wtorek, 16 sierpnia 2016

Zasady... warto czasem je złamać...

Często słyszę deklaracje, że nie ważne, co by się działo, nie ważne są okoliczności, nie ważne miejsce czy data, dla dzieci odstępstw od reguł nie ma. Chodzi mi o godziny snu, jedzenie, jadłospis, czas zabaw i przyjemności oraz tym podobne sprawy zazwyczaj regulowane przez pewne zasady, które ustalamy, wprowadzamy i wypracowujemy. Od samego początku pracujemy nad planem dnia, nad rytmem, rytuałami, które potem procentują przewidywalnością (oczywiście w dziecięcych granicach), możliwością opanowania i posiadania kontroli. Dzieci, mniej lub bardziej, wiedzą, co im wolno, co następuje po czym, wiedzą kiedy trzeba zbierać się do spania, co wolno jeść, a co wypada tylko od czasu do czasu. No właśnie, kiedy jest to "od czasu do czasu" i czy w ogóle powinno się zdarzać.

Niektórzy mówią, że kategorycznie nie, bo ustępstwa powodują precedens, który potem może być wykorzystany poniekąd przeciwko nam. Ale zastanówmy się czy wychowujemy zaprogramowane roboty czy istoty zdolne do samodzielnego myślenia. Czy dziecko ma mieć ustalone wszystko jak w zegarku, ma kierować się regulaminem, w którym każda sytuacja jest opisana w oddzielnym punkcie, wyodrębnione rzeczy dozwolone i te zakazane? A co z wakacjami, weekendami u dziadków, odwiedzinami znajomych, urodzinami dzieciaków lub ich kolegów? Wtedy też mają obwiązywać te zasady? Nie ważne, że na dworze jasno, że całe podwórko rozbrzmiewa śmiechem dzieciaków, nasze pociechy mają grzecznie iść o 19 czy 20 do wanienki, paciorek i spać? A na urodzinach Jasia, gdy podawany jest tort, powinno grzecznie odmówić, powiedzieć, że ono takich rzeczy nie je i odwrócić się na pięcie? Czy naprawdę taka jedna, sporadyczna sytuacja zaburzy cały system wartości takiego dziecka? Czy od tej pory stanie się zbuntowane, rozwydrzone i pazerne na słodycze? Może takie dzieci są, nie przeczę, choć sama się z takimi nie spotkałam. Spotkałam się za to z całą rzeszą mądrych ludzików, wychowywanych przez mądrych rodziców, którzy potrafią dzieciom wpoić jedną bardzo ważną zasadę... są zasady i są odstępstwa od zasad, ale te odstępstwa są w wyjątkowych sytuacjach i potem wszystko wraca do normy.


Właśnie zakończyliśmy wczasowanie z naszymi skrzatami. Wakacje nad morzem, hotel, dwa posiłki, dużo zwiedzania, multum atrakcji, ogrom pokus, na które dzieciakom świecą się oczy. Mogliśmy się zaprzeć, skrupulatnie odmawiać, trzymać się godzin posiłków, snu, zabaw. Ale jak i po co? Zwyczajnie odpuściliśmy, daliśmy sobie trochę wejść na głowę, oczywiście w granicach rozsądku, pozwoliliśmy się pobawić do 22, zjeść więcej nie do końca zdrowych rzeczy, potłuc się na mechanicznych pojazdach, które na co dzień uważam za głupie. Zrobiliśmy to dla frajdy dzieciaków, ale i dla swojej wygody. Marudzące, protestujące dzieci, wiecznie obrażone, nie są fajnym towarzyszem zwiedzania. Zapieranie się przy całej restauracji, że teraz jest pora na jedzenie ogórka, gdy wszyscy wkoło wcinają kluski też do przyjemności nie należy. A pobudki o 6 rano? O nie, tego chcieliśmy uniknąć i udało się... Po kolacji basen, potem sala zabaw do 21, bajeczka i do łóżeczek, zasypiały koło 22, rotacyjnie, bo zawsze któreś w dzień jeszcze ucięło sobie drzemkę. A na drugi dzień pobudka najwcześniej o 7.30. Żyć nie umierać. Oczywiście, nie uniknęliśmy drobnych spięć, ale każdy, kto ma dzieci wie, że tego zwyczajnie nie da się uniknąć, ale i my, i dzieciaki mieliśmy wyjątkowy tydzień. Właśnie, wyjątkowy, inny od codzienności, wart zapamiętania, zwyczajnie fajny.

Powiecie, że wszystko pięknie, ale teraz będziemy mieli przerąbane w domu. Nic bardziej mylnego. Nasza zwykła codzienność wróciła praktycznie w momencie, gdy przekroczyliśmy próg mieszkania. Normalny wieczór, normalna kolacja, kąpiel, bajka, spanie, a na drugi dzień normalny poranek i pytanie czy już dziś idziemy do przedszkola. Wakacje się skończyły, pozostały wspomnienia, przypominki wieczorową porą i fantazje na temat kolejnych atrakcji i wycieczek. A póki co, wiedzą, że żeby było wyjątkowo, najpierw musi być normalnie, co wcale nie oznacza, że nie jest fajnie. Ale żeby było nam tak fajnie i normalnie, najpierw musieliśmy troszkę do tego dojrzeć, musieliśmy się nieźle nagimnastykować, by najpierw wprowadzić rytm dnia, od którego teraz stosujemy odstępstwa. I powiem wam, Fifi jest już w takim wieku, że swój rozumek ma, wie kiedy jest weekend, kiedy wakacje, kiedy wyjątkowy czas, a kiedy trzeba troszkę się sprężyć i dostosować. A Zosia? Zosia bierze z niego przykład, naśladuje go we wszystkim i też się uczy.
Myślę, że zamiast stosować się w każdej sytuacji do jasno określonych zasad, zamiast nie odstępować nawet na krok od reguł, powinniśmy czasem zaufać naszym dzieciom. Niech spróbują czasem czegoś innego, niech raz na jakiś czas wyszaleją się do późna, niech zjedzą cukierka na urodzinach kolegi. One naprawdę od tego nie zdziczeją, nie poprzestawia im się w główkach, a może przekonają się, że wcale im się to nie podoba. Bo powiem Wam tak w tajemnicy, moja Zofia woli ogórka kiszonego od każdej, nawet najbardziej słodkiej czekoladki, a Fifi potrafi sam zażądać piżamki, bo on jest zmęczony i idzie spać, i nie w głowie mu siedzenie nie wiadomo do jakich godzin. Mają swoje rozumki i to jest ważniejsze od, nawet najbardziej przestrzeganego, rygoru...