środa, 21 czerwca 2017

Drobne cwaniaczki...

Naszą narodową cechą jest kombinowanie... Kombinowanie na różnych polach, w różnych dziedzinach, w różnych aspektach życia... Chodzi o ugranie czegoś, o korzyści, o wygodę, albo zwyczajnie, tak po ludzku, żeby inni nie mieli... Wystarczy wyjść na chwilkę z domu, włączyć telewizję lub otworzyć gazetę, żeby natknąć się na jakąś super historię... I nawet nie chodzi mi o jakieś wielkie przekręty, bo do tych trzeba mieć choć trochę głowę na karku, mi chodzi o takich drobnych cwaniaczków, których spotyka się na co dzień... O takich, co to wepchną się w kolejkę, wydębią darmowego batonika czy przejadą się za darmo autobusem... Taka mała rzecz, a jak cieszy takiego cwaniaczka... Ba, tak go cieszy, że z czasem takie małe cwaniactwa wchodzą mu w krew i wykorzystuje każdą nadarzającą się okazję, żeby coś ugrać... Nawet jeśli nie jest mu to do niczego potrzebne...

Ale zacznę od głośnego ostatnio uszczelniania programu 500+. Żeby było jasne, ja nadal uważam, że ten program jest źle skrojony i nie do końca popieram nasz rząd w jego działaniach, ale pomysł uszczelnienia programu uważam za słuszny. I nie, nie dotknie on wcale tych najbardziej potrzebujących, ale tych, co sobie dopasowali sytuację życiową i materialną konkretnie pod wymagania 500+. Samotne matki, które w rzeczywistości samotne nie są, tatusiów bez pracy, a w rzeczywistości robiących na czarno, pracowników, którzy nagle zostali zdegradowani i dostali trzykrotnie niższą pensję niż dotychczas, ale za to łapią się na zasiłek od państwa. Brawo za przedsiębiorczość, ale nie temu chyba miał ten program służyć. A tracimy na tym wszyscy, w szczególności ci, co najbardziej potrzebują. A poza tym, właśnie przez takich kombinujących program 500+ jest wyśmiewany, a pobierający świadczenie wrzucani do jednego, paskudnego worka...

Ale ja nadal nie o tym chciałam. To tylko taki drobny komentarz wydarzeń bieżących, ale jakoś skojarzył mi się z tematem tego postu. 
Stoję sobie ostatnio w markecie przy kasie. Kasy tak skonstruowane, że dwie kolejki idą obok siebie więc, jak stoję w swojej, mam możliwość zaobserwować co dzieje się w sąsiedniej. Ja czekam, a w  tej obok ostatni klient jest obsługiwany. Czyli można podejść i jest się w zasadzie pierwszym. Tak też zrobiła pewna starsza pani. Podeszła, przymierzyła się do wyjęcia pierwszego towaru, a tu bach... Wbija się przed nią kobieta w średnim wieku, wypacykowana i, że ona tu stała, koszyczek nawet pod kasą zostawiła i poszła tylko na chwilkę, bo czegoś zapomniała. Ok, ja wszystko rozumiem, też mi się zdarzało, ale... No właśnie... Kasa była niemal pusta, starsza kobieta miała ze dwa, może trzy artykuły, ta druga cały wypchany koszyk... Pomijam fakt, że starsza pani była naprawdę panią starszą, poruszała się o lasce, należało jej się pierwszeństwo... A poza tym, następnym razem może od razu po wejściu do marketu postawić pod jakąś kasą koszyk i potem tylko przyjść i wepchnąć się na początek kolejki, bo przecież koszyczek stał i miejsce trzymał... To trzeba mieć jednak tupet.


Druga sytuacja dotyczy już bezpośrednio nas. Piknik rodzinny, wiadomo, najwięcej czasu spędza się w kolejkach do atrakcji, do lemoniady, do waty cukrowej czy do malowania buzi czy włosów. Zosia od początku napaliła się na te włoski i bardzo chciała mieć pomalowane. Robiliśmy kilka podejść, ale za każdym razem kapitulowaliśmy, bo 2,5-latka się nudzi, chce gdzieś iść, jest jej gorąco. Na sam koniec już się zawzięliśmy, poszliśmy we dwóję, ja zajmowałam się Zosiulą, która szalała naokoło, a Szanowny pilnował kolejki. Cały czas byłyśmy obok. Widziałam, jak kolejka się przemieszcza i gdy było już tuż, tuż przyszłyśmy czekać na swoją kolej. I nagle, znikąd pojawia się pani i znów... "Pan tu nie stał, pan stał za mną i za tym panem..." A państwo razem mają troje dzieci, na oko w wieku 8-10 lat, trochę to potrwa, a poza tym ich wcale tam nie było... Ani na początku naszego stania, ani potem, aż do chwili, kiedy przyszła nasza kolej, nikt ze stojących tego nie potwierdza, pani powołuje się na jakiś chłopców, których tam dawno nie ma... Zaprotestowałam i usłyszała, że oni byli, ale poszli po lemoniadę, ale byli... No ludzie, cyrk jakiś!!! No w takim razie, ja z Zosią od rana byłam tu już trzy razy, tylko poszłam po lemoniadę, na zamek dmuchany, odebrać medale i na siku. Pani przybrała waleczną minę, widać że nie popuści 2,5 letniej dziewczynce z pięcioma włoskami na krzyż, farba się skończyła, pani fryzjerka się zawinęła, a ja obiecałam Zosi, że pomaluję jej włoski następnym razem... Trudno... Na szczęście moje dziecko jest rozumne i niektóre rzeczy potrafi pojąć, a ja nie mam ochoty na pikniku rodzinnym wdawać się w kłótnie z kimś, kto... i tu trzykropek, bo to co sobie wtedy pomyślałam to moje...

Ogólnie takich sytuacji jest wiele. Te dwie akurat zdarzyły się niemal jedna po drugiej. O przepuszczaniu kobiet w ciąży, parkowaniu na miejscach dla rodzin czy dla niepełnosprawnych, o wpychaniu się do szybkich kas z całymi koszykami wypakowanymi produktami, o docinkach, o uprzejmości na drodze, o dorzucaniu towaru do już zważonej torebeczki nawet nie będę się rozpisywać. Gubi gdzieś się społeczeństwo, traci elementarną przyzwoitość, uczciwość, wrażliwość. Dla wielu liczy się tylko jego własne ja, jego własny interes...  Nie chodzi tu nawet o mnie z małym dzieckiem czy starszą panią o lasce... Chodzi o każdego. Po to jest kolejka, żeby w niej stać, po to są przepisy, żeby ich przestrzegać, wyznaczone miejsca po coś są wyznaczone. Mi niestety zbyt działają takie sytuacje na nerwy, często się wycofuję, a to źle... Im więcej osób godzi się na takie traktowanie, tym więcej cwaniaczków się pojawia z nadzieją, że ugrają te pięć minut czy miejsce o dwa metry bliżej wejścia. I o ile jestem w stanie choć trochę zrozumieć tych od 500+, o których pisałam na samym początku, potrafię sobie wytłumaczyć, że to przecież dla rodziny, dla lepszego życia (choć jak dla mnie jest to dość krótkowzroczne działanie), to zabijcie mnie, ale nie wiem, co takim drobnym cwaniaczkom leży na wątrobie... Chyba tyko tyle, żeby udowodnić sobie: "zobacz, ale ich zrobiłem w ch...a, ale ze mnie gość"...