wtorek, 23 lipca 2019

Magiczne Ogrody... Lubimy i wracamy.

Pamiętam nasz pierwszy raz w Magicznych Ogrodach. Zosia podróżowała wtedy jeszcze w wózku, Filip wymagał ciągłej uwagi, a większość atrakcji była poza naszym zasięgiem. Wycieczka była ciekawa, ale bardziej przypominała spacer w przyjemnych okolicznościach przyrody niż park rozrywki. Nie zmienia to faktu, że tych radosnych buziek, które wtedy mieliśmy przyjemność fotografować nie zapomnę do końca życia. Piękne widoki, kolory, uśmiechy, lody, waty cukrowe, wróżki, rycerze, dobre jedzenie, nawet sklep z pamiątkami, w którym obowiązkowo musimy coś kupić, wszystko to sprawia, że wracamy tam co jakiś czas i za każdym razem odkrywamy coś nowego.
Tak było i tym razem.
 

Magiczne Ogrody przyciągają rodziny z dziećmi w każdym wieku, od ledwo człapiących skrzatów po nastolatków, ale widziałam także pary młodych ludzi na "randce" w tym kolorowym miejscu. Dla każdego znajdzie się coś miłego i zdecydowanym plusem jest to, że za każdą naszą wizytą nasze dzieciaki dorastają do kolejnych atrakcji, gier i zabaw. Ba, sam park też rośnie i się rozwija otwierając coraz to nowe miejsca, punkty na swojej mapie. Są oczywiście stałe, przez które moje dzieci z podekscytowania nie mogą spać noc przed wycieczką, ale są też nowe, które powodują, że chce się tam wracać od nowa.

Ale co te Ogrody mają takiego wyjątkowego?

Po pierwsze niepowtarzalne i oryginalne istoty, które można spotkać tylko tutaj. Włochate Mordole, pracowite Bulwiaki, wielkie marchewki, żyjące drzewa, Krasnoludy, Wróżki i wiele innych, na które moje dzieciaki mają swoje nazwy, a mi samej ciężko zakwalifikować je do jakichkolwiek gatunków. Można się do nich przytulać, przybijać piątki, wspólnie czarować, gotować, walczyć w turniejach. Na pewno nie można się nudzić.



Po drugie atrakcje wszelakie takie jak Zamek Wróżek ze zjeżdżalniami, sadzawka z tratwami, na których pływają nawet malutkie dzieciaki, kolejka Bulwiaków, sadzawki, w których można pomoczyć nogi, karuzele, gdzie swoją siłą muszą wykazać się rodzice, podziemne tunele tak straszne, że ja sama boję się do nich wejść, a moje dzieci buszują w nich w totalnej ciemności i ogromne Drzewa, gdzie można się wspiąć i pokonując rozmaite przeszkody podziwiać z wysoka całe Magiczne Ogrody i daleką okolicę.



Po trzecie słodkości i różne pyszności, bo cały teren aż naszpikowany jest różnymi budkami z lodami, watą cukrową, koktajlami i innymi delicjami nie koniecznie zdrowymi, ale do przyjęcia w ten jeden wyjątkowy dla dzieci dzień. Wszystko oczywiście kolorowe i przyciągające wzrok młodziaków, ale czego się nie robi dla zaspokojenia ich ciekawości, że bełtane kolorowe picie wcale im nie smakuje, ale za to lody o smaku gumy balonowej to jest to, co Filipy jednak lubią.
No i pamiątki, które o dziwo nie są masakrycznie drogie i będąc na wycieczce można sobie spokojnie pozwolić na kubek z Mordolem czy skrzydełka wróżki ;)


Po piąte coś co rodzice lubią najbardziej czyli dobre jedzenie zjedzone w miarę spokojnie. Bo na terenie Ogrodów są dwie "jadłodajnie". Jedna jest na samym początku, jeśli ktoś przyjechał z daleka i nie chce zaczynać przygody na głodnego, a druga na końcu, ale w połowie "szlaku", gdzie zdecydowanie jest większy wybór i można zjeść już taki naprawdę pełnoprawny obiad. Myślę, że nawet największy niejadek znajdzie tu coś dla siebie, a ja osobiści powiem, że tutejszy kotlet schabowy jest mistrzowski i chyba nigdy mi tak nie smakował jak właśnie tam.
Nie wiem, jak jest na co dzień, ale gdy byliśmy tym razem udało nam się oddelegować dzieci do malowania farbami, a my mogliśmy w ciszy i spokoju odsapnąć przy posiłku. A one wróciły całe brudne, ale jakie szczęśliwe.

A po szóste i najważniejsze to zabawa, zabawa i jeszcze raz zabawa. Radocha i wspólnie, rodzinnie spędzony czas bez spinki, bez pośpiechu, bez nerwów (choć jak w trakcie okazuje się, że Szanowny Tatuś zapomniał z samochodu chusteczek nawilżanych, to nie miałam skrupułów go po nie wygnać). Cały dzień spacerowania, podjadania, biegania, a po powrocie zasypianie z uśmiechem na buźkach.


Co tu dużo mówić, wyjazd mieliśmy udany. Nawet bardzo, bardzo, bardzo udany. Mimo, że byliśmy w środku tygodnia i tak było sporo ludzi, kilka budek było nieczynnych i miałam wrażenie, że obsługa jest w okrojonym składzie, ale wszystko to rozmywa się w całości, bo jest tego tyle, że i tak wydaje mi się, że byliśmy tam za krótko. A dzieciaki nawet tych szczegółów nie zauważają, bo wszystko na co tak czekały, co im się po nocach śniło, było na swoim miejscu, nie zawiodło, jak zwykle i pozostanie niezwykłym wspomnieniem do następnego razu. A to, że tu wrócimy jest pewne tak samo, jak to, że jutro wzejdzie słońce. 
Choć brak frappe i tak mnie zirytował ;)


A teraz kilka informacji dla zainteresowanych wycieczką.
Magiczne Ogrody to tematyczny park rozrywki utrzymany w tematyce baśniowej położony w Trzciankach koło Janowca. Bardzo blisko Puław, Kazimierza Dolnego, całkiem niedaleko Lublina (jak ktoś jest z daleka może sobie zaplanować całkiem ciekawy, kilkudniowy pobyt). 
Bilety można kupić w kasach, ale z doświadczenia wiem, że lepiej to zrobić przez internet. Można wtedy upolować zniżkę (bilety tak zakupione są ważne do końca sezonu), a i przy wejściu nie trzeba czekać w kolejce.
Wybierając się do Magicznych ogrodów warto wziąć dzieciakom coś do przebrania w razie zmoczenia się wodą,jakiś ręczniczek, buciki odpowiednie na plażę, można zabrać jakiś kocyk, można przyszykować się na piknik.
Nie trzeba taszczyć ze sobą jedzenia, można naprawdę porządnie najeść się na miejscu.
Park przeznaczony jest dla dzieci w każdym wieku, ale jest kilka atrakcji z ograniczeniami wiekowymi. Nie zmienia to faktu, że każde dziecko znajdzie tu coś dla siebie.


Mam nadzieję, że nieco przybliżyłam wam to miejsce i zachęciłam tych niezdecydowanych. My wrócimy tam na pewno, bo warto dzieciakom podarować taki wypad... Nawet, gdy nie ma frappe ;)

Zapraszam do zobaczenia moich poprzednich wpisów, których bohaterem były właśnie Magiczne Ogrody... Dwa lata temu... i rok temu...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz