poniedziałek, 18 stycznia 2016

Podejście do dzieci... czy tak wiele wymagam?

Jak każda matka, bardzo martwię się o swoje dzieci. Włos mi się jeży na głowie na samą myśl, że coś im mogłoby dolegać, ktoś mógłby je skrzywdzić, staram się pilnować, żeby same sobie czegoś nie zrobiły, tulę, podaję leki, osłaniam. Taka rola matki. Nigdy, przenigdy, nie dopuściłabym dobrowolnie do płaczu dziecka. No, chyba że jest to płacz wymuszający, ale to już inna para kaloszy. 

Jakiś czas temu spotkała nas bardzo nieprzyjemna historia. Przy okazji przedświątecznego choróbska zabraliśmy dzieciaki do naszej pani doktor. Prywatnie. Przygód z państwową służbą zdrowia wystarczy mi przy szczepieniach i bilansach, jak dziecko jest chore wolę zapłacić i zaoszczędzić sobie i jemu niepotrzebnych nerwów. Na szczęście nie każde nasze niepokoje kończą się wizytą i opłatą, mamy tak wspaniałą panią doktor, która bez zająknięcia konsultuje nas również telefonicznie nie kręcąc przy tym nosem, że to za darmo. I przy okazji tej wizyty zaniepokoiły ją plamki na buzi Filipa. Przyznam szczerze, że ja na nie wcześniej nie zwracałam uwagi, bo zwyczajnie wyglądały, jakby był brudny. Poleciła zrobić dokładniejsze badania, gdyby plamki nie znikały lub, gdyby pojawiły się znowu. No i niestety się pojawiły. Lektura internetu też zrobiła swoje i w mojej głowie zaczęły się kłębić najgorsze myśli. Podjęliśmy decyzję, że troszeczkę małego przygotujemy, obiecamy coś, zagadamy i razem pojedziemy pobrać mu krew do badania. Też prywatnie, tam, gdzie sami się badamy.

Jako, że pamiętam, że ostatnio parę razy w tym gabinecie trafiłam na pielęgniarkę, która ewidentnie nie miała talentu do swojej pracy. Nie porównywała żył w rękach, waliła na oślep, wbijała igłę i dopiero potem wierciła nią w ręce, postanowiliśmy zadzwonić, umówić się na wizytę u kogoś, kto jest przeszkolony do pracy z małymi dziećmi. Przychodnia reklamowała nam się kiedyś, że zawsze jest ktoś taki, kto ma podejście i potrafi sobie radzić z przerażonymi maluchami. Pani w rejestracji zapewniła mnie, że zawsze ktoś taki jest i można przyjść w ciemno, nie ma problemu. To również jest przychodnie prywatna więc liczyłam, że będą się troszczyć o pacjenta, zwłaszcza takiego malutkiego. Niestety. Pani, która nas przyjmowała nie wiedziała w ogóle jak podejść do takiego dziecka. Na początku chciała mnie wyprosić z gabinetu i zostawić tylko męża, bo "jest silniejszy". Zostałam tylko dlatego, że sama też miałam pobieraną krew. To co się potem wydarzyło przeszło moje najśmielsze oczekiwania. 

Po pierwsze, zero podejścia do dziecka. Potraktowała Filipa jak worek ziemniaków, nie odezwała się do niego ani słowem, nie spojrzała na niego, zacisnęła mu tylko opaskę na ręce i postanowiła czekać na koleżankę, która w tym czasie obsługiwała już inną pacjentkę zamiast na chwilkę poświęcić uwagę dziecku skoro koleżanka sobie nie radzi. Fifi już przerażony, patrzył tylko na igłę, którą ona wymachiwała mu przed buzią przez dłuższą chwilkę.

Po drugie, pani wcale nie przyjrzała się rączkom. Wbiła igłę na oślep i zaczęła nią wiercić. Możecie sobie wyobrazić, co wtedy działo się z Filipem. Zacisnęłam zęby i miałam nadzieję, że się uda. Panie się szarpały z dzieckiem, dziecko szarpało się z mężem, ja starałam się go pocieszyć, a w probówce nie było nic. W końcu zrezygnowały i rozłożyły ręce. Pytam się, jeszcze grzecznie, czy jest tu ktoś, kto potrafi pobrać szybko i sprawnie dziecku krew, bo dzwoniłam i zapewniano mnie, że nie będzie z tym problemu. Usłyszałam, że jak mi się nie podoba, to mogę wyrejestrować usługę, a tak w ogóle to nasza wina, bo nie przygotowaliśmy dziecka do takiego badania. O ludzie!!! 

Skończyło się na płaczu. I Fifula i moim. Na paru ciepłych słowach pod adresem pań tam obecnych. I na nerwach i tak już wcześniej zszarganych przez niepokój o dziecko. A, i pieniędzy i tak nie odzyskałam, bo system im nie pozwolił zwrócić (?)... Żadnej propozycji, jak tą sytuację rozwiązać, żadnego słowa wytłumaczenie, sprawy nie było...


Ostatnio dużo czytam na tematy około medyczne i mam wrażenie, że nawet prywaciarzom w branży troszeczkę się poprzewracało w głowie. Nie oszukujmy się, człowiek płaci i wymaga. Porównanie może brutalne, ale wyobraźcie sobie, że naprawiacie samochód. Jeśli kupujecie części, to muszą one być w dobrym stanie, muszą pasować, być konkretnie do tej marki i tego modelu. Chcecie mieć wybór, przeglądacie certyfikaty, sprawdzacie czy firma spełnia ważne dla Was wymogi (http://www.mamauto.pl/). Tak nie jest? Tak jest więc dlaczego jeśli chodzi o nasze zdrowie czy tym bardziej zdrowie naszych dzieci ma być inaczej. Jeśli boli nas gardło, to idziemy do laryngologa, jeśli choruje nam dziecko idziemy do pediatry, jeśli to samo dziecko potrzebuje pobrania krwi, chcemy, by robił to ktoś, kto potrafi podejść do takiego przerażonego szkraba. Czy to zbyt wygórowane wymagania?

A jakie są Wasz doświadczenia z badaniami dzieci? Macie sprawdzonych lekarzy i pielęgniarki z podejściem, takich, których dzieci się nie boją? A może każda wizyta u lekarza kończy się płaczem i trzeba dziecko siłą wciągać do gabinetu? Ja myślałam, że korzystanie z prywatnej opieki zdrowotnej w dużej części wyeliminuje ryzyko trafienia na ludzi bez powołania... Najwyraźniej się myliłam.

PS.
Żeby nie było, my mamy cudownych lekarzy. I tych prywatnych i tych w nasze przychodni osiedlowej. To, że na szczepienia zawsze czekamy, że nie mogą się ogarnąć organizacyjnie, to już inna sprawa, ale pani doktor nie mam absolutnie nic do zarzucenia. Wyżej wymieniona pani doktor prywatna też jest cudowną, pomocną kobietą, a do dentystki męża, która przy okazji zajmuje się Filipem, Fifi biegnie w podskokach i potem długo opowiada, jak to się dobrze bawił w gabinecie. Biorąc pod uwagę tak dużą konkurencję na tym polu tym bardziej dziwię się przychodni, w której chcieliśmy pobrać krew, że jest w stanie sobie pozwolić na taką wpadkę. A do tego to podejście po fakcie...