poniedziałek, 7 grudnia 2015

Pierniczki, Mikołajki, szał... Idą Święta...

Jest taki moment w roku, kiedy można powiedzieć, że to już, że to już pora, że można zacząć. Dla niektórych następuje to zaraz po Święcie Zmarłych, inni czekają do grudnia, inni do połowy grudnia, a inni zew przygotowań poczują dopiero z pierwszym śniegiem. Pogoda ostatnio nie rozpieszcza więc ciężko o atmosferę świąteczną, ale galerie handlowe pomagają we wczuciu się w odpowiednią rolę. My postanowiliśmy sobie dać troszkę na wstrzymanie, bo korciło nas już dużo wcześniej, żeby zabrać się za zakupy, strojenia, mnie nawet już ciągnie do garów i sprzątania. Nie do końca nam się to udało, bo w szafie za ręcznikami już leżą i czekają prezenty dla dzieci, a na szafce w kuchni kuszą bakalie do ciast, ale resztę zostawiliśmy sobie na później. Na "po Mikołajkach".

I Mikołajki nadeszły.

Wiecie, że nasza rodzina dość mocno odbiega od tej z reklamy Coca-Coli i, że trzeba się troszkę wysilić, żeby ją do takiej rodziny zbliżyć. Wiecie też, że zazwyczaj na nas spada cała odpowiedzialność z atmosferę i całą otoczkę jaką tworzymy dla naszych dzieci. W tym roku chcieliśmy, żeby było tak jak trzeba i na Mikołajki czekaliśmy wszyscy. Filip już od dwóch tygodni uczył się wierszyka dla Mikołaja, czekał, opowiadał. My ze swojej strony też mówiliśmy mu o Mikołaju, o pierniczkach, o mleczku, o tym, że rano będzie coś w zamian. Naturalnym dla mnie było to, że te pierniczki upieczemy razem, że razem je udekorujemy, że potem zostawimy na stoliku, żeby potem wspólnie odnaleźć tam podarki. Mimo sprzeciwów Szanownego, który przed oczami miał już wizję kuchni całej w mące czy jajek na ścianach, my zamknęliśmy się przy garach i zabraliśmy się do roboty. Filip spisał się na medal, wszystko odmierzał, mieszał, próbował, a na koniec nawet wykrajał ciasteczka. Na spokojnie, bez spinania się o bałagan. Jeszcze jakiś czas temu nie wyobrażałabym sobie wspólnych pracy z Filipem, a tu proszę. Nie doceniałam mojego syna. Bawiliśmy się świetnie.


Na drugi dzień zabraliśmy się z Fifim za dekorowanie ciasteczek. Ja miałam wizję swoją, Fifi swoją. Jak to mówi Filip, pisaliśmy ciastka. Wszystkie miały być udekorowane i kolorowe. Nawet nie wiedziałam, że tyle frajdy sprawię tym naszemu synkowi. Jeszcze po myciu zębów porwał dwa ciastka, położył na talerzyku i poprawiał, bo to przecież dla Mikołaja i ma być idealnie. Przed snem był tak podekscytowany, że baliśmy się, że nie będzie mógł spać, ale szybciutko zasnął i choć gadał przez sen, to dotrwał do rana w oczekiwaniu na prezenty.


Mikołajki to już dzień, który rozpoczął u nas z przytupem okres przedświąteczny. Było prezentowo, kolorowo, rodzinnie, choć nie za bardzo, wesoło, radośnie, spokojnie i właśnie świątecznie. Byli dziadkowie, były podarki, nie było nieporozumień, niepotrzebnych spięć. Było po naszemu. Choć choinki jeszcze nie ma, choć dekoracji też jak na lekarstwo, to z każdego kąta zaczyna wychodzić magia świąt. Znów potrafimy cieszyć się tym okresem, tymi przygotowaniami, tą pogonią za wszystkim. Teraz, gdy są dzieci, wszystko jest piękniejsze, bo to dzieci tworzą tą całą atmosferę.

A gdzie Zosia?
Zosia w pieczeniu nie uczestniczyła, ale w jedzeniu owszem. Prezentów może jeszcze nie rozumie, ale się cieszy. Uwielbia odwiedziny, lubi, gdy wszyscy są razem, chyba czuje, że coś się święci. Zosia zdecydowanie też już wie, że idą Święta. Dla niej podwójne, bo przecież to już za chwilkę na stół wjedzie tort z jedną świeczką, a nasz niemowlaczek niemowlaczkiem być przestanie.

Tym przemiłym, spokojnym dniem wpadliśmy w szał przedświątecznych przygotowań. U mnie objawiają się one częstszym wilgotnieniem oczu, u Szanownego częstszym wkurzaniem się na żonę, a u dzieci? A dzieciom więcej wolno, to przecież ich czas. Teraz tylko czekać i Wigilia. Najlepszy okres w roku.


PS.
Kochani, wciągnijcie dzieci w przygotowania przedświąteczne, nawet takie malutkie jak nasz Fifi. One też czują tą magię, też aż ich trzęsie, żeby przyłożyć do czegoś łapkę. Może nie wszystko wtedy będzie idealne jak od linijki, może trzeba się uzbroić w troszkę więcej cierpliwości, ale mówię Wam z ręką na sercu, warto.

PS2.
Tym razem do zrobienia pierniczków wykorzystałam genialny, super szybki przepis. Można go znaleźć TUTAJ. Jeśli jednak chcecie się troszkę bardziej potrudzić, to polecam zeszłoroczny przepis. Wypróbowany i sprawdzony więc tez bardzo dobry. Ze zdobieniem poszłam na łatwiznę, bo wykorzystałam gotowe pisaki cukrowe. Może nie są idealne, ale do pierwszych zdobień naszego dziecka nadają się znakomicie. Łatwo się wyciskają, ładnie nakładają i nie zostawiają zbyt dużego bałaganu. Może następnym razem pokuszę się na własny lukier.