wtorek, 14 czerwca 2016

Matki, te najlepsze...

Pamiętacie moje zdjęcie sprzed paru dni, które pokazywałam na Facebooku czy na Instagramie? Dla podpowiedzi, przedstawiało moje dzieci siedzące przy stoliku i spokojnie babrzące się w farbkach, każde przy swojej malowance, każde sobie, bez kłótni, krzyków i demolowania mojego całego salonu. Dodam dla pełnego obrazu, że Fifi był wtedy chory, Zośka nie ułatwiała, a ja bałam się zostać z nimi sama na cały dzień prognozując armagedon. Nic takiego się nie stało, to był bardzo miły i spokojny dzień, a ja wysłałam to właśnie zdjęcie do Szanownego, żeby w pracy zobaczył, jakie cuda dzieją się w domu. Jego reakcja była w sumie zrozumiała... "wow, jak ty to robisz?". No właśnie, jak? Normalnie, przecież jestem matką, to umiem się zająć dzieckiem/dziećmi lepiej od ciebie, ojca...

No właśnie, na pewno? Czy my, matki jesteśmy alfami i omegami w zajmowaniu się dziećmi? Czy faceci to takie kuternogi wychowawcze? Trochę tak, ale to nie dlatego, że na nas spływa nagłe objawienie, nie dlatego, że wszystko zostało nam dane z chwilą porodu. Nie. Ba, powiem wam w sekrecie, że gdy urodził się Filip, ja przez długi czas bałam się sama przełożyć go z łóżka do tego wózeczka szpitalnego. Leżał tak ze mną na wyrku cały czas, bo bałam się go tam włożyć i spuścić z oczu, a M. nie miał z tym problemu... Znaczy, pewnie miał, ale co miał zrobić, żona po cesarce, w dość kiepskim szpitalu, żeby ją odciążyć trzeba było działać. Powiem wam jeszcze jedno, na palcach jednej ręce można policzyć moje samodzielne kąpanie niemowlaka. Ja, matka dwójki dzieci, alfa i omega, może pięć razy kąpałam niemowlę. Jakoś tak wyszło. To M. znalazł filmik na internecie, jak to się robi i wziął i wykąpał. Raz, drugi, trzeci i jakoś tak już zostało. Najpierw jedno dziecię, potem drugie i tak zleciało. I też na niego nie spłynęło żadne objawienie, jak to się robi, tylko zwyczajnie wziął, spróbował, nauczył się i robił. My też wszystkiego się uczymy. Fakt, istnieje jakiś tam instynkt, ale on raczej nakazuje nam się zająć dzieckiem, a nie mówi nam, jak mamy to zrobić. Więc o co chodzi w tym, że matki są lepsze w zajmowaniu się dziećmi.

No wiadomo, robimy to częściej, mamy wprawę, dzieci więcej są z nami więc nam jest łatwiej. Oczywiście do czasu, bo kto ma starsze dzieci, ten wie, że potem autorytetem staje się właśnie ten, kto jest mniej, ale do tego czasu to my jesteśmy dla dziecka niemal wszystkim. Właśnie, niemal. Bo może warto od maleńkości przyzwyczajać dzieci, że mają dwoje rodziców. Bo mają i należy o tym pamiętać dla dobra dzieci, ale też dla naszego. To, że dzieci powinny mieć jednakowy kontakt z obydwojgiem rodziców chyba nikomu nie trzeba tłumaczyć. Czasem są podziały, same z siostrą się tak dzieliłyśmy w dzieciństwie, kiedy to był mój tatuś i twoja mamusia albo na odwrót, teraz nie pamiętam dokładnie, ale tak było. Moje dzieci też raz chcą do mamy raz do taty, ale raczej po równo dostępujemy tego zaszczytu. Co nie zmienia faktu, że większość czasu spędzam z nimi ja i ja trenuję wszystkie czynności związane z dziećmi, to ja znam ich zachowania, ja potrafię łagodzić konflikty i, gdy trzeba, ustawiać je do pionu. Choć stereotypy mówią inaczej, choć niekiedy niektórzy patrzą na  mnie jak na wyrodną matkę, choć zwyczajnie mąż czasem się przed tym broni, nic nie zmieni faktu, że obowiązki wobec dzieci leżą tak po mojej stronie, jak i po jego i lepiej, żeby potrafił choć podstawowe rzeczy opanować. Dla dobra dzieci, dla swojego (bo przecież nie wiadomo, co się może w życiu zdarzyć), jak i dla mojego. Nie ma w tym nic dziwnego, niestosownego, nienormalnego. Nienormalne za to jest stwierdzenie, że mąż pomaga mi przy dzieciach. Ale jak? To by znaczyło, że są to tylko moje dzieci, tylko moje obowiązki, a on tylko mi łaskawie pomaga... Chyba nie tak powinno być. No i chyba nie takie wzorce powinny czerpać nasze dzieci, tak i dziewczynki, jak i chłopcy. Ja osobiście bardzo bym chciała, żeby mój syn potrafił kiedyś zadbać o siebie, ugotować, posprzątać, zaimponować tym dziewczynie, a potem żonie. Podobnie chciałabym, żeby moja córka trafiła na takiego chłopca, co to potrafi, ale i potrafi docenić wkład kobiety w dom i dzieci. U mnie w domu rodzinnym może nie było idealnie, bo tata był pracoholikiem i wiecznie go nie było, ale zawsze doceniał to co robi mama, a gdy był w domu, w weekendy czy w święta, potrafił sam stanąć, ugotować obiad czy ogarnąć obowiązki domowe. Niestety, wiem, że nie wszędzie tak jest...


Ale podsumowując, dziewczyny, dajmy czasem naszym facetom szansę, zaciśnijmy zęby, że coś robią niesprawniej, wolniej, niedokładnie. Dajmy im szansę czasem trochę wbrew ich woli, niech zobaczą, że przy odrobinie chęci, to wcale nie jest takie trudne. My możemy pracować, zarabiać na dom, naprawiać, remontować, to oni mogą zajmować się dziećmi czy domem. Wszystkim zrobi to dobrze, i nam, i dzieciom. A potem, w przyszłości, dzieci będą wspominały rodzinę zgraną, wspólnie wypełniającą swoje obowiązki, współpracującą i same będą takie właśnie rodziny budowały.

PS.
Ostatnio, gdy lecieliśmy samolotem, Fifi był już trochę zmęczony więc marudny kotłował się mi na kolanach, Zosia wymagała zmiany pieluchy. Szanowny nawet się nie zastanawiał, wziął co potrzebne i poszedł kotłować się z nią w toalecie. Pytanie stewarda czy nie powinna tym się zająć żona, przyznam szczerze, nieco mnie rozśmieszyło... Mnie i paru innych rodziców, którzy lecieli razem z nami i podobnie, wspólnie zajmowali się dziećmi...