piątek, 28 lutego 2020

Zniecierpliwienie, irytacja, złość, wyrzuty sumienia - macierzyństwo...

Macie tak...???
Lecicie po dzieci jak na skrzydłach, planujecie wspólne popołudnie, atrakcje, aktywności, a już po pierwszych dwóch minutach odechciewa wam się wszystkiego poza płaczem. Dowiadujecie się, że coś znów zrobiliście źle, słyszycie pretensję w głosie, a zamiast radości na powitanie widzicie grymas niezadowolenia. Macie ochotę krzyczeć, wygarnąć im wszystko, dosadnie i z przytupem, chcecie zawalczyć o szacunek i docenienie starań, a jedyne na co was stać to bezradność, zaszycie się w domu i wygnanie dzieci przed bajkę w obawie, że za chwilę wybuchniecie i będziecie miały jeszcze większe wyrzuty sumienia niż te, które was czekają po przebimbaniu całego wolnego czasu na unikaniu dzieci.
Spokojnie, to element macierzyństwa i zdarza się niemal każdej. A jak się nie zdarza, to jest ona wyjątkiem potwierdzającym regułę.


Ostatnio Zosia wyraziła swoje niezadowolenie z tego, że wyrzuciłam z torebki resztkę pączka, którego nie dojadła trzy dni wcześniej. Filip natomiast obraził się, że miałam tylko jeden różowy lizak, który akurat konsumowała jego siostra, a nie więcej, bo on by taki właśnie chciał. Oczywiście miałam inne, do wyboru do koloru, bo czasem lubię im taką nagrodę wyciągnąć zza pazuchy znienacka, ale jego inne nie satysfakcjonowały i oberwało się mi. O nie takim jedzeniu, niechęci do wstawania, niechęci do patrzenia na nie lub ogólnym sfochowaniu nawet nie wspomnę, bo to chleb powszedni i czasem zwyczajnie nie zwracam na to uwagi. Ale gdy tłuczemy się na drugi koniec Polski na wakacje, w miejsce, które wybrały dzieci i, które jest specjalnie dla nich, a słyszę pretensję, że nie wzięłam z domu dmuchanej piłki na basen, a jeszcze dzień wcześniej staliśmy wszyscy nad szufladą z zabawkami do pływania i miały sobie same wybrać co biorą, trafia mnie szlag i mam ochotę najpierw krzyczeć, a potem płakać.

Nie ma w tym nic złego, że czujemy się zirytowani, zasmuceni, niedowartościowani a czasem najzwyczajniej źli. Przecież się staramy, wszystko co robimy, robimy dla dzieci, dla rodziny dla bliskich. Niejednokrotnie zapominamy w tym wszystkim o sobie, nie dosypiamy, jesteśmy zmęczone, zaniedbujemy siebie, pracę, znajomych, a one i tak są niezadowolone, nie pomagają, a czasem wydaje nam się, że robią nam swoim zachowanie na złość. Nie mniej jednak należy panować nad emocjami, pamiętać, że dzieci są tylko dziećmi i czasem nie rozumują jak dorośli, robią coś nieświadomie, a my, zmęczeni codzienną rutyną łatwo wpadamy w rozdrażnienie.

To normalne, ale także męczące, stresujące i frustrujące. Bo przecież kochamy nasze dzieci i zastanawiamy się, co jest z nami nie tak, że są momenty, że zwyczajnie ich nie lubimy... Obwiniamy się o to, zarzucamy sobie, że jesteśmy złymi rodzicami, oczami wyobraźni widzimy traumy, jakich będą doświadczały w dorosłym życiu. A może by tak w tej ciągłej gonitwie pozwolić sobie od czasu do czasu na odrobinę zdrowego egoizmu??? Szczęśliwy rodzic, to szczęśliwe dziecko... Banał, a jakże prawdziwy. 

Może warto troszeczkę wyluzować, troszeczkę zadbać o swoje zdrowie psychiczne, więcej odpoczywać (wiem, łatwo powiedzieć, ale choćby godzinka snu dłużej raz na dwa dni, a już różnica jest ogromna), zadbać o swoje potrzeby, zejść z oczekiwań wobec siebie i zwłaszcza wobec dzieci. No i najważniejsze, nie nastawiajmy się od razu na nie, nie doszukujmy się w dzieciach złej woli, robienia nam na złość, specjalnie. Dzieci są dziećmi, robią coś wolniej, czasem niezdarniej, czasem nieudolnie, czasem nieświadomie. Gdy z takim nastawieniem będziemy na to patrzeć, to mniej nas to będzie złościć. Róbmy sobie czasem wolne, nie biegnijmy na złamanie karku od atrakcji do atrakcji, nie nastawiajmy się tylko i wyłącznie na zaspokajanie potrzeb i zachcianek innych, bo po pierwsze, przyzwyczaimy ich do tego, a po drugie zatracimy w tej gonitwie samego siebie.

Psychologowie w walce z irytacją, stresem, napadami złości i rozedrganiem radzą dążyć do tzw. równowagi życiowej. Wszystko po trochu, wszystko z umiarem. Ideałem jest harmonia między rodziną, pracą, znajomymi, a przyjemnościami. Owszem, bywają takie okresy, gdy trzeba skupić się na jednym bardziej niż na drugim, ale ważne jest, żeby to nie było ciągle i przewlekle, bo zaniedbywanie jednych sfer życiowych prowadzi do niezadowolenia z tych innych, a to wpływa na nasz stan psychiczny. Dodajmy do tego dzieci, za które jesteśmy odpowiedzialni, zdajemy sobie sprawę, że wiele w ich życiu zależy od nas, od naszego postępowania, od naszych decyzji i czujemy na sobie kolejną presję, kolejne oczekiwanie, któremu nie wiemy czy sprostamy. To naturalne i normalne, że się przejmujemy, ale gdy nasz stres bierze ujście w nadmiernej złości lub wręcz przeciwnie w apatii i zobojętnieniu, to jest powód do niepokoju.

Dlatego odetchnijmy pełną piersią, znajdźmy sobie hobby, przymknijmy oko na dziecięce fochy, oddajmy część obowiązków drugiemu z rodziców, bo nadmierne eksploatowanie siebie nie prowadzi d niczego dobrego. A zamknięcie się czasem w pokoju bez dzieci, przy dobrym serialu i z meliską w kubku jeszcze żadnemu dziecku traumy nie przyniosło. Pod warunkiem, że nie zamykamy się tam cały czas ;)



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz