piątek, 12 maja 2017

Całe życie...

Siedzę sobie w pracy, patrzę na nieciekawe widoki za nie do końca czystym oknem, próbuję się jakoś umościć, żeby nie zdrętwiały mi nogi. Coraz lepiej idzie mi jazda samochodem, ogarniam nowe obowiązki, mam plany i ambicje. Za czas jakiś pozbieram swoje zabawki, rzucę wszystko i pojadę świętować piątek z moją dwuletnią córą i czteroletnim synkiem. Tak, dokładnie, już czteroletnim... W zasadzie, to biorąc pod uwagę mój staż na tym świecie, to mogłabym powiedzieć, że dopiero, ale dla mnie to już... Dla mnie te jego cztery lata to całe moje życie.


Zanim dotarłam do tej pracy musiałam wstać wcześnie, zebrać siebie, zebrać dzieci, przedyskutować z nimi pięćdziesiąt razy kwestię śniadania, ubioru, ewentualnych zabawek do przedszkola, planów na popołudnie. Musiałam odprowadzić, pożegnać się, dojechać, po drodze próbując przypomnieć sobie o ilu rzeczach zapomniałam, co mam dziś zrobić, co kupić w drodze powrotnej, na jakie wizyty i atrakcje poumawiać, za co popłacić, jakie okazje mamy w najbliższym czasie. W drodze powrotnej sytuacja wygląda podobnie. Układanie sobie w głowie jadłospisu, planów zajęć całej czwórki, rozmyślanie nad obowiązkami... Zresztą, co ja się będę dalej rozpisywała, każda mama wie, jak mniej więcej to wszystko się toczy. Od rana do wieczora trzeba sytuację kontrolować, planować, opanowywać i przy tym nie zwariować. Bo życie, odkąd pojawiają się dzieci, przyśpiesza niesamowicie, by zwalniać na te chwile, gdy jesteśmy tylko dla nich...

O ile obowiązki pracowe, zakupy, swoje sprawy, jesteśmy w stanie jakoś przełożyć, jakoś rozplanować inaczej, jakoś poprzesuwać, poupychać, o tyle dziecięcej bajki na dobranoc nawet nie chcemy usuwać z planu dnia. O ile swoje posiłki możemy modyfikować, możemy raz na jakiś czas podejść do nich trochę po macoszemu, o tyle w głowie nam się nie mieści, że mogłybyśmy zaniedbać tak wyżywienie naszego dziecka. To, że my w tym tygodniu/miesiącu/roku nie pójdziemy ze znajomymi na przysłowiowe piwo, nie obejrzymy filmu wieczorem czy nie wyszalejemy się na nartach... Cóż... Nic się nie stanie, ale dziecięca zabawa, kinder bale zaplanowane przez koleżanki z przedszkola, wycieczki do zoo i za miasto... To nigdy nie spada z wokandy i pod to planowana jest reszta naszego dorosłego dnia. W zasadzie nie ma co się oszukiwać, mamy swoje życie, swoje pasje, swoje plany i marzenia, ale wszystkie one kręcą się nieustannie wokół dzieci. Odkąd one są na świecie, wszystko teraz i za lat dwadzieścia jest i będzie w pierwszej kolejności im podporządkowane. Wiadomo, z czasem zapewne proporcje się zmienią (nie wiem tego na 100%, ale tak mniemam), ale teraz czas naszej pracy warunkują godziny otwarcia przedszkola i dziecięce choroby (tfu, tfu, odpukać, ostatnio jakoś się prześlizgujemy), czas wolny zależy od dziecięcej senności, pracy babci, dostępności opiekunki... Miejsca, dokąd się wybieramy, to miejsca, które mają podobać się dzieciom... Godziny, w których wycieczkujemy, to godziny skrupulatnie rozplanowane między drzemkami, posiłkami, zajęciami...

PS.
Czasem próbuję sobie przypomnieć czas przed dziećmi. Migocze gdzieś we wspomnieniach jak jakaś bajka, jak inne życie, jak film, który się kiedyś oglądało, ale jest tak nierealny, że aż ciężko sobie wyobrazić, że gdzieś tam byłam i żyłam... Bez dzieci... Osoba, którą byłam wydaje mi się tak obca, tak inna, tak nieznajoma... Fajnie się to wspomina, ale to już nie to samo... Moje życie jest tu i teraz i ma całe, wielkie, długie cztery lata ;)







Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza