środa, 8 czerwca 2016

Te chwile czyli fenomen (podwójnego) snu dziecięcego...

Są takie chwile każdego dnia, kiedy czuję  się tak cholernie mamą. Kiedy duma mnie rozpiera, wzruszenie niejednokrotnie bierze górę, różne myśli kłębią się po głowie, plany i marzenia biją się o swoją kolejkę, a ja stoję i patrzę. Otulam, głaszczę po główkach, całuję, stoję i patrzę. Czasem z głupim uśmiechem, czasem ze łzami w oczach stoję i patrzę na swoje największe skarby, na moje dzieci. To są chwile, które uwielbiam, które jednocześnie dają mi wytchnienie, ale i pozwalają podsumować cały, jakże intensywny dzień. Te chwile, gdy one już śpią albo zasypiają, a ja idę na "obchód". Sprawdzam, doglądam, kontroluję czy wszystko jest w porządku. Takie tylko moje chwile.

Bo wiecie, mamą się jest cały czas, dwadzieścia cztery godziny na dobę. Rano wstaję, a raczej jestem budzona, od razu, z marszu ruszam do dzieła. Szykuję, zbieram, pilnuję, zabawiam, karmię, wyprawiam, tłumaczę, pocieszam, godzę, wyjaśniam, opowiadam, zaprowadzam, planuję, rozwiązuję konflikty, sprzątam. W bycie mamą wplatam pracę, męża, kota i czasem siebie, ale głównie jestem mamą. Od tego nie biorę urlopu, z tego mnie nikt, nigdy nie zwolni, to jest dla mnie absolutny priorytet. Owszem, bywam zmęczona, nawet często, ale wszystko co robię, robię tak, żeby nie zakłócić swojego bycia mamą. Chwalę się tym, jestem z tego dumna, to najlepsze i najciekawsze zajęcie jakie byłam w stanie sobie wyobrazić. Bycie mamą weszło mi w krew i w tym ciągłym pędzie nawet się nie zastanawiam nad tym, że nią jestem. Nie myślę co po czym mam robić, jak robić, po prostu to robię. Dzieci są, będą, były najważniejsze i zawsze są ze mną, jak nie fizycznie, to na pewno w myślach. Nawet teraz, kiedy to piszę, a one śpią, cały czas mam w głowie, że one tam są i za chwilkę zapewne będą i tutaj. Taka rola mamy i nie ma się nad czym zastanawiać w tym ciągłym biegu.


A wieczorem, po kolacji niejednokrotnie przypłaconej moimi siwymi włosami, po kąpieli, która ostatnio też do łatwych nie należy, po bajeczkach, tulankach, całowankach... Po wstępnym ogarnięciu ich zabawek, porozrzucanych ubranek, po nastawieniu sobie wody na herbatę... Po ochłonięciu po całym męczącym dniu idę przejść się po pokojach. Zaglądam do małego łóżeczka, przykrywam, głaskam po główce i patrzę, jak mała larwka znów się wygrzebuję. Patrzę i analizuję miniony dzień. Czego ona dziś się nauczyła, czym mnie zaskoczyła, ile guzów sobie nabiła i ile nabije jutro. Zastanawiam się czy to już pora na, a może czas zrezygnować z...
Potem zachodzę do pokoju obok. Gładzę po spoconej główce, przekładam poduszkę na drugą stronę, przypominam sobie o czym opowiadał mi dziś przez cały dzień, co najważniejsze oczywiście zostawił sobie na sam koniec czyli przed snem. Zastanawiam się ile z tych jego fantazji uda mi się spełnić. Przeliczam ilość zjedzonych przez niego posiłków, myślę, co jeszcze wykombinować, żeby chętniej jadł. Stoję i patrzę, jaki jest spokojny, jak śpi zmęczony po całodniowej gonitwie, jak odpoczywa i zbiera siły, żeby rano wstać i znów od rana zadawać miliardy pytań albo zwyczajnie stawać na głowie.

To są właśnie te chwile, kiedy mówię sobie "wow, ja jestem mamą". Cały dzień nią jestem, cały dzień angażuję się w powierzone mi zadania, wypełniam swoje obowiązki jak najlepiej potrafię, nawet większości nie zauważam, są, trzeba zrobić, to się robi... A wieczorem, gdy zejdzie adrenalina, gdy patrzę na te spokojne buzie, wtedy coś we mnie uderza... Dociera do mnie, że one są moje, to ja jestem za nie odpowiedzialna. I wtedy czuję się tak cholernie mamą i jestem tak cholernie dumna. Jestem cholernie dumna z moich dzieci.... Mimo zmęczenia, mimo niedospania, mimo... To jest ta chwila, gdy wszystko mija...

PS.
Już kiedyś o tym pisała, o fenomenie dziecięcego snu, co to cuda czyni, zmęczenie niweluje, wszystkie złości i niesnaski posyła w zapomnienie. Pisałam, że widok śpiącego dziecka jest bardziej kojący niż nie jedne morskie fale, ale teraz do jednego śpiącego dziecka dołączyło drugie i jest to dla mnie tak niepojęte, że choć mija już półtorej roku, to nadal nie mogę się temu nadziwić. Stąd zapewne to "wow"...