wtorek, 14 kwietnia 2015

Zosiakowy radar...

Moje dziecię młodsze należy do tej grupy młodzieży, co to zbyt wielu problemów nie przysparzają. Z wyjątkiem kryzysów, zmęczeń i innych fanaberii dziecko jest jak aniołek. Wystarczy trochę uwagi, śmiechów, zagadywań i dziecko spokojne i bezproblemowe. Dzień sobie spędzamy przemieszczając się z pokoju do pokoju, z pokoju do kuchni, z kuchni do łazienki. Ja sobie ogarniam, Zośka się przygląda. Troszkę posiedzę z nią, troszkę się pokrzątam i mieszkanie wygląda jako tako. Troszkę poleżymy, troszkę pogadamy, nastawimy pranie, łazienkę posprzątamy. Pokarmimy się, posiedzimy i znów coś zrobić można. Czasem Zosia sama na kocyku lub macie spokojnie się bomboli, a ja coś nadganiam.
Ale, ale... Zosia ma radar... i to bezbłędny.

Zośka idealnie wyczuwa moment, kiedy chcę coś zrobić na szybko lub zrobić coś, co wymaga większej uwagi. Wtedy to Zosia włącza marudzenie, kwęczenie i jęczenie. Jeszcze, gdyby włączała ryk, to bez skrupułów bym robotę porzuciła i tulić dziecię poleciała, ale nie... Ona mędoli jękami irytującymi, nawołującymi, ale nie ostatecznymi. Ponagla, pośpiesza, domaga się uwagi... A ja popędzam robotę, staram się skończyć, bo przecież zaczęłam, przecież to tylko chwilka... Prawdopodobieństwo, że coś wtedy spieprzę wynosi 99,9%.

Ostatnio męża naszło na wątróbkę. Wszystko przygotowane, trzeba tylko usmażyć. Miałam czekać aż wróci i sam się tym zajmie, ale Zosia tak ładnie bawiła się na macie, przecież to tylko chwilka, nawet nie zauważy, że się czymś zajęłam. O nie, już po chwili z salonu dobiegł mnie jęk przeraźliwy, przeciągły, rozpaczliwy... Nie wiem jakim cudem z wątróbki zrobiło się błoto. Latałam tylko co chwilkę pocieszać stęsknioną istotkę, a tu stało się, obiad do wywalenia, bo do jedzenia to to się nie nadawało.

Innym razem Zosia grzecznie siedziała w bujaczku w kuchni. Ja opróżniałam zmywarkę, przekładałam, przecierałam. Myślę, zrobię szybkie ciasto, przecież to tylko wymieszać i wstawić do piekarnika, nic strasznego. Na początek trzeba obrać i pokroić jabłka... Już wtedy zaczęły się schody, bo Zofii się to nie spodobało, ale prawie nie obcinając sobie palców jakoś się udało. Ale mała szkuda nie była by sobą, gdyby czegoś nie wywinęła, przyssała się tak do mnie, że w tej całej błogości o cieście w piekarniku najzwyczajniej zapomniałam i wyszło, delikatnie mówiąc, lekko rumiane.
Zresztą sytuacji z zapomnieniem o czymś w kuchni mam tygodniowo przynajmniej kilka. Do garnka z zupą potrafię trzy razy dolewać wody, bo zwyczajnie się wygotowuje, a kleik ryżowy, to u nas danie rutynowe.

Z Zosiakowym zasypianiem też przeważnie nie ma problemu. Piszę przeważnie, bo raz na jakiś czas z Borsim Tatą zaplanujemy sobie wieczór z filmem i pizzą. Wtedy Zosia potrafi uśpić czujność, poczekać aż przyjedzie jedzenie a my włączymy dvd i dopiero się uaktywnić. Marudzi, jęczy, przysypia, je, marudzi, jęczy, przysypia... a ja patrzę na stygnącą pizzę i ślinka mi cieknie, ale przecież dziecia nie zostawię... w końcu na film jest już za późno, a jedzonko nie jest tak apetyczne, wtedy Zosinka łaskawie zasypia.

Sytuacji takich jest tyle, że nie sposób wyliczyć. Na przykład Zosia potrafi znakomicie wyczuć, kiedy się ją chwali. O tak, wypowiedzenie pochwały pod jej adresem gwarantuje, że zaraz Zosia coś wywinie.
Najlepszym przykładem na radar zosiakowy jest ten post. Pisałam go na trzy raty... A gdy już myślałam, że skończę, dzieciaczki spały, M. w trasie, cisza, spokój, wtedy w niańce odezwał się zaszloch. Coś co się nie zdarza nigdy, zdarzyło się kiedy byłam pewna, że w końcu skończę to co zaczęłam.

Właśnie dlatego, mimo, że będąc w domu mogłabym wiele zrobić, to za większe przedsięwzięcia się nie zabieram. Tylko by mnie to irytowało. Już i tak wiele nerwów kosztuje mnie praca w domu i codzienne szykowanie posiłków, bo to Zosia lubi najbardziej... Nie ma co, księżniczka musi być w centrum uwagi i nie godzi się na dzielenie jej z czymkolwiek innym...