poniedziałek, 29 stycznia 2018

Trzy latka po raz drugi... czyli czym naprawdę jest ten owiany złą sławą "bunt"?

Gdy już niemal dwa lata temu pisałam TEN (pisany zaraz po tym, jak Fifi skończył trzy latka i mieliśmy z nim duuużo zabawy) tekst i, gdy całkiem niedawno znów do niego wróciłam, odezwały się głosy, że coś takiego jak bunt trzylatka nie istnieje, że już w tym wieku dziecko zachowujące się tak, jak wtedy Fifi i jak teraz Zofia jest zwyczajnie niewychowane i z żadnym buntem nie ma to nic wspólnego. Nie powiem, poczułam się nieco urażona, bo zabrzmiało to jak zarzut do mnie, że nie potrafię zapanować nad swoimi dziećmi. Usiadłam więc i na spokojnie przeanalizowałam zachowanie Filipa sprzed dwóch lat, zachowanie Zośki teraz i zachowanie Filipa teraz... 

Z jednym mogę się zgodzić... Nieco na wyrost jest nazywanie tego okresu w życiu dzieci buntem... Dla mnie bliższe by była nazwa "rozdwojenie jaźni" (żarcik). Mam wrażenie, że jest to takie trochę po omacku szukanie swojej drogi, sprawdzanie czy mama (lub tata, babcia, dziadek, przedszkolanka) ma jednak rację, czy może ja (już taka "duzia") wiem lepiej. Przecież już taka dorosła dziewczynka, jak czegoś chce, to chce i ma to być tak jak ona chce, wtedy kiedy ona chce, wykonane przez tego przez kogo ona chce i najlepiej bez zbędnej zwłoki... Bo jak nie, to następuje obraza majestatu, "nie lubię cię", podkręcenie do granic wytrzymałości decybeli, a w skrajnych (ale wcale nie takich rzadkich) przypadkach buntowanie się lub nawet "przemoc" fizyczna. Napad taki zdarzyć się może w najmniej spodziewanym momencie, gdy coś księżniczce nie przypasuje. Znane już chyba wszystkim rodzicom złe ukrojenie jabłka, nie taki kolor łyżeczki, naciśnięcie guzika windy czy założona przez nieuprawnioną osobę czapka. Iskierką zapalną może być dosłownie wszystko.



Biorąc pod uwagę to, że ja przechodzę przez ten okres już po raz drugi, że zachowania Zosi są niemal toczka w toczkę takie, jakie były zachowania Filipa, że u Fifcia to minęło i z buntownika stał się dzieckiem, z którym już można "porozmawiać", ustalić pewne zasady, dogadać się, wyciągam wniosek, że nie, nie jest to kwestia wychowania, a moment, w którym to wychowywanie musimy na poważnie wdrożyć. 

Bo o ile w przypadku "buntu dwulatka" mamy do czynienia z dzieckiem, z którym, nie oszukujmy się jeszcze tak dobrej komunikacji nie ma (pozostaje nam cierpliwość, czułość i wyrozumiałość), to trzylatek to już "mały dorosły", który zaczyna się uczyć świata i zasad w nim panujących. To właśnie w tym momencie dziecko powinno się zaznajomić z ciągiem przyczynowo skutkowym, właśnie teraz powinno nauczyć się słów takich jak "proszę", "dziękuję", "przepraszam" i poznać ich moc (choć trzeba na to uważać, bo cwane trzylatki potrafią wykorzystać tę moc ze zdwojoną siłą i przeciwko nam ;) ), to właśnie teraz jest ta chwila, gdy dziecko powinno zacząć sobie zdawać sprawę z tego, że nie jest pępkiem świata (choć dla nas oczywiście jest). To jest ten moment, gdy stanowczo musimy wprowadzić jakieś reguły, bo jeśli tego nie zrobimy wtedy dopiero będziemy mogli mówić o zaniedbaniu swoich obowiązków wobec dziecka i w przyszłości będziemy mieli jeszcze większe "bunty".

No i znów wracamy do podstaw czyli do cierpliwości i zrozumienia. Powiedzmy, że rozumiemy, że dziecko się denerwuje, że nie słucha lub udaje, że nie słyszy, że nie docierają do niego żadne upomnienia i argumenty, że nie zna jeszcze czegoś takiego jak umiar w szaleństwach, ale co dalej. Każdy z nas ma w sobie jakieś pokłady cierpliwości, które trzylatek potrafi bardzo szybko wykorzystać. To normalne, każdy ma czasem ochotę krzyczeć, gdy pięćset razy powtarza, że kota nie można męczyć lub, gdy sprzątnięte przed dwiema minutami zabawki znów widzi na podłodze, a dziecko z uśmiechem oddala się w drugi koniec mieszkania tam czynić zniszczenie. Chyba jedyną słuszną radą jest wzięcie wtedy kilku głębokich oddechów, wyjście z pokoju, a w naprawdę skrajnych momentach załatwienie sobie opieki do dzieci i złapanie dystansu... Bo dla dzieci jest to ciężki okres, ale dla rodziców również. Ja nie raz mam wyrzuty sumienia, gdy wieczorem po raz n-ty Zośka przychodzi z uśmiechem aniołka się przytulić przed spaniem, a ja reaguję irytacją, bo to jest właśnie raz n-ty i jest godzina 22, a do niej żadne tłumaczenia nie docierają, a ja tylko od rana strzępię sobie język. Począwszy od próśb o wstanie, o ubranie, o zjedzenie, o wyjście..., a każda próba interwencji kończy się histerią. Czasem mam wyrzuty sumienia wobec Filipa, który, dla świętego spokoju, dla przyśpieszenia czegoś lub zwyczajnie, widząc moją irytację, stara się na Zosię wpłynąć, sam jej tłumaczy lub za nią coś robi. Wkurzam się sama na siebie, że wkurzam się na dzieci i tak w koło Macieju.
A taki trzylatek jest jak ściana. Można mówić, mówić, mówić, a on lub ona jest w swoim świecie, ma swoją wizję tego co robi i przeszkodzenie mu w tym może się skończyć jak obudzenie lunatyka. Cierpliwość to zdecydowanie pierwsze w co musimy się uzbroić idąc na starcie z trzylatkiem.

Po drugie, tłumaczenie. To jest właśnie ten czas, gdy musimy na spokojnie, czasem sposobem, czasem podstępem tłumaczyć dziecku, że to, że my się na coś nie zgadzamy, że czegoś od niego wymagamy, o coś je prosimy, to nie jest działanie przeciwko niemu. Jeśli nie pozwalam ciągnąć kotka za ogon, to mówię dlaczego nie wolno i jakie konsekwencje może to za sobą nieść. Pokazuję, jak należy kotka głaskać, opowiadam, co kotek lubi. Wtedy dziecku łatwiej zapamiętać pewne sekwencje zdarzeń (ciągnięcie kotka za ogon - kotek drapie, głaskanie - kotek mruczy, bo to lubi). Jeśli biega lub skacze tak, że istnieje niebezpieczeństwo, że coś sobie zrobi, też tłumaczę, przypominam sytuację, gdy się przewróciła, nabiła guza (każdy trzylatek ma takie sytuacje), przypominam, że przecież wtedy ją bolało, chyba nie chce, żeby teraz było podobnie. Staram się wszystko wyjaśniać na spokojnie, z humorem na luzie, niestety nie zawsze tak się da...

Po trzecie konsekwencja. No właśnie, jak już nic nie działa, jak mówimy jak do ściany, należy sięgnąć po drastyczniejsze środki... Zasady, ich nieprzestrzeganie i konsekwencje tego nieprzestrzegania... Nie ma pewnie rodzica, który by przewidział wszystkie "dziwne" zachowania swojego dziecka więc pewnie nie da się takich zasad sporządzić na zapas, ale można w trakcie. Na przykład, dziecko przyniosło z przedszkola brzydkie słowo... Mówię, że mi się ono nie podoba, jest nieładne i od tej pory za mówienie takich słów ja odejmuję jedną bajkę czytaną na dobranoc... Krzyczy, nie chce się ubrać, rozrzuca wszystko dookoła, a zbliżają się zajęcia z piłki nożnej... Komu wyjście w takiej atmosferze sprawi przyjemność? Tłumaczymy, rozmawiamy (o ile się da), jak to nie przynosi rezultatów, to po prostu na piłkę nie idziemy. Przypominamy o tych zasadach, o konsekwencjach, ale nie wypominamy.

A co, gdy trzylatek się już tak zagalopuje, że sam nie wie o co mu chodzi, ale krzyczy, tupie, kopie dla samego krzyczenia, kopania i tupania??? Spokój, spokój, po stokroć spokój. Jeśli to możliwe niech się wykrzyczy, jak się obrazi, niech chwilkę w tej obrazie potrwa, pomyśli, trzylatek już wiele rzeczy rozumie i jak obserwuje nas na co dzień wyciąga wnioski. Dlatego też my bądźmy przykładem. Przepraszajmy, jak się to należy... Przyznawajmy się do błędów... Dziękujmy jak zasłuży... To wszystko wróci do nas ze zdwojoną mocą... Okresy, gdy mamy w domu księżniczkę a nie potwora będą się wydłużać. Będzie miło, przyjemnie. "Mamusiuuuu, czy możesz nam przeczytać bajeczkę???" będzie częstsze niż "Bajkęęęę!!!! Bajkęęęę!!!! EEEEEEEEE!!!!! Nie lubię cię!!!!" Z trzylatka, zbuntowanego, czasem niemiłego, czasem wręcz agresywnego wyrośnie czterolatek. Kumaty, obyty, uprzejmy, taki do tańca i do różańca... Negocjujący warunki, a nie stawiający warunki... Nastanie pozorny spokój...


Ten okres minie tak szybko jak przyszedł, ale nasza w tym głowa, żebyśmy dobrze wykorzystali te chwile. Bo właśnie teraz dziecko daje nam najlepsze wskazówki, w którym miejscu trzeba nim odpowiednio pokierować. Każde spięcie, każdy zgrzyt, to sytuacja, w której musimy podjąć jakąś decyzję, ustalić kierunek, w którym pójdziemy, znaleźć rozwiązanie problemu, które dziecko potem uzna za wytyczną w dalszym postępowaniu i w dokonywaniu własnych wyborów .  Pomóżmy jak mu przejść przez ten niełatwy czas w sposób względnie spokojny, z poczuciem bezpieczeństwa i nauką,  która odbije się na całym ich późniejszym życiu. Bo tu kończy się nasze "władztwo", a zaczyna się współżycie i kompromis

To pisałam ja, matka trzylatki przeplatającej w sobie słodką kokietkę i diabełka oraz poukładanego prawie pięciolatka, który gdy czegoś nie jest w stanie osiągnąć, to już się nie buntuje... On gada, gada, gada, prosi, prosi, gada, gada... Ale o tym napiszę wam następnym razem ;)