piątek, 30 sierpnia 2013

Promocja karmienia piersią?

Historia ta jest raczej smutna, ale piszę ją ku przestrodze wszystkim świeżo upieczonym mamom. Prawda jest taka, że po porodzie odchodzimy na dalszy plan. Nawet można powiedzieć, że dość daleki. Sytuacja zaczyna się już w szpitalu, potem przenosi się do domu. Mało kto zwraca uwagę na potrzeby matki, która siedzi w domu z dzieckiem śpiąca i rozdrażniona, gdy tatuś nie ma w planie rezygnować z zajęć jakie miał przed pojawieniem się w domu dziecka.

Ale opowieść miała być o czymś innym. O tym, że trzeba się domagać uwagi, bo o tragedie nie trudno. 

Wszystko zaczęło się od niewielkiego zastoju pokarmu. Nic wielkiego, nie boli, nie przeszkadza w karmieniu, to średnio się tym przejęłam. Delikatnie napomykałam Mężowi o problemie, ale bez większego nacisku. Spokojnie czekałam na wizytę kontrolna z Maluchem, żeby nieśmiało zwrócić na siebie uwagę. Pani doktor popatrzyła, powiedziała, że to normalne, kazała masować, ogrzewać, przystawiać Malucha z innej strony niż zwykle. Uspokojona wróciłam do domu i zabrałam się za wykonywanie poleceń. I to był mój błąd.

Po dwóch dniach guzek zaczął boleć, zrobił się czerwony, a sutek był cały poraniony przez nieprzyzwyczajonego do pozycji Malucha. Zaczęłam narzekać, że nie mogę karmić, że boli, więc Małżonek jednak postanowił szukać dla mnie pomocy. Pierwszy był telefon do prywatnej przychodni, gdzie dowiedzieliśmy się, że mają zatrudnione położne, ale one nie są od udzielania porad laktacyjnych. Ok. Potem, mimo złych wspomnień ze szpitala, postanowiliśmy zwrócić się o pomoc do przyszpitalnej poradni laktacyjnej, bo podobno strasznie promują karmienie piersią, to powinni pomóc. Telefon nie odpowiadał, a wizyta w przychodni w ciemno z małym dzieckiem nie bardzo mi się uśmiechała. Szukamy dalej. Poradnia laktacyjna w innym szpitalu. Telefon odbiera bardzo miła pani i mówi, żeby przyjechać na izbę przyjęć, tam obejrzy mnie położna, a jak będzie trzeba to i lekarz.  Szczęśliwa, że ktoś chce mi pomóc ładuje się z rodziną w samochód i jedziemy na drugi koniec miasta do szpitala. A tam zaskoczenie, pani na izbie przyjęć oznajmia, że tam nie ma poradni laktacyjnej i dzwoni do innej pani, na którą krzyczy, że ona tu nie ma czasu głupotami się zajmować. Odkłada słuchawkę i nas olewa. Na zniecierpliwione pytanie Męża odpowiada: niech siada, za trzy, cztery godziny może lekarz przyjmie. Popatrzyłam na panią i na moje dwumiesięczne dziecko, łzy mi w oczach stanęły i zwątpiłam.

No ale bolało coraz bardziej, Maluch już nawet nie mógł złapać piersi więc dałam się jednak namówić Mężowi na wizytę w naszej przychodni. Na pomoc położnej środowiskowej oczywiście liczyć nie mogłam, bo jest raz w tygodniu przez godzinę. Do gabinetu zabiegowego zaprosiła mnie pielęgniarka, która na co dzień siedzi na recepcji. Obejrzała, pomacała i orzekła, że będzie masować i upuszczać mleko z zastoju. Koszmar trwał około godziny. Masowała, wyciskała, masowała, wyciskała i tak cały czas. Cycek już był cały siny jak w końcu odpuściła. Kazała samej w domu ogrzewać, masować i wyciskać. Niestety nie zdążyłam posłuchać zaleceń, bo ból był już nie do wytrzymania, a pierś spuchnięta i sina jak po długim biciu kijem bejsbolowym. O odciąganiu mleka nawet nie było mowy.

Ale zdarzył się cud. Mąż znalazł panią konsultantkę laktacyjną. Pani była położną w szpitalu, ale odeszła i razem z koleżanką założyły firmę. Świadczą porady z zakresu położnictwa i karmienia piersią. Przyjechała, obejrzała i wreszcie pomogła. Niestety obrażenia po „pomocy” udzielonej w przychodni były tak duże, że trzeba było się ratować antybiotykami, a i tak w miejscach nacisku powstały ropnie. Piekielny ból, obrzydliwy widok i pewnie blizna do końca życia. 

Potem ból już ustąpił, ale zaczęło się poszukiwanie chirurga, który będzie się raną po ropniu, który w między czasie pękł, zajmował, oczyszczał i opatrywał. I tutaj zaskoczenie. Ma się pani położyć do szpitala, albo przychodzić codziennie i czekać w kolejce na opatrunek.  To w grę nie wchodzi, szukamy prywatnie. W prywatnej przychodni zrzeszającej lekarzy specjalistów lekarz jest, ale on się zajmuje tylko poradami i nawet nie ma gabinetu zabiegowego i znów wysyła do szpitala, w końcu poleca kolegę, który ma własną prywatną praktykę. Dzwonimy do kolegi. Nie bardzo chce przyjąć, ale w końcu jedziemy.  No i nareszcie ktoś się mną zajmuje i przede wszystkim pociesza, że będzie dobrze. I tak opiekuje się mną jakieś 2 tygodnie, a potem znów musimy szukać lekarza, bo ten jedzie na urlop. Znajdujemy w prywatnym szpitalu. I wreszcie tutaj widzę jak naprawdę powinna wyglądać opieka nad chorym.

Finał jest taki. 2,5 miesiąca karmienia jedną piersią, która w efekcie jest o 3 rozmiary większa od drugiej. Na chorej piersi pozostała jeszcze niewielka ranka i dość duża blizna wzdłuż sutka. No i straszny strach czy dam radę wykarmić Malucha i walka o powrót mleczka do poranionej piersi. Walczymy dalej, ale już z pozytywnym nastawieniem, a jak mi ktoś powie o promocji karmienia naturalnego, to mu się zaśmieję w twarz.

Dziękuję też Pani Doktor, która zajmuje się Filipem, bo mimo wszystko utwierdzała mnie w przekonaniu, że Maluchowi starcza pokarmu i, że dobrze robię nie poddając się i karmiąc nadal. Mam pretensje do rodziny, która przy każdej okazji wmawiała mi, że Mały się nie najada i powinnam go dokarmiać. A ja daję radę i się nie poddaję.

4 komentarze:

  1. Niestety znam takie zastoje z własnego doświadczenia... Nigdy nie było aż tak dramatycznie, ale wielokrotnie ręką nie mogłam ruszyć...

    OdpowiedzUsuń
  2. O kurcze... Ze zdziwieniem przeczytałam cały post. Ja jestem już prawie w 8 miesiącu ciąży i nawet nie myślałam, że coś takiego może mnie spotkać... Życzę dużo zdrowia!

    OdpowiedzUsuń
  3. Polecam okłady ze świeżej kapusty. Rozwałkowany (aby puścił soki) liść przyłożony do piersi. Działa cuda.

    OdpowiedzUsuń
  4. ja zastoju nie doświadczyłam, ale tego, że dziecko było nie dokarmione tak. Jadło, ulewało, kupki robiło, pieluchy moczyło niby wszystko było ok, ale po miesiącu nie przytył NIC! Na wizycie kontrolnej po pierwszym miesiącu życia - waga urodzeniowa. Strachu, płaczu -przede wszystkim płaczu. Zaczęło się odciąganie żeby wiedzieć ile zjadł, dokarmianie i w efekcie mleka coraz mniej, nerwy i ... skończyło się na butelce. Teraz bardzo żałuję, że nie zasięgnęłam porady laktacyjnej - szczególnie, że osobiście nam konsultantkę od tych spraw ze szkoły rodzenia. No, ale cóż drugi raz tego błędu nie popełnię.

    OdpowiedzUsuń