środa, 15 lutego 2017

Małe wyjście... czyli dlaczego wkurzyłam się w Walentynki...

Powiecie może, żem wredna, paskudna, okropna i, że mąż powinien się ze mną rozwieść. Bo przecież on chciał dobrze, nawet poświęcił dwie minuty któregoś wieczora, między komentowaniem na Facebooku a rozmową w niewybrednych słowach o polityce z kolegą i zarezerwował bilety do kina. Nawet mu się udało trafić w film, jaki chciałam obejrzeć, bo wcześniej jęczałam o tym przez dwa tygodnie. Nawet traf chciał, że teściowa miała pierwszą zmianę w pracy i mogła ewentualnie przyjechać do dzieci. Nawet ogłosił swoje zamiary wszem i wobec w internetach w taki sposób, że można było myśleć, że szykuje niemalże romantyczną kolację pod Wieżą Eiffela... A ja niewdzięcznica się wściekłam, zrobiło mi się przykro, rozpłakałam się i odmówiłam współpracy...


Bo...
Ja nie zostałam o tym poinformowana. Biorąc pod uwagę to, że sama od powrotu z Mazur zmagam się z przeziębieniem. Jak na złość, gdy mi zaczęło przechodzić, rozchorowała się Zośka. Siedzimy zatem we dwie w domu z naciskiem na siedzimy, bo panienka wymaga wiele uwagi i czułości. Co za tym idzie i ja, i Zośka, i mieszkanie pozostawiamy wiele do życzenia. Żeby wyjść, trzeba się do tego jakoś przygotować. Do kina, powiecie, nie trzeba się jakoś specjalnie stroić, przecież i tak nas tam mało kto widzi. No tak, ale co to wtedy za "wyjście" i gdzie jego wyjątkowość. Trzeba też jakoś ogarnąć mieszkanie i Zośkę, skoro ma przyjechać teściowa. Moje poczucie przyzwoitości nie pozwala przyjmować gości z rozsypanymi na podłodze płatkami czy rozłożonym praniem do prasowania na kanapie. A jakby na to nie patrzeć, nawet jeśli przyjeżdża zająć się dziećmi, to jednak teściowa to gość. Trzeba zaplanować dzieciom kolację, a odkąd siedzę uziemiona w domu, zakupy robi Szanowny i trzeba się potem nieźle nagimnastykować, żeby z tego zrobić coś do jedzenia. Absolutnie, na chwilę obecną, nie mam w domu nic do dania dzieciom na już, bez zbędnej ingerencji w moją kuchnię, której niestety moja teściowa nie zna.  Zakładam również, że teściowej nie opłacałoby się po pracy zajeżdżać do domu więc przydałoby się czymś ją ugościć i nie morzyć głodem. Głupio by było, gdyby zasłabła opiekując się naszymi dziećmi... A nie wiem jak wy, ale ja planuję posiłki często na taką liczbę osób, jaka tego dnia będzie w domu przebywała, czasem coś na szybko doszykuję, gdy wiem, że mogę się spodziewać odwiedzin... Tym razem o tym nie wiedziałam.
Abstrahując już całkiem od tego, że ostatnio jedyne o czym marzę, to spokojny wieczór w fotelu z herbatką i robótką. Zresztą nie raz o tym wspominałam, żebyśmy się nie napinali akurat w ten jeden dzień, że możemy spokojnie położyć dzieci spać, napić się wina, posiedzieć, dodając również, że możemy sobie zaplanować spokojny wypad w weekend, kiedy dziećmi zajmą się dziadkowie, a nas nie będzie gonił czas, gdy wyjście do kina to będzie kino, obiad, kawa i miło spędzony czas, a nie wyścig, kto więcej zje popcornu, bo na kolację już nie starczy czasu, trzeba będzie pędzić do domu.

I może bym się uśmiechnęła. Może bym na szybko umyła włosy, umalowała się, coś podszykowała i ogarnęła i poczłapałabym do tego kina, bo naprawdę bardzo chciałam zobaczyć ten film, ale...  Gdyby przyszedł, zaprosił, pomyślał też o innych aspektach sprawy, pomógł ogarnąć, dał czas na ogarnięcie siebie... Gdybyśmy to zaplanowali razem, gdybym miała czas, gdyby to była nasza wspólna decyzja...
Powiecie, że to przecież miała być niespodzianka... Fajnie... Niespodzianki są ekstra, gdy są przemyślane... Trochę mniej, gdy wymagają więcej gimnastyki od niespodziankowanego niż od tego co niespodziankuje...
I jakoś mi się zrobiło strasznie przykro, że ktoś z kim żyję 12 lat nie zna mnie nawet za grosz, nie słucha tego co mówię, nie bierze mnie w tym wszystkim pod uwagę...

Ja wiem, że chłop jest prosty, że takich rzeczy nie zrozumie, ale ja nadal mam w pamięci, jak cieszyłam się jak głupia, gdy rok temu, na Dzień Kobiet dostałam od niego voucher do SPA... Chwaliłam się wtedy wszem i wobec... Jaka byłam dumna, że mam takiego mężczyznę, co to o mnie myśli, co docenia to, że siedzę dzień w dzień z dziećmi, że zajmuję się domem, pracą, że ogarniam, że rozumie, że czasem potrzebuję takiego gestu, żeby poczuć się dobrze... Dzień Kobiet, 8 marca, a ja go realizowałam jakoś w czerwcu, i to dzięki uprzejmości miłych pań z hotelu, bo wtedy udało mi się zorganizować chwilę czasu, bo voucher dał, ale już swoich planów, by jakoś wyjazd zorganizować, to zmienić nie mógł... Przecież dał... Elegancki hotel, miła pani masażystka, spokój, relaks (abacosun.pl), a ja myślałam tylko o tym czy zmieszczę się w czasie i uda mi się zwolnić opiekunkę zanim sama się zwolni...
Albo choćby Walentynki rok temu... Dostałam tulipana... Jednego... Dwa dni przed, bo, jak sam to argumentował, miał po drodze, a w same Walentynki nie wie czy znajdzie czas...
Hmmm, urodziny dwa lata temu... Wmanewrował w opiekę nad dziećmi swoją niczego nieświadomą ciotkę, która przyjechała złożyć mi życzenia... Ja nie miałam o niczym pojęcia... Możecie tylko sobie wyobrazić, jak było mi głupio, gdy się dowiedziałam, że tak naprawdę, wcale to nie było umawiane, że wyszliśmy z domu zostawiając tam kogoś, kto wpadł tylko na chwilę, bo chciał być miły...
O okazjach, gdy słyszałam obietnice, że w weekend pojedziemy i sama sobie coś wybiorę nie wspomnę... Biorąc pod uwagę, że mamy wspólne konto, to rzeczywiście super prezent od serca... Czasem siadam przed komputerem i coś sobie zamawiam, to będę zapisywała na poczet późniejszych, na przykład urodzin...

Może to wszystko jest śmieszne, może nawet ja się z tego śmieje i opowiadam Wam dziś jako anegdotę z naszego życia, ale powiem Wam w sekrecie... Było mi wczoraj przykro, nawet bardzo, ale bardziej było mi przykro, że jemu zrobię przykrość, bo przecież chciał dobrze, a ja to zawsze doceniam... Po raz kolejny byle jak, ale chyba chciał dobrze... Nawet chciałam go potem przeprosić, wyjaśnić na spokojnie jeszcze raz, ale odkryłam, że jemu wcale nie jest z tego powodu przykro. Zadzwonił do mamusi, powiedział, żeby nie przyjeżdżała i przeszedł do normalności... Chyba nawet się ucieszył, że ma spokój... Nawet na chwilę nie zajął się dziećmi, żebym mogła napić się w spokoju herbaty... I jakoś już nie pochwalił się w internetach, jak mu wyszła niespodzianka...

***
No, dobra, wyżaliłam się, napisałam, co mi leży na sercu, a teraz na poważnie... Teraz będzie morał...
Dziewczyny, upominajcie swoich chłopów, suszcie im głowy, domagajcie się uwagi i troski... Nie chodzi tu tylko o Walentynki czy jakieś wymyślne prezenty... Walentynki Walentynkami, ale w życiu właśnie takie małe gesty się liczą... Gdy raz odpuścimy, raz nic nie powiemy, przyzwyczaimy, że nie wymagamy niczego, że jesteśmy samowystarczalne, to facet się do tego przyzwyczai... To się tyczy nawet zwykłych, codziennych czynności. A prawda jest taka, że my same robimy z nich ofiary losu, wygodnickich maminsynków, nadskakujemy, wszystko wybaczamy, a potem jeszcze torciki pieczemy na urodziny, prezenciki kupujemy... Budujemy pomniki za kiwnięcie palcem, a gdy nie kupi kwiatka na Dzień Kobiet, to spuszczamy głowę, jest nam przykro, ale słowem się nie odezwiemy.