaczęliśmy od JuraParku czyli parku z dinozaurami, po którym świetnie się spaceruje, można przysiąść, coś zjeść, pobawić się na placu zabaw, nawet popływać łódkami. Jest też prehistoryczna wioska i Gondwana, w której nieco starsze dzieci mogą się pobawić w archeologów i sprawdzić swoją wiedzę na temat dinozaurów. Dzieciaki mogą się powozić samochodem jaskiniowców, ale też wrzucić monetkę do limuzyny Presleya... ;)





Największą frajdę nasze dzieciaki, poza noclegiem oczywiście, miały ze zwierzyńca. Pierwszego dnia zwiedziliśmy tak zwany Zwierzyniec Górny czyli przejechaliśmy się amerykańskim autobusem szkolnym po takim naszym swojskim, mini safari. Sama przejażdżka była już nie lada atrakcją, pan kierowca i przewodnik  również nie pozwalali się nudzić, a taka bliskość zwierząt niemal nas onieśmielała. W zwierzyńcu można zobaczyć niemal 400 zwierząt żyjących w zbliżonych do naturalnych warunkach. Są tam żubry, wielbłądy, lamy, alpaki, daniele, jelenie (różne gatunki), kozy afrykańskie, owce (różne gatunki z różnych części świata), bydło zebu, bydło szkockie i watusi, jaki, antylopy Nilgau, dziki, emu, strusie afrykańskie, kuce szetlandzkie. Powiem wam, po prostu szał... Zosia popiskiwała z zachwytu, podskakiwała, przechodziła od okienka do okienka, żeby po wyjściu z autobusu zwyczajnie i po dzidziusiowemu odpłynąć z emocji...





Drugiego dnia zrobiliśmy sobie spacer po drugiej części zwierzyńca, po tzw. Zwierzyńcu Dolnym. Tutaj królują ptaki i mniejsze ssaki. Serce dzieciaków podbijają kuce, osiołki, małpki, szopy, wiewiórki, surykatki i wiele, wiele innych. Jest też Wiejska Zagroda, w której możemy podejrzeć zwierzaczki rzadko spotykane przez mieszczuchów czyli kaczki, gęsi a nawet krowy.



Warta zobaczenia jest też Wioska Czarownic, która w różnych porach roku zmienia swoje przeznaczenie. My przyjechaliśmy pod koniec września więc już trwały przygotowania do obchodów Halloween. Wszędzie królowały dynie i zabawy w iście przerażającym stylu. Żałuję, że nie załapaliśmy się na tematyczne animacje, ale panie Czarownice z Wioski nawet poza planem zajęły się nami świetnie i Fifi mógł wziąć udział w konkursach i zabawach ku rozpaczy Zosi, która była za mała, żeby wejść w tunel strachu...


To oczywiście nie koniec atrakcji. Te wymienione na początku, to te, które nam sprawiły największą frajdę czyli takie, które nadają się w szczególności dla mniejszych dzieci i, które one na pewno zapamiętają na dłużej. Oczywiście nie znaczy to, że resztę ominęliśmy i nie skorzystaliśmy. Zaszliśmy niemal do każdego kąta i każdego zakamarka. No może z wyjątkiem Kina 5D, na które mieliśmy ochotę, ale to była jedna z tych atrakcji, którą zostawiliśmy sobie na dzień następny, bo nie wiedzieliśmy czy nasze dzieci będą się nadawały, a gdy okazało się, że bilet już nie obowiązuje, to zwyczajnie zrezygnowaliśmy. Teraz żałuję tej decyzji, ale przecież jeszcze to nadrobimy. 

Zwiedziliśmy zatem Muzeum Jurajskie, które na dzieciach specjalnego wrażenia nie zrobiło, ale nam sprawiło radochę i poczuliśmy się trochę rozpieszczeni. Ja w szczególności zakochałam się w ekspozycji poświęconej minerałom. 
Zobaczyliśmy Prehistoryczne Oceanarium i stanęliśmy oko w oko z wielkimi gadami, które zapary nam dech w piersiach, a Filip nawet troszkę się przestraszył. Zosia natomiast była zachwycona wielkimi zębiskami rekina.
Wybawiliśmy się na Placu Zabaw i pospacerowaliśmy po Pszczelim Skansenie.

Spora część atrakcji jeszcze wydawała nam się zbyt "dorosła" dla naszych szkrabów więc tylko je podziwialiśmy z odległości, ale zawsze będzie powód, żeby wrócić tam i wszystko nadrobić. Dlatego już teraz kupimy bilety i wyczekamy na odpowiedni moment, by tym razem bardziej aktywnie odwiedzić Krainę Koni, skorzystać z Wodnych Atrakcji i Parku Rozrywki, obejrzeć Żydowski Jar, a może kiedyś, jak już bobasy przestaną być bobasami, zjechać na Rollercoasterze

A teraz powiem wam, dlaczego warto zatrzymać się w Bałtowie na noc. Otóż sam JuraPark i przyległości, to nie wszystko. Okolica też jest piękna i godna pospacerowania lub pozwiedzania. My przy okazji odwiedzin w Bałtowie, zwiedziliśmy zamek Krzyżtopór... Ale nie trzeba się wcale ruszać daleko. Wystarczy krótki spacer, żeby podziwiać widoki, a nawet trafić na domek do góry nogami. 


A o nocleg martwić się nie trzeba. Domki dostępne w Zajeździe "Przystocze" nie odbiegają niczym od dobrych hoteli. My zatrzymaliśmy się w pokoju rodzinnym. Jest to dwupoziomowy apartament (chyba śmiało mogę tak powiedzieć) gdzie na parterze znajduje się salonik z telewizorem, aneksem kuchennym i łazienką, a na górze dwa pokoiki z łóżkami. Na antresoli dwa tapczaniki dla dzieci, a w pokoju obok łóżko małżeńskie. My poprosiliśmy jeszcze o łóżeczko dla dziecka. Miejsca jest dużo, wygodnie, fajnie i przytulnie. Dla samego noclegu warto się tam wybrać. I dla takich widoków z okna z rana:


Miejsce zdecydowanie godne polecenia. Tak na jeden dzień dla osób z bliska, jak i na kilka dni dla tych z dalsza. Zobaczymy czy w tym roku spodoba nam się tak samo, jak w zeszłym, ale na pewno już niedługo zawitamy do Bałtowa ponownie, bo dzieci nie dadzą nam spokoju. No i tym razem też zaplanujemy jakieś wycieczki krajoznawcze po okolicy. W końcu dzieci coraz większe i coraz więcej rzeczy je interesuje...

PS. A może wy znacie jakieś fajne i ciekawe miejsca, gdzie można wyskoczyć na dzień lub dwa. Odpocząć, odsapnąć od dnia codziennego i sprawić dzieciom radochę. Chętnie skorzystamy z podpowiedzi...