poniedziałek, 22 maja 2017

Im starsze dzieci tym łatwiej... czyli rozważania matki niewyspanej...

Dziś miałam plan się wyspać. Pospać rano w spokoju do tej 6.30 może nawet, jak dzieci się zlitują, to do 7... Plan był, ale z wykonaniem troszkę gorzej. Po piętnastu pobudkach raz do jednego, raz do drugiego, po godzinie 4 obudził mnie budzik Szanownego Małżonka, który wył, wył, wył (budzik, nie małżonek), a jemu wcale nie przeszkadzał. Zlitował się w końcu, wstał i sobie poszedł wyłączając na szczęście ryczącego potwora, a ja zostałam z nadzieją, że jeszcze usnę... Może to by było możliwe, gdyby właśnie w momencie przykładania głowy do poduszki kot nie postanowił zamaszyście zagrzebać w kuwecie... Raz, drugi, trzeci, dziesiąty... Myślę, wstanę, przegonię, dzieci mi pobudzi, a wtedy to już nici ze spania. 
Dobra, w końcu nastała cisza...
Tup... Tup... Tup... w stronę salonu... Tup... Tup... Tup... tym razem coraz bliżej. Wpuściłam, przytuliłam, leżymy... Swoją drogą teraz jeszcze bardziej zwracam uwagę na zabezpieczenia drzwi i okien (http://www.gerda.pl/), bo migracje i pomysły zaspanego brzdąca bywają zaskakujące...
Cisza...
"Mamooo, nie ma" - dobiega z drugiego pokoju... Wstałam, nakryłam, wróciłam do wyrka, a tam ani się wpasować. Jakoś próbuję, jakoś się układam...
No nic, w końcu skapitulowałam, z wyra wylazłam na dobre...
6.05
 

To tylko jedna taka noc i poranek. Czasem jeszcze do kompletu dochodzą okoliczni balangowicze, śmieciarze, sąsiedzi, dziecięce koszmary, choroby, chrapanie męża i wiele, wiele innych. Ogólnie rzecz ujmując, wyspać, to ja się nie wyspałam od bardzo, bardzo dawna. W sumie mogłabym chodzić wcześniej spać, ale jakoś nigdy mi nie wychodzi. Swoją drogą, sen matki jest tak czuły na dziecięce potrzeby, że nawet śpiąc w drugim końcu mieszkania, ja wiem, że jestem w stanie na czas zareagować. A z drugiej strony nie jest w stanie mi przeszkodzić we śnie rycząca nieopodal Agnieszka Chylińska (zawsze w maju mam zaszczyt wysłuchiwać wszystkich tych sław z racji sąsiedztwa z miasteczkiem akademickim i odbywających się w tym czasie wszystkich kulturalnych imprez) więc chyba to taki ewolucyjny cud. Na szczęście zazwyczaj w soboty więc dzieciaki zmęczone działką też nie reagują na dość głośne bity i wokale.

Nie, nie... Ja nie narzekam, ja przywykłam. Ale do czego zmierzam? Otóż, czas jakiś temu usłyszałam, że ja to mam lepiej, bo ja już mam starsze dzieci, że już się wysypiam, że dziadkom podrzucić mogę, na piwo pójść... 
No pewnie... 
Nie ma to jak podrzucić dziadkom dzieci, pójść na balety, a potem się wyspać do południa... Tylko po co? Jakbym oddała dzieci na noc dziadkom, to raczej bym się porządnie wyspała zamiast gdzieś łazić. Alkohol też raczej mi w większych ilościach nie w głowie, bo potem trzeba jakoś wrócić do normalności, a to z dwójką dzieci może być ciężkie, a co do wysypiania... patrzcie wyżej... zawsze coś...

Zastanawia mnie w tym momencie skąd u niektórych takie przekonanie, że rodzice starszych dzieci (2,5 i 4 lata - wow, niemal dorosłe) mają tak, nie powiem lepiej, bo zabrzmi, jakby rodzice mieli źle, ale łatwiej, sprawniej... Nie wiem, jak to nazwać. Może już przywykliśmy, ułożyliśmy sobie jakoś wszystko na nowo z nowymi lokatorami, może już nie pamiętamy, jak to było kiedyś i nie tęsknimy za tą "wolnością", ale nadal wstajemy w nocy, nadal wycieramy pupy, przebieramy tysiące razy, karmimy, nosimy, usypiamy. Fakt, wysyłamy dzieci do przedszkola, ale w tym czasie pracujemy, wcale ten czas nie jest naszym czasem wolnym. Owszem, ustaliliśmy jakieś pomoce z dziadkami, wypracowaliśmy sobie dyżury i "czasy wolne", ale też kiedyś byliśmy takimi świeżynkami, też byliśmy przerażeni i wydawało nam się, że taki niemowlak to tyle pracy i obowiązków, że kupa tak niesamowicie śmierdzi, a ulewanie to najgorsza rzecz pod słońcem... A potem przyszedł drugi niemowlak, a potem podrosły, zaczęły biegać, gadać, wiecznie czegoś chcieć... I zrobiło się tylko ciekawiej.

Ale czym ja się przejmuję... Jak to mówią, małe dzieci - mały kłopot, duże dzieci - duży kłopot... Więc jeszcze wszystko przed nami ;)