niedziela, 1 maja 2016

Zosia i Filip 2016: 14/52, 15/52, 16/52.

Ciężki okres za nami... Za mną w zasadzie... Potrzebuję pocieszaków więc dziś poprawię sobie humor wspomnieniami z ostatnich trzech tygodni. Oczywiście samymi dobrymi. Tak w skrócie, bo czasu brak na siedzenie przed laptopem...

Tydzień 14.

Fifiś po raz kolejny zaprosił nas do przedszkola na przedstawienia. Pilnie uczył się piosenek, opowiadał bajki, ćwiczył choreografię... My ze swojej strony załatwiliśmy mu strój lwa i... Niestety zjadła go trema i na scenę wyszedł raz. Ale był taki uroczy, taki słodki, że sam widok wynagrodził nam wszystko... Nie musieliśmy nawet słuchać opowieści. A gdy wrócił do domu wszystko przeszło i znów wyrecytował i wyśpiewał wszystko jak z nut.


A Zosia dzielnie towarzyszy nam ostatnio w wyprawach do wszelkiego rodzaju marketów budowlanych. Choć plany mieszkaniowe się wahają, to w pracy remont idzie pełną parą. Ja co prawda zdaję się w pełni na specjalistów, ale czasem trzeba coś wybrać, zdecydować o kolorze czy wzorze, wtedy wchodzimy my, dwie kobitki...
I nie skłamię, że bardzo mnie te przygotowania cieszą, bo brakuje mi miejsca, gdzie będę mogła pojechać z dziećmi, zająć się swoimi sprawami i skorzystać z podwórka. Kolejne lato w bloku średnio mi się widzi. Może uda się ogarnąć cosik, żeby w końcu mieć swój kąt.

Tydzień 15.



Pogoda nadal płata nam figle i zaczyna brakować pomysłów na zajęcia dla dzieci. Gdy poniesie nas na wycieczkę, to zerwie się wiatr lub deszcz i pokrzyżuje nam plany. Gdy zostaniemy w domu, to jak na złość słońce będzie świeciło cały dzień i nawet chmurka nie nadpłynie. Ale coś trzeba robić więc wymyślamy przebieranki, malowanki, przytulanki. A z bobasami już coraz fajniej można się bawić. Co prawda przygotowanie i rozkładanie trwa dłużej niż cała zabawa, ale cóż, takie są dzieci.

Tydzień 16.

W końcu zaczyna się robić pogoda wyjściowa choć nadal troszkę chłodno. Szykujemy się do urodzin, planujemy wakacje, kombinujemy co, gdzie i kiedy. Dzieci też już czują, że coś się święci i nie dają nam spokoju. Pomysłów bez liku, nie zawsze mądre, ale przynajmniej jest wesoło.


No i nie ma przeproś, dzieci same się proszą o wycieczki więc trzeba wsiadać w samochód (jak Zosia) i jechać, jechać, jechać....

I to by było na tyle... Kilka zdjęć, kilka pozytywnych myśli i od razu humor lepszy...Dzieci, jak to dzieci, choć czasem mam ochotę od nich odpocząć, choć bywają dni, gdy czekam z utęsknieniem na ich sen, to wystarczy jedno spojrzenie, jeden uśmiech, jedna minka, żebym przestała się przejmować całą resztą i żeby wszystko stało się jaśniejsze...