poniedziałek, 13 lutego 2017

Dokąd zmierzasz?... czyli gdzie jesteś mój bobasie?

Gdy miał urodzić się Fifi, bałam się, jak to będzie. Przecież to chłopak, a co ja wiem o chłopakach. U nas w rodzinie były niemal same dziewczyny... Wszyscy się śmiali, że nikt z nas nie zna się na obsłudze chłopczyka. Ale, gdy czekałam na wieść jakiej płci będę miała drugie dziecko, nie wyobrażałam sobie, że mogłabym być mamą dziewczynki. Nie dlatego, że bym nie chciała, ale dlatego, że już przywykłam, wiedziałam co i jak, nie chciałam niczego zmieniać, ale wiele, bardzo wiele się zmienia...

Fifi był słodkim bobaskiem, syneczkiem mamusi, moim oczkiem w głowie. Gdy wysyłałam go do przedszkola, serce miałam rozdarte, bo jak to? Gdzie ten mały, pucułowaty blondasek się odnajdzie wśród stada rozkrzyczanych chłopaków? Poszłam na pierwsze spotkanie zapoznawcze i od razu zetknęłam się z tym, czego bałam się najbardziej... Zetknęłam się z "chłopaczyskami". Przeraziłam się, bo przecież mój bobasek tam nie pasuje, przecież on jest taki uroczy, nie krzyczy, nie histeryzuje, ma dłuższe, falujące blond włoski i słodkie ubranka. Moja laleczka. Jeszcze większe lęki brały mnie, gdy bywałam na okolicznym placu zabaw... Chłopcy, które już w wieku 3-4 lat nie stronią od brzydkich słów, którzy się biją, wyzywają...A przecież mój Filipek nawet nie interesuje się resorkami, on woli swojego misia Kubusia... Nie wyobrażałam sobie, jak dorasta, jak zaczyna naśladować kolegów, jak zaczyna podłapywać ich słownictwo, zaczyna mu zależeć na zaimponowaniu innym, zaczyna się ode mnie odsuwać, zaczyna unikać, staje się taki strasznie, niewyobrażalnie obcy... Ta wizja jawiła mi się przed oczami jako jakiś straszny koszmar... Nie on, nie mój synek mamuni...


Pierwsza "dupa" mnie nawet rozśmieszyła... Wytłumaczyłam i jakoś wszystko się układało. Nawet Fifi sam nas upominał za "kurcze" czy inne, uznawane przez niego za brzydkie, słowa. Potem zaczęło się "nie lubię cię", "nie chcę się z tobą bawić", "idź sobie"... Było mi przykro, ale, że zdarzało się to rzadko i potem przepraszał i znów był malutkim moim przytulankiem, że bez buzi od mamusi nie potrafił zasnąć, to na tłumaczeniu się skończyło. Ale z czasem Fifi postanowił wykorzystywać i brzydkie słowa, i przykrości, i złośliwości, żeby nas zdenerwować, odreagować nasz zakaz lub coś, co poszło nie do końca po jego myśli. Zaczęło się to zdarzać częściej i było tak "dokuczające", że raz czy dwa nie miała siły nawet pójść i poczytać mu na dobranoc. Miałam ochotę się na nim odegrać za to, jak bardzo, choć zapewne nieświadomie, mnie rani. I choć poza takimi epizodami nadal jest moim synkiem, nadal na większość bolączek najlepsza jest mama, najlepiej się z nią bawi i w ogóle jest "najlepsza na świecie", to gdy staje się takim "strasznym chłopaczyskiem", to zwyczajnie go nie lubię... Szybko mi przechodzi, zaraz łapią mnie wyrzuty sumienia, że taka myśl choćby przez głowę mi przeszła, to jednak tak bywa...

I chociaż jestem niemal na 100% pewna, że to minie, że ze wszystkim sobie poradzimy, że wytłumaczymy i zaradzimy, bo Filip jest mądrym dzieckiem i wszystko pojmuje w mig, to wiem też, że musimy ten okres przetrwać i przygotować się na następne... Bo wszystko to, nawet te przekleństwa, te dziecięce złośliwości, oznaczają tylko jedno, że nasz mały bobas rośnie, dojrzewa, przechodzi kolejno etapy rozwoju, przestaje mieć klapki na oczach tylko na mamę, ale zaczynają go interesować koledzy, ich zainteresowania, chce im zaimponować, pochwalić się zabawkami, zaczyna stawać się samodzielnym młodym człowiekiem z własnym zdaniem, własnym gustem, własnym światem.

Niedawno się urodził, kwilił pod noskiem. Niedawno karmiłam go piersią, a już niedługo będzie sam wybywał na pizzę (której teraz nie lubi, ale nie wierzę, że nie polubi) z kolegami. Niedawno liczył się tylko Kubuś przytulanka, niedługo tata będzie mu radził, jak kupić używany samochód. Teraz czasem czuję przesyt dziećmi, niedługo będzie mi ich brakowało, gdy nie będę mogła się doprosić, by choć jedno popołudnie spędziły ze mną. Niedawno uczyłam go mówić nowe słowa, teraz uczę go, jakich słów lepiej nie używać. Niedawno byłam najlepszym kompanem do zabaw, teraz, gdy są koledzy lepiej, żeby mama sobie poszła.

Powoli oswajam się z upływem czasu. Przeglądam z łezką w oku zdjęcia sprzed roku, dwóch czy trzech. Patrzę, jak się zmieniał i jestem ciekawa, jak zmieni się w przyszłości. Tęsknię za tamtym bobasem, ale za żadne skarby świata nie oddałabym tego mojego chłopaczyska, nawet jeśli czasem jest nie do zniesienia... Wiem, że kiedyś przyjdzie inna kobieta... Nie... O tym na razie nie będę myśleć...