piątek, 30 maja 2014

Stary nam przeszkadza...;) plus rozdanie...

Już jakiś czas temu zauważyliśmy z mężem, że nasz kochany synek zachowuje się zupełnie inaczej, jak jesteśmy razem w domu. Że wtedy sobie bardziej pozwala i jest bardziej absorbujący uwagę. Mimo, że jesteśmy we dwójkę do opieki, to niejednokrotnie żadne z nas nie może odpocząć.
To, że Fi jest małą gwiazdą i chce być zawsze w centrum uwagi wiedzieliśmy już od dawna. Naprawdę ciężko sobie z nim poradzić, jak wokół są ludzie nim zainteresowani. Ale to, że to Tatuś Filipa przeszkadza nam w spokojnym funkcjonowaniu, odkryłam całkiem niedawno. 
Nie zrozumcie mnie źle, ja bardzo cenię sobie pomoc męża, uważam, że świetnie sobie radzi, ale są sprawy, w których jego obecność zwyczajnie przeszkadza.
Już jakiś czas temu zauważyłam, że Fi, jak ma atrakcje, to nie chce zasypiać na drzemkę. U teściów pozwalam mu się wyszaleć, potem wyryczeć i paść samemu, bo inaczej nie da rady go uśpić. On ma inne sprawy do roboty i czasu na spanie brak. Stąd ten ryk przed samym zaśnięciem, bo jest zwyczajnie zmęczony, a jeszcze walczy, że on pójdzie się bawić.
Ale w życiu bym nie przypuszczała, że taką samą atrakcją będzie jego Tata. Zrozumiałabym jeszcze, gdyby mąż pracował całe dnie i był wieczornym i weekendowym tatą. Ale nie. Teraz mamy taki okres w pracy, że M. wychodzi ok. 9, a koło 14-15 już jest z powrotem i potem poświęca się prawie cały zabawie z dzieckiem. Nie jest więc rzadkością i takim wielkim WOW. Nie mniej jednak, jak mąż jest w domu Filip nie chce zasnąć i już. Jak zazwyczaj, jak jesteśmy sami i Fi zrobi się zmęczony, to przychodzi do mnie na kolana, wtula się i zasypia. Jak jest M., Fi owszem przychodzi, owszem wspina się na kolana, przytuli się, ale po dwóch minutach znów zrywa się by pędzić się bawić. Nie jest ważne, ze już się na nóżkach chwieje, on ma inne zajęcia niż spanie.
Doszło do tego, że jak już przychodzi pora filipiego spania, jak już się słania na nóżkach, a za nic nie zaśnie bo Tatuś się po domu szwenda, to zwyczajnie wywalam męża na zakupy. Nie ma go 15 minut, a jak wraca to Filip już śpi.

Ale jakby tego było mało, to dziś odkryłam, że nasz ukochany Tatuś i mój mąż przeszkadza nam również dobrze się wyspać. Już nie raz pisałam, że do szału doprowadza mnie jego chrapanie, sapanie i wydawanie dźwięków nosowo-paszczowych, jak ja próbuję zasnąć. Już nie raz pisałam, że muszę go w końcu wywalić z sypialni, żeby postanowił coś z tym zrobić. No i ostatnio non stop użalałam się nad tym, że Fifi wstaje mi o 5.30 i tłucze się po mnie w łóżku, żeby już przed 6 zażądać wstania całkowitego. 
No i dziś stała się rzecz niespodziewana i niezamierzona.
Po chyba trzech pobudkach w nocy, o godzinie 4.40 już miałam szczerze dość i się wkurzyłam. Zaparłam się w sobie i nie wzięłam Filipa do nas do łóżka. Byłam tak zła, że nie chce pić z niekapka, że nawet cycka mu nie dałam, bo ostatnio po wypiciu mleka rozbudzał się już na całego. Po paru minutach lamentów, targany łkaniem w końcu zasnął, a ja położyłam się z wyrzutami sumienia z nadzieją, że jednak uda mi się zasnąć i przestać nasłuchiwać jego oddechu. Ale nic z tego. Wtedy uaktywnił się małżonek. Po szturchnięciu, kopnięciu, przewróceniu na bok, w końcu wywaliłam go z łóżka do salonu.
I wiecie co? Fi obudził mnie koło 6, wzięłam go do siebie, dałam cycka i stał się cud. Moje dziecko obejrzało się na miejsce taty, zdziwiło się, położyło i bez akrobacji pospało do 8, a i mi się udało dospać, a jedyną kontuzją jaką miałam, było odgniecione ucho.
No i jakie ja mam teraz wyciągnąć z tego wnioski?
Że Stary nam przeszkadza...
No ok, to dopiero jeden raz, ale już kiedyś było podobnie. W czasie, gdy Tata Filipa do pracy wyjeżdżał bladym świtem, też lepiej nam się spało. Mimo, że po wstaniu nie miałam pomocy do dziecka, to byłam dospana, nie obtłuczona przez wałkoniącego się Filipa i ogółem jakaś żywsza.
Z jednej strony mnie to cieszy, bo przyznam szczerze, że ostatnio miałam ochotę tylko siąść i płakać, bo straciłam całą nadzieję na normalne spanie i wstawanie. Ale z drugiej strony wolałabym jednak mieć tego męża w łożu, jakby na to nie patrzeć, małżeńskim.
I jak tu to wszystko pogodzić?


PS.
Ostatnio na naszym liczniku odwiedzin bloga pojawiła się liczba 30.000. Dla kogoś może to mało, ale dla mnie to jednak sukces. Dziękuję Wam wszystkim serdecznie i zapraszam do zabawy.

Mam do rozdania komplet sześciu ręcznie robionych serwetek. Idealnie nadają się jako podstawki pod filiżanki z kawą i herbatą.


Jeśli komuś się podobają, to wystaraczy:
- zgłosić chęć uczestnictwa.
I w zasadzie tyle, ale jeśli ktoś chce mieć większe szanse, to może jeszcze:
- polubić Mamusiowo na FB,
- dodać Mamusiowo do obserwowanych blogów,
- udostępnić banerek na FB, na blogu bądź w Google+,
- napisać w komentarzu wszystkie punkty, które się spełniło (każdy jeden, to dodatkowy punkt)

Zapraszam serdecznie do zabawy i miłego weekendu.

czwartek, 29 maja 2014

Moja łepetynka...;)

Ostatnio chwaliłam się wizytą u fryzjera, ale nie pokazałam efektów.
W niedzielę, żeby wyglądać odświętnie doprowadziłam kłaczki do ładu i machnęłam sobie fotkę.
A oto ja i moje włosięta:


I jak?
Prawda, że nie jest tragicznie?

Post krótki acz treściwy, bo przyznam szczerze, że ostatnio dopada mnie jakieś niechciejstwo.
Fi po nocach się budzi, wstaje o 5.30 i odwala akrobacje po całym moim zaspanym cielsku. Fakt, że zazwyczaj mąż daje mi dospać jeszcze chwilkę i zabiera Fifula z sypialni, ale brak mi ciągłego snu strasznie. Mam nadzieję, że to się w końcu zmieni, bo przecież już był okres, że było prawie idealnie.

środa, 28 maja 2014

Weekendowa migawka...

Choć weekend już dawno za nami i wielkimi krokami zbliża się już kolejny, to ja nadal mam w pamięci nasze zabawy w słońcu. Zwłaszcza, że słoneczko jakoś nam uciekło, a i chłodniej się zrobiło.
Czego to my nie robiliśmy. Spacery, place zabaw, baseny i oczywiście dziadkowie. 
Ci ostatni dla nas są średnią atrakcją, ale Filip nauczył się ich w pełni wykorzystywać. Na początku starałam się temu zapobiegać, ale skoro im to pasuje, to niech się męczą.

Były pierwsze huśtawki i piaskownice:

Było zasypianie na spacerze, którego nie mąciło nawet wgramolenie się na drugie piętro:

Była największa atrakcja weekendu czyli basen. Ach, jak Filip się bawił w basenie. Nie chciał wychodzić. Do tego miał ekstra widownię. Ani się obejrzałam, a nad basenikiem nie byliśmy sami. Rodzinka przyniosła sobie krzesełka i urządziła pokaz. A było na co patrzeć.

A po wszystkim odpoczynek z Mamusią.

Oj, miły był ten weekend. Mam nadzieję, że kolejny będzie równie udany. Może tym razem zrezygnujemy z jednego stacjonarnego dnia na rzecz jakiejś wycieczki. Trzeba się wprawiać. Wakacje się zbliżają, sezon zaczyna i my chyba też nie będziemy siedzieć w miejscu. Trzeba korzystać póki czas.
A Wy jak wspominacie te już minione dni? Było fajnie?
Po co pytam, na pewno było fajnie;)
A już za dwa dni.... ;)

wtorek, 27 maja 2014

Cotygodniowy Portret Dziecka: 21/52.

Ostatni weekend był dla nas pełen atrakcji. Szczególnie dla Filipa. Bawił się jak szalony.


Jedną z atrakcji była huśtawka. Fi pierwszy raz się bujał. Na początku był troszkę niepewny i przestraszony, ale już za chwilkę odkrył, że to może być wielka frajda.

poniedziałek, 26 maja 2014

Dzień Mamy...

Kochane Mamusie, 
Mamusie jednego dzieciaczka, dwóch, trzech czy może więcej.
Mamusie przyszłe, które już niedługo powitają na świecie swoje małe szczęścia.
Wszystkie Mamusie świata dziś jest nasz dzień, nasze święto.
Dlatego chciałabym w imieniu swoim i swojej rodziny życzyć Wam ( i sobie też) dużo miłości, radości, spełnienia, uśmiechów, buziaczków i przede wszystkim zadowolenia z pociech.
Kochane Mamusie - po prostu szczęścia!!!

źródło
Pamiętam Dzień Matki dwa lata temu. Wracałam wtedy z wczasów z przekonaniem, że teraz zacznie się jazda. Pani doktor miała podjąć decyzję co ze mną dalej, bo według niej, bez leczenie, dzieci, to ja mieć nie będę mogła. Niestety (a teraz wiem, że na szczęście) minęłam się z panią doktor, która wtedy wyjechała na wakacje, potem nastąpił ciąg różnych okoliczności, które skutecznie uniemożliwiły nam podjęcie jakichkolwiek działań. I dobrze, bo rok temu w Dzień Matki miałam już w ramionach mojego malutkiego Filipka. Pamiętam, że był to pierwszy dzień, kiedy obudziłam się wyspana. Synek dał mi taki prezent.
A w tym roku?
Moje Słoneczko pospać nie dało, ale to nic, jak na niego patrzę, to jestem najszczęśliwsza na świecie.
No i wiem już, że za rok w Dzień Matki będzie nas już o jedną istotkę więcej.
I z czystym sumieniem mogę powiedzieć, że bycie Matką, to najpiękniejsza rzecz, jaka mi się w życiu przytrafiła.

I jeszcze jedno.
Kochana Mamusiu, choć Cię nie ma obok nas, to my wiemy, że ciągle jesteś blisko, że nas obserwujesz, że jesteś dumna. Kochamy Cię bardzo i nosimy w serduchach, wszyscy.

piątek, 23 maja 2014

Trzeba mi oddechu...

Miałam dziś nic nie pisać, bo mimo, że pogoda dziś śliczna, że super perspektywy na weekend, to jednak humor zepsuty.
Jak to jest, że nawet w rodzinie nie można sobie ufać, że zawsze znajdzie się ktoś, kto próbuje oszukać, kłamie, podstawia nogę na każdym kroku. Mimo, że chcemy dobrze, zawsze coś jest nie tak. 
A wszystkie te działania są pod przykrywką tego, że to dla naszego dobra.
Wiecie co? Ja bardzo długo w to wierzyłam.
Teraz widzę. Niektóre osoby myślą tylko o sobie. Nieważna jest rodzina, przyjaciele, wartości, zasady. Wszystko to jest nieważne, jeśli w grę wchodzi interes własny.

W takie dni najpierw się wkurzam, potem popłaczę, potem siądę z rezygnacją, a na koniec w spokoju pomyślę. Sytuacja jest niewesoła, ale trzeba sobie ze wszystkim jakoś dawać radę. Będzie ciężko z takim hamowniczym, ale mam prawdziwą rodzinę, na którą można liczyć zawsze. Moją rodziną jest mój mąż i mój syn, reszta czasem tą rodziną bywa.

A dziś, tak jak zwykle w takich sytuacjach, wkurzyłam się, popłakałam, posiedziałam i wybrałam się z rodziną na wycieczką. Krótką, bo krótką, ale się troszkę wyluzowałam, wróciłam do domu i jestem w stanie napisać Wam, to co piszę. Wcześniej wszystko byłoby za bardzo emocjonalne. Teraz chwilowo wraca mi spokój. Za sprawą tych dwóch panów:


No i dzięki temu krótkiemu relaksikowi zapowiada się całkiem udany weekend, a sprawami bardziej zagmatwanymi zajmiemy się w poniedziałek. Teraz mam w planie wyluzować i pozytywnie nastawić się na dalsze działania. Trochę leniuchowania na kocyku, może jakieś bajorko, może lody i spacery;)
A jak Wasze plany na weekend. Jeziora, góry, morza?
A może weekend na działce, u rodziców, teściów, znajomych?

czwartek, 22 maja 2014

Sezon balkonowy rozpoczęty...

Ponieważ mieszkamy w bloku, ponieważ ciekawych miejsc dla dziecka w okolicy jak na lekarstwo i ponieważ zwyczajnie czasem muszę zrobić coś w domu i nie mogę z Filipem wyjść na plac zabaw, postanowiłam urządzić mu jego namiastkę na balkonie.
Trochę nie szło nam zainicjowanie sezonu balkonowego.
Na początek na balkoniku wylądowała pusta piaskownica. Żeby zainteresować nią Filipa, Matka nawrzucała do niej klocków. Przydałby się piasek, ale Tata Filipa jakoś się ociągał z jego zorganizowaniem.


Potem przybył piasek, ale pogoda zaczęła się kiepścić. Filip tylko jednego popołudnia miał okazję skorzystać z piaskownicy.


Jak już w końcu nadeszło słoneczko i piękna pogoda, pobawiliśmy się na balkonie jeden dzień, a już następnego zacięły nam się drzwi. Ale było mi żal dzieciaka stojącego w drzwiach i patrzącego co jest na zewnątrz. Na szczęście Tata Filipa szybko wrócił do domu i mamy już balkonik do dyspozycji kiedy tylko chcemy. A chcemy najczęściej przed południem. Popołudniem to my zwiedzamy okolice bliższe i dalekie. Wczoraj na przykład poniosło nas nad nasz lubelski Zalew skorzystać z wypasionego placu zabaw i towarzystwa innych dzieci.


Cały czas myślę co jeszcze można by było wstawić na balkon, żeby Fi miał więcej przyjemności.
Macie jakieś pomysły?
Zaznaczam, że balkon nie jest jakoś strasznie wielki.

środa, 21 maja 2014

Trochę wolności...

Pogoda w końcu piękna, słoneczko świeci, ciepło, przytulnie, a ja poczułam niesamowity przypływ energii.
W moim przypadku nie spodziewałam się już takiej poprawy, a tu takie zmiany.
I dobrze;)
Od poniedziałku szaleję w kuchni. W końcu, bo ile można jeść zamawiane obiady. A wiadomo, że nie zawsze trafia się na te udane. A jeszcze jak ktoś zmienia codziennie knajpy, to nigdy nie można byc pewnym co się zje.
Także obiady jemy domowe, wszyscy troje, a mi przygotowywanie ich sprawia przyjemność.
Ale to nie wszystko.
Odezwała się do mnie dawno nie widziana przyjaciółka. Niesamowite, bo ostatnio o niej myślałam. Tak nagle rozeszły się nasze drogi, że nawet nie zdążyłam się zorientować, że tak długo już trwa nasza rozłąka. 
Postanowiła mnie odwiedzić.
A ja co?
Włosy tłuste, kilometr odrostów, wiszące spodnie i wyciągnięta bluzka.
No nic to, trzeba coś ze sobą zrobić, bo nawet bez odwiedzin koleżanki nie czuję się ze sobą najlepiej.
Pamiętacie, jak obiecałam sobie, że będę bardziej wykorzystywać małżonka. No to zabrałam się za to właśnie w poniedziałek;)
Wygoniłam chłopaków na spacer, a sama postanowiła umalować włosy. No i postanowiłam wykorzystać męża jeszcze bardziej, bo poprosiłam go, żeby zaszedł do salonu fryzjerskiego i zapytał kiedy moja fryzjerka ma czas.
No i po jakiejś godzinie wpada małżonek do domu zadowolony ze spaceru i oznajmia, że moja fryzjerka ma czas już, albo dopiero "kiedyś tam później". Włosy mokre związałam na szybko i pobrykałam. A co? Najlepsze są takie spontaniczne akcje;)
Ostatnio nie byłam specjalnie zadowolona z efektu na mojej głowie, ale przyznam szczerze, że to troszkę moja wina, bo słowem się nie odezwałam, że jednak wolałabym krócej. No to teraz rozgadałam się za wszystkie czasy. Tego mi było trzeba, pogadać z dorosłą osobą. Na co dzień niewiele mam okazji, a małżonek jakiś ostatnio nie bardzo rozmowny.
A co na głowie? Na głowie krótko, inaczej i chyba dobrze;)
 A co po powrocie?
W domu, delikatnie mówiąc, chlew. Wszystko porozwalane. A małżonek przeżywa, opowiada, udowadnia, że wszyscy się świetnie bawili. Jakby mnie nie było co najmniej cały dzień.
Zaskakujące, że jak ja jestem sama z dzieckiem cały dzień, to nie zdaję mężowi potem relacji, nie przeżywam, nie oczekuję nagrody. Może czasem miłego słowa, ale nie za każdym razem. A do tego, jak M. wraca z pracy, to w domu jest względny ład i porządek, a na niego czeka obiad.
No ale nic to.
Jestem w stanie to znieść, może kiedyś się poprawi, a ja, tak jak zapowiadałam już wcześniej mam w planie choć troszkę oderwać się od codziennych obowiązków, bo zaczynam zauważać, że zżera mnie rutyna.

Ach, zapomniałam, że Tata Filipa pod moją nieobecność robił też fotorelacje. Oto jedno z tych zdjęć, oczywiście w jakości pozostawiającej wiele do życzenia;)


Swoje zdjęcie pokażę Wam innym razem, bo po powrocie zapomniałam zrobić, a potem nie chciało mi się już ich poprawiać;)

wtorek, 20 maja 2014

Cotygodniowy Portret Dziecka: 20/52.

No nie mogę, nie mogę dać innego zdjęcia, jako zdjęcia minionego tygodnia.


Mały hejter, cwaniak, wymuszacz.
Do tego rozrabiaka, ganiacz kotów udający aniołka albo wpadający w histerię, jak czegoś chce.
Tym stał się ostatnio mój ukochany synek;)
Na początku zwalałam jego zachowanie na dwie piękne czwóreczki, które pchają się na świat, ale teraz widzę, że to nie tylko to. Mój synek po prosu zaczyna nabierać charakterku.

poniedziałek, 19 maja 2014

Nareszcie... skrót weekendowy...

Weekend, weekend  po weekendzie.
Weekend przyniósł nam zmianę pogody. Nareszcie. Ale nam przyniósł też choróbska. Jak przed weekendem z katarkiem użerał się tylko Filip, tak teraz męczy nas wszystkich. 
I jak Filipa przynajmniej w nocy już nie męczy, tak my z mężem spać nie możemy. Dziś była pierwsza taka sytuacja, że Fi spał w najlepsze, a my we dwójkę uskutecznialiśmy wędrówki po mieszkaniu. M. uciekał do salonu, żeby się wykaszleć, ja latałam do łazienki i tylko smarkałam. W końcu i Fifi zaczął się wiercić, ale na szczęście nie wybudził się całkiem.
No, ale nieważne katary i drapiące gardła, ważne, że pogoda w końcu się poprawiła. Nawet nie tylko poprawiła, ale zrobiła się od razu iście letnie. Fajnie, bo mam tyle ubranek z krótkim rękawkiem i bałam się, że dziecko nam z nich wyrośnie nawet ich nie zakładając. No i przecież na balkonie czeka cały czas piaskownica, a w taki ziąb nawet nosa ciężko było wyściubić z domu, a co dopiero bawić się w zimnym piasku.

Ale, ale. Przecież nie od razu zrobiło się tak pięknie. W sobotę oprócz szybkich zakupów i wizyty u dziadków niestety siedzieliśmy w domu. Nawet na basen nie pojechaliśmy, bo Fifi biegał zakatarzony. Może jemu by to nie zaszkodziło, ale nie chciałam pchać takiego zasmarkańca między inne dzieci. No i nuda nas zjadała.
Do tego wszystkiego, weekendy wyzwalają w Filipie małego potwora. Ewidentnie chce wykorzystać fakt, że jesteśmy we dwójkę i robi z nami co chce. Zrobił się małym szantażystą i wszystko wymusza płaczem. Mało tego, każda porażka też kończy się histerią znikąd. Najbardziej daje nam się to we znaki u dziadków, którzy mu na wszystko pozwalają (i potem widać efekty), a jak my czegoś nie damy i dziecko zapłacze, to komentarze sypią się jak z rękawa. Cudem czasem trzymam język za zębami, żeby nie powiedzieć czegoś za dużo. Staram się naprawdę nad nimi zapanować, żeby respektowali, to co my mówimy, ale to jest jak rzucanie grochem o ścianę. 
W niedzielę też do nich pojechaliśmy, bo pogoda ładna, chcieliśmy sobie z dzieckiem pospacerować między kwiatuszkami, pobyć troszkę razem bez obowiązków. No i nie do końca się udało. Po prostu niektórzy nie zrozumieli, że jak idziemy na spacer, to chcemy być razem, we trójkę i mieliśmy cały czas towarzystwo. Mało tego, teściowie mieli gości więc trzeba było się popisać, jakimi to są dobrymi opiekunami. Tylko ten siniak pod okiem Filipa troszkę psuł im idealny obraz sytuacji.
Ale mimo wszystko było fajnie i fajnie jest, że w końcu mamy taką ekstra pogodę. Może w końcu będziemy spokojnie realizować swoje plany, a nie tylko siedzieć w domu i spacerować w okolicy.
A oto nasz mały biegacz:


Zapomniałam Wam powiedzieć, że nasz Filip panicznie boi się trawy. Znaczy, teraz robi już postępy i po niej chodzi, ale nadal, jak w oddali zobaczy chodnik, to biegnie do niego jak oszalały. Ale wejść sam na trawnik nie chce, a jak już na nim jest, to trzęsą mu się nóżki i stawia kroczki tylko za rączkę.
Dziwne, ale już się powoli przełamuje;)

PS. Śpieszę uspokoić wszystkich, którzy martwili się, że dogrzewamy się w mieszkaniu. Nasza farelka też się martwiła i po prostu się zepsuła. Teraz jedyne dogrzewanie, to otwieranie okien, bo w domu nadal jest zimniej niż na dworze. Ale idzie ku lepszemu.

piątek, 16 maja 2014

Choróbsko...

Oj nieciekawie nam się zaczyna weekend, nieciekawie.
Pod znakiem zapytania staje nawet jutrzejszy basen.
Filipcio nam się rozchorował, a co za tym idzie wszyscy chodzimy jak zombie.
Na początku myślałam, że to marudzenie ma coś wspólnego z mitycznym skokiem rozwojowym, ale jak okazało się w środę, naszemu synu wyszła niepostrzeżenie jedna czwóreczka, a druga czeka i straszy.  Na tym nie koniec, wieczorem pojawiły się gile. Myślałam, że to wszystko chwilowe, związane z ząbkami i specjalnie się tym nie przejęłam. Fiful co prawda wiercił się w łóżeczku, ale to akurat zdarza mu się często.
Koło 24 już nie było tak fajnie. Płacz i zatkany nos.
Musiałam wziąć go do siebie, a to poskutkowało nieprzespaną nocą i ogólnym połamaniem.
Wczoraj też katarek miał, ale nie podejrzewałam, że dalej się tak rozwinie.
Niestety kolejna noc nieprzespana, poranek marudny, oczy załzawione.
Nie wiem już co jeszcze mogę zrobić, żeby dziecku ulżyć. Nie wiem nawet czy to od ząbków czy Filipa nie dopadło jakieś świństwo.
Tak jeszcze nie było.
Ja chodzę nieprzytomna. Pogoda nie pomaga. Zaczynam łapać dołka.
Mam nadzieję, że to szybko minie.
Trzymajcie kciuki za naszego małego chorowitka i za nas, żebyśmy nie zwariowali.


Sytuacji nie ułatwia to, że nasza cudowna wspólnota już jakiś miesiąc temu podjęła decyzję o tym, żeby przestać grzać. Wiem, że ponowne podłączenie kosztuje, ale taka sytuacja trwa już dość długo, budynek się wyziębił, jest zimno i wilgotno. No a zarząd wspólnoty decyzji nie podejmie, bo "przecież ma być ciepło". Tylko kiedy. Dziecko przeziębione, dogrzewać trzeba, a my czekamy aż będzie ciepło.

czwartek, 15 maja 2014

Gdzie się podziały tamte poranki...?

Wiecie za czym tęsknię?
Za wyspaniem.
Ale nie takim, że mam wystarczająco dużo snu na noc. 
Nawet nie chodzi mi o to, że Filip budzi się w nocy.
Nawet czasem przebolałabym nocne chrapania małżonka.
Juwenalia.
Fajerwerki.
Karetka pogotowia.
Nawet kot w kuwecie.
Wszystko bym zniosła za dospany poranek.
Taki, kiedy nawet, gdy mnie coś obudzi, to ja odwrócę się na boczek i dośpię w spokoju.
Niedzielny poranek bez hałasów z zewnątrz, to byłby w ogóle luksus.
A tu nie ma.
Nie da się.
Nie wolno.
Filip budzi się koło 5-6, zbieram go do łóżka i to koniec mojej sielanki.
Drętwieje mi ręka, boję się ruszyć, żeby go nie obudzić, on się wierci, mąż sapie, w końcu Filip się wybudza. Ale to nie jest takie łatwe. Najpierw trzeba zrobić pięć fikołków po Matce. Matka zdrętwiała odwraca się plecami więc trzeba zwrócić na siebie jej uwagę. Trzeba walnąć smoczkiem w oparcie łóżka, a na koniec wykonać skok na główkę na podłogę.
Nawet gdy małżonek jest chętny do współpracy i zabierze dzieciaka z sypialni, to spanie nie wchodzi w grę.
Wszystkie najgłośniejsze zabawy są wtedy najlepsze. Samochodzik ma fajny klakson, rondelki leżą nie tak jak trzeba, koniecznie trzeba je przerzucić w drugi koniec kuchni, piszczenie też jest zabawne. A na koniec sprint przez mieszkanie, by wbiec do sypialni z hukiem otwierając drzwi.
Tak wygląda każdy poranek.
Ech, tęsknię z takim dospanym porankiem, po którym jeszcze w piżamce zrobiłabym sobie jajko sadzone, herbatkę i zasiadła na chwilkę w fotelu. Potem spokojnie bym się pozbierała i zaczęła nowy dzień z energią.
A jak wyglądają moje poranki, pewnie każda matka wie.
U mnie jest to zjedzona na szybko jakaś wczorajsza drożdżówka i herbata pita z doskoku, bo na stoliku długo by nie postała.
Zbierać też się za bardzo nie zbieram. Zarzucam coś z ubrań i robię mini makijaż, ale to wszystko w międzyczasie, jak na przykład Filip z gołym tyłkiem ucieknie mi i nie daje się złapać. Wtedy odpuszczam mu na chwilę, zakładam spodnie, żeby złapać go i złożyć mu pieluszkę. Wtedy zazwyczaj znów mi ucieka, a ja zarzucam na siebie jakąś bluzkę. I tak do pełnego zebrania się naszej dwójki.
I tak chyba będzie jeszcze długi czas.

Przypomniałam sobie, jak płakałam w noc przed dniem, gdy kazano mi się zgłosić do szpitala. Płakałam, bo wiedziałam, że to będzie ostatnia normalna taka noc i ostatni taki poranek. Że jak tu znów wrócę, to już nic nie będzie tak samo.
Potem w szpitalu, gdy padałam ze zmęczenia, gdy trzymałam oczy na zapałki, by nie przegapić zakwilenia mojego dziecka. Wtedy też wiedziałam, że powrót do domu nie przyniesie odpoczynku. 
I choć od tych pierwszych nocy i pierwszych poranków wiele się zmieniło, to stan sprzed trafienia do szpitala nie wrócił i nie wróci chyba nigdy.
No i czasem zdarza mi się za tym tęsknić.
Nic na to nie poradzę.

A Wam? Też się zdarza zatęsknić z tymi błogimi, leniwymi porankami w łóżku. Za spokojnym śniadankiem, wiadomościami z kraju i świata, za makijażem wykonanym bez pośpiechu?
Czy to tylko ja nie potrafię się pogodzić z tym, że wszystko się zmienia?
To znaczy, potrafię. Tylko czasem tak tęskno;)

środa, 14 maja 2014

Pomoc bardziej efektywna...

Ostatnio nie czuję się najlepiej, jestem zmęczona, wiecznie śpiąca, mam dołki większe i mniejsze. Potrzebuję spokoju, ciszy, oddechu.
Nie dużo. Tylko troszkę. Chwilki. I to nawet nie codziennie.
Potrzebuję pomocy.
Myślałam, myślałam i na początku nic nie przychodziło mi do głowy. Sytuacja wydawała mi się beznadziejna. Nie da rady odpocząć, jestem skazana przez najbliższe lata na bycie w gotowości przez 24 godziny na dobę. To może każdego wykończyć.
Ale myślałam dalej, bo przecież załamywać się nie można.
No i doszłam do wniosku, że mój mąż za mało mnie odciąża.
Nie zrozumcie mnie źle, nie zrzucajcie niesprawiedliwości, tylko przeczytajcie dalej.
Mój mąż robi przy dziecku bardzo dużo. Ale wszystko to robi w mojej asyście, zawsze ja jestem obok, zawsze w gotowości.
Oczywiście wiem, że to jest moja wina. To ja nie dopuszczałam go do pewnych spraw, to ja na wszystko chciałam mieć oko i teraz tak to pokutuje. Bo jemu po pewnym czasie zaczęło to być na rękę. Nie garnął się do samodzielności w opiece nad dzieckiem.
I tak.
Na spacer szłam ja z Filipem, albo my z Filipem.
Na zakupy zazwyczaj wybywaliśmy razem z Filipem albo sam mąż.
W domu siedziałam ja z Filipem albo wszyscy razem.
Nie było takich sytuacji, że M. zabiera Filipa, a ja zostaję sama, bez poczucia, że ciągle muszę mieć na Filipa oku. A sytuacje, że M. zostawał z Filipem w domu, a ja wychodziłam sama, można policzyć na palcach. W drugą stronę wszystko szło gładko. Jak M. chciał wyjść, to uznawał za oczywiste, że ja zostaje z dzieckiem, a jak ja chciałam się gdzieś ruszyć, to musiałam to ustalać trzy dni wcześniej. I tak te moje wyjścia ograniczyły się do absolutnego minimum.
Ja po prostu boję się tracić z oczu mojego syna i nieświadomie stałam się, według mnie oczywiście, niezastąpiona. Przyzwyczaiłam się do takiej sytuacji i teraz ciężko mi się przestawić. Ale zaczynam rozumieć, że ojciec też dobrze zajmie się dzieckiem, że muszę mu zaufać, bo inaczej zwariuję. I że nie muszę go ciągle kontrolować. Musi się nauczyć samodzielności, żebym i ja była spokojniejsza, bo co jeśli by mnie zabrakło? Choć na chwilę, na jeden dzień? Siedliby i płakali?

Tak więc mamy już pierwszą zmianę, którą zamierzam, ba, nawet już wprowadziłam. Spacery. Chłopaki będą chodzić sobie na spacery, a ja będę miała czas na domowe sprawy albo zwyczajnie na wyłożenie się w spokoju na kanapie.
Drugim usprawnieniem mają być zakupy. Do tej pory M. robił tylko minimalne zakupy czyli chleb i wędlina pod blokiem. Zero własnej inicjatywy czy zrobienia, tak przeze mnie ukochanych, zapasów. Teraz chcę to zmienić. Duże, marketowe zakupy będzie robił małżonek z moją listą albo ja przez internet. Małe, codzienne zakupy będę robiła ja w czasie kiedy M. zajmie się Filipem. Niestety mieszkam w takim miejscu, gdzie zrobienie zakupów z wózkiem graniczy z cudem. Nie ma tu Biedronek, Stokrotek czy Lidli. Są za to osiedlowe sklepiki, do których wejście czy wyjście z wózeczkiem, jest nie lada akrobacją.
Dopiero niedawno do mnie dotarło, że przecież wszystkie markety mają opcję dostawy do domu i nie trzeba tłuc się w dzikich tłumach, żeby zrobić zakupy. Oprócz domowych rzeczy, zawsze można przez internet kupić praktycznie wszystko. Ostatnio znalazłam reklamę portalu PromoSzop, który skupia wszystkie atrakcyjne rabaty i promocje w sklepach internetowych. Uwielbiam internetowe zakupy więc pewnie i tutaj poszaleję, a potem podzielę się z Wami wrażeniami;)

Ale wracając do tematu
Trzecie. 
Małżonek będzie częściej zostawał z Filipem, żebym ja mogła zwyczajnie wyjść z domu. Może jeszcze nie mam pomysłów, gdzie można by pójść, ale na pewno coś wymyślę.

Tak więc w skrócie. Oczekuję od męża więcej samodzielności, nie ciągnięcia mnie wszędzie za nimi, zabrania czasem ode mnie dziecka. Chcę czasem zrzucić z siebie na chwilkę część odpowiedzialność, pobyć sama ze sobą, żeby, na przykład, wziąć kąpiel bez małego asystenta pod drzwiami czy bez nasłuchiwania co się tam dzieje.

Jedna jedyna rzecz nie daje mi tylko spokoju. 
Co tu zrobić z nocami?
Nie ma przeproś, to ja mam do niego wstawać i już. Parę razy próbował mąż i chyba sąsiedzi mieli do mnie pretensje. Ja wiem, że w nocy jeszcze Filip dostaje cycka, ale czasem budzi się więcej razy niż na picie i wtedy też ja sterczę, żeby go ululać.
No ale nie można mieć wszystkiego na raz. Może jeszcze znajdę jakieś rozwiązanie.

Odpuszczam też jakieś prace domowe, bo już po prostu straciłam nadzieję, że zacznie mu przeszkadzać papierek leżący na podłodze i schyli się, żeby go podnieść. Owszem, zmywa czasem naczynia, ale już potem nie zetrze po sobie blatu i nie zwróci uwagi na szklankę stojącą troszkę dalej.
Zaczynam uważać, że ma po prostu inne poczucie estetyki i nigdy w tej kwestii nie dojdziemy do porozumienia. Jak bardzo bym nie prosiła, on i tak nie zrozumie o co mi chodzi.
Trudno.
Z żalem, ale pogodziłam się z tym.

To jest zdjęcie wysłane do mnie przez Tatę Filipa z ich wspólnego spaceru. Oni sobie biegali, a ja siedziałam w fotelu i piłam herbatę ze szklanki, którą mogłam odstawić koło siebie, a nie wysoko na półkę. Nie musiałam wstawać co chwilę i sprawdzać, co jest tak cicho, czy kuweta kocia jest bezpieczna, czy nic nie pływa w kibelku i czy Fi nie wlazł na łóżko, żeby schodzić z niego głową w dół.
Nie było ich godzinkę, a ja już się zdążyłam znudzić, ale co tam, taka nuda jest fajna.

I tak sobie teraz myślę. Ekstra mam chłopaków i oni znakomicie sobie dadzą radę tylko muszę im na to pozwolić. Może i jestem niezastąpiona, ale czasem przydaje mi się chwilka oddechu, żebym nadal mogła być niezastąpiona.

PS. Jak się przyjrzycie, to zobaczycie do czego doprowadziła nieodpowiedzialność dziadka, o której pisałam w poniedziałek.

wtorek, 13 maja 2014

Cotygodniowy Portret Dziecka: 19/52.

Ostatnio pogoda jest raczej kapryśna z przewagą zimna, deszczu i wiatru.
Nam jednak udało się trafić na odrobinę słońca i ciepełka. Do tego trafiliśmy też na znajomych, a Filip na kolegę i koleżankę. Bawili się raczej koło siebie niż z sobą, ale chyba nie ma wątpliwości kto chciał rządzić.


Nasze pilnowanie też nie było mu na rękę, bo co to starzy będą się im wtrącać w piaskowe sprawy.

poniedziałek, 12 maja 2014

Weekend, basen, podbite oko i podpadnięty dziadek...

Weekend jak zwykle przywitał nas wspaniałą pogodą. Przecież niczego innego nie można się było spodziewać. Na szczęście nie było jeszcze tak zimno, bo dziś to już temperatura wystawia moją cierpliwość na próbę. No ale cóż, chyba pozostaje nam spakować walizki i poszukać słońca, bo wiadomo, że witamina D jest bardzo ważna;)
No ale nic. Nie było też tak okropnie, jakby się mogło zapowiadać rano w sobotę. Co prawda przeprawa na basen w deszczu nie należała do najprzyjemniejszych, ale sam basen już owszem. Zróżnicowali nam nieco grupę. Dołączyliśmy do starszych dzieci. Nie wszystkim się to podobało, zwłaszcza rodzicom, właśnie tych starszaków, ale dla nas w końcu to początek czegoś nowego. Ile można było ciągać dziecko w kółko. No nudy i tyle. A teraz skoki do wody, nurkowania, cuda, wianki i zziajany Tata Filipa po wszystkim. Chyba na następne zajęcia wezmę kamerę;)
W niedzielę też udało nam się troszkę skorzystać z pogody i jej dobrodziejstwa. Bo rano nie było najgorzej. Deszcz spadł dopiero popołudniem więc wcześniej odspacerowaliśmy swoje. Było miło i rodzinnie. 
No niestety, popołudnie przyniosło nam kontuzję naszego synka. Wiem, że on jest ruchliwy, że nie usiedzi na tyłku, że ciężko go upilnować, ale ciężko mi wyzbyć się żalu do teścia, że do tego dopuścił. Bo przecież wiedzą, jaki jest Filip, a mimo wszystko próbują mi udowodnić, że oni są super opiekunami. Nawet jeśli nie dają radę, to starają się to ukryć i tak to się właśnie kończy.
Jeszcze bardziej czuję się rozżalona, jak przypomnę sobie sławną awanturę z teściem w styczniu. Wtedy Fi uczył się dopiero wstawać i chodzić przy meblach, pośliznął się i uderzył o szybę od piekarnika. Było dużo huku, ale Filip nawet nie jęknął. Właśnie wtedy usłyszałam, że przeze mnie dziecko sobie krzywdę zrobiło i właśnie po tej awanturze nie pojawiałam się u nich z dzieckiem przez ponad miesiąc. A teraz taka akcja.
A co się tak naprawdę stało?
A no stało się.
Filip upatrzył sobie schody jako najlepszą rozrywkę u dziadków. Sami go tego nauczyli mimo, że tłumaczyłam, żeby go nie prowadzali, ale się uparli. No i teraz babcia, dziadek i ciotka ganiają z dzieckiem po schodach w górę i w dół. Dodam, że dziadkowie, jak to dziadkowie, nie są najmłodsi, a ciotka jeszcze starsza. Latanie po schodach w pozycji schylonej, żeby trzymać dziecko za rękę jest raczej męczące. Ale przecież żadne nie przyjdzie i nie powie, że nie da rady, bo jeszcze nie będziemy chcieli u nich zostawiać Filipa. Śmieszne w sytuacji, kiedy i tak go tam nie zostawiamy. 
No i dziadusia rozbolał kręgosłup i postanowił dziecko puścić, bo przecież tak dobrze sobie radzi. I radził sobie do czasu. Potknął się i uderzył się w policzek pod okiem. Z całej siły w kant schodka. Najpierw usłyszałam przeraźliwy płacz, chwyciłam dzieciaka i zobaczyłam robiącą się w ekspresowym tempie siną krechę pod okiem. Wczoraj wyglądało to źle, a dziś wygląda tragicznie. I dziś przyszedł żal. I do teścia i do siebie, że nie przypilnowałam.
Wczoraj nie zareagowałam, nie naskoczyłam na teścia, bo zajęłam się dzieckiem. No i dobrze, bo wiem, że powiedziałabym o wiele za dużo niż bym chciała. Dziś mam żal, ale też patrzę na to trzeźwo. Zrobiło mi się go po prostu żal, bo widziałam, jak to przeżył i jak potem bał się do mnie odezwać. Może to go coś w końcu nauczy. Przynajmniej może przestanie komentować każdy guz dziecka, jako nasze karygodne zaniedbanie. To co teraz ma mój syn na twarzy, jest gorsze niż wszystkie siniaki razem wzięte. Biedne dziecko.
No, ale jak już się wyżalam, to zrobię to jeszcze do końca.
Wkurzyła mnie też reakcja teściowej i ciotki. Dziecko mi płacze na rękach, przytula się, a one mi go próbują wyrwać z rąk. Nie wiem w ogóle jaka była ich motywacja. Potem i tak teściowa gdzieś mi go zabrała, ale to jak już się uspokoił. Nie wiem o co chodziło. Bały się, że zapakuję dziecko bez słowa w samochód i go zabiorę? No nie mam pojęcia. Czasem ich zachowania są irracjonalne. Zabierać płaczące dziecko od matki.
No nic, było minęło. Tylko siny policzek Filipa mi to przypomina.
Szkoda, że takim kosztem, ale przekonali się, że naprawdę niewiele trzeba, żeby dziecko sobie krzywdę zrobiło i że trzeba troszkę bardziej uważać. Wcześniej podchodzili do tego bardzo beztrosko. Piesek przy misce nie był niebezpieczny, szklanka w rączkach, nic strasznego, no i schody, przecież potrafi po nich chodzić. Może to ich czegoś nauczy.

Wybaczcie, że nie umieszczę zdjęcia, ale nie mam dziś nerwów, żeby go fotografować. Pewnie zbyt szybko to nie zniknie więc jeszcze zobaczycie nasze biedactwo.
A jak jest u Was? Możecie liczyć na pomoc rodziny? Możecie bez obaw zostawić z nimi dziecko czy raczej, jak u nas, lepiej mieć na nich oko? Dają sobie z maluchem radę czy ciężko im uporać się z małym diabełkiem?

piątek, 9 maja 2014

Duży niemowlaczek... ;)

Filip ostatni ma coś takiego, że się położy na podłodze i leży.
Nie wiem czy musi odpocząć czy ma jakieś inne ukryte cele. Biega sobie, bawi się czy właśnie wrócił ze spaceru, kładzie się i się relaksuje;) Lubię mu wtedy robić zdjęcia. Przypominają mi jego zdjęcia z czasów, jak tylko leżał. Wtedy ubieraliśmy go bardziej jak niemowlaczka, w bodziaki, śpioszki, samą pieluszkę. Teraz ubrany bardziej dorosło wygląda ekstra leżąc, jak noworodek na kocyku czy podłodze.
Zresztą zobaczcie sami.



A jak całkiem się zmęczy, postanawia uciąć sobie drzemkę i nie zważa na to, że mamusia właśnie wyszykowała go na spacer.


No i kto by pomyślał, że ten maluch właśnie skończył rok i sam biega.
Niesamowite jest to wszystko.

czwartek, 8 maja 2014

Pogodo, ach pogodo, zdecyduj się!!!

Ktoś mi ostatnio zarzucił, że ciągle narzekam na pogodę. Przecież wiosna przyszła wcześnie, nie jest skandalicznie zimno i nie leje cały czas.
Prawda, narzekam, ale nie na pogodę konkretnego dnia, nie na zimno czy deszcze. Narzekam na kapryśność tej naszej wiosny. Ni chu chu nie wiadomo, jakie będzie jutro. I nie pomaga studiowanie prognoz pogody, zawsze coś jest inaczej.
Do tego te weekendy. No nie było żadnego ładnego w całości weekendu. Zawsze coś nie gra. Jeden dzień ładny, drugi brzydki, oba brzydkie, oba takie sobie, że nie wiadomo co robić. I tak cały czas.
Jak na tygodniu pogoda śliczna, że aż same nogi niosą na spacery, to w weekend, na który czekamy z wytęsknieniem, zrobi się 10 stopni i wiatr.
A majowy weekend? To jakaś pomyłka. A zapowiadał się pięknie. Jeszcze 1 maja bawiliśmy się wieczorkiem w piasku z dziećmi przyjaciół. A już 2 maja rano zamarzaliśmy robiąc zakupy.
A w poniedziałek do tego wszystkiego oszukał mnie termometr za oknem;) 
Wstaję rano, zbieram się, śliczne słoneczko świeci, jedziemy do mojego taty. Na termometrze 22 stopnie. No i mieliśmy twardy kontakt z rzeczywistością. Nie wiem jakim cudem, ale bliżej temu na dworze było do 12 stopni, a do tego wiało. Nagrzane, osłonięte okno balkonowe, nie jest dobrym miejscem na umieszczanie miernika temperatury.
Narzekam, bo ostatnio zrobiłam się strasznym zmarzluchem i wiecznie mi zimno. Do tego nie wiem w co się ubrać wychodząc z domu. Mało tego, nie wiem jak ubrać Filipa.
No same powody do narzekania;)

Ale nic to. My się nie dajemy;) Korzystamy z każdej chwili słońca i ciepła. Jak nie chodzimy po dworze, to jeździmy w plener albo siedzimy na balkonie. 
A ja mam nadzieję, że w końcu pogoda wejdzie w constans. No bo wiem, że kwiecień plecień, ale mamy już maj więc ja z petycją. Proszę się w końcu określić, bo ja jestem w gorącej wodzie kąpana i czasem wybiegnę na dwór zwiedziona słoneczkiem, a tam szok termiczny.

Takie to było moje narzekanie.
A dziś znów, po wczorajszym super dniu, leje, wieje i zimno. I tak wszystko w kratkę.

A tak wykorzystujemy z każdą słoneczną chwilę. A jak jeszcze jesteśmy wtedy wszyscy razem, to już pełnia szczęścia i wszystkie takie dni jak dzisiejszy, odchodzą w niepamięć.

To ja ponarzekałam i czekam na piękny weekend, a teraz Wy możecie ponarzekać na moje narzekanie;)
Życzę samych słonecznych dni!!!

środa, 7 maja 2014

Bezcenna samodzielność...

Jakiś czas temu mój tata zapytał nas, jakie mamy plany na wakacje. Odpowiedzieliśmy, że od jakiegoś czasu myślimy o Grecji, bo troszkę nam się już zatęskniło. Cytuję odpowiedź taty: "Wy nawet nie wiecie ile to choćby pieluch trzeba...". I tutaj ugryzł się w język.
Tak, my nie wiemy;)
Nie komentuję tego, że mój tata chyba sam nie ma pojęcia o czym mówi, bo gdy my z siostrą byłyśmy małe, rodzice mieli całą obsadę dziadków i ciotek do dyspozycji i chętnie z tego korzystali. Nie mówię tutaj tylko o wieczornych wyjściach, ale także o wyjazdach na parę miesięcy. Także wiecie, mój tata jest dobrym dziadkiem, okazyjnie, jak ma na to ochotę, ale o opiece nad dzieckiem ma marne pojęcie.

Podobna sytuacja, choć inna.
Moja ciocia, młoda kobitka i wydawać by się mogło, życiowa, skomentowała rodziców chodzących z dziećmi do galerii handlowych. Gdy powiedziałam, że właśnie tego dnia, o 9 rano też byliśmy (była niedziela, idealna pora na zakupy z dzieckiem), szybko zmieniła temat.
No i też. Ciocia urodziła córkę bardzo wcześnie, była jeszcze na studiach, mieszkała z rodzicami. Jak sama przyznała, miała wiele przyjaciółek, które chętnie zajmowały się dzieckiem. Same nawet jeszcze o dzieciach nie myślały, a tutaj taka atrakcja. 
My zbyt wielu opiekunów do Filipa nie mamy i od samego początku opracowaliśmy swój system zakupowy z synem właśnie. Nie było innego wyjścia.

No i właśnie do tego zmierzam.
Od samego początku, od pierwszego dnia w domu, byliśmy zdani tylko na siebie. Teściowa, na którą naprawdę liczyłam, miała inne pojęcie pomocy. Odwiedziny dwa dni po wyjściu ze szpitala, o 8.30 rano, w sobotę, bo chciało się popatrzeć na dziecko, nie uważam za pomoc. Szybko uznaliśmy, że nasze nerwy są więcej warte niż możliwość samotnego poszlajania się po Tesco. 
Moja siostra do pomocy się nie rwie choć mam plan to teraz zmienić i rzucić ją na głęboką wodę. Nie miej jednak, do tej pory nie była pomocna wcale.
Mój tata, jak już pisałam, do niemowlaka nie bardzo się nadaje. Teraz już zaczyna okazywać zainteresowanie i z czasem pewnie będzie bardziej pomocny, ale tak jak siostra, do tej pory był z niego marny pożytek. 
Teraz do dyspozycji byłaby i ciocia męża, ale wcześniej pracowała i też nie mogła nam pomóc.
Tak więc przez rok czasu byliśmy zdani w większości na siebie.
A co nam dał ten rok?
Właśnie to, że co by się nie działo, jesteśmy w stanie zrobić to z synem. Zakupy, wizyty lekarskie, wizyty w urzędach, wyjazdy, przyjęcia, targi. I stwierdzenie mojego taty, że nie damy sobie rady na wakacjach, troszkę do mnie nie przemawia. Fakt, że w obecnej sytuacji Grecja chwilowo staje pod znakiem zapytania, ale to nie znaczy, że jak się zdecydujemy, to nie damy rady. Jesteśmy już zaprawieni w boju i potrafimy wiele zrobić z przyczepionym do nas małym ciężarkiem.

Na koniec tylko dodam, że nie mam absolutnie nic przeciwko korzystaniu z pomocy rodziny, przeciwko podrzucaniu dziecka dziadkom czy ciotkom. Przyznam się nawet, że czasem mnie zżera zazdrość o to, że inni mają "normalniejsze" rodziny, ale nam się tak wszystko poukładało i trzeba było sobie dawać jakoś radę. Troszkę w tym winy naszych rodzin, troszkę naszej chęci niezależności, teraz nie mam do nikogo pretensji, bo wiem, że wiele można zdziałać będąc we trójkę. My dajemy radę.

A u Was jak jest? Macie wsparcie i pomoc rodziny czy dajecie sobie radę sami?

wtorek, 6 maja 2014

Cotygodniowy Portret Dziecka: 18/52.

Filipiasty robi się ostatnio samodzielny jeśli chodzi o jedzenie.
Kaszkę czy zupkę jeszcze ładnie zje łyżeczką od Mamusi, ale "bulkę" czy inne stałe pokarmy woli wziąć do łapki i samemu się pożywić.
Tak było ostatnio u mojego taty. Cwaniak znalazł chlebak a w nim pajdkę czerstwego chleba.


Mało tego, po tym jak pożarł jedną kromkę, wrócił sam do kuchni, otworzył szafkę, otworzył chlebak i wziął sobie jeszcze jedną kromeczkę.
To dziecko z głodu nie zginie;)

poniedziałek, 5 maja 2014

I minął roczek...

Witam serdecznie po ważnym dla nas weekendzie;)e
No i stało się. Nasz synek nie jest już niemowlakiem. Wczoraj, dokładnie o 13.20 minął rok odkąd pierwszy raz ujrzałam tego małego rozrabiakę. Już wtedy wszystko wskazywało na to, że będzie charakternym chłopakiem. Zakrzyczał na cały świat, a potem zamilkł i tylko grzecznie oswajał się z nowym otoczeniem. Za to Matka płakała cały czas.
Płakałam rok temu i płakałam wczoraj. Wzruszyłam się strasznie, myślałam nawet, że narobię scen w trakcie imprezy roczkowej, ale obowiązki mnie przytłoczyły i nie było czasu na płacz.
A impreza była, na cztery fajerki. 
Była prababcia, niestety tylko jedna, bo druga się pochorowała. Ale nic nie straciła, bo po wszystkim Fi odwiedził ją osobiście z ciastem. Była chrzestna z narzeczonym, byli dziadkowie, no i dwie ciocio-babcie z rodzinami.
Drugi dziadek, czyli mój tata, odwiedził nas dzień wcześniej. Przywiózł torcik i poczęstunek na przyjęcie. No i mini prezencik, bo ten główny jeszcze nie doszedł. Dziadek ma fioła na punkcie zakupów w internecie i czasem takie krzaczki wychodzą. A pomyśleć, że jeszcze dwa lata temu nie potrafił włączyć komputera;)
Chrzestny niestety też nie przyjechał. No cóż ma kawałek drogi i pracę na drugi dzień.
Ogółem impreza była bardzo udana. Filip wyspał się przed, żeby potem wybawić się ze wszystkimi na całego. A po wszystkim znów zasnął i dał rodzicom doprowadzić mieszkanie do porządku.
Prezenty, prezenty. Głównie ubranka, ale znalazł się też piesek na sznurku od prababci, samochodzik od cioci i lampka żółwik od chrzestnej. Teściowie niestety nie pomyśleli nad swoim prezentem i kupili rowerek przeznaczony dla dzieci od lat trzech. Nawet mimo wielkiej mojej dobrej woli, nie nadaje się on dla rocznego dziecka. A ja mam teraz tylko problem, co z tym zrobić. Chciałabym jednak, żeby Filip miał prezent na roczek, a nie za dwa lata. Mam nadzieję, że da się wymienić i teściowie znów się z byle powodu nie obrażą.
No, ale ten mały incydent nie popsuje nam zadowolenia z dobrze wykonanego zadania. Co prawda Filipa impreza mało interesowała, wolał biegać i skakać po dywanie z ciotkami. Co prawda zamiast dmuchać świeczki wolał ściągać zastawę ze stołu, to myślę, że wszyscy byli zadowoleni. My na pewno jesteśmy. Tylko zdjęć mało, bo nikt nie pomyślał, a ja miałam inne sprawy na głowie. Szkoda, bo chciałam mieć pamiątkę. Ale nie ma tego złego, będzie pretekst, żeby męża namówić na sesję roczkową u jego kolegi.

A tak to się mniej więcej prezentowało:


A oto torcik od mojego taty. Refleksja o tym, że przydałoby się zrobić zdjęcie naszła mnie troszkę późno;)


A na koniec coś dla nas;) W końcu też mieliśmy swoje święto;)

Jak my się teraz odnajdziemy bez przygotowań i z rocznym dzieckiem? Jeszcze nie mogę w to wszystko uwierzyć. Moje dziecko ma już roczek.

piątek, 2 maja 2014

Pięć lat...

Pięć lat temu o tej porze czekałam niespokojnie na zostanie żoną swojego męża.
Ślub wzięliśmy w kościele pod miastem, a wesele urządziliśmy w zaprzyjaźnionym hotelu.
Było fajnie, choć nie idealnie. Żałuję niektórych niedopracowanych spraw, najbardziej źle dobranej sukni, ale tak już jest, jak się wszystko załatwia samemu. A z suknią zwyczajnie nie miał kto doradzić i w efekcie końcowym wyglądałam troszkę niekorzystnie. Ale było minęło;) Suknia dalej wisi na strychu u mojego taty, ale teraz wlazłyby w nią dwie mnie. Zazwyczaj mówi się, że kobiety tyją po ślubie, a u mnie było odwrotnie;)


Ale wracając do tych pięciu lat.
Było różnie, był moment, że było blisko rozpadu wszystkiego, a my daliśmy radę. Teraz jesteśmy innymi ludźmi i wiem, że złe dni nie powrócą już nigdy. To co się działo wcześniej, już nigdy się nie powtórzy. Teraz wiem, że brakowało nam dziecka i to nas wykańczało. Marazm, rutyna, ciągle to samo. Robiliśmy swoje i nawet nie rozmawialiśmy. Jeździliśmy na wakacje, chodziliśmy na imprezy, a po powrocie do domu ciągle to samo. A potem wszystko się zmieniło, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. No i jesteśmy rodziną. Nawet te gorsze dni były nam potrzebne, żeby dojść do punktu, w którym jesteśmy. Teraz też się kłócimy, narzekamy na siebie, ale zawsze dochodzimy do jakiegoś kompromisu. Bywa ciężko, ale zawsze możemy na siebie liczyć. Znamy się łącznie 16 lat, prawie 10 jesteśmy parę więc mieliśmy sporo czasu, żeby się poznać. A teraz nasze życie znów wywraca się do góry nogami, a ja wiem, że damy radę. Bo kto ma dać jak nie my.


2 maj, to również wyjątkowy dzień z innego powodu.
To tego dnia, rok temu, wyszłam z domu przed 7 rano, by wrócić do niego już z dzieckiem na ręku.
To była nasza 4. rocznica, a ja spędziłam ją w szpitalu czekając na to co się będzie działo. Cicho liczyliśmy, że to właśnie tego dnia przyjdzie na świat Filip. No niestety się nie udało;) Fi urodził się dwa dni później.

A dziś?
Dziś myślimy przede wszystkim o zbliżających się urodzinach Fifula. Jutro święto, wszystko pozamykane więc wszystko co jest do kupienia, trzeba kupić już dziś. Przyznam się, że poszłam trochę na łatwiznę, bo nigdy nie robiliśmy takiej większej imprezy sami w domu. No i tym razem stchórzyłam i zamówiłam część jedzenia w hotelu, w którym mieliśmy wesele i robiliśmy Filipka chrzciny. Resztę robię sama, nabieram wprawy i może już kolejna impreza rodzinna będzie dla mnie pestką;)
A ja od męża dostałam pierścionek. Nasz zaręczynowy jest raczej symboliczny, mąż wręczając mi go  powiedział, że jak się dorobi, to dostanę drugi. I można chyba uznać, że się dorobił;) Nic oczywiście nie zmieni faktu, że zaręczynowy jest na zawsze wyjątkowy, ale ten będzie wyjątkowy na 5. rocznicę ślubu.
A wieczorkiem, jak już synek pójdzie spać, pewnie skusimy się na jakąś komedię romantyczną.
Żeby nie było, ja dla męża też mam prezent. Ale na razie nie powiem nic. Dodam tylko, że mąż jest z prezentu bardzo zadowolony;)

Życzę Wam wszystkim udanego weekendu!!!
My zaczynamy już dziś świętowanie, żeby skończyć je w niedzielę imprezą roczkową naszego synka.
Pozdrawiam i do zobaczenia wkrótce.