poniedziałek, 21 maja 2018

Przygoda, przygoda... czyli do cyrku z moimi dziećmi...

Jak chyba każdy rodzic, podobnie i ja i Szanowny staramy, żeby nasze dzieci się nie nudziły, ciekawie i różnorodnie spędzały czas, żeby były uśmiechnięte, zadowolone i, żeby potem, gdy już dorosną miło wspominały dzieciństwo... Raz na jakiś czas wymyślamy różne atrakcje, często wbrew naszym jakimś uprzedzeniom czy fobiom idziemy gdzieś, gdzie nie bardzo nam się podoba. Czasem ulegamy namowom, żeby potem żałować swoich słabości, ale czego się nie robi dla radości dzieci. Problem w tym, że te małe "potwory" nie jest tak łatwo zadowolić, a ich oczekiwania i wyobrażenia często znacznie rozjeżdżają się z rzeczywistością, którą otrzymują, a to my jesteśmy najbliżej i musimy te zawody jakoś potem rekompensować.

Czas jakiś temu w naszym przedszkolu zawisł plakat, a w przegródkach w szatni ktoś "życzliwy" porozkładał zaproszenia do cyrku. Na plakatach i ulotkach od razu można było zobaczyć ulubieńców moich dzieci czyli Maszę i Niedźwiedzia z zapowiedzią, że tylko tu, tylko u nich, tylko dla nich... Dzieci, jak to dzieci, zapaliły się do pomysłu strasznie, trzy tygodnie opowiadały wszem i wobec, że one pójdą na występ wyżej wymienionych Maszy i Misia, choć ja już od początku miałam obawy, że to tylko taki chwyt marketingowy... Miałam nadzieję, że zapomną, ale nie zapomniały, a ja byłam winna nie zabrania ich na wesołe miasteczko, które codziennie mijaliśmy wracając z działki, a które zwinęło się zanim dotrzymałam rzeczonego słowa więc musiałam, upewniając się wcześniej czy nie będzie dzikich zwierząt, zgodzić na cyrk...


Przygotowania były huczne, dzieciaki nie bardzo wiedziały, co to jest cyrk, ale już nie mogły się doczekać na bohaterów... Ja kazałam się najeść i skorzystać z toalety, bo z doświadczenia wiem, że zawsze i jednego i drugiego zachciewa się wtedy, gdy jest to najmniej pożądane i wygodne... Nie pomyliłam się oczywiście. Dotarliśmy, rozsiedliśmy się na niewygodnych ławkach, dzieci trzy razy pokłóciły się o miejsce koło mamy i czekaliśmy cierpliwie... Ha... Chcieliśmy czekać cierpliwie, ale już na początku przez cyrk przeszła pani ze świecącymi gadżetami... A co tam, myślę sobie... Niech dzieciaki mają zabawę... I tak staliśmy się szczęśliwymi posiadaczami wiatraczka z klownem i mrugającej pały do niczego nie służącej... 


Czekamy dalej...

Rozlegają się werble, gasnął światła, bucha dym... Ja mam ciarki na plecach, bo w cyrku ostatni raz byłam w dzieciństwie i zwyczajnie jestem podekscytowana. Zerkam na dzieci, też wślepiają się w arenę w oczekiwaniu, jak mniemam, na Maszę i Niedźwiedzia... Ja też czekam, bo po wielkości na plakacie można było wnioskować, że to będzie główna atrakcja... Ale wychodzi chudy, wysoki pan wystylizowany ni to na muszkietera, ni to na pirata, ni to na trubadura... Po kilku słowach wychodzą również inne "kreatury", gdzieś w tle kołacze się jakiś niedźwiedź... Dzieciom oczy świecą się na widok takich przebierańców... Niestety, późniejszy pokaz kręcenia hula-hop, choć nam się podoba, powoduje coraz bardziej nerwowe wiercenie się latorośli i zerkanie w stronę kramików umiejscowionych przy wejściu do cyrku... A ponieważ namiot jest niewielki, światła areny rozchodzą się po bokach, dodatkowe światło wpada przez szczeliny, bo na dworze przecież jeszcze wczesne przedpołudnie więc wszystko, co tam oferują jest widoczne jak na dłoni. 


Pan podrzucający przedmioty też średnio imponuje wymagającej widowni. Nawet gdy na ostrzu noża kręci kieliszkami nie jest w stanie przyciągnąć ich uwagi na dłużej niż kilka sekund. Za to coraz częściej pojawiają się frazy "mamo, długo jeszcze" i "wata cukrowa"... 

Gdy na scenie pojawia się klown Zosia wtula się we mnie, jak zwykle, gdy widzi tego typu przebierańców, ale nadal mam nadzieję na rozwój akcji, która wciągnie moje dzieci... Filip wybucha śmiechem, gdy bohater zalicza spektakularnego klina i w zasadzie to tyle. Późniejsze jego występy polegają już raczej na dmuchaniu w gwizdek, co biorąc pod uwagę wiercenie się dzieci, gwar naokoło i gorąc panujący w namiocie, jest tylko irytujące... Ale na szczęście na scenie pojawia się wyczekany niedźwiedź i malutka dziewczynka przebrana za Maszę. Przedstawiają króciutką scenkę i znikają, by potem pojawiać się tylko sporadycznie lub wychylać głowę zza kulis... To przeważa szalę i godzimy się na wymarzoną watę cukrową zupełnie zapominając, że nawilżane chusteczki nieodzowne w takich sytuacjach zostały w samochodzie... Nie ważne, dzieciarnia z bananem na twarzy spędza przerwę w przedstawieniu mniej więcej w jednym miejscu. I nawet udaje nam się je przekonać, że dwu-sekundowa gonitwa na kucyku przez arenę niczym nie będzie przypominała przejażdżek konnych na ukochanych Mazurach.

Po przerwie zapowiedziane są akrobacje na trapezie więc mamy nadzieję, że cokolwiek jednak przykuje uwagę naszych wiercipiętów... Owszem... Filip zaczyna dopytywać kiedy wracamy do domu, a Zosia najpierw chce w swoim zwyczaju siku na już, a potem pić... też na już... Latający pod sufitem spiderman zwrócił wzrok Filipa na dwie minuty i w zasadzie to by było na tyle, bo kolejne minuty upływały nam pod znakiem rotacji miejscówek, konfiguracji kolan, na których aktualnie zasiadają dzieci i walki z wbijającą się w tyłek deską służącą tutaj za ławeczkę...


Nie ma co, wyprawa z naszą dwójką (pięciolatek i trzy i pół latka) do cyrku okazała się istotnie cyrkowa. Po pierwsze, miała być Masza i Niedźwiedź, a wyszli tylko na chwilkę... Po drugie, one nie do końca wiedziały co to jest cyrk i spodziewały się czegoś innego... Po trzecie, przecież one i tak nie usiedziałyby tyle czasu w jednym miejscu... Po czwarte... Nam się i tak podobało... Choć zapomniałam już całkiem, że takie cyrki są mega przaśne, że występy są średnie, a portfele rodziców powinny być pełne, to były momenty, że miałam zaparty dech... I choć wyszłam spomponiona jak ten kucyk co musiał biegać z dziećmi na grzbiecie, a moje dzieci i tak były średnio zadowolone, to ja zadowolona z wyprawy (celowo używam tego słowa) jestem... Bo przynajmniej zobaczyły z czym to się je, miały okazję przekonać się czy im się to podoba, a ja i tak wiem, że następnym razem, jak przyjedzie cyrk, to będą męczyły, jęczały i prosiły żeby pójść... A ja wezmę dwa głębokie wdechy, założę wygodniejsze ciuchy, zabiorę ze sobą chusteczki nawilżane oraz wodę w butelce i pogalopuję razem z nimi...

PS.
A po piąte, to całkiem miła alternatywa na spędzenie weekendowego popołudnia... ;) Swoją drogą, nie zdawałam sobie sprawy, że taki cyrk, z wcale nie tanimi biletami, jest w stanie zgromadzić pełną widownię, że jeszcze ktoś odwiedza takie miejsca...