wtorek, 10 kwietnia 2018

Niedziela niehandlowa... relaksująca i zdrowa...

Pewnie niejeden z Was mnie po dzisiejszym poście odlajkuje, niejeden odżegna od czci i wiary, niejeden powie, że jestem nieczuła i samolubna, ale co mi tam... Będę pisać co mi paluszki na klawiaturę przyniosą ze wszystkimi tego skutkami i konsekwencjami... A może znajdzie się ktoś, kto choć w jednej którejś przyzna mi rację.

A no, rzecz tyczy się dzielących ostatnio społeczeństwo niedziel wolnych od handlu... Znajomy raczył ostatnio skrytykować pomysł i został sam delikatnie mówiąc skrytykowany, ale cóż, zaryzykuję... I ja też skrytykuję...


Była sobie jedna wolna niedziela... Ładna pogoda, akurat Babcia dzieciom nie miała czasu więc odpuściliśmy sobie działkowe wojaże, na spacery po deptaku, gdzie i tak wszystko jeszcze o tej porze roku pozamykane też nie mieliśmy ochoty, ale w mieście było jedno wydarzenie... W sam raz dla rodzin z dziećmi... Zwierzątka, balony, stragany... Super... Tylko, że to było jedno jedyne wydarzenie. Zazwyczaj otwarte w weekendy galerie handlowe organizują coś u siebie. To dzień z Minionkami, to zjazd food tracków, to jarmark przedświąteczny czy animacje dla dzieci... Ale w tą niedzielę było pozamykane... I prawie wszyscy, jak jeden mąż wyruszyli do Targów Lublin na koty, kurki, koniki i inne cuda. I choć jako lublinianie jesteśmy bardzo dumni z naszych hal targowych, to nie oszukujmy się, za wielkie to one nie są. Już przy parkingu i kasach biletowych zaczęły się schody, a potem było już tylko gorzej... Rodzinne spędzanie niedzieli przy akompaniamencie płaczu, krzyku, przekleństw i wydane miliony monet na watę cukrową i balony, żeby dzieciom jakoś wynagrodzić, że nie udało im się dopchać do zwierzaczków, które chciały zobaczyć.

A potem była następna niedziela... Tym razem handlowa... Do tego przedświąteczna i pierwsza wiosenna... Pojechałam na zakupy, owszem, bo niedziela to jedyny dzień, w który mogę na chwilkę zostawić dzieci u babci i kupić coś im lub sobie. Każdy, kto choć raz był na zakupach z dziećmi wie, jak sprawnie i beznerwowo one przebiegają... I nie, nie spaceruję wtedy po galerii, nie delektuję się shoppingiem tylko kupuję to, czego akurat nam brakuje. Niedziela to też jedyny dzień, gdy nie zawalając pracy możemy we dwójkę, z Szanownym Małżonkiem poodwiedzać markety budowlane i meblowo-wykończeniowe... Także właśnie w handlową niedzielę wybraliśmy się na szybkie zakupy i to co zobaczyliśmy to przekroczyło wszelkie moje wyobrażenie... Naprawdę, kupiłam tylko to co najpilniejsze i uciekłam, żeby nie dokładać jeszcze pracy tym biednym paniom ekspedientkom, na które walił wyposzczony zakupów tłum... Powiem jednym słowem... Masakra... A że sklepy, którym teraz kazano się zamykać w niemal każdą niedzielę, tą jedną chciały wykorzystać jak najlepiej, to promocja goniła promocję, a ludzie walili drzwiami i oknami.
A teraz, w kwietniu, handlowa będzie tylko jedna niedziela, ta ostatnia, przed samym, rekordowo długim weekendem majowym... To dopiero będzie baja bongo... Już się boję bać...

Nie piszę tego, bo jestem rozwydrzona i rozpieszczona. Nie piszę tego, bo koniecznie muszę robić te zakupy w niedzielę, choć nie przeczę, że wiele mi to ułatwia. Nie piszę tego, bo nie potrafię sobie zaplanować zakupów i muszę mieć zawsze coś otwartego, gdybym się okazała taką lebiegą i na niedzielę nie kupiła cukru (nawet jeżeli, to się bez niego obejdę). Ja sobie poradzę. Jak mi będzie trzeba, to z bólem serca, ale poświęcę jeden dzień w tygodniu i odbębnię wszystko kompaktowo, gdy dzieci będą w przedszkolu, ale nie każdy może sobie na to pozwolić. Może faktycznie nie wiem, jak to jest pracować w handlu choć tak naprawdę handlem też się zajmuję, ale wiem, jak to jest pracować w niedzielę, pracować popołudniami, wieczorami czy nawet nocami. Obecnie mało kto może sobie pozwolić na reset z piątkowego popołudnia, jest wiele zawodów poza sprzedawcami, którzy w weekendy pracują i nikt się za nimi nie wstawia, nikt ich pracy nie reguluje przepisami, nikt nie krzyczy o ich rodzinach i ich wyzysku.

Prawda jest taka, że zakazami i nakazami jeszcze do niczego się nie doszło i problemu nie rozwiąże się w ten sposób. Bo to tak, jakby zabrać jednym wolny wybór, żeby innym dać wolną niedzielę. I nie chodzi o tylko o wybór czy pójdzie do sklepu czy nie, ale też o wybór czy zarobi w niedzielę czy nie. Może warto by pomyśleć nad powalczeniem o wybór dla każdego, nawet pracownika handlu, a nie walić zakazy i myśleć, że tym coś się rozwiąże.

Co do samej idei niedziel dla rodziny (choć wątpię czy właśnie o to chodziło rządzącym), to ja jestem ja najbardziej za, ale nie tym sposobem... Potem się okazuje tak jak w tą pierwszą "zamkniętą" niedzielę, że ludzie chcą rodzinnie spędzać czas, ale nie mają jak i gdzie, bo nie ma ani miejsc ani eventów, które mogłyby zastąpić te organizowane przez centra handlowe. Gdy chcą zrobić rodzinnego grilla okazuje się, że w okolicznym, jedynym otwartym sklepiku nie ma ketchupu, ale za to jest zapas piwa i fajek, bo na to w takie dni nastawiają się handlowcy... Lody albo napój dla dziecka na spacerze też jedynie w kawiarni, do której dopchać się ciężko, a i ceny, nie oszukujmy się, ale kawiarniane... A na tygodniu, w piękne popołudnie, po pracy i przedszkolu zamiast pospacerować i pobawić się na placu zabaw stoimy w korku dwie godziny, żeby dojechać na zakupy, bo buty na wiosnę dziecku trzeba jakoś przecież kupić... Generuje to więcej nerwów niż relaksu...

No nic, tyle moich gorzkich żali... Nie mam wpływu na to czy handel będzie czy nie będzie... Zapewne po pewnym czasie zupełnie przestanę na to zwracać uwagę... Ja nadal będę sobie robiła dzień rodzinny bliżej czwartku niż niedzieli z racji mojej niechęci do tłumów, a w niedzielę zwyczajnie posiedzę w domu lub na działce... A zakupy??? Jakoś gdzieś upchnę, a jak nie, to będę bogatsza o parę złotych...

PS.
I nie piszę tego wszystkiego przeciwko tym, którzy muszą pracować w niedzielę... Nie taki jest mój zamiar... Piszę to, owszem, ze swojego punktu widzenia, ale myślę, że niejedne pracujący w niedzielę się ze mną zgodzi, że pomysł z zakazem nie jest dopracowany. Kwestia nadgodzin i pracy w dni wolne powinna być prawnie uregulowana i to prawo powinno przestrzegane, bo wprowadzanie zakazów z lukami, wyjątkami, odstępstwami rodzi takie patologie, które niestety, ale z czasem mogą się odbić na tych, którym miały służyć.