niedziela, 21 grudnia 2014

Fenomen śpiącego dziecka...

Mimo wiecznego zmęczenia, wkurzenia, braku cierpliwości, braku snu, nieraz zniechęcenia i frustracji nadchodzi taki moment w dniu każdej matki (a może i ojca też), gdy ogarnia ją błogość, rozczulenie, miłość tak ogromna, że nawet nie będę próbowała jej opisywać. A taki moment nadchodzi, gdy nasze dziecię w końcu usypia. I o dziwo, paradoksalnie, te uczucia są wprost proporcjonalne do czasu, jaki zajęło temu dziecku zaśnięcie i do uciążliwości tego zasypiania.
Bo tak na przykład, gdy Fifi zasypiał sam, odłożony do łóżeczka, bez asysty, bez głaskania, miziania, smyrania, śpiewania, "szuszania" i innych guseł, to jakoś przechodziłam nad tym do porządku dziennego, zasiadałam z M. przed tv i tyle było wrażeń. Ale, gdy Filip od jakiegoś czasu sprawia w zasypianiowej kwestii problemy, to gdy w końcu zaśnie, mogę wślepiać się w niego nie wiadomo ile, latam do męża i ciągnę go za rękę, żeby zobaczył, jak słodko śpi nasze kochane bobasisko, robię zdjęcia, chwalę się nimi na FB czy instagramie. Ogarnia mnie ogólny zachwyt nad śpiącym dzieckiem, które jeszcze parę minut temu chciałam zamknąć w pokoju, wyłączyć niańkę i zamontować sobie w uszach stopery.
Dziwne to to, ale prawdziwe i niech się ktoś spróbuje ze mną nie zgodzić.

Ostatnio u mnie takie sytuacje zdarzają się dość często więc wiem o czym piszę.
Wczoraj na przykład, po mocno pracowitym dniu dla wszystkich, wydawało nam się, że Fi już jest tak śpiący, że nie będzie problemu z zasypianiem. Mało tego, pierwszy raz M. postanowił, że sam go będzie usypiał i wszystko wskazywało, że odniesie sukces. Niestety, gdy poszłam przykrywać Małego, okazało się, że udaje i zaczęła się seria jęków, stęków, marudzenia. Zamienialiśmy się z mężem przy łóżeczku, bo ja tak długo nie mogłam siedzieć. A Fiful tylko leżał i nadstawiał się do miziania i drapania, bawił się niekapkiem, kopał w ścianę, a gdy wychodziliśmy, to kwęczał. Kolację jedliśmy na raty, herbatka stała i stygła w kuchni, a my tak kursowaliśmy w tę i we w tę. Potem już nawet nasza obecność nie skutkowała i jęki były non stop. Zaryzykowałam i wzięłam męczybułę do nas do sypialni na łóżko. Powiercił się, pokręcił, ułożył i leżał. Ja go głaskałam, miziałam, przytulałam, a on powoli zamykał oczka i zasypiał. A mnie ogarniała błogość. M. zdziwiony patrzył na mnie, po co ja tam jeszcze leżę, jak mogę już sobie iść, bo misja została wykonana, ale mi tak było dobrze. Dopiero po jakimś czasie zdecydowaliśmy się na kolejną misję, tym razem było to przeniesienie Maluszka do jego łóżeczka. M. się upierał, że on go dźwignie z naszego wyrka i ułoży w jego, ale to takie łatwe nie było. W końcu metodą na sztafetę udało się. Mąż podniósł Fifula, przeniósł go do jego pokoju, tam już marudzącego przechwyciłam ja, pobujałam chwilkę na rękach i bach do łóżeczka. Otuliłam, pogłaskałam i zalała mnie fala zachwytów. Całe szczęście, że M. zajęty był swoimi sprawami, bo zamęczyłabym go wynurzeniami o tym jakiego mamy cudnego synka, jak on cudnie śpi i w ogóle, jak to kocham go nad życie. Oczywiście to wszystko jest prawdą, ale jeszcze 45 minut wcześniej targały mną najgorsze emocje z frustracją i złością na własną nieporadność na czele. A teraz? Teraz byłam dumna z siebie i przede wszystkim z syneczka. 

I co?
I na dzień następny, powtórka z rozrywki. Miły dzień, poobiednia drzemka bez problemów, a wieczorem wrażenie zepsute rykami i bronieniem się przed spaniem rękami i nogami. A Starzy mieli plany, chcieli posiedzieć i troszkę poświętować. Tym bardziej musicie sobie zdawać sprawę z naszej irytacji.  Łóżeczko, mizianie, głaskanie, ja odrętwiała, a Fifi dalej swoje akrobacje. Lądujemy na naszym łóżku, przewroty, salta, cuda, wianki. Zastępuje mnie M., dzikie wrzaski, nagle cisza. Mam już nadzieję na rychły koniec tych przepychanek, ale nie, słyszę jęki i bezradnego małżonka przemawiającego naszemu pierworodnemu do słuchu.
Jak się potoczy się dalej ta historia, nie mam pojęcia, bo dalej trwa, ale wiem na pewno, jaki będzie jej finał. Mimo tego, że przepadnie nam pizza i romantyczna komedia na dvd, Matka rozpłynie się w zachwytach nad cudem śpiącego dziecka. Nie ważne, o której ono zaśnie.


Bo to jest najpiękniejszy widok na świecie...

8 komentarzy:

  1. ja też uwielbiam patrzeć na śpiącego Filipka:) i ciągam męża,żeby patrzył ze mną:D

    OdpowiedzUsuń
  2. Nas dzisiaj chłopcy urządzili bo obaj wylądowali w naszym łóżku. I co tam niewygoda, spanie na krawędzi... widok wynagradzał wszystko.

    OdpowiedzUsuń
  3. Przez cały dzień Paweł potrafi mnie doprowadzać do rozstroju, a kiedy wieczorem zamknie oczka - rozpływam się nad nim, uwielbiam te chwile. :-)

    OdpowiedzUsuń
  4. Bo to jest taka magia , ze największe łobuziaczki we śnie wyglądają tak słodko , że rozczulają i serce człowiekowi topi się jak czekolada w słońcu:)

    OdpowiedzUsuń
  5. "Jest taki dzień, bardzo ciepły, choć grudniowy..."
    Ten dzień jest tuż tuż, więc życzę Wam pogodnych Świąt, spędzonych razem! Pozdrowienia!
    Ania Marny Puch

    OdpowiedzUsuń
  6. Tak, tak...kocham swoje dzieci miłością bezgraniczną, ale kiedy patrze na nich w nocy jak śpią, masz rację, cała frustracja mija...
    Kochana, zdrowych spokojnych Świąt...

    OdpowiedzUsuń