poniedziałek, 11 sierpnia 2014

Zakład przetwórstwa owocowo-warzywnego...

No i wciągnęło Matkę na weekend;)
Robiłam już wcześniej ogóreczki małosolne, ale z taką ilością jaką wciska mi za każdym razem babcia męża, już naprawdę nie wiedziałam co robić. No i zainspirowana koleżankami blogerkami i nie tylko, postanowiłam zacząć działać.
Najpierw z Filipkiem pojechaliśmy po produkty pod miasto do rodziny. Fifiś jak zwykle był pierwszy do pomocy. Przekładał, układał i był przy tym super skupiony, a my mieliśmy troszkę czasu, żeby pierwszy raz od dawna podelektować się zachodem słońca na tarasie.


Potem z mężem udaliśmy się na zakupy i kupiliśmy całe 6 sztuk słoików. W piątek od rana zabrałam się do roboty. Akurat traf chciał, że Fifi postanowił sobie tego dnia zrobić dwie drzemki więc o 9.30 już słodko spał, a ja coraz bardziej żałowałam, że nie pomyśleliśmy o większej ilości słoiczków.
Na początku musiałam poprzestać na takiej ilości.


Ale już wczesnym popołudniem małżonek dokupił kolejne słoiki i piątek zakończyliśmy wynikiem 10 sztuk.


Żeby nie było, że się lenię, w międzyczasie byliśmy oczywiście na działeczce, na zakupach, no i robiliśmy wiele innych rzeczy, a ogóry były jakby dodatkiem.
No i na 10 słoikach nie poprzestałam, bo już w sobotę popołudniem znów zostałam obdarowana siatą ogórów. I w ten sposób całą niedzielę mieliśmy podzieloną przez przetwory. 
Rano, jak co tydzień, wybraliśmy się na cmentarz. Myślałam, że dokupimy jeszcze słoiczków po drodze, ale jak na złość akurat takiej pojemności nie było więc po powrocie do domu zabrałam się za robienie tego co miałam. W trakcie okazało się, że zbrakło również czosnku więc Tata z Filipem polecieli na zakupy. Fifiś na zakupach zasnął i w spokoju dokończyłam zapełniać te słoiki co miałam. Na koniec zbrakło chrzanu, to pojechaliśmy na działkę. Przesiedzieliśmy tam do wieczora, pozyskując i chrzan i słoiki. Wróciliśmy późno, ale trzeba było robotę kończyć. Och nie chciało się już po nocach, oj nie, ale efektem jest 21 sztuk słoików ogórków kiszonych. Na razie stoją w kuchni, dochodzą do siebie i gadają do nas, a co z nich będzie to się jeszcze okażę. Bo przyznam szczerze, że to był mój pierwszy raz;)


A jakby tego było mało, dziś naszło mnie na przecier pomidorowy. Pomidory też pozyskane w darze od babci męża. Codziennie jak u nich jesteśmy, to obdarowuje nas 4-5 pomidorami wielkości dwóch chłopskich pięści. No nie jesteśmy w stanie tego przejeść, zwłaszcza, że większość czasu spędzamy właśnie u nich i tam się obżeramy pomidorami. Wracamy na wieczór do domu, to kiedy mamy to przejadać. I tak się uzbierało sporo więc działam. Na razie jestem w trakcie.
Trzymajcie kciuki!!!


O kompotach nawet nie będę wspominać, bo to już dla mnie codzienność.
Choć porzeczki się na działce skończyły, to są śliwki. Cały ogrom śliwek.
A może wpadnę na pomysł, co jeszcze można z tych śliweczek zrobić oprócz kompotu?