wtorek, 25 listopada 2014

Sprawiedliwy podział obowiązków...

Ostatnio określenie "pomoc przy dzieciach" czy "pomoc w domu" w odniesieniu do męża, partnera, ojca dzieciom, zaczyna mnie mierzić, wkurzać i drażnić. Bo określenie "pomoc" ja rozumiem tak, że coś jest moim obowiązkiem, a ktoś inny, z własnej, nie przymuszonej woli bądź odpłatnie mi w tym pomaga. Za taką pomoc powinnam być wdzięczna albo zwyczajnie zapłacić. A czy dom i dzieci, to tylko mój obowiązek? Czy to jest tylko moje mieszkanie, tylko ja tu mieszkam? Czy dzieci zrobiłam sobie sama i są tylko moje, a zarazem są tylko moim zmartwieniem? Czy mężuś i tatuś nie ma takiego samego obowiązku zadbać o nasze wspólne pociechy? Czy nie powinien czasem ogarnąć naszej wspólnej przestrzeni życiowej? Czy obiady zawsze muszą wychodzić spod mojej ręki, a jak już nie mam czasu bądź siły, to być zamawiane? Dlaczego jak przychodzi Męża kolej na zrobienie kolacji albo zwyczajnie dłużej mi się schodzi z usypianiem Filipa (to też zawsze robię ja), to wtedy zawsze jest pizza na dowóz.
Wiem, że marudzę i smęcę, ale zwyczajnie mam już dość tłumaczenia i tłumaczenia. Wielkimi kroczyskami wchodzę w dziewiąty miesiąc ciąży, brzuch mam duży, skurcze dokuczają, o kręgosłupie nawet nie wspomnę, bo chce mi się jęczeć. Czasem mam taki dzień jak wczoraj, bardzo pozytywny dzień. Budzę się rano, udaje się dospać, bo M. wcześnie wyjeżdża do pracy więc nie budzi mnie jego charczenie, doleguję spokojnie, bo Fifi tylko przez sen się wierci, potem wstaję, zbieram się, jest luz. Filip śpi prawie do 9 więc najpierw korzystam i ogarniam siebie. Potem wstaje Maluch i ogarniam jego. Lubię takie spokojne poranki, bo i mi lżej, i Fi uśmiechnięty i wesoły. Nastawiam zupkę, sprzątam łazienkę, sypialnię i parę innych zapomnianych miejsc, tak przy okazji, po drodze, żeby nie marnować czasu. Drugie danie ma przywieźć Małżonek, ale że wszystko idzie sprawnie, to zabieram się i za to, pierwszy raz robię coś z boczniaka. Po drodze jeszcze naklejanie i malowanie z Fifulem, zbieranie tego co powywalał, żeby za chwilę wywalił znowu. Aż się sama sobie dziwię, że brzuch nie dokucza . Dopiero jak ścielę Filipowi łóżeczko, to łapie mnie skurcz, taki porządny, ale lekarz kazał się zbytnio nie przejmować pojedynczymi , zaraz przechodzi, kolejnych brak.
Jak już dzieciątko zasypia, ogarniam mieszkanie. Nie wiem, o której wróci M., ale pewnie będzie pędził, żeby w drzemce skorzystać ze spokoju i napić się kawki, a dobrze usiąść sobie w porządku. Mam napisać post na bloga, ale odpuszczam, bo na biurku leży materiał do skrojenia, miał mi pomóc Małżonek, ale czekam już trzeci dzień więc biorę się za to sama. Niełatwe zadanie dla brzuchatego słonia, ale daję radę. Jutro pewnie szybko przyłapię, pojutrze dokupię tasiemkę i gotowe. Jak w końcu zasiadam poczytać coś na necie, to wchodzi M. Ja oczywiście zdaję sobie sprawę, że on z pracy wraca, ale co ja niby robiłam cały dzień. No wiem, że akurat tego dnia nie miałam żadnej papierkowej roboty, ale gdybym miała, pewnie i ją bym gdzieś wepchnęła. Bo przecież ja też pracuję, też zarabiam na dom. Więc o co chodzi? Jakby zrobić listę naszych obowiązków, to chyba nie wyszło by za bardzo sprawiedliwie.
Ale ok.
Wraca Mąż i Ojciec do domu, Matka ma nadzieję na troszkę spokoju, na wykonywanie reszty obowiązków bez dziecka pod nogami, może na godzinkę na kanapie, bo już plecki zaczynają dokuczać. Przecież Małżonek może zająć się Filipem i przy okazji jakieś drobne robótki domowe wykonać, przecież można, jestem tego żywym przykładem. Nie, nie może, bo pilnuje dziecka, żeby po mnie nie skakało, a jak już skacze, to przecież dlatego, że sam chciał do mnie więc co on, biedny robaczek miał począć? Puścił dziecko i dalej ślęczy w laptopie. Mówię "pobaw się troszkę z małym, on się nudzi, dlatego marudzi", "no przecież się bawię" i dalej leży na podłodze, a dzieciak ciągnie go za spodnie i ryczy. Głowa zaczyna mnie pobolewać i energia na dalsze działania jakoś odpływa.
Przychodzi wieczór, trzeba zacząć szykować się do snu. M. ma zrobić młodemu kolację, je zazwyczaj koło 19.30 i o tej porze Tatuś zaczyna przygotowywać posiłek. Zanim się zrobi, ostygnie, trochę mija, histeria murowana. W ogóle w poczynaniach Tatusia króluje "zaraz". Nie idzie przetłumaczyć, że przy dziecku tak nie można, że chwilka może o czymś zaważyć. To, że pielucha dwie godziny nie zmieniona, bo przecież Filip sam nie przyszedł i nie powiedział, to pikuś.
I przychodzi czas kąpieli. Kąpiel to coś, czym Tatuś się chlubi. To on od samego początku kąpie Filipa. Na początku owszem, to był obowiązek, ale teraz? Teraz ja rozbieram dziecia, a Tatuś wrzuca do wanny, zasiada na zydelku obok i wczytuje się w internet w telefonie, który targa do łazienki pod pretekstem, że będzie puszczał Fifulowi muzykę. W tym czasie ja ścielę łóżka, sprzątam kuchnię i salon, robię kolację, a potem przejmuję synka i kładę go spać. Ostatnio zajmuje to troszkę czasu. Gdy już jestem wolna, to okazuje się, że nadal nie mam przyklejonej listwy przy podłodze w salonie, że nie poprawiona zerwana firanka, że w zasadzie to Małżonek całe popołudnie zajmował się synem i nie miał czasu na nic więcej. A teraz już tego nie zrobi, bo teraz to my mamy czas dla siebie. No i co mam mu powiedzieć, że ma zachrzaniać coś robić, jak on już odpala film na dvd, podaje herbatkę i obiera pomelo?  Ręce mi opadają, sił już i tak brak na dyskusje, po co sobie psuć humor więc zasiadam przed tym telewizorem, jem pomelo, popijam herbatkę, a potem idę spać, żeby rano zacząć wszystko od nowa. No nie do końca rano, bo jeszcze czeka mnie pewnie parę pobudek. To do łazienki, to do Filipa, to do chrapiącego Męża. A niech się tylko pożalę na te nocne wstawania, to usłyszę, że to mi się przecież chce siku i to ja się budzę. Do mężowej łepetyny nie dociera, że sikam i budzę się z jednego powodu, ściśle z nim związanego. Że dolegliwości ciążowe, to nie moja fanaberia i przydałoby się mi jakoś w nich ulżyć. Przecież nie proszę o to pierwszego lepszego faceta, tylko tego, który tytułuje się ojcem tego dziecka.
Ja wiem, że on się stara i ja to doceniam. Mało tego, jak już w końcu poprawi tą firankę, to mu podziękuję ładnie. Nie czepiam się wiecznie, nie chodzę, nie marudzę, ale jak ja już muszę mu przypominać, że jestem w ciąży i niektórych rzeczy zwyczajnie nie powinnam robić, to mnie trafia szlag. No i raz na jakiś czas się wkurzę i mu wygarnę. Obrazi się, a ja będę miała wyrzuty sumienia. W sumie to nawet nie wiem dlaczego, przecież nie jestem cyborgiem i nie ze wszystkim muszę sobie radzić sama. A kto, jak kto, ale on chyba powinien to najlepiej rozumieć. A jak powiedziałam raz, że ciężko mi się schylać, żeby pozmiatać podłogę, to mi kupił szufelkę i zmiotkę na kiju, żebym mogła robić swoje nie nadwyrężając kręgosłupa. No, cholera jasna, że tak się wyrażę. Może ja też chciałabym czasem usłyszeć "dziękuję" czy "przepraszam".
Ja wiem, że to wszystko jest śmieszne, że nawet sama się z tego czasem śmieję, ale czasem mam ochotę siąść i płakać. Zwyczajnie ogarnia mnie przerażenie, co będzie za miesiąc. Czy wtedy wyrosną mi dodatkowe ręce? Bo w zmiany w małżonku jakoś nie wierzę. Pomarudziłam mu troszkę ostatnio, że może by z Mamusią porozmawiał, że może przydałaby nam się pomoc, taka pomoc, jak się należy, a nie wpadanie na kawkę. To usłyszałam, że on nikogo do niczego nie będzie zmuszał, a my sobie znakomicie radzimy. No cholera jasna po raz drugi.
Dobra, koniec narzekania. Właśnie zadzwonił M., że już podąża w stronę domu więc zaczynamy tą drugą część dnia. Tą pełną niespodzianek. Obiecał sprzątnąć szafkę z narzędziami. Co prawda dwa miesiące już to obiecuje, ale dziś już na pewno to zrobi. Zobaczymy....
Miłego popołudnia życzę!!!
I nie bierzcie tego postu zbyt poważnie. Ot takie marudzenie sfrustrowanej Mamuśki przestraszonej czekającymi ją zmianami w życiu.

24 komentarze:

  1. jak ja Ciebie rozumiem... moglabym sie.pod tym wszystkim podpisac. powiem tyle- wymagaj,wymagaj,mow. nie udawaj,ze nie potrzebujesz, ze sobie poradzisz,ze maz bedzie gadal,ze mu zrzedzisz. tez mnie do szalu doprowadza tekst o pomaganiu meza w domu. masakra jakas!!! pewnie naszych mezow matki nie nauczyly praowitoscibw domu.mojego mama wszystko robila,lacznie z prasowaniem skarpetek i ukladsniem mubw szafach. za niedlugo urodzi sie Wam maluszek,bedzie wiecej pracy,zatem po prostu sie postaw... a maz tez niech ugotuje cos,jak bedzie jadl tydzien lub dwa zamawiana pizze to moze cos do niego dotrze....zrob cos tym kochana bbo sie zaorasz,to taki typ,tez takiego mam,jest kochany,ale sam z siebie w domu nie zrobi nic.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Szczerze, to model rodziny, jaki ja zastałam w rodzinie mojego męża zwala mnie z nóg. Nie chcę się wdawać w szczegóły, ale to cud, że mąż i jego brat jakoś sobie w życiu radzą, teść do tej pory sam nie zrobi sobie herbaty. Mój M. naprawdę wiele potrafi zrobić, ale ile trzeba się nachodzić i naprosić, a nieraz i nawrzeszczeć. To bywa męczące i frustrujące.

      Usuń
  2. Ja mam to samo z mężem, a raczej miałam na wszystko jest czas tylko czemu tego czasu nie było jak w ciąży chodziłam, dwie różne osoby w jednym ciele, żeby mieć tego cudownego i pomocnego to co rok musiałby być prorok ;)

    OdpowiedzUsuń
  3. Przełykam właśnie gorzką pigułkę, jaką zaserwował mi dzisiaj mój mąż, więc nie wiem, co Ci napisać...
    może tyle, że czasem lepiej i czasem gorzej? Musimy jednak walczyć o swoje. Ja będę a Ty?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja mam wrażenie, że cały czas walczę;)

      Usuń
  4. Trzeba rozmawiać i wymagać. Ja akurat nie mogę narzekać na męża, bo robi dość dużo i gotuje też - ale najlepiej robić razem - wtedy i szybciej i przyjemniej. ;) Ale bywają też rzeczy o które nie mogę się doprosić ;)

    Trzymaj się :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja bardzo lubię prace domowe wykonywane razem, bo to motywuje. No niestety czasem wydaje mi się, że tylko mnie. Ja się nakręcam i chcę iść za ciosem, skończyć, to co zaczęłam, a mąż tylko zerka, jakby uciec z pola bitwy;)

      Usuń
  5. Madziu, cale nie uważam, że przesadzasz, czy żartujesz. znam to z autopsji.
    Ja mam na tapecie bunt dwulatki, która w ciągu dnia jest jak przeciąg wszędzie jej pełno, mnóstwo głupich pomysłów, zawsze coś się znajdzie dobrego do buzi, ja dostaje prawie zawału serca, wciąż uczulajac małża i syna aby po sobie sprzatali swoje rzeczy aby Hance w łapki nie wpadły, bo ona jest zdolna do wszystkiego. Ostatnio spadła tatusiowi z łózka, mimo że przy niej siedział, z małą różnicą, bo z oczami wpatrzonymi w telewizor...wiec się strasznie wkurzyłam. ostatnio mam kryzys bo Hanka wymaga stałego "monitoringu" a starszy brat naszej uwagi przy lekcjach. w tym czasie małż musi koniecznie jechac do mamusi, bo jej mieszkanie trzeba ogarnac. ja zostaje z dwójką w domu i ani uważnie młodej nie ogarnę, ani młodemu przy lekcjach nie pomogę. czasami czuje jakby mnie ktoś za obie ręce ciągnął w obie strony. a wieczory to maskara. starszy chce spac, młodsza ryczy i spac nie chce. ja siedze na podłodze i ryczę z bezsilnosci...przepraszam, że tak u ciebie się wyżalam, ale domyślam się jak czasami jest ci po prostu ciezko i widmo drugiego dziecka, dodatkowych obowiązków może przytłoczyc...mimo wszystko trzymam kciuki abys znalazła siłę...bo napewno to przetrwasz choc na poczatku może by cięzko...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To jest właśnie najbardziej frustrujące, że niczego nie mogę zrobić dobrze. Filipa trzeba cały czas pilnować, a inne rzeczy same się nie zrobią. Dziś na przykład musiałam zająć się papierami. Oganianie się od dziecka przy robocie, która wymaga jednak trochę skupienia mocno może wkurzyć. A jak już w końcu sobie poszedł, to musiałam latać i sprawdzać co znowu wymyśla. Ale dałam radę, a to dodaje skrzydeł, także jestem dobrej myśli;)
      Tobie też życzę dużo siły i pozdrawiam!!!

      Usuń
  6. Kupił Ci szczotkę na dłuższym kiju, widzisz, myśli o Tobie :))) No niestety facet jakoś tak inaczej zaprogramowany, czy co? Ja też muszę o wszystkim myśleć, przypominać, prosić, z naturą nie wygrasz, trzeba ją jakoś przechytrzyć. Ja np zawsze idę pod prysznic w porze dziecięcej kolacji :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kilka dni temu wlazł na tą szczotkę i ją połamał;)

      Usuń
  7. Hehe mój mąż zajmuje się dzieckiem, ale przeważnie przebywa z nim na rękach tuż nad moją głową - bo On chciał do Ciebie. Ehhhh..nawet idąc pod prysznic obije siedzą mi w łazience :D

    OdpowiedzUsuń
  8. Z tego co wiem to Fifulowy tata zna adres bloga?
    To niech to przeczyta z pięć razy, żeby koniecznie zrozumiał o co Ci chodzi.
    Jesteś na końcówce ciąży i takie zachowanie?
    Kopnęłabym w du... żeby z głowie się przewróciło na właściwe miejsce...

    {wybacz, ale się zbulwersowałam}

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zna i nawet czasem czyta, ale oprócz tego, że czyta, to jeszcze ode mnie wysłuchuje. Raz dotrze, raz nie, raz zostanie w głowie, raz nie.

      Usuń
  9. Jejku po raz kolejny czuje sie jakbys opisala nasz dom tylko ja nie jestem w ciazy. Nie mozna mezowi nic powiedziec bo jeszcze sie obrazi i nie bedzie pomagac wcale. Jak juz cos zrobi to musze go po rekach calowac i wydaje mu sie ze wyrobil limit na caly tydzien. Mnie najbardziej denerwuje jego tekst ze on chodzi do pracy wiec sie musi wysypiac dlatego ja nie przespalam jeszcze ani jednej nocy i to ja wstaje do malego. Ale niedlugo ja wracam do pracy i zazartowalam ze on bedzie spac z malym bo ja sie musze wsypac bo do pracy ide to sie oburzyl ze jak to? na zmiane bedziemy. Takze mi nie dane bedzie sie wyspac.
    Mysle ze problem w tym ze tak zostal wychowany. Jeszcze w ciazy tesciowa wbijala mu do glowy ze tesciu nie pomagal nigdy przy dzieciach wiec on nie bedzie sie wybijal. Temat rzeka. Do pomocy nikt nie przyjechal za to ja glupia bralam malego i caly majdan zeby do nich jechac bo chca malego zobaczyc a im byloby latwiej przeciez wsiasc w auto i przyjechac bez tego calego pakowania no ale jasnie panstwo wygodne. Maz tez wieczorami oglada filmy i mecze i to jest dla niego sens zycia. A z malym bawi sie 2h po pracy i wtedy nie moze nic zrobic bo go pilnuje przeciez. Przepraszam za spam musialam to z siebie wyrzucic.
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Z tym jeżdżeniem do rodziny u nas było to samo. Lato 2013 czyli po urodzeniu Filipa spędziłam u teściów albo u mojego taty. Nikomu nie przyszło do głowy, że dla mnie ciężej jest do nich dojeżdżać. Ale teraz się wkurzyłam i mąż mnie na szczęście poparł. Po pierwsze z Filipem nie jeździmy, a po drugie po porodzie też nie będziemy teatrzykiem objazdowym. Kto będzie chciał, to zna drogę. Kto nie, ten nie zobaczy Maleństwa, bo ja się nie czuję w obowiązku nikomu przywozić na okazanie. Jak na razie poskutkowało to tylko tyle, że teściowa się pojawiła dwa razy pod rząd, ale po dwumiesięcznym nieodzywaniu się. Reszta się zapiera rękami i nogami.

      Usuń
  10. Zjadło mi komentarz :/
    Momentami myślałam, że czytam o swoim mężu. Sztandarowe zdanie: "nie mogę, zajmuję się dzieckiem".
    Ale podziwiam Cię! Nie wyobrażam sobie teraz być w ciąży przy moim dwulatku.
    Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przyznam się szczerze, że myślałam, że będzie łatwiej;) Na pewno byłoby lepiej, gdybyśmy mieli pomoc od rodziny, wtedy może nie psioczyłabym tak na męża, ale skoro nie mamy, to i on musi się poczuwać do obowiązków.

      Usuń
  11. Och jak ja cię rozumiem,zwłaszcza w kwestii marudzenia przestraszonej mamuśki. Weszłam w etap być zrzędliwą pindoliną, fakt niezaprzeczalny. Czepiam się chłopa o wszystko, a potem zaraz przepraszam. I jest mi tym bardziej głupio, że jednak mój chyba jednak bardziej się przykłada - choć kto ostatnio podwieszał zerwaną zasłonkę? ;) Ja myślę, ze rozmowa nawet w ten wieczór co ma być przyjemny nie zaszkodzi, a może pomóc. Film można włączyć za chwilę.
    Trzymam kciuki i nie przemęczaj się!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja się czepiam o drobiazgi, ale te drobiazgi tworzą całość. No i niestety, codziennie rano, pierwszy telefon do męża, to lista rzeczy, które miał zrobić, a nie zrobił. Takie rzeczy w stylu niewyniesionych pieluch czy nienakarmionego kota. On się z tego śmieje, mówi, że zrzędzę, a ja mam nadzieję, że ta moja codzienna litania jednak przynosi efekty. I tak na przykład, co rano, jak wychodzi do pracy, zagląda do Filipa, okrywa go, daje smoka i niekapka, także ja, jak się przebudzam koło 6, to mogę spokojnie doleżeć, bo wiem, że u Małego wszytko dopatrzone. To właśnie sobie wymarudziłam;)

      Usuń
  12. Czesc myslalam o Tobie w nocy. Uwazam ze w Twojej sytuacji powinnas dac Filipka do jakiegos zlobka/klubu malucha na kilka godzin dziennie. Tzn maz powinien zaprowadzic go rano a Ty odebrac po obiedzie. Wtedy mialabys czas dla siebie zeby odpoczac i porobic cos w domku na spokojnie. Filip moze wyzyl by sie z kolegami i mial odskocznie bo w zimie w domu pewnie go juz nosi. Uwazam ze juz na pewno powinnas zrobic tak jak urodzi sie malenstwo (obstawiam ze to bedzie chlopczyk).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Myśleliśmy o tym. A raczej M. myślał i mnie przekonywał. Ja na rozum byłam chętna, ale serce jakoś mi odmawiało oddania Fifula, jak ja jestem w domu. Ale teraz myślę, że to nie najlepszy pomysł. Nie chcę, żeby Fifi kojarzył narodziny rodzeństwa z oddaniem go gdzieś do obcych, ale na wiosnę chyba poważnie to przemyślimy.
      A nosić go nosi, ale do drzemki jakoś znajdujemy sobie rozrywki. We wtorki tatuś zabiera go na piłkę, w soboty jeździmy na basen, czasem popołudniami na sale zabaw więc kontakt jako taki z dziećmi ma. Jakoś sobie przez ten pierwszy czas poradzimy, a potem się zobaczy;)

      Usuń