wtorek, 19 grudnia 2017

Odczarowujemy szarość... czyli wakacje first minute...

Coraz bliżej Święta, choinka, prezenty... A na dworze szaro, buro i ponuro. Klimatem nic nie przypomina, że za chwilkę spotkamy się w rodzinnym gronie, będzie ciepło i radośnie. Dzieci nudzą się w domu, co chwilkę jakiś glut, co chwilkę jakiś kaszel, przedszkolne wydarzenia wiecznie pod znakiem zapytania, poumawiane spotkania też, bo nigdy nie wiadomo, kto kiedy zachoruje, kto kiedy coś odwoła, kto kiedy pójdzie na zwolnienie. Śniegu ani widu ani słychu, choć to akurat póki co nas cieszy, bo przynajmniej raz na jakiś czas na budowie pojawiają się fachowcy, których przy śniegu pewnie bym nie uświadczyła wcale. Chyba wszyscy popadli w jakiś marazm, bo załatwienie nawet najprostszej sprawy przeciąga się w nieskończoność i nastręcza wiele trudności. No cóż, taki okres, przełom zimy i jesieni. Dobrze, że są te Święta, bo depresja murowana. Choć może gdyby nie Święta, to wszyscy nadal by trwali w pędzie i nie popadaliby w taką pracową apatię. Kto wie...

Zima, zimą, Święta, Świętami, ale trzeba sobie jakoś radzić. Część znajomych wybiera wczasy zamiast siedzenia na tyłku i jedzenia karpia. My może byśmy się  wyłamali i gdzieś uciekli, ale po pierwsze jeszcze dużo nas tu trzyma, po drugie, miejsca, w których o tej porze roku byśmy się dobrze czuli są jak na razie zbyt dla nas kosztowne więc wolimy przełożyć takie wojaże na czas, gdy i taniej nas to wyniesie, a i rodzina się na nas śmiertelnie nie obrazi za opuszczenie jej w Święta. No, ale gdy znajomi wklejają zdjęcia z ciepłych krajów, nam myśli zaczynają uciekać w kierunku wakacji i tego, co będziemy wtedy robić, gdzie będziemy odpoczywać. Zaczynamy marzyć, wyobrażać sobie, zaczynamy planować.


Do tej pory zawsze stawialiśmy na tzw. "last minute" i jakoś nam to wychodziło. Kierowaliśmy się przekonaniem, że jest taniej, a i z dziećmi łatwiej sobie coś zaplanować "na ostatnią chwilę" niż pół roku wcześniej. Dla nas nawet planowanie urlopu w Zalesiu na miesiąc wcześniej wydawało się mocno na wyrost, ale okazało się, że inaczej się nie da. Ale tym razem w ofertach dostępnych "na już" nic a nic nam nie pasowało, a jak w końcu zaczęło pasować, to okazało się, że dzieciarnia nie ma paszportów i nic z wyjazdu nie wyszło. Przyszła późna jesień, a nam wypoczynek przeszedł koło nosa i zaczęło się pojawiać zniecierpliwienie i zmęczenie. Wyjechaliśmy na przedłużony weekend w nadziei, że na chwilkę uśpimy myśli o greckich wyspach, a tu jak na złość zaczął się sezon na reklamy w tv i oferty "first minute" i znów zaczęły kusić lazurowe plaże. Zaczęliśmy myśleć, zastanawiać się, dowiadywać i trach... Zdecydowaliśmy się. 

No, nie byłam przekonana, wahałam się, ale po przeanalizowaniu wszystkich za i przeciw wyszło na to, że tych "za" jest sporo i może warto zaryzykować i spróbować. Jak możecie się domyślić znów padło na jedną z greckich wysp, do tej pory nam nie znaną, chyba spokojną i taką jak lubimy najbardziej, jeszcze nie modną i nie obleganą. Przekonała mnie oferta biura, która prócz dodatkowych korzyści w cenie zawiera możliwość rezygnacji z wyjazdu lub zmiany na inną ofertę w rozsądnych granicach czasowych. Zakładamy oczywiście, że nic się nie stanie, nic nam się nie odwidzi, ale w razie co, zawsze jest jakaś możliwość manewru więc to już powoduje mój spory komfort psychiczny, a co za tym idzie, pozwala z niecierpliwością czekać na urlop. A taka ilość czasu pozwala sobie wiele rzeczy ustawić "pod wyjazd" więc możemy mieć nadzieję, że nic nas w ostatniej chwili nie zaskoczy. Możemy sobie zarezerwować miejsce na lotniskowym parkingu (https://modlinparking.pl/cennik/), możemy zarezerwować hotel, gdy lecimy rano, a do lotniska mamy, tak jak my, około 3 godzin drogi, możemy sobie ustawić pracę tak, żeby nic niespodziewanego nam nie wypadło, a my dodatkowo możemy sobie tak umówić fachowców na budowie, żeby nic nie przegapić i wszystkiego dopilnować. 
A cena? Obserwując ostatnie ceny wczasów, to na dobre last minute naprawdę ciężko trafić, zwłaszcza w miejscach idealnych dla rodzin. Zauważyłam, że rodziny z dziećmi są raczej przewidujące i miejsca naprawdę do nich dostosowane sprzedają się jak świeże bułeczki. A z biegiem czasu, gdy miejsc jest coraz mniej, ceny idą w górę. My sami czailiśmy się na ofertę tydzień później,  bo wtedy był już dostępny polski klub animacyjny, ale gdy w jeden dzień jej cena skoczyła o prawie 2000 złotych jednak zdecydowaliśmy na wylot tydzień wcześniej (zresztą ta oferta obecnie też jest już o ok. 1000 złotych droższa niż wtedy, kiedy my ją rezerwowaliśmy). Także wydaje mi się, że cena w takiej ofercie też jest dość atrakcyjna, a co najważniejsze, mamy gwarancję, że nie pójdzie w górę. Dodając do tego tylko 20% wpłaty przy rezerwacji, to chyba nie jest źle...

Pozostaje tylko problem czasu, jaki nam pozostał do wylotu. Troszkę przygnębiające jest to, że przyjdzie nam jeszcze tyle czekać na takie atrakcje, ale zawsze można sobie ten czas jakoś umilić ;) My mamy niewątpliwie taki umilacz w postaci budowy, która nie pozwala nam się nudzić. Potem będą ferie, na które też już mamy plany, a po feriach aby się obejrzeć i wiosna radosna. A milej się wygląda za okno, na tą szarość i burość, gdy wiemy, że gdzieś tam, na jednej z greckich wysp już czeka na nas miejsce. Dzieciarnia też już wie, z czym "się je" taki wyjazd, że to samolot, że ciepło, że plaża i też już nie mogą się doczekać. Z takimi myślami jakoś przetrwamy te gluty, kaszle, zimna i kapryśnych fachowców ;) A jako że lecimy na początku sezonu, to potem mamy jeszcze calutkie lato, żeby cieszyć się słońcem i ciepłem.