poniedziałek, 18 marca 2019

Zasady zasadami... czyli 5 fajnych gier dla najmłodszych.

Chyba każde dziecko łaknie jakiś wspólnych zabaw z rodzicami. Ja jako dziecko nie mogłam się za bardzo doprosić swoich "dorosłych", żeby poświęcili nieco czasu na wspólne gry, ale gdy już się udało, to była niesamowita frajda. Potem, we wczesnej młodości dużo miejsca zajmowały w moim wolnym czasie właśnie planszówki czy gry karciane ze znajomymi. To był nasz ulubiony sposób na spędzanie wspólnego czasu. Z dorosłego życia dość wyraźnie pamiętam okres, gdy po tragicznych wydarzeniach w naszym życiu, Szanowny Małżonek próbował moje myśli odciągnąć od złego, które nas spotkało, ale nie bardzo wiedział, jak to zrobić i tym sposobem na dobrych kilka tygodni nasze wieczory zawładnęły gry i puzzle. Pomogło.
Gdy na świecie pojawiły się dzieci z niecierpliwością czekałam na ten czas, gdy w końcu będą na tyle "kumate", żeby razem spędzić czas przy grach. Nie mogłam się doczekać aż zaczną rozmieć zasady i gry przestaną być jednostronne. No i się w końcu doczekałam.


Wiadomo, na początku te gry są mało fascynujące. Czasem nudne, po dłuższym "graniu" ma się ochotę uciekać, ale radocha dzieciaków, że angażują w coś całą rodzinę jest tak widoczna, że ciężko odmówić. Ale znalezienie takich gier, które będą fajnie zrobione i przyciągną nas wszystkich do rozgrywki wcale nie jest łatwe. Dziś kilka przykładów i podpowiedzi, co u nas poszło na pierwszy ogień. Gry niemal bez zasad, dla najmłodszych.

Balance game (przez moje dzieci nazywana "żółwiem").
Prosta z zasady drewniana gra z Lidla. Polega na układaniu na drewnianej kołysce drewnianych wałeczków do czasu, aż wałeczki nie przeciążą kołyski i konstrukcja się nie rozpadnie. Wałeczków jest 18, różnej wielkości i w różnych kolorach. Gracze po kolei rzucają kostkami i w zależności jaki kolor wypadnie, taki wałeczek układają na żółwiu. 
Jest to chyba pierwsza i mam wrażenie, że ostatnia do tej pory gra, w którą dzieciarnia potrafi zagrać sama między sobą.


Potwory do szafy.
Trafiona dawno temu gdzieś na promocji w bardzo atrakcyjnej cenie. Zobaczyłam, a że gdzieś już wcześniej o niej słyszałam, to postanowiłam kupić z myślą o kiedyś... Kiedyś nadeszło w zeszłe wakacje, gdy wybieraliśmy się z rodziną nad jezioro i wszystko wskazywało na to, że więcej będzie siedzenia na działce, a nie nad jeziorem.
Gra ma dwie wersje trudności. My opanowaliśmy do perfekcji pierwszą czyli przeganianie potworów za pomocą dopasowanych do nich zabawek. Zabawki losuje się spośród leżących naokoło dziesięciu kostek, do trzech razy sztuka. Zasada zbliżona do Memo, bo gdy dobrze zapamiętamy, co losowali inni, to łatwiej nam przeganiać nasze potwory. W tej wersji nikt nie przegrywa i nie wygrywa. Gracze są jedną drużyną przeciwko potworom.
Druga wersja jest bardziej skomplikowana, tutaj już dochodzi rywalizacja i dodatkowe opcje. Na to jeszcze u nas przyjdzie czas.
Gra wizualnie jest fajnie zrobiona. Pudełko jest szafą, potwory są wymyślne. Jest zwyczajnie ładna.


Kura i pióra.
Na moje oko bardziej rozbudowana wersja wszystkim dobrze znanych bierek. I o ile w bierkach można oszukiwać, tak tutaj jest to ciężkie. Polega na tym, żeby wyciągać z kury pióra w taki sposób, żeby ułożone na nich jajka nie pospadały. Piór jest coraz mniej i coraz trudniej "oskubywać" tytułową kurę. Przegrywa oczywiście ten, do którego przegródki trafi najwięcej jaj.
Gra plastikowa, ale fajna. Pudełko zajmuje nieco miejsca na półce, ale myślę, że warto je wygospodarować. No i przygotowanie do gry zajmuje chyba więcej czasu niż sama rozgrywka, ale za to super odstresowuje ;)


Grzybobranie.
Tej gry chyba nikomu nie trzeba przedstawiać. Zna ją każdy i chyba każdy kiedyś w nią grał. Gra polega na rzucaniu kostką, chodzeniu po planszy i zbieraniu grzybków. Tych dobrych i tych trujących. Te dobre to punkty dodatnie, te trujące punkty odejmują. Jak na złość trujące są czerwone (co jest logiczne) co spowodowało w naszej rozgrywce drobne zawirowanie. Zofia przecież jest ogromną fanką koloru czerwonego i nie mogła zrozumieć dlaczego czerwone grzyby są złe. Trzeba było kilka razy, pod potrzeby najmłodszego z graczy, nieco zmodyfikować zasady.
Obecnie gra jest dostępna w trójwymiarowej wersji, gdzie ustawia się platformę wyżej. Fajniejsze są też grzybki, które pasują do dziurek w planszy, nie przesuwają się, nie znikają.


Łowienie rybek.
Gra na baterie. Plansza z mocno uzębionymi rybami i wędki. Po włączeniu rybki pływają w koło otwierając i zamykając paszcze. Naszym zadaniem jest trafienie wędką w taką otwartą paszczę i złapanie na wędkę rybki, gdy połakomi się i zamknie buzię, wyciągnąć ją z jeziora. Oczywiście wygrywa ten, kto zgromadzi najwięcej rybek.
Tutaj akurat Fifi miał swoje zasady i zamiast celować "bujającą się" końcówką do paszczęków, postanowił ją tam zwyczajnie wsadzać, ale po kilku upomnieniach i wielu jękach, że on inaczej nie potrafi, dołączył do grona uczciwie grających uczestników.
Gra, podobnie jak Kura, plastikowa i z niesamowicie wkurzającą muzyką w tle, ale wciąga wszystkich, i dużych i małych.


My powoli przechodzimy do gier nieco bardziej "skomplikowanych", ale nadal chętnie wracamy do tych najprostszych, bo wymagają niewiele myślenia, są znakomite na szybkie rozgrywki, odstresowują i nadają się do grania z rodziną i znajomymi bez zbędnego tłumaczenia zasad.
No i ciągle się rozglądamy za nowymi choć ciężko wyłuskać z tysiąca tylko "układanek" coś, co można nazwać grą, a nie tylko zbieraniną tabliczek i planszek.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz