czwartek, 21 grudnia 2017

Przygotowania do Świąt... czyli dlaczego wyrzuciłam Męża z sypialni...

Do Świąt zostało już tylko trzy dni, wszyscy szaleją, wszyscy szykują, sprzątają, planują. Ja też planuję. Nie dość że Święta, to jeszcze urodziny Zosi, które, jak co roku (takie zbieg okoliczności), przypadają na dwa dni przed Sylwestrem więc trzeba się nieco nagimnastykować, żeby je godnie obejść. Owszem, mam to szczęście, że na Wigilię uciekamy do Babci, mam to szczęście, że w Święta mogę się wcisnąć na obiad do Taty, ale okres świąteczno-noworoczny to nie tylko Wigilia i jeden dzień świąteczny, to cały, długi, a nawet przedłużony tydzień siedzenia z dziećmi w domu. Żeby było miło, przyjemnie i uroczyście, trzeba się jakoś do tego czasu przygotować i dlatego właśnie i ja wpadam w wir przygotowań. Oczywiście, na chwilę obecną jestem daleko w lesie, ale staram się jak mogę, uwijam się jak w ukropie i końca nie widać. 

Co roku przed Świętami mam dużo pracy. Nie dość, że w branży rękodzielniczej wtedy nagle coś się rusza i wszyscy sobie na raz przypominają, że fajnie by było mieć taką ręcznie wydzierganą serwetę na stole... albo bombki na choince... albo kocyk dla dziecka... Cały rok cisza, spokój, ani żywej duszy, namawiać muszę, gadżety reklamowe oferować (promotiontops.pl), a w okresie, gdy przydałoby się troszkę luzu, każdy sobie o mnie przypomina... To dodatkowo zwala się milion pięćset różnych inny propozycji, które wymagają czasu, zaangażowania i nieco skupienia, a w tym całym rozgardiaszu o to ostatnie najtrudniej. No i właśnie w tym okresie, gdy ja mam najwięcej pracy, jest też najwięcej spraw pobocznych do załatwienia. W przedszkolu jasełka... Żeby to jedne. Zosia ma warsztaty, Filip jasełka, i drugie, i trzecie... Jako że najlepiej zapamiętuje wszystkie kwestie robi za dublera dla wszystkich dzieci, którym zdarzy się zachorować, a tych troszkę jest, z racji pogody za oknami. Na szczęście nasze dzieciaki na razie zdrowe, ale i takie przypadłości zdarzają się przed Świętami, a to też nie ułatwia przygotowań. O budowie, zamawianiu materiałów przed Nowym Rokiem, kapryśnych murarzach i upierdliwych paniach z banku nawet nie będę mówić, bo kto tego nie przeżył, ten zapewne i tak nie zrozumie. Jak dobrze, że są zakupy przez internet, bo to wiele ułatwia i pozwala wiele załatwić wieczorem, z wygodnego fotela. Nie mniej jednak, okres jest gorący i nie da się tego ukryć, trzeba sobie jakoś radzić. Najlepiej jak się ma kogoś do pomocy, a z tym bywa różnie.


No i tutaj dotarłam wreszcie do sedna sprawy. Szanowny, jego słowność, obowiązkowość, bezinteresowność. Miałam się na niego nie użalać, ale przychodzi taki czas, że muszę, bo inaczej go uduszę, a tego byśmy chyba nie chcieli (choć czasem mam wrażenie, że jemu to i tak byłoby wszystko jedno). Nie powiem, że nic nie robi, bo jak mu się powtórzy 3, no może 7 razy, to po kilku dniach w końcu to zrobi. Ale do wszystkiego podchodzi z beztroską, z luzem, nie ma potrzeby porządku, nie ma potrzeby planowania. Hołduje zasadzie "jakoś to będzie, ktoś inny się zatroszczy", a niestety tym kimś zawsze, ale to zawsze jestem ja. 

Sprzątanie? To głupie, przecież wszystko można upchnąć jak leci do szaf, a tam nikt nie zagląda.
Prezenty? Przecież żona zamówi przez internet, to jakieś dojdą. A jak ona będzie ganiać po internetowych sklepach i porównywać oferty, ja sobie spędzę wieczór na pogaduszkach na FB.
Choinka? Przecież jest jeszcze czas. Ja przywiozę, a potem się ubierze. Samo!!!
Zakupy? Też jest internet... Też można posiedzieć godzinkę i dwie przy komputerze i wszystko się kupi... A że część zapomni? Ech, trudno, to nie będzie...
Gotowanie? No przecież lubi, więc w czym problem.
Ubrania na Wigilię dla dzieci? Internet!!! Helołłł!!!
Planowanie odwiedzin świątecznych i urodzinowych?? A po co planować? Jak się pójdzie albo jak ktoś przyjdzie, to będzie...
Pakowanie prezentów? Przecież wystarczy powrzucać w torebki... Chyba jakieś zostały z tamtego roku, co nie?
Takich przykładów mogłabym mnożyć, sposobów na rozwiązywanie problemów mój Szanowny Małżonek ma mnóstwo. Wszystkie oczywiście w stylu "jak jesteś śpiąca, to weź i się wyśpij". Nic tylko czerpać garściami, korzystać, a życie będzie płynęło beztrosko.

I powiem Wam, gdy już wczoraj dobiłam do momentu, że chyba wszystkie przedświąteczne zlecenia miałam już zrobione (bo poświątecznych też się nazbierało, ale to potem), zakupy online zamówione (oczywiście z zapomnieniem kilku, a może i kilkunastu rzeczy), gdy już machnęłam ręką na to, że Szanowny będzie za tym latał wtedy, kiedy najbardziej by mi się przydał przy dzieciach, sama zaczęłam się godzić z tym, że o dekoracjach zabójczych mogę zapomnieć, a z dań będziemy mieli to, co nam łaskawie rodzina podaruje, ważne, żeby było miło, wtedy, o prawie 24 usłyszałam zdanie:
- Zapomniałaś o zaproszeniach na Zosi urodziny... Jutro trzeba je koniecznie zanieść do przedszkola. 
I coś we mnie pękło.

O nie mój drogi, dość tego!!! Ja się muszę wyspać, ja mam dość latania z językiem na brodzie, ja mam dość myślenia o wszystkim, a jak coś jest nie zrobione, to JA zapomniałam. W najlepszym wypadku MY, jak sławetna cytryna, którą to MY zapomnieliśmy kupić. Myślenie nie boli, dom, dzieci i praca nie polegają tylko na wykonywaniu poleceń kogoś wyżej, czasem trzeba wziąć inicjatywę w swoje ręce, bo Święta mamy MY, a nie TY!!! MY urządzamy Zosi urodziny, a nie JA, MY mamy wolne, nie tylko TY!!!

Ja wiem, że chłopy tak mają. Zapewne są na świecie gorsze przypadki niż mój. Zapewne są też i lepsze, kiedyś coś o takim słyszałam, ale słyszałam też o Yeti więc różnie z tym być może. Ja zazwyczaj staram się tłumaczyć, mówić, powtarzać, o co mi chodzi. Zazwyczaj daje to marne efekty, ale czasem jednak coś daje więc warto. Niemniej jednak, raz na jakiś czas muszę coś z tym zrobić, żeby samej z sobą poczuć się lepiej. Ja dziś napisałam ten  tekst, żeby to z siebie wyrzucić... i wyekspediowałam Męża spać na kanapę. To tak, żeby poczuł, że skoro rozdzielamy moje/twoje, to w sypialni JA sprzątam, JA zmieniam pościel i JA decyduję... A jak taki przekaz nie dotrze, to przynajmniej się wyśpię i odpocznę bez przeszkadzającego mi chrapania ;) A teraz mogę spokojnie wracać do strzępienia sobie języka po próżnicy... Może tym razem doczekam się śledzia nie z marketu ;)

A wy jakie macie sposoby na odreagowanie nadmiaru obowiązków i mężowej beztroski??? A może jesteście takimi szczęściarami, które nie mają takiego problemu? Podpowiedzcie zatem, skąd wytrzaskałyście takie wyjątkowe jednostki, może ja też się tam przejdę i wymienię mój stary model akurat na Gwiazdkę ;)

PS. Przy powstawaniu tego artykułu nie ucierpiał żaden mąż. Mój też nie. Wbrew pozorom wyspał się lepiej, bo go nie dźgałam pod żebra za chrapanie, a dzieciarnia przyszła rano mnie atakować w sypialni nie domyślając się, że Tatuś zalega w salonie. Może dzięki temu wypoczął i odzyskał jasność umysłu, która nakaże mu wysłuchać w końcu tego, co mam do powiedzenia ;)