środa, 13 września 2017

Hello September!!!

Lato nam uciekło z dnia na dzień. Wraz z nastaniem września, z początkiem roku szkolno-przedszkolnego, skończył się okres sukieneczek, krótkich majteczek i sandałków. Ja nad tym strasznie ubolewam, bo nie ukrywam, że czas okutywania dzieci w piętnaście warstw, a i tak którejś jest za mało lub za dużo, uważam za najgorszy czas w roku. Moje dzieci zawsze wyglądają po takim ubieraniu, jak ze śmietnika wyciągnięte i nawet trzy godziny poprawiania marny przynoszą efekt. Co innego już srogą zimą, gdy wszystkie niedoskonałości ubraniowe można przykryć grubymi kapotami, ale to inna para kaloszy, i o zimie nawet nie chcę myśleć, bo ta z kolei ma swoje inne, większego kalibru, minusy.
 

Co jesień staram się nastrajać pozytywnie. W końcu idzie nowe. Nowe zajęcia, nowe panie w przedszkolu, nowi koledzy, nowa pogoda, nowe zajęcia dodatkowe, nowe prace domowe... Wszystko nowe, wszystko trzeba od nowa poukładać, zorganizować, wdrożyć się w nowy rytm i nowe obowiązki. Trzydzieści razy przekalkulować, na co warto, na co nie warto, na co mamy czas, na co nie mamy czasu, na co nas stać, a na co nas nie stać. A z każdej strony atakują nas coraz to nowe, "niezbędne" dla naszego dziecka aktywności. Bo, tak na przykład, jak w tym wieku nie zacznie uprawiać baletu, to potem już marne szanse... W przedszkolu, w sklepie, na ulicy... Przez telefon, przez internet, przez znajomych... Piłki nożne, języki, baseny, klocki lego, zumba dla najmłodszych, karate (czy inne tekłondo, ajkido, dzudzitsu), stanie na rękach, recytowanie, śpiewanie... I jak tu nie zmarnować szansy dziecka swojego na karierę w operze czy na motocrossie? Jak nie przeoczyć czegoś, czego zapewne by się nie przeoczyło, gdybyśmy je wcześniej wysłali do doświadczonych trenerów. Jak upchnąć to wszystko w te kilka krótkich jesiennych popołudni. Jak dowieźć, zawieźć, rozplanować? Jak na tym wszystkim nie zbankrutować? Jak nie zwariować? 
Kurcze, a ja mam przecież dwójkę dzieciaków... Chyba powinnam rzucić pracę, ale jak wtedy za to wszystko zapłacę?

Dobra, troszkę dramatyzuję i żartuję, ale tak poważnie, to wrzesień jest miesiącem wykańczającym psychicznie niemal każdego rodzica. Pal sześć to rozplanowanie dnia, tygodnia, miesiąca na nowo... Weź tu rodzicu najpierw podejmij te wszystkie decyzje. Począwszy od podręczników i książek, przez zajęcia dodatkowe w przedszkolu, ubezpieczenie, catering dla dzieci, religia tak czy nie, wyjścia tak czy nie, w końcu drugi język (zaskoczyło mnie to, bo Fifi jest w grupie czterolatków, ale cóż... jest propozycja hiszpańskiego, muszę przemyśleć, zdecydować o jego dalszym losie...). Potem zaczynają się zajęcia dodatkowe poza przedszkolem. Każde oddzielnie, każde gdzie indziej, każde innego dnia o innej porze. Każde chce inaczej, każde chce coś innego, każde może się pięć razy rozmyślić. Ale załóżmy, że w końcu to się uda jakoś ogarnąć i zdecydować które chcemy, gdzie chcemy, jak chcemy i oczywiście, co się dzieciarni podoba, trzeba ten plan wykuć na blachę, żeby potem, przy umawianiu dentysty czy fryzjera nie wkleić się w czasie, gdy właśnie Filip fika koziołki w wodzie, a Zośka nie kopie piłki. Bilobil zdecydowanie się wtedy przydaje... W ilościach najlepiej hurtowych. No i na koniec trzeba sobie wklepać w głowę, że tablica ogłoszeń w przedszkolu nie gryzie i trzeba na nią zerkać codziennie, by potem, przyprowadzając dziecko do przedszkola nie zastać niespodzianki w postaci braku innych dzieci, które właśnie poszły do kina...
Zanim to tak na dobre opanujemy, dojrzejemy do wszystkiego, przyzwyczaimy się, to zazwyczaj zastaje nas już przerwa świąteczna w grudniu, a po feriach znów wszystko wywraca się do góry nogami, ale umówmy się... wrzesień jest miesiącem przełomowym, najbardziej napakowanym emocjami i atrakcjami, najbardziej jeszcze chaotycznym i zwariowanym. Piętnaście spotkań organizacyjnych, tyleż samo składek, setki podjętych decyzji, tysiące wprasowanych etykietek z imieniem i nazwiskiem, przeorganizowanie swojej pracy, swojego snu, swojego życia... i wiele, wiele innych, o których albo w tej chwili nie pamiętam, albo jeszcze nie mam pojęcia, bo dowiem się dopiero jak przyjdzie zerówka, szkoła, liceum, studia i inne tego typu rozrywki, z którymi jeszcze będziemy się w przyszłości mierzyć.

A tak całkiem, całkiem, całkiem poważnie... Choć nie lubię jesieni za ciuchy, za zimno, za wiatr (bo deszcz nawet czasem lubię), to lubię ją właśnie za ten kop w tyłek. Za tą motywację do działania, za przyśpieszenie, za energię, jaką daje to nowe. Lubię ją za ciekawe zajęcia dla dzieci, za długie popołudnia razem, za oglądanie bajek, za nowe zabawy, za nowych ludzi poznawanych na nowych imprezach rodzinnych, za czas na pieczenie babeczek, za kasztany, dynie, nawet kaloszki. Za te kolory, za czerwień, za żółć, za brąz, ale i za niebieski na przedszkolnych salach, za uśmiechnięte ciocie, które witają nas w drzwiach, gdy zmoknięci wbiegamy do szatni, za nazwy grup (Kropelki i Rybki), za popołudniowe wycinanki, za wylepianki... I choć czasem nie jest łatwo, czasem się nie chce wyjść z domu, a czasem wręcz przeciwnie, chce się z niego uciec gdzieś w samotność, to jeszcze nie było takiej jesieni i zimy, to której nie przyszłaby wiosna i lato więc tego się trzymajmy ciepło. Ja już odpaliłam grzejniczek, na balkonie szczerzy się pierwsza dyniowa buzia, a najbliższy wolny dzień poświęcę na kompletowanie jesiennej garderoby. 


Tak więc...
Czuwaj jesieni!!! Obyś była miła...

A ja włączam myślenie, jak dziś pogodzić odebranie dzieci z przedszkola, ich posiłek, zebranie organizacyjne u młodszej, piłkę nożną u tej samej, obiecane placki dla starszego, a przecież jeszcze gdzieś tam w tle majaczą zaczęte projekty i niezaczęty dom...