niedziela, 5 stycznia 2020

Moje wydobęciny...

Jak większość wie, jestem matką dwójki dzieci. 6,5-letniego Filipa i 5-letniej Zofii. Oboje rodzone drogą cesarskiego cięcia, przynajmniej tak mam wpisane w dokumenty. Czytając ostatnie posty w mediach różnych jestem mamą przez małe m, razem z Szanownym Tatą jesteśmy rodzicami przez małe r, a nasze dzieci powinny obchodzić wydobęciny a nie urodziny.
Powiem tak... Wszyscy co tak mówią, powinni się mocno walnąć w głowę...


Jestem matką. Mam dwójkę dzieci. Staram się jak mogę, czasem lepiej, czasem gorzej. Wstawałam, karmiłam, przewijałam, wychowuję, opiekuję się i kocham nad życie. Mogłabym w tym miejscu wypominać, że karmiłam piersią, ale to też nie istotne. Przeszłam wiele, ale gdy usłyszałam kiedyś, że nie potrafiłam urodzić własnych dzieci, to coś się we mnie złamało.

Nikt nigdy nie wie, co przyniesie mu los. 
Gdy rodził się Fifi jechałam na porodówkę... Co poszło nie tak nie wiem, po kilku godzinach na porodówce, po skurczach i bólu trafiłam na stół. Jedno pamiętam "patologiczne wskazania KTG i brak postępu porodu, musi pani podpisać zgodę"... I co??? I właśnie gówno, bo to było moje pierwsze dziecko, ufałam lekarzom, chciałam już zobaczyć swojego syna. Zwyczajnie się bałam. No i na świat przyszedł ponad 4 kilogramowy, zdrowy chłopak, który po początkowej dużej stracie wagi, przybrał w mig i wyszliśmy do domu. Byłam zagubiona jak każda pierworódka, ale stanęłam na wysokości zadania. Karmiłam, nosiłam, a musicie wiedzieć, że Filip był tak zwanym "high need baby", choć nikt wtedy jeszcze nawet nie wpadł na pomysł, że coś takiego może być. Zostało mu to do dziś.

Potem, dość szybko, przyszedł czas na Zofię. Zmieniłam lekarza, bo miałam porządny uraz po poprzednim porodzie. Myślałam, że tym razem uda się naturalnie i początkowo taki był zamysł. Bardzo szybko lekarze prowadzący, a zajmowało się mną dwóch, zaczęli przebąkiwać, że dziecko jeszcze większe niż Filip, ja drobna, oni się boją podejmować ryzyko. Gdy przyszło co do czego jeszcze się upierałam, ale jak usłyszałam o rozchodzącym się poprzednim szwie, że jeśli się upieram, to mam szukać innego lekarza, który poród poprowadzi, a akcja już była w toku, to znów podpisałam zgodę. I szczerze??? Bardzo dobrze... Cztery godziny krwotoku, transfuzja i w trakcie i dotaczanie krwi potem, ja w bardzo kiepskim stanie, ale za to Zofia niemal 4,5 kilograma, z apetytem jak krokodyl i przesypiająca przez pierwszy miesiąc nawet 10 godzin jednym ciągiem. Potem już było i jest różnie, ale obie doszłyśmy jakoś do siebie.

To dwie moje historie. Może nie dramatyczne, może nie mrożące krew w żyłach, ale pokazujące, że czasem te decyzje o cesarkach nie są zero jedynkowe. Czasem ufamy lekarzom, bo wiemy, że wiedzą co mówią. Z Filipem poród według nich trwał za długo, podjęli taką decyzję. Czy słusznie, nie wiem, ale już tego nie zmienię i nie mam zamiaru się biczować za to, że wtedy podpisałam papiery. Z Zosią, jak pokazuje doświadczenie, lekarze mieli rację. Było ciężko, ale jesteśmy razem i to najważniejsze. Wiem, że historie niektórych kobiet są dużo bardziej dramatyczne i to smutne, że ktoś ma czelność podważać wtedy ich "matczyność".

Obydwa moje porody są dla mnie najpiękniejszymi chwilami w życiu. Mimo cierpień i bólu, który im towarzyszył i w trakcie, i długo po. Pamiętam, gdy zobaczyłam pierwszy raz Filipa. Chwilkę po "wyjęciu" go ze mnie, pamiętam to bicie serca, pani anestezjolog spytała, czego nie patrzę, czego nieśmiało zerkam, bałam się, że stracę przytomność z emocji.  I pamiętam, gdy pierwszy raz zobaczyłam Zośkę. Marcin już ją znał od około 4 godzin, a ja dopiero pozszywana i wybudzona mogłam ją dostać dla siebie. Moje pierwsze słowa to "moja córeczka"... Wszystko mnie bolało, ale była... W końcu... 

Każdy, kto mówi, że nie potrafiłam, nie ma pojęcia, ile fizycznego bólu mnie to kosztowało. Każdy, kto mówi, że moje dzieci się nie urodziły, nie ma pojęcia, jakie emocje towarzyszyły obu moim porodom. Każdy, kto mówi, że nie jestem matką, nie ma pojęcia, ile siły, kosztowały mnie te wszystkie lata, gdy jesteśmy razem. Piękne lata...

Tyle...


3 komentarze:

  1. Bardzo się rozplakalam czytając ten artykuł. Za mną też dwie cesarskie cięcia i chociaż w obu ciazach marzyłam żeby urodzić naturalnie strach o zdrowie malucha sprawiał, że stało się inaczej. Mnie także boli takie krzywdzące podejście.

    OdpowiedzUsuń
  2. Napisane prosto z serca. Ja też po 2 cesarkach. Jak czytałam to czasem łezka w oku się zakręciła. Takie to prawdziwe.

    OdpowiedzUsuń
  3. jestem dzieckiem z cesarski i znam prawie na pamięć opowieść mojej mamy o tym, jak to się wydarzyło... wiele złego że strony innych ludzi musiała znieść i wiele fizycznie nacierpieć - nigdy nie przyszłoby mi do głowy, żeby z tego tytułu jej macierzyństwo rozpatrywać jakoś "inaczej" niż moje własne (bo też jestem już mamą)... jeśli ktoś tak mówi, to albo jest głupi, albo jest facetem i o przychodzeniu dzieci na świat nie powinien otwierać paszczy :-)

    OdpowiedzUsuń