środa, 20 grudnia 2017

Wystarczy chcieć... czyli zmiany na lepsze, jak się za nie zabrać?

W marcu tego roku, wraz z nastaniem wiosny coś we mnie pękło, coś przeskoczyło, coś mnie ubodło tak bardzo, że postanowiłam coś zrobić, coś zmienić, jakoś zapanować nad tym co się ze mną dzieje. Nie będę ukrywała, że największy wpływ na moje nienajlepsze samopoczucie była ciągle rosnąca waga, a co za tym idzie pomniejszający się mój komfort psychiczny. Codzienne ubieranie się polegało już nie na poszukiwaniu ładnych ubrań, a na poszukiwaniu ubrań, w których ja będę znośnie wyglądała. Zawsze miałam kompleksy, ale teraz zaczęły narastać coraz bardziej, a razem z nimi zmniejszała się moja chęć do pokazywania się wśród ludzi. A przecież przyszła wiosna, czas radości, zrzucania tony ciuchów, tak być nie mogło, trzeba było podjąć jakieś kroki.

Poczytałam, poradziłam się, przeanalizowałam wszystko i zabrałam się za siebie. 
Dwie rzeczy wydały mi się wtedy najistotniejsze i najważniejsze. 

Po pierwsze dieta. 
Odstawiłam niemal całkowicie cukier, zróżnicowałam posiłki, starałam się je zbilansować, urozmaicić tak, żeby było smacznie, ciekawie i prosto. Ustawiłam jedzenie tak, żeby jeść niewielkie ilości, a często. Do pracy woziłam ze sobą pudełeczka z obiadem, jogurty, kefirki, owoce. Ziemniaki zamieniłam na kaszę (choć z kartofelków całkiem chyba nie potrafiłabym zrezygnować), białe pieczywo na ciemne, pełnoziarniste, ale w mniejszych porcjach. Od czasu do czasu pozwalałam sobie na gałkę lodów na spacerze z dziećmi. Odstawiłam wszystkie słodkie napoje (coca-cola dozwolona tylko w kinie i to na spółkę z Szanownym, a dodam, że do kina chodzimy raz na pół roku), za to piłam dużo, dużo, dużo wody. Zawsze miałam pod ręką butelkę, a czasem nawet dwie.


Po drugie, aktywność.
Na początek postawiłam na długie spacery. Czasami bardzo długie i po terenach nie do końca należących do łatwych. Dołożyłam do tego ćwiczenia na steperze, a potem basen. W lecie przełamałam się w sobie i zaczęłam biegać (nie ukrywam, że katalizatorem była rodzina, która dała mi w kość i musiałam się jakoś wyżyć, a potem już jakoś poszło). Najpierw marszo-biegi, takie trzykilometrowe, potem dłuższe. Z czasem wydłużałam bieg, a skracałam marsz. Krótkie spodenki zamieniłam na "fachowe" legginsy, a koszulkę na termoaktywny t-shirt (teraz mam już niemal pełną garderobę biegacza, nawet w najtrudniejszych warunkach). 

Bieganie weszło mi w nawyk, zmiana żywienia też jakoś się zakorzeniła, przez ten czas straciłam na wadze ponad 10 kg i zaczęłam się ze sobą czuć naprawdę dobrze. Wiadomo, niektóre części ciała nadal wymagały pracy (i to dużo), ale było dobrze. Wreszcie zakupy sprawiały mi przyjemność, przestałam się zamykać szczelnie w łazience, wróciła dawna pewność siebie i optymizm, a co za tym idzie chęć do działania. Ale przyszła też jesień, stresy, praca, praca, praca, na dworze zimno i nieprzyjemno, a w fotelu z pyszną czekoladą tak miło i fajnie, że nieco mi się rozleniwiło. Zauważyłam, że rzadziej ruszam tyłek na przebieżkę, że posiłki są jakoś mniej regularne i coraz częściej idę na łatwiznę rezygnując ze zdrowego rozsądku, że raz na jakiś czas pocieszam się słodyczami, które w ilości hurtowej pojawiają się w domu w okresie przedświątecznym. Czas powiedzieć dość zanim znów zrobi się za późno, zanim znów zmienię rozmiar, ale nie w tą stronę, w którą bym chciała.

Wiadomo, zimą ciężej się ruszyć, nie chce się ubierać i wychodzić, w domu ciepło, dzieci kicają po głowie. Jeść się chce więcej, bo więcej trzeba energii, żeby się przemieszczać, ogrzać, rozruszać, a co za tym idzie, coraz częściej sięgamy po łatwe, ale kaloryczne i nie do końca zdrowe "przegryzki". I dobrze, nieco można sobie odpuścić (nie za bardzo), ale jest jedna rzecz, której odpuścić sobie nie można. Woda.

O tym, że wodę należy pić uczą już dzieci w przedszkolu. Niby logiczne, ale dla kogoś, kto całe życie spędził na słodzonych napojach, jednak nie bardzo przekonywujące. Dla mnie było niepojętym, jak można pić samą wodę. Aż do czasu, gdy mocno ograniczyłam cukier w diecie. Od tej pory wszystko co mokre, z większym stężeniem cukru niż czysta woda, wydawało mi się za słodkie. Jedynie czystą wodą potrafię się napić, czystą wodę muszę mieć zawsze koło siebie, gdy za mało piję robię się ociężała, ospała, boli mnie głowa, puchną mi ręce i stopy. Woda oczyszcza organizm, przyśpiesza i poprawia przemianę materii, poprawia samopoczucie. Jedynym minusem wody jest to, że trzeba ją przynieść do domu, a gdy picie wody wejdzie w nawyk, w czteroosobowej rodzinie idzie jej bardzo dużo. W domu i w pracy, gdzie przecież też spędzamy dużo czasu. A może by tak zamiast targać zgrzewki, zadbać o to, żeby ktoś inny dostarczał nam wodę do domu czy do pracy? Kiedyś wydawało mi się, że firmy takie jak wodaaquavita.pl są przeznaczone jedynie dla dużych korporacji, gdzie tej wody idzie naprawdę duża ilość. A potem podliczyłam ilość zgrzewek, które przepijamy z Szanownym i dwójką dzieci i doszłam do wniosku, że jedna duża butla na tydzień mogłaby być na nas za mało. Ja wiem, że niektórzy uważają, że można pić wodę z kranu... Ja jakoś nie mogę się przekonać. Oglądam też już któryś z rzędu filtr do wody i też to do mnie nie przemawia. Przegotowana woda mi nie smakuje. Pozostają zgrzewki... lub właśnie duży baniaczek ;)

Ale wracając do tematu. 
Jeśli też macie poczucie, że chcecie coś zmienić w swoim trybie życia, chcecie troszkę zdrowiej, aktywniej, świadomiej, a nie wiecie od czego zacząć, to ja radzę zacząć od wody. To dobry początek i punkt wyjścia do dalszego działania. Ok. 1,5 litra czystej, niegazowanej wody dziennie, a już po trzech dniach poczujecie różnicę. Ja mam takie postanowienie na Nowy Rok - woda, równomierne, zróżnicowane posiłki i aktywność... Moje chłopaki przynoszą medale z kolejnych biegów, teraz w końcu czas na mnie ;) 


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz