poniedziałek, 6 maja 2019

Warto rozmawiać....

Kilka dni temu minęło nam dokładnie 10 lat odkąd jesteśmy małżeństwem... Szanowny Małżonek zwany przeze mnie Miśkiem śmiał się, że jeszcze się nie pozabijaliśmy dzięki regularnym kłótniom, które mają na celu rozładowanie atmosfery. I powiem Wam w tajemnicy, że coś w tym jest, bo choć obecnie już się tak nie kłócimy jak kiedyś, to zdarzają nam się spięcia, a nic mnie tak nie wpienia, jak uciekanie od problemów, odwracanie się na pięcie lub milczenie. 
Jakieś dwa lata temu spięliśmy się dość ostro przy rodzinie. Do tego stopnia, że M. wyszedł z domu trzaskając drzwiami, a ja zabrałam dzieci, wsiadłam w samochód i uciekłam w zacisze własnego mieszkania. Plotka o tym, że będziemy się rozwodzić rozeszła się lotem błyskawicy i w ciągu tylko pierwszych dwóch godzin odebraliśmy około 7 telefonów od bliższej, dalszej rodziny i znajomych. Jakie było zdziwienie, gdy już popołudniem pojawiliśmy się razem jak gdyby nigdy nic. Po prostu, wyrzuciliśmy sobie co nie co i atmosfera się oczyściła.
Rozmowa mniej lub bardziej ekspresyjna działa cuda...


Ja lubię mówić. Układam sobie myśli, a potem gadam, gadam, gadam. Zdaję sobie sprawę z tego, że mój Ślubny części tego co z siebie wyrzucam po prostu nie przyjmuje do siebie. To za dużo. A ja całe życie byłam nieśmiała więc, jak w końcu znalazłam sobie kogoś przed kim nie krępuję się niczego, to zamęczam go swoimi przemyśleniami, uwagami, refleksjami. Uważam, że problemy i konflikty trzeba przedyskutować, przegadać, coś ustalić, czasem wyrzucić coś z siebie. Bez rozmowy nic się nie osiągnie. Pamiętam, jak byłam nastolatką bałam się pójść do Taty z prośbą o zgodę na wyjście na imprezę... Bałam się, bałam, ale poszłam... Nie pozwolił na tyle ile chciałam, ale pogadaliśmy i poszłam, a on jeszcze mnie z niej odebrał. Gdybym nie porozmawiała, to siedziałabym w domu. 

Małżonek natomiast pochodzi z rodziny, gdzie nikt z nikim nie rozmawia. Pogoda, kwiatki za oknem, to tematy, które przechodzą... Problemy? Nie, lepiej nie ryzykować, przemilczeć, kisić... Z doświadczenia wiem, że to nie prowadzi do niczego dobrego, a tylko generuje kłopoty, których niestety w tej chwili i my jesteśmy częścią. Powoduje to u mnie frustrację, bo ja uważam, że rozmowa wiele by załatwiła, ale jeśli trafia się tylko na mur, to ciężko jakkolwiek się do tego odnieść. Ten mur też niestety jest udziałem Szanownego, który choć stara się jak może, który ze mną przegaduje niemal wszystko, to w zetknięciu z innymi potrafi zamknąć się na wszelkie argumenty...

Nie mniej jednak komunikacja w związku i w rodzinie odgrywa nieporównywalną rolę. Jeśli rozmawia się o wszystkim, to łatwiej w te dyskusje wpleść rozmowę o problemach, uczuciach, ale również krytykę drugiej osoby lub oczekiwania jakie mamy. Mówimy my, ale i mówi druga osoba, odnosimy się wzajemnie do poruszanych tematów, poznajemy swoje zdanie i potrzeby. Uczymy tej rozmowy także nasze dzieci. Wpajamy im, że ze wszystkim mogą do nas przyjść, mogą nam mówić miłe rzeczy, ale i te mniej miłe, że mają jednakowe prawo nas krytykować, nie muszą patrzeć na nas jak w obrazki, mogą mieć własne zdanie. To ważne, ponieważ w pokoleniu naszych rodziców pokutowało stwierdzenie, że "dzieci i ryby głosu nie mają" lub "co wolno wojewodzie, to nie tobie smrodzie". 
To wszystko co piszę nie jest łatwe zwłaszcza jak pochodzi się z różnych rodzin, różnie się było wychowanym, gdy nieśmiałość i lęki nie pozwalają nam na otwarcie się do końca. W naszych rodzinach nie jesteśmy w stanie już wiele zmienić, ale od 15 lat tworzymy swoją rodzinę już na swoich zasadach. Docieramy się, znamy coraz lepiej, dochodzimy do konsensusów i pewne wartości chcemy przekazać naszym dzieciom. Rozmowa, wyjaśnienie zachowań, zjawisk, to czyni cuda... Bez tego rodzina nigdy nie będzie rodziną...

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza