środa, 12 kwietnia 2017

Krok po kroczku, nocka po nocce... czyli kiedy zostawić dzieci u dziadków...

Jeszcze w lecie, gdy koło nosa przechodziły mi wszystkie bardziej interesujące blogowe spotkania, zrobiłam sobie listę wydarzeń, na których bardzo, bardzo chcę być. Pozaznaczałam sobie zapisy, pododawałam strony i zapomniałam. Zapomniałam do czasu, gdy na Facebook'u pokazały się zapisy na Blogowigilię. Nie wierzyłam, że się uda, nie wyobrażałam sobie tego, nie wiedziałam, jak miałabym to zrobić. Sama do Warszawy nie pojadę, a z Szanownym ciężko, bo dzieci... Czasu było mało, trzeba było decydować i zadecydowaliśmy. Jedziemy, a dzieci pierwszy raz zostaną z babcią na noc. Jeszcze chwilę zajęło nam zastanowienie się czy u nas czy u nich, ale stanęło na wyjazdowym nocowaniu pod miastem.

Postanowić łatwo, zrobić, zwłaszcza matce, bardzo ciężko. Nie mogłam spać, nie mogłam o niczym innym myśleć, obwiniałam się, że dla paru chwil zabawy, narażę dzieci na niedogodności. Bo przecież Fifi, może i zaśnie w końcu z babcią, ale przecież w nocy chodzi, szuka mamy, włazi nam do łóżka... A Zosia? Zosia potrzebuje układania, przekładania, całowania, przykrywania. Pięćset razy woła z łóżeczka zanim w końcu umości się jak należy i zaśnie. No i rano nie toleruje nikogo innego, kto mógłby ją wyjąć z łóżeczka. Do tej pory woła mamę, aż ja nie przyjdę. Mocno przeżywała, planowałam, pakowałam, wszystkie wytyczne przekazywałam. Omal się nie popłakałam, jak wychodziłam z domu.


Impreza jak impreza. Było fajnie, nie myślałam za wiele, miałam sygnały, że jest dobrze i nie miałam sygnałów, że jest źle. Gdy wyszłam, wsiadłam do samochodu, pędziłam jak na skrzydłach do Lublina. Znany wjazd do miasta, znane ulice, ostatni skręt, nasz blok w oddali i nagłe bach... Ale dokąd ja tak pędzę... Przecież dzieci na nas nie czekają, przecież tam jest pusty pokój, pościelone łóżka, zgaszone lampki...

Pierwszy raz kładłam się spać gdy dzieci nie było w domu i pierwszy raz się budziłam bez nich. I było mi ciężko... Ta pustka, cisza, spokój, do którego tak często tęsknię, teraz mnie przytłoczyły. Wiedziałam, że gdzieś tam one już powstawały, może płakały, może nie chciały jeść śniadania, może były smutne... Odpędzałam od siebie wszystkie te myśli, ale łatwo nie było. Nie pozostało nam nic innego, jak ruszyć się z miejsca i pojechać do dzieci... Tak też zrobiliśmy.

A tam... Nic złego się nie stało... Co prawda we wzroku Zosi dojrzałam tą niepewność, którą widziałam raz u Filipa, gdy wróciłam po tygodniu ze szpitala po porodzie... Ale to był ułamek sekundy, a potem wszystko przebiegło tak, jakbyśmy właśnie wrócili z szybkich zakupów. Były bardziej przylepne, bardziej przytulne, łatwiej dało się je wieczorem zebrać do domu, spokojniej wysłuchały bajki, Fifi opowiedział nie za wiele, było fajnie i tyle... Wszystko wróciło do normy, choć, gdy tydzień później wyjęłam te same piżamki, z którymi byli u dziadków, to usłyszałam, że nie, to są piżamki do nocowania z babcią... Potem i o piżamkach zapomnieli...

Oczywiście nie byłabym sobą, gdybym nie wypytała. Jak to z moją Zosią, która potrzebuje niemal nabożnych rytuałów, żeby raczyła zasnąć? Jak z włóczącym się po nocach Filipem? Jak z pobudką i śniadaniem? Otóż, wszystko przebiegło bez problemów (o ile można wierzyć teściowej, ale załóżmy, że można). Zosia zasnęła bez fanaberii, Filip upomniał wszystkich, że za głośno gra telewizor, sam poszedł do toalety i też udał się spać. Spały, nie marudziły, wstały, mamy nie wołały (przynajmniej histerycznie), śniadanie zjadły i w końcu na rodziców się doczekały.

A morał z tej historii jest taki.
Przyszedł ten czas, gdy uznaliśmy, że dzieci, bo o nas możemy jeszcze dyskutować, są gotowe na takie wyzwanie. Że w wyjątkowych okolicznościach, gdy będzie się działo coś, na czym nam będzie zależało (wesela, sylwestry, planowane weekendy), będziemy je mogli zostawić i odnajdą się tam znakomicie... Przyszedł ten czas, gdy zaufałam na tyle teściom, że powierzyłam im na całą noc moje największe skarby wierząc, że będą na nie chuchać i dmuchać... Przyszedł ten czas, gdy uznałam, że mimo wszystko będę w stanie dobrze się bawić wiedząc, że dzieciom nie dzieje się krzywda... Może troszkę tęsknią (mam nadzieję, że tęsknią), ale nie są nieszczęśliwe.
Dojrzeliśmy... Na spokojnie, bez przymusu, z własnej, nieprzymuszonej woli, swoim tempem...

I...

I może mogłam pojechać sama, busem (http://piatkabus.pl/)... Może mogłam zrezygnować całkiem z zabawy... Może mogliśmy je wziąć ze sobą i zostawić z tatą w hotelu... Wszystko może, ale jak długo jeszcze, ile jeszcze miesięcy czy lat mieliśmy ze wszystkiego rezygnować... Już za miesiąc z kawałkiem szykuje nam się większa impreza w Poznaniu... Mamy zaproszenie we dwoje... Chcemy jechać... Boimy się już, jak to będzie i na pewno będziemy przeżywać, ale gdyby nie tamta jedna grudniowa noc pewnie wcale nie byłoby mowy o takiej eskapadzie... A tak, zarezerwowałam hotel, mąż porozmawiał z rodzicami i powolutku nastawiamy się psychicznie do tego weekendu. Ba, planujemy sobie nie wiadomo co, a pewnie i tak będziemy grzeczni jak nigdy, bo będziemy się martwić, ale to nic... Tymi malutkimi kroczkami rozwiązujemy kolejne supełki na pępowinie. Bo przecież marzy nam się już ten czas, gdy dzieci pierwszy raz wyjadą na samodzielne kolonie, a my będziemy mieli wolną chatę... A do tego nigdy nie dojdzie, jak wiecznie będziemy się tak kurczowo siebie trzymać.

A jakie są wasze doświadczenia w tym temacie...? Jak myślicie, szybko się zdecydowaliśmy na nocowanie dzieci u dziadków czy raczej jesteśmy strasznymi lebiegami i panikarzami? Przed urodzeniem dzieci wydawało mi się to takie oczywiste i proste, a teraz nie jest tak hop do przodu. Ech, gdyby to wszystko przychodziło bez trudu byłoby zdecydowanie łatwiej.

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza